Wiara całym życiem człowieka

Uwie­rzył Abra­ham Bo­gu i zo­sta­ło mu to po­czy­ta­ne za spra­wie­dli­wość” (Rz 4, 3). (…) O wie­rze mó­wi apo­stoł Pa­weł, wska­zu­jąc na przy­kład Abra­ha­ma, oj­ca wie­rzą­cych. Wy­ja­śnia przy tym za­sad­ni­czy ele­ment swo­je­go na­ucza­nia apo­stol­skie­go: kwe­stię wia­ry ja­ko pod­sta­wy uspra­wie­dli­wie­nia. Czło­wiek zo­sta­je uspra­wie­dli­wio­ny w oczach Bo­ga przez wia­rę. Spra­wie­dli­wość, któ­ra zba­wia czło­wie­ka, nie pły­nie z czy­nów na­ka­za­nych przez pra­wo, ale z wia­ry, to zna­czy z po­sta­wy cał­ko­wi­te­go otwar­cia się i peł­nej ak­cep­ta­cji ła­ski Bo­żej, któ­ra prze­mie­nia czło­wie­ka i czy­ni go no­wym stwo­rze­niem. Akt wia­ry nie jest je­dy­nie przy­ję­ciem przez ro­zum prawd ob­ja­wio­nych przez Bo­ga, ale nie jest też wy­łącz­nie uf­nym pod­da­niem się dzia­ła­niu Bo­że­mu. Jest ra­czej syn­te­zą oby­dwu tych ele­men­tów, po­nie­waż obej­mu­je za­rów­no sfe­rę in­te­lek­tu­al­ną, jak i uczu­cio­wą, a więc ja­wi się ja­ko in­te­gral­ny akt ludz­kiej oso­by. (…) Przez wia­rę czło­wiek przyj­mu­je zba­wie­nie, ofia­ro­wa­ne mu przez Oj­ca w Je­zu­sie Chry­stu­sie. (…) Akt wia­ry, roz­pa­try­wa­ny ja­ko in­te­gral­na ca­łość, mu­si się wy­ra­zić w kon­kret­nych po­sta­wach i de­cy­zjach. Dzię­ki te­mu moż­na prze­zwy­cię­żyć po­zor­ne prze­ciw­sta­wie­nie mię­dzy wia­rą a uczyn­ka­mi. Wia­ra głę­bo­ka w peł­nym te­go sło­wa zna­cze­niu nie jest czymś abs­trak­cyj­nym, ode­rwa­nym od co­dzien­ne­go ży­cia, ale ogar­nia wszyst­kie wy­mia­ry oso­by, w tym tak­że wszyst­kie ob­sza­ry je­go ży­cia i aspek­ty je­go do­świad­cze­nia. (…) Tak­że teo­lo­gia, wier­na swo­jej na­tu­rze, któ­ra czy­ni z niej mą­dro­ścio­wą re­flek­sję nad praw­da­mi wia­ry, znaj­du­je na­tu­ral­ną kon­ty­nu­ację w sfe­rze mo­ral­no­ści i du­cho­wo­ści. W tek­ście św. Łu­ka­sza (…) czy­ta­my: „Nie ma bo­wiem nic ukry­te­go, co by nie wy­szło na jaw” (Łk 12, 2). (…) Te sło­wa Je­zu­sa do­da­ją waż­ny ele­ment do na­szej re­flek­sji nad ak­tem wia­ry: mó­wią mia­no­wi­cie o przej­ściu ze sfe­ry oso­bi­stej i – by tak rzec – z głę­bi czło­wie­ka do sfe­ry wspól­no­to­wej i mi­syj­nej. Wia­ra, je­śli jest peł­na i doj­rza­ła, mu­si po­bu­dzać czło­wie­ka do prze­ka­zy­wa­nia jej (…).

Moi dro­dzy, nie lę­kaj­my się otwo­rzyć drzwi na­szych serc na wia­rę, do­świad­czać jej w peł­ni w na­szym ży­ciu i gło­sić ją nie­ustan­nie na­szym bra­ciom. Naj­święt­sza Ma­ry­ja Pan­na, wzór wier­no­ści i sto­li­ca Bo­żej mą­dro­ści, niech uczy­ni nas wier­ny­mi ucznia­mi swo­je­go Sy­na Je­zu­sa i ofiar­ny­mi gło­si­cie­la­mi Je­go sło­wa. Amen!

 

Bł. Jan Pa­weł II

Wa­ty­kan, 15.10.1999 r.

Dla Boga wszystko jest możliwe

Dro­dzy bra­cia i sio­stry!

Głów­nym te­ma­tem Ewan­ge­lii (…) (Mk 10, 17–30) jest bo­gac­two. Je­zus na­ucza, że czło­wie­ko­wi bo­ga­te­mu bar­dzo trud­no jest wejść do Kró­le­stwa Bo­że­go, choć nie jest to nie­moż­li­we; fak­tycz­nie Bóg mo­że po­siąść ser­ce oso­by, któ­ra ma wie­le dóbr i po­bu­dzić ją do so­li­dar­no­ści oraz dzie­le­nia się z po­trze­bu­ją­cy­mi, z ubo­gi­mi, a za­tem do wej­ścia w lo­gi­kę da­ru. W ten spo­sób ta­ka oso­ba wkra­cza na dro­gę Je­zu­sa Chry­stu­sa, któ­ry – jak pi­sze apo­stoł Pa­weł – „bę­dąc bo­ga­ty, dla was stał się ubo­gim, aby was ubó­stwem swo­im ubo­ga­cić” (2 Kor 8, 9).

