Po­mysł na to, aby pójść na piel­grzym­kę, kieł­ko­wał w nas przez dłu­gi czas. Te­mat po­ja­wiał się w roz­mo­wach, bar­dziej jed­nak na za­sa­dzie żar­tu niż rze­czy­wi­stych pla­nów. Oba­wia­li­śmy się tro­chę, że nie da­my ra­dy. W koń­cu nie­co­dzien­nie po­ko­nu­je się od­le­głość 25–30 ki­lo­me­trów na dzień. Na do­da­tek upał, ule­wa, cza­sem na­wet bu­rza. Nie, to nie­moż­li­we – my­śle­li­śmy.

Aż przy­szedł ko­niec lip­ca 2011 r. i spon­ta­nicz­ny po­mysł, że jed­nak spró­bu­je­my, że da­my ra­dę. Oba­wy ro­dzi­ców by­ły cał­kiem spo­re, ale uda­ło się je prze­zwy­cię­żyć da­nym sło­wem obiet­ni­cy, że bę­dzie­my bez­względ­nie słu­chać księ­dza prze­wod­ni­ka. Ostat­nie dni zle­cia­ły nam na przy­go­to­wa­niach do piel­grzym­ki, ku­po­wa­niu od­po­wied­nich sprzę­tów, a tak­że fi­zycz­nym przy­go­to­wa­niu. Co­dzien­nie – nie­za­leż­nie od po­go­dy – cho­dzi­li­śmy na dłu­gie spa­ce­ry-wy­pra­wy, aby przy­zwy­cza­ić no­gi do po­ko­ny­wa­nia dłu­gich od­le­gło­ści. Jak się póź­niej oka­za­ło, to był bar­dzo do­bry po­mysł.

foto_01-03_15-16-2013

6 sierp­nia Mszą św. na wa­wel­skim wzgó­rzu roz­po­czę­li­śmy na­szą pierw­szą piel­grzym­kę. Na kart­kach wy­pi­sa­li­śmy proś­by, w in­ten­cji któ­rych wy­ru­szy­li­śmy do tro­nu Mat­ki Bo­żej Kró­lo­wej Pol­ski. Bar­dziej niż zmę­cze­nie to­wa­rzy­szy­ła nam oba­wa – jak bę­dzie wy­glą­dał pierw­szy noc­leg? Czy bę­dzie moż­na się umyć po ca­łym dniu wę­drów­ki w upa­le? Czy go­spo­da­rze, któ­rzy nas przyj­mą, bę­dą życz­li­wi? Pierw­szy noc­leg – w Wiel­kiej Wsi – po­ka­zał nam, że Po­la­cy bar­dzo ce­nią so­bie piel­grzy­mów. Za­chę­ca­li nas do je­dze­nia przy­go­to­wa­nych przez nich po­traw, jak­by­śmy nie je­dli przy­naj­mniej od mie­sią­ca! Na ko­niec po­le­ca­li na­szej mo­dli­twie swo­je wła­sne proś­by. Po­dob­nie by­ło we wszyst­kich miej­sco­wo­ściach, na wszyst­kich eta­pach na­szej piel­grzym­ki. Spo­ty­ka­li­śmy się z ogrom­ną otwar­to­ścią lu­dzi i życz­li­wo­ścią.

Nie wszyst­kie noc­le­gi w cza­sie piel­grzym­ki spę­dza się pod okiem tro­skli­wych go­spo­da­rzy. Cza­sem trze­ba za­no­co­wać w szko­le lub w re­mi­zie stra­żac­kiej. Brzmi strasz­nie? Nic strasz­ne­go. Wprost prze­ciw­nie! Te „cie­ka­we” miej­sca noc­le­go­we do­da­ją piel­grzym­ce uro­ku i pąt­ni­cze­go cha­rak­te­ru. Prze­cież piel­grzym­ka to nie wcza­sy all-in­c­lu­si­ve w pię­cio­gwiazd­ko­wym ho­te­lu. Dzię­ki nim na­uczy­li­śmy się wie­le na swój te­mat. Na przy­kład ni­gdy wcze­śniej nie po­my­śle­li­by­śmy, że spa­nie na pod­ło­dze mo­że być cał­kiem wy­god­ne. Tak, po ca­łym dniu mar­szu na­wet ka­ri­ma­ta na pod­ło­dze mo­że przy­nieść praw­dzi­wą ulgę.

Gdy­by nie piel­grzym­ka i go­ścin­ność na­szych pierw­szych go­spo­da­rzy, ni­gdy nie prze­ko­na­li­by­śmy się, jak sma­ku­je mle­ko „pro­sto od kro­wy”, ani nie zo­ba­czy­li­by­śmy, jak z bli­ska wy­glą­da in­dyk, świ­nia i kro­wa. Ten pierw­szy noc­leg był dla nas swe­go ro­dza­ju szko­łą prze­trwa­nia. Oka­za­ło się, że „nie ta­ki dia­beł strasz­ny, jak go ma­lu­ją”. Te­raz to wła­śnie pierw­szy noc­leg wspo­mi­na­my z uśmie­chem na twa­rzy.

foto_02-03_15-16-2013

Noc­le­gi w szko­łach też na­le­ża­ły do cie­ka­wych, bo kto by po­my­ślał, że ko­lej­ka do prysz­ni­ca mo­że być miej­scem za­war­cia dłu­go­trwa­łej przy­jaź­ni lub zna­jo­mo­ści? Jed­nak piel­grzym­ko­we do­świad­cze­nia po­ka­zu­ją, że to moż­li­we.

Na­sza pierw­sza piel­grzym­ka uświa­do­mi­ła nam, że je­ste­śmy w sta­nie przejść tra­sę Kra­ków – Czę­sto­cho­wa