Po­dob­nie jak czę­sto zda­rza się w Ewan­ge­liach, wszyst­ko roz­po­czy­na od spo­tka­nia: od spo­tka­nia Je­zu­sa z pew­nym czło­wie­kiem, któ­ry „miał wie­le po­sia­dło­ści” (Mk 10, 22). Był on oso­bą, któ­ra od swo­jej mło­do­ści wier­nie prze­strze­ga­ła wszyst­kich przy­ka­zań Pra­wa Bo­że­go, ale jesz­cze nie zna­la­zła praw­dzi­we­go szczę­ścia; i dla­te­go py­ta Je­zu­sa, co uczy­nić aby „osią­gnąć ży­cie wiecz­ne” (w. 17). Z jed­nej stro­ny po­cią­ga go, tak jak wszyst­kich, pra­gnie­nie peł­ni ży­cia; z dru­giej, bę­dąc przy­zwy­cza­jo­nym do li­cze­nia na wła­sne bo­gac­two, my­śli, że tak­że ży­cie wiecz­ne, moż­na w ja­kiś spo­sób „na­być”, być mo­że prze­strze­ga­jąc ja­kie­goś spe­cjal­ne­go przy­ka­za­nia. Je­zus do­strze­ga ist­nie­ją­ce w tej oso­bie głę­bo­kie pra­gnie­nie, i (…) pa­trzy na nie­go spoj­rze­niem peł­nym mi­ło­ści: spoj­rze­niem Bo­ga (por. w. 21). Jed­nak Je­zus ro­zu­mie tak­że, co jest sła­bo­ścią te­go czło­wie­ka: to wła­śnie je­go przy­wią­za­nie do je­go wie­lu dóbr: dla­te­go Je­zus pro­po­nu­je mu, aby od­dał wszyst­ko ubo­gim, tak aby je­go skarb – a za­tem je­go ser­ce – nie by­ło już wię­cej na zie­mi, ale w nie­bie, i do­da­je: „Po­tem przyjdź i chodź za Mną!” (w. 22). Jed­nak on, za­miast przy­jąć z ra­do­ścią za­pro­sze­nie Je­zu­sa, od­cho­dzi za­smu­co­ny (por. w. 23), po­nie­waż nie po­tra­fi ode­rwać się od swo­ich bo­gactw, któ­re ni­gdy nie bę­dą mo­gły dać mu szczę­ścia i ży­cia wiecz­ne­go.

I w tej wła­śnie chwi­li Je­zus da­je swo­im uczniom, a tak­że i nam dzi­siaj, swo­ją na­ukę: „Jak trud­no jest bo­ga­tym wejść do kró­le­stwa Bo­że­go” (w. 23). Na te sło­wa, ucznio­wie by­li zdu­mie­ni, a jesz­cze bar­dziej po tym, jak Je­zus do­dał: „Ła­twiej jest wiel­błą­do­wi przejść przez ucho igiel­ne, niż bo­ga­te­mu wejść do kró­le­stwa Bo­że­go”. (…) Hi­sto­ria Ko­ścio­ła jest peł­na przy­kła­dów lu­dzi bo­ga­tych, któ­rzy ko­rzy­sta­li ze swe­go ma­jąt­ku w spo­sób ewan­ge­licz­ny, osią­ga­jąc na­wet świę­tość. Wy­star­czy po­my­śleć o św. Fran­cisz­ku, św. Elż­bie­cie Wę­gier­skiej i św. Ka­ro­lu Bo­ro­me­uszu. Niech Pan­na Ma­ry­ja, Sto­li­ca Mą­dro­ści, po­mo­że nam przy­jąć z ra­do­ścią za­pro­sze­nie Je­zu­sa, aby wejść do peł­ni ży­cia.

 

Oj­ciec Świę­ty Be­ne­dykt XVI

Wa­ty­kan, 14.10.2012 r.

Prawdy wiary – chrześcijańska apteczka

Praw­dy wia­ry są jak kom­pas, któ­ry wy­zna­cza nam kurs na Nie­bo. Są jak ze­staw prze­trwa­nia, nie­zbęd­nik, chrze­ści­jań­ska ap­tecz­ka. W Ro­ku Wia­ry, któ­ry roz­po­czął się 11 paź­dzier­ni­ka, ogło­szo­ny przez Oj­ca Świę­te­go Be­ne­dyk­ta XVI war­to so­bie je przy­po­mnieć i po­wtó­rzyć. To tak­że 50. rocz­ni­ca otwar­cia So­bo­ru Wa­ty­kań­skie­go II i dwu­dzie­sta rocz­ni­ca ogło­sze­nia Ka­te­chi­zmu Ko­ścio­ła Ka­to­lic­kie­go, ofia­ro­wa­ne­go Ko­ścio­ło­wi przez bł. Ja­na Paw­ła II. 

Gdy­bym mia­ła opo­wie­dzieć ko­muś, o co cho­dzi w na­szej – ka­to­lic­kiej – wie­rze, po­wo­ła­ła­bym się na sześć praw­dy wia­ry. Są one fi­la­ra­mi, na któ­rych opie­ra się ca­ła teo­lo­gia, czy­li na­uka o Bo­gu. Wy­my­ka­ją się ludz­kie­mu ro­zu­mo­wi, zmu­sza­ją do po­ko­ry, kie­dy oka­zu­je się, że nie wszyst­ko po­tra­fi­my wy­tłu­ma­czyć i mo­gą wy­da­wać się nie­lo­gicz­ne – bo co to zna­czy, że je­den Bóg jest w trzech Oso­bach? Jak więc sa­ma na­zwa wska­zu­je, trze­ba je przy­jąć z wia­rą.

Bez­i­mien­ny twór­ca tzw. ma­łe­go ka­te­chi­zmu (uczy­li­śmy się go przed przy­stą­pie­niem do Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej) obok Mo­dli­twy Pań­skiej, Zdro­waś Ma­rio czy De­ka­lo­gu umie­ścił praw­dy wia­ry. W kil­ku punk­tach stre­ścił isto­tę te­go, w co wie­rzy­my.

 

Jest je­den Bóg

O tym, że Bóg jest je­den, prze­ko­nu­je nas świa­dec­two Pi­sma Świę­te­go i lo­gi­ka. Gdy­by by­ło dwóch bo­gów, je­den był­by ogra­ni­cze­niem dru­gie­go, ża­den z nich nie był­by wszech­moc­ny, wszech­po­tęż­ny, do­sko­na­ły, nie­skoń­czo­ny, więc ża­den nie był­by bo­giem. W Księ­dze Po­wtó­rzo­ne­go Pra­wa czy­ta­my: „Słu­chaj, Izra­elu! Pan, Bóg nasz, jest Pa­nem je­dy­nym”. Kie­dy tyl­ko lud Bo­ży o tym za­po­mi­nał, pro­ro­cy przy­po­mi­na­li tę waż­ną praw­dę, wzy­wa­li do od­wró­ce­nia się od fał­szy­wych boż­ków i na­wró­ce­nia.

Chrze­ści­jań­stwo jest więc re­li­gią mo­no­te­istycz­ną, gdzie Bóg jest je­den, jest ab­so­lut­ną, oso­bo­wą isto­tą, pra­przy­czy­ną wszyst­kie­go.

Bóg jest sę­dzią

Ale sę­dzią spra­wie­dli­wym, któ­ry za do­bro wy­na­gra­dza, a za zło ka­rze. Nie jest sko­rum­po­wa­ny, nie wy­da­je nie­słusz­nych wy­ro­ków, ale w naj­do­sko­nal­szy spo­sób od­dzie­la zło od do­bra. Nie po­trze­bu­je ani pro­ku­ra­to­rów, ani ad­wo­ka­tów, bo sam jest w sta­nie naj­do­kład­niej po­znać oko­licz­no­ści na­szych do­brych i złych uczyn­ków. Dru­ga praw­da nie stoi w sprzecz­no­ści z praw­dą o Bo­żym mi­ło­sier­dziu. Po pro­stu – złe wy­stęp­ki mu­si­my od­po­ku­to­wać, a do­bro otwo­rzy nam bra­mę do Nie­ba. W tym sen­sie mó­wi­my o ka­rze i na­gro­dzie.

Są trzy Oso­by Bo­skie

Czy­li Bóg Oj­ciec, Syn Bo­ży i Duch Świę­ty. Nie wie­rzy­my w trzech bo­gów, ale w jed­ne­go, któ­ry ma tro­istą na­tu­rę. Be­ne­dykt XVI po­wie­dział 22 ma­ja 2005 r.: „Bóg nie jest sa­mot­no­ścią, lecz do­sko­na­łą wspól­no­tą”.

Z tej praw­dy mo­że­my wy­wieść od­po­wiedź na py­ta­nie, dla­cze­go Bóg pra­gnie Ko­ścio­ła. Po­nie­waż nie chce nas zba­wiać po­je­dyn­czo, ale we wspól­no­cie. Kto my­śli tyl­ko o zba­wie­niu wła­snej du­szy, jest ego­istą i ży­je aspo­łecz­nie. Bóg nie jest aspo­łecz­ny, ale Trój­je­dy­ny, co ozna­cza, że jest wspól­no­tą, wiecz­ną wy­mia­ną mi­ło­ści. Stwo­rzo­ny na je­go po­do­bień­stwo czło­wiek w swo­ją na­tu­rę ma wpi­sa­ne re­la­cje i mi­łość.

Syn Bo­ży stał się czło­wie­kiem

Przy­szedł na świat i umarł na krzy­żu dla na­sze­go zba­wie­nia. Ma­my wie­le do­wo­dów na to, że Je­zus był po­sta­cią hi­sto­rycz­ną. Jed­nak klu­czo­we dla na­szej wia­ry jest to, że bę­dąc czło­wie­kiem, był jed­no­cze­śnie Bo­giem. A po śmier­ci zmar­twych­wstał, wy­grał ze śmier­cią. Trze­cia praw­da wia­ry ro­bi na mnie ogrom­ne wra­że­nie, kie­dy od­po­wiem so­bie na py­ta­nie, po co wła­ści­wie Je­zus przy­jął ludz­ką na­tu­rę. Bóg stał się czło­wie­kiem po to, aby  czło­wiek na­śla­do­wał Bo­ga.

Du­sza ludz­ka jest nie­śmier­tel­na

Du­sza jest tym, co czy­ni nas ludź­mi, spra­wia, że ma­te­ria sta­je się ży­wym cia­łem. Duch ludz­ki jest czymś wię­cej niż wszyst­kie na­rzą­dy we­wnętrz­ne ra­zem wzię­te, nie moż­na go po­rów­nać do mó­zgu, no­gi ani na­wet ser­ca. Opie­ra­jąc się na na­ukach przy­rod­ni­czych, nie je­ste­śmy w sta­nie udo­wod­nić, że du­sza ist­nie­je. Stwo­rzył ją sam Pan Bóg, nie jest „pro­duk­tem” ro­dzi­ców, nie ma ko­du ge­ne­tycz­ne­go. Du­sza jest nie­śmier­tel­na. Nie umie­ra wraz z cia­łem i „znaj­dzie” je w chwi­li zmar­twych­wsta­nia.

Ła­ska bo­ska jest po­trzeb­na do zba­wie­nia 

I to ko­niecz­nie. Bo nie wy­star­czą na­sze wy­sił­ki, by do­stać się do Nie­ba. Nie wy­star­czy być po pro­stu do­brym czło­wie­kiem i wy­god­ne miesz­kan­ko w Nie­bie za­kle­pa­ne. Po­trze­bu­je­my ła­ski, czy­li po­mo­cy Pa­na Bo­ga. Bez Nie­go nic nie mo­że­my uczy­nić. To On pod­su­wa nam do­bre po­my­sły i po­ma­ga je re­ali­zo­wać.

Mag­da­le­na Gu­ziak-No­wak

/p

Na czym polega wyjątkowość wiary katolickiej?

Każ­dy neo­fi­ta, to zna­czy ten, któ­ry na­wró­cił się na chrze­ści­jań­stwo, je­że­li tyl­ko przy­ję­cie chrztu by­ło szcze­re, za­fa­scy­no­wa­ny jest do głę­bi prze­ży­wa­niem swej wia­ry. Nie­ste­ty, wie­lu wy­znaw­ców Chry­stu­sa, któ­rzy są ochrzcze­ni od uro­dze­nia, nie po­tra­fi za­uwa­żyć wy­jąt­ko­wo­ści i praw­dzi­wo­ści swo­jej re­li­gii.

Każ­da re­li­gia jest do­bra” – sły­szy się czę­sto od na­szych zna­jo­mych. Swo­je zda­nie ar­gu­men­tu­ją tym, że wszy­scy prze­cież chwa­lą jed­ne­go Bo­ga, a każ­dy wy­zna­je ta­ką re­li­gię, ja­ka mu pa­su­je.

Przy­pa­trz­my się więc naj­więk­szym re­li­giom świa­ta – is­la­mo­wi, ju­da­izmo­wi i bud­dy­zmo­wi, by po­rów­nać je z chrze­ści­jań­stwem.

***

 Is­lam. Jed­na z in­ter­pre­ta­cji na­zwy tej re­li­gii wy­wo­dzi ją od arab­skie­go sło­wa „sa­lām”, to zna­czy „po­kój”. Mu­zuł­ma­nie wie­rzą w je­dy­ne­go Bo­ga, ży­cie po śmier­ci, zba­wie­nie i po­tę­pie­nie. Ich świę­tą księ­gą jest Ko­ran, spi­sa­ny przez Ma­ho­me­ta, naj­więk­sze­go pro­ro­ka, po­dyk­to­wa­ny zaś przez ar­cha­nio­ła Ga­brie­la. W is­la­mie znaj­du­je­my wie­le cech wspól­nych z ju­da­izmem i chrze­ści­jań­stwem. Naj­więk­szym jed­nak za­gro­że­niem ze stro­ny mu­zuł­ma­nów jest ich wro­gość wo­bec in­nych re­li­gii. Nie daj­my się zwieść tym, któ­rzy twier­dzą, że są ima­mo­wie, któ­rzy dą­żą do dia­lo­gu mię­dzy­re­li­gij­ne­go. W rze­czy­wi­sto­ści in­ni mu­zuł­ma­nie trak­tu­ją ich ja­ko od­szcze­pień­ców od praw­dzi­wej wia­ry. Nie bę­dę roz­pi­sy­wał się nad praw­dzi­wym sto­sun­kiem mu­zuł­ma­nów do nie­wier­nych, naj­le­piej chy­ba wy­ra­ża­ją­cym się w sło­wie „dżi­had”. Z jed­nej stro­ny ma­ho­me­ta­nie wy­zna­ją Bo­ga, któ­ry jest mi­ło­ścią (Al­la­hu ma­hab­bah), z dru­giej stro­ny Bo­ga, któ­ry za­chę­ca do mor­do­wa­nia nie­wier­nych w ce­lu sze­rze­nia is­la­mu (ni­by re­li­gii po­ko­ju). Ko­ran wszak mó­wi: „A kie­dy mi­ną świę­te mie­sią­ce, wte­dy za­bi­jaj­cie bał­wo­chwal­ców, tam gdzie ich znaj­dzie­cie; chwy­taj­cie ich, ob­le­gaj­cie i przy­go­to­wuj­cie dla nich wszel­kie za­sadz­ki!” (IX, 5). Przy­po­mnę tyl­ko, że mu­zuł­ma­nie za bał­wo­chwal­ców i po­li­te­istów uzna­ją rów­nież chrze­ści­jan, któ­rzy wy­zna­ją wia­rę w Trój­cę Świę­tą.

Ju­da­izm. Ży­dzi nie­wąt­pli­wie by­li „na­ro­dem wy­bra­nym”. Bóg, w któ­re­go wie­rzy­my rów­nież my, chrze­ści­ja­nie, pro­wa­dził Izra­ela przez wszyst­kie la­ta wę­drów­ki po pu­sty­ni do Zie­mi Obie­ca­nej. Póź­niej na­po­mi­nał go w swo­ich sło­wach kie­ro­wa­nych przez na­tchnio­nych pro­ro­ków. Na­stęp­nie wy­słał swo­je­go Sy­na ja­ko Me­sja­sza, oni jed­nak Go nie uzna­li, wręcz prze­ciw­nie – ska­za­li na śmierć i ukrzy­żo­wa­li. Za­trzy­ma­li się na pew­nym eta­pie Ob­ja­wie­nia, nie przyj­mu­jąc go w peł­ni. W pew­nym stop­niu po­pa­dli w for­ma­lizm re­li­gij­ny, nie sku­pia­jąc się przede wszyst­kim na Bo­gu, ale na pro­za­icz­nych prze­pi­sach re­li­gij­nych.

Bud­dyzm to sys­tem fi­lo­zo­ficz­ny, któ­ry do­gma­tycz­nie nie za­kła­da ist­nie­nia Bo­ga. Jest to fi­lo­zo­fia, we­dług któ­rej na­le­ży dą­żyć do nir­wa­ny – oświe­ce­nia i zu­peł­nej obo­jęt­no­ści na wła­sny los. Czę­sto w do­mach, któ­rych miesz­kań­cy de­kla­ru­ją się ja­ko ka­to­li­cy, stoi na pół­ce czy szaf­ce po­są­żek Bud­dy – za­ło­ży­cie­la te­go sys­te­mu fi­lo­zo­ficz­ne­go. Zde­cy­do­wa­nie trze­ba stwier­dzić, że jest to sprzecz­ne z pierw­szym przy­ka­za­niem Bo­żym. Wbrew za­pew­nie­niom Da­laj­la­my czy ak­tyw­nych dzia­ła­czy bud­dyj­skich, bud­dyzm nie jest re­li­gią po­ko­ju, na­ma­cal­no­ści cze­go do­świad­czy­li chrze­ści­ja­nie w In­diach w 2008 r.

To tyl­ko krót­kie i po­bież­ne po­ka­za­nie isto­ty tych re­li­gii, być mo­że w pew­nym stop­niu su­biek­tyw­ne. Lecz jak tu być obiek­tyw­nym, gdy po­rów­na się je z chrze­ści­jań­stwem – re­li­gią, gdzie Bóg jest Mi­ło­ścią i pra­gnie szczę­ścia każ­de­go czło­wie­ka, rów­nież nie­wier­ne­go. Po­sy­ła za­tem swo­ich uczniów, by ci ewan­ge­li­zo­wa­li nie ogniem i mie­czem, ale Sło­wem i mi­ło­ścią bliź­nie­go.

Wię­cej na­my­słu wy­ma­ga kwe­stia róż­nic dok­try­nal­nych mię­dzy wy­zna­wa­nym przez nas ka­to­li­cy­zmem a in­ny­mi ko­ścio­ła­mi lub wspól­no­ta­mi ko­ściel­ny­mi. Już św. Pa­weł w Pierw­szym Li­ście do Ko­ryn­tian wy­po­mniał swo­im ad­re­sa­tom brak jed­no­ści. Ko­ryn­tia­nie po­dzie­li­li się bo­wiem na licz­ne odła­my. Jed­ni uwa­ża­li się, że „są Paw­ła”, dru­dzy uzna­wa­li za swe­go przy­wód­cę Apol­lo­sa, ko­lej­ni św. Pio­tra, a jesz­cze in­ni Chry­stu­sa (1 Kor 1, 12). Po­dział ten pro­wa­dził do spo­rów mię­dzy gru­pa­mi, co by­ło sprzecz­ne z jed­no­ścią Ko­ścio­ła.

W ko­lej­nych wie­kach do­cho­dzi­ło do wie­lu schizm, czy­li po­dzia­łów oraz he­re­zji, to zna­czy gło­sze­nia na­uk nie­zgod­nych z na­uką Ko­ścio­ła. Do naj­tra­gicz­niej­sze­go w skut­kach wy­da­rze­nia do­szło w 1054 r., kie­dy to le­ga­ci pa­pie­ża Le­ona IX wy­klę­li pa­triar­chę Kon­stan­ty­no­po­la Mi­cha­ła Ce­ru­la­riu­sza oraz je­go współ­pra­cow­ni­ków. Bez­po­śred­nią przy­czy­ną te­go wy­da­rze­nia był za­kaz od­pra­wia­nia Mszy ła­ciń­skich w sto­li­cy Bi­zan­cjum wy­da­ny przez pa­triar­chę Mi­cha­ła. Fakt ten, na­zy­wa­ną schi­zmą wschod­nią, do­pro­wa­dził do utwo­rze­nia Ko­ścio­ła pra­wo­sław­ne­go, któ­re­go naj­wię­cej wier­nych ży­je w kra­jach by­łe­go Związ­ku Ra­dziec­kie­go. Pra­wo­sław­ni nie ma­ją zwierzch­ni­ka po­kro­ju pa­pie­ża, w więk­szo­ści państw funk­cjo­nu­ją Ko­ścio­ły au­to­ke­fa­licz­ne, to zna­czy nie­za­leż­ne. Uzna­ją wpraw­dzie zwierzch­nic­two pa­triar­chy, ale jest ono zwy­czaj­nie sym­bo­licz­ne. Roz­drob­nie­nie to pro­wa­dzi do utrud­nie­nia dia­lo­gu eku­me­nicz­ne­go. Jak­kol­wiek z pa­triar­chą Ru­mu­nii Ko­ściół ka­to­lic­ki ma do­bre re­la­cje, to z pa­triar­chą mo­skiew­skim sy­tu­acja jest du­żo trud­niej­sza. Naj­więk­szą prze­szko­dą na dro­dze do jed­no­ści jest od­rzu­ca­nie przez pra­wo­sław­nych pry­ma­tu pa­pie­ża. In­ną kwe­stią spor­ną jest róż­ni­ca w li­tur­gicz­nym wy­zna­niu wia­ry. Ka­to­li­cy uzna­ją, że Duch Świę­ty „od Oj­ca i Sy­na po­cho­dzi”, na­to­miast pra­wo­sław­ni utrzy­mu­ją, że tyl­ko „od Oj­ca”. Po­zo­sta­łe spra­wy, ta­kie jak ce­li­bat du­cho­wień­stwa, ka­len­darz czy in­na li­tur­gia, nie sta­no­wią prze­szko­dy na dro­dze ku jed­no­ści.

Dru­gim wy­da­rze­niem, któ­re wstrzą­snę­ło świa­tem chrze­ści­jań­skim, by­ła tzw. re­wo­lu­cja pro­te­stanc­ka. W 1517 r. Mar­cin Lu­ter, au­gu­stiań­ski teo­log pro­wa­dzą­cy roz­wią­zły tryb ży­cia, wy­dał swo­je 95 tez, w któ­rych po­stu­lo­wał li­be­ra­li­za­cję ka­to­lic­kiej na­uki. Wkrót­ce zo­stał eks­ko­mu­ni­ko­wa­ny, a w Eu­ro­pie do­szło do licz­nych wo­jen na tle re­li­gij­nym. Pro­te­stan­tyzm, bo tak na­zy­wa się ko­lej­ne wy­zna­nie, jest po­dzie­lo­ny na oko­ło 300–500 de­no­mi­na­cji, czy­li wspól­not. Pro­te­stan­ci nie za­cho­wa­li suk­ce­sji apo­stol­skiej, przez co sa­kra­men­ty przez nich spra­wo­wa­ne są nie­waż­ne.

***

Przede wszyst­kim wy­jąt­ko­wość wia­ry ka­to­lic­kiej po­le­ga na tym, że ma ona peł­nię Ob­ja­wie­nia Bo­że­go. Nie ma je­go czę­ści, mniej­szej lub więk­szej, ale ide­al­ną ca­łość. Prze­cho­wu­je to Ob­ja­wie­nie i każ­de­mu ła­ska­wie udzie­la ze swe­go skarb­ca. Bóg obec­ny w chrze­ści­jań­stwie nie po­trze­bu­je zbęd­nych ofiar ze zwie­rząt, ale te wszyst­kie ofia­ry Sta­re­go Przy­mie­rza za­stą­pi­ła jed­na Ofia­ra – Je­zu­sa Chry­stu­sa, po­na­wia­na przez ka­pła­nów na oł­ta­rzach świa­ta. W żad­nej re­li­gii Bóg nie jest obec­ny tak bli­sko czło­wie­ka jak w chrze­ści­jań­stwie. Wszak Bóg stał się czło­wie­kiem, za­cho­wu­jąc swo­ją na­tu­rę Bo­ską.

My, ka­to­li­cy, nie ma­my po­wo­du wsty­dzić się na­szej wia­ry. Wszak to wła­śnie wie­rzą­cy w Chry­stu­sa do­ko­na­li wie­lu wspa­nia­łych od­kryć na­uko­wych, czę­sto de­cy­do­wa­li o lo­sach świa­ta. Chrze­ści­ja­nie two­rzy­li cy­wi­li­za­cję, w któ­rej ży­je­my.

 

Ka­je­tan Raj­ski

 

Do świętości przez służbę najmniejszym

Nie­zwy­kłe ży­cie św. Elż­bie­ty Wę­gier­skiej

Co ro­ku 17 li­sto­pa­da w ka­len­da­rzu li­tur­gicz­nym wspo­mi­na­my nie­zwy­kłą mło­dą świę­tą, pa­tron­kę Nie­miec, Wę­gier i fran­cisz­kań­skie­go za­ko­nu świec­kich. Elż­bie­ta, bo o niej mo­wa, ca­łe swo­je ży­cie pod­po­rząd­ko­wa­ła sło­wom z Ewan­ge­lii: „Wszyst­ko, co­kol­wiek uczy­ni­li­ście jed­ne­mu z Mo­ich naj­mniej­szych, Mnie­ście uczy­ni­li” (Mt 26, 40).

Świę­ta Elż­bie­ta ży­ła w cza­sach dość od­le­głych – uro­dzi­ła się w 1207 r. w Bra­ty­sła­wie ja­ko trze­cie dziec­ko An­drze­ja II, kró­la Wę­gier, i Ger­tru­dy, sio­stry św. Ja­dwi­gi Ślą­skiej. Mia­ła za­le­d­wie czte­ry la­ta, gdy zo­sta­ła za­rę­czo­na z Lu­dwi­kiem IV. Tak mło­dy wiek za­rę­czyn był jed­nak ów­cze­śnie dość czę­sto spo­ty­ka­ny na dwo­rach kró­lew­skich. Elż­bie­ta wy­cho­wy­wa­ła się wraz z na­rze­czo­nym na zam­ku Wart­burg. Wy­szła za mąż zgod­nie z za­mie­rze­niem swo­je­go oj­ca do­pie­ro 10 lat póź­niej, w wie­ku 14 lat. Z mał­żeń­stwa uro­dzi­ło się tro­je dzie­ci: Her­man, Zo­fia i Ger­tru­da. Jed­nak po 6 la­tach, w 1227 r. Lu­dwik zmarł pod­czas wy­pra­wy krzy­żo­wej w Brin­di­si we Wło­szech. I tak Elż­bie­ta zo­sta­ła wdo­wą, ma­jąc za­le­d­wie 20 lat.

Elż­bie­ta od wcze­snej mło­do­ści pra­gnę­ła cze­goś wię­cej niż tyl­ko wy­god­ne­go ży­cia księż­nicz­ki. Kie­dy zgod­nie z fran­koń­skim pra­wem spad­ko­wym opu­ści­ła wraz z dzieć­mi Wart­burg, za­miesz­ka­ła naj­pierw w po­bli­skim Eise­nach, a na­stęp­nie w Mar­bur­gu. Z wła­snych fun­du­szy zbu­do­wa­ła szpi­tal w mie­ście Go­tha, a po­tem wła­śnie w Mar­bur­gu. Ale nie spo­czę­ła tyl­ko na wy­bu­do­wa­niu i utrzy­my­wa­niu szpi­ta­la w tym mie­ście – był miej­scem, w któ­rym sa­ma chęt­nie słu­ży­ła. Pra­co­wa­ła tam do ostat­nich dni swe­go ży­cia, speł­nia­jąc wszyst­kie po­słu­gi. Przez ca­ły okres wdo­wie­go ży­cia św. Elż­bie­ta ni­gdy nie za­nie­dba­ła po­mo­cy ubo­gim, szcze­gól­niej­szą opie­ką da­rząc ka­le­ki, lu­dzi trę­do­wa­tych i szcze­gól­nie po­krzyw­dzo­nych przez los. Od­da­ła się wy­cho­wa­niu dzie­ci, mo­dli­twie, uczyn­kom po­kut­nym i mi­ło­sier­dziu. Zna­la­zła tak­że spo­wied­ni­ka, któ­rym był wy­so­ko po­sta­wio­ny w hie­rar­chii ko­ściel­nej nor­ber­ta­nin Kon­rad z Mar­bur­ga, słyn­ny ka­zno­dzie­ja i in­kwi­zy­tor. Pro­wa­dził ją dro­gą nie­zwy­kłej po­ku­ty. W 1228 r. Elż­bie­ta zło­ży­ła ślub wy­rze­cze­nia się świa­ta i przy­ję­ła ja­ko jed­na z pierw­szych ha­bit III za­ko­nu św. Fran­cisz­ka (tzw. ter­cjar­ski). Ostat­nie la­ta spę­dzi­ła w skraj­nym ubó­stwie, od­da­jąc się bez resz­ty cho­rym i bied­nym. Zmar­ła w no­cy z 16 na 17 li­sto­pa­da 1231 r. w wie­ku 24 lat.

Sła­wa jej świę­to­ści by­ła tak wiel­ka, że na jej grób za­czę­ły przy­cho­dzić piel­grzym­ki. Oj­ciec Kon­rad z Mar­bur­ga, ko­rzy­sta­jąc ze swe­go sta­no­wi­ska in­kwi­zy­to­ra, spi­sał jej ży­wot i zwró­cił się do Rzy­mu z for­mal­ną proś­bą o ka­no­ni­za­cję. Pa­pież Grze­gorz IX bez­zwłocz­nie wy­słał ko­mi­sję dla zba­da­nia ży­cia Elż­bie­ty i cu­dów, ja­kie mia­ły się dziać przy jej gro­bie. Stwier­dzo­no wów­czas ok. 60 nie­zwy­kłych wy­da­rzeń. W nie­zwy­kle krót­kim cza­sie, bo za­le­d­wie po czte­rech la­tach, Grze­gorz IX bul­lą z 27 ma­ja 1235 r. ogło­sił uro­czy­ście Elż­bie­tę świę­tą. Obec­nie jej re­li­kwie prze­cho­wy­wa­ne są w ko­ście­le pod we­zwa­niem św. Elż­bie­ty w Mar­bur­gu.

Naj­ży­wiej i naj­szyb­ciej roz­wi­nął się jej kult w za­ko­nach fran­cisz­kań­skich, gdyż by­ła jed­ną z pierw­szych ter­cja­rek w Eu­ro­pie, a jej sła­wa przy­czy­ni­ła się do dy­na­micz­ne­go wzro­stu po­boż­no­ści fran­cisz­kań­skiej w śre­dnio­wie­czu. Dzię­ki dzia­łal­no­ści za­ko­nów, a tak­że ogrom­nej po­pu­lar­no­ści sa­mej świę­tej kult ten roz­sze­rzył się nie­mal na ca­łą Eu­ro­pę. Naj­wię­cej ko­ścio­łów, ka­plic i ob­ra­zów po­świę­co­no jej w Niem­czech, Bel­gii, Fran­cji, Wło­szech i Hisz­pa­nii oraz w Pol­sce. Ko­ścio­ły pod jej we­zwa­niem znaj­dzie­my m.in. we Wro­cła­wiu, Ny­sie, Gdań­sku, Sta­rym Są­czu i w Po­wsi­nie.

Sa­ma Elż­bie­ta nie za­ło­ży­ła żad­ne­go za­ko­nu, ale to z jej ży­cia czer­pa­ła in­spi­ra­cję Do­ro­ta Wolf, któ­ra w XIX wie­ku w Ny­sie na Ślą­sku po­wo­ła­ła zgro­ma­dze­nie za­kon­ne, na­zwa­ne wła­śnie elż­bie­tan­ka­mi. Po­dob­nie jak sa­ma świę­ta, elż­bie­tan­ki sta­ra­ją się wi­dzieć Chry­stu­sa Ukrzy­żo­wa­ne­go przede wszyst­kim w cho­rych, bied­nych, sła­bych i po­ni­ża­nych. Dziś, wy­cho­dząc na­prze­ciw po­trze­bom Ko­ścio­ła, sio­stry pro­wa­dzą dzia­łal­ność pie­lę­gniar­ską i cha­ry­ta­tyw­ną w szpi­ta­lach, w do­mach, w za­kła­dach opie­kuń­czo-re­ha­bi­li­ta­cyj­nych, ka­te­chi­zu­ją w szko­łach i w przed­szko­lach, or­ga­ni­zu­ją re­ko­lek­cje dla dzie­ci i mło­dzie­ży, pra­cu­ją w do­mach dziec­ka oraz w pa­ra­fiach mi­syj­nych w 15 kra­jach świa­ta.

Elż­bie­ta, mi­mo że ży­ła w cza­sach bar­dzo od­le­głych, mo­że być nam dzi­siaj bli­ska. Zwłasz­cza wte­dy, kie­dy spo­ty­ka­my oso­by cho­re, star­sze, nie­do­łęż­ne, że­bra­ków na uli­cy czy bez­dom­nych na dwor­cach. Mo­że­my wte­dy pro­sić ją, by z na­mi mo­dli­ła się do Bo­ga o zo­ba­cze­nie w tych lu­dziach ob­ra­zu sa­me­go Chry­stu­sa, któ­ry idąc na mę­kę, po­dob­nie jak oni nie miał wdzię­ku ani bla­sku, aby na nie­go po­pa­trzeć, ani wy­glą­du, by się nam po­do­bał, jak mó­wi pro­rok Iza­jasz.

 

(oprac. r.m.)

 

Mo­dli­twa przez wsta­wien­nic­two św. Elż­bie­ty Wę­gier­skiej

Wszech­mo­gą­cy Bo­że, dzię­ki Two­jej ła­sce Świę­ta Elż­bie­ta wi­dzia­ła i czci­ła Chry­stu­sa w ubo­gich, za jej wsta­wien­nic­twem daj nam du­cha mi­ło­ści, aby­śmy wy­trwa­le słu­ży­li po­trze­bu­ją­cym i cier­pią­cym. Przez Chry­stu­sa Pa­na na­sze­go. Amen.

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Na pew­no za­uwa­ży­li­ście, że na kart­kach na­sze­go dwu­ty­go­dni­ka jest co­raz wię­cej tre­ści… Spró­bu­ję jak naj­przej­rzy­ściej przed­sta­wić tę róż­no­rod­ność. Za­wsze war­to zwró­cić uwa­gę na „TN”, czy­li Te­mat Nu­me­ru. Gdy pa­pież Be­ne­dykt XVI otwie­rał Rok Wia­ry, to wszy­scy zo­sta­li­śmy we­zwa­ni, by co­raz le­piej po­zna­wać i ro­zu­mieć to, w co wie­rzy­my. Na stro­nie 9 Mag­da­le­na Gu­ziak-No­wak wy­ja­śnia nam sześć głów­nych prawd wia­ry, na na­stęp­nych stro­nach ta sa­ma au­tor­ka pro­sty­mi sło­wa­mi przy­po­mi­na, dla­cze­go księ­gi bi­blij­ne są uzna­ne za wia­ro­god­ne, od­po­wia­da na py­ta­nie, jak po­go­dzić hi­po­te­zę ewo­lu­cji z tym, co czy­ta­my w opi­sie stwo­rze­nia świa­ta. A czy spo­tka­li­ście się kie­dyś z wąt­pli­wo­ścią, czy po zie­mi cho­dzi­ła ta­ka oso­ba na­zy­wa­na przez chrze­ści­jan Mat­ką Je­zu­sa – Mi­riam po he­braj­sku, a Ma­ria – Ma­ry­ja w pol­skim brzmie­niu?

Brak wie­dzy pro­wa­dzi czę­sto do ośmie­sze­nia oso­by nie­do­uczo­nej, kil­ka przy­kła­dów ta­kiej śmiesz­no­ści znaj­dzie­my na stro­nie 13, a kon­kret­niej to, co moż­na usły­szeć w pol­skich ko­ścio­łach, gdy uważ­niej wsłu­cha­my się w śpiew zgro­ma­dzo­nych lu­dzi. Na tej sa­mej stro­nie rów­nież zu­peł­nie po­waż­nie – znaj­dzie­my przy­po­mnie­nie, czym był So­bór Wa­ty­kań­ski II, na któ­ry pa­pież Be­ne­dykt XVI po­wo­łał się w swym li­ście Por­ta Fi­dei, w któ­rym ogło­sił Rok Wia­ry, a za­raz po­tem, na stro­nach 15 i 16 z za­in­te­re­so­wa­niem prze­czy­ta­my, na czym po­le­ga wy­jąt­ko­wość na­szej, ka­to­lic­kiej wia­ry. Tę wy­jąt­ko­wość wi­dzi­my też w oso­bach, któ­re po­śród za­mę­tu świa­ta zna­la­zły Je­zu­sa Chry­stu­sa – Zba­wi­cie­la. O tych na­wró­co­nych prze­czy­ta­my na stro­nach 17–18.

Du­ża gru­pa na­szych czy­tel­ni­ków już po­lu­bi­ła stro­ny, na któ­rych jest wie­le prak­tycz­nych uwag do­ty­czą­cych ży­cia. Szu­ka­cie tam prak­tycz­nych uwag, któ­re po­cho­dzą od wy­kształ­co­nych psy­cho­lo­gów i pe­da­go­gów, te wnio­ski i ra­dy są tym cen­niej­sze, że na­si współ­pra­cow­ni­cy są nie tyl­ko wy­kształ­ce­ni, ale też dla­te­go, że nie­ustan­nie sty­ka­ją się z wie­lo­ma oso­ba­mi w po­rad­niach, pod­czas kon­fe­ren­cji, któ­re pro­wa­dzą i po któ­rych wie­lu słu­cha­czy szu­ka u nich po­mo­cy. Na stro­nach 23–26 prze­czy­ta­cie o tym, że waż­ne dla przy­szło­ści jest to, co ro­bi­cie te­raz i z kim się spo­ty­ka­cie, do­wie­cie się, jak po­móc po­ja­wia­ją­cej się i roz­wi­ja­ją­cej mi­ło­ści i czy ufać chłop­cu, któ­ry mi­mo próśb dziew­czy­ny nie umie al­bo nie chce od­mó­wić so­bie pi­wa…

I jesz­cze stro­ny dla mi­ło­śni­ków hi­sto­rii i od­po­wiedź na py­ta­nie, co to jest NPR i sło­wa Ja­na Paw­ła II, i kil­ka­na­ście ogło­szeń… Nu­me­ru nie za­brak­nie ani na dłuż­szą po­dróż, ani na kil­ka je­sien­nych wie­czo­rów.

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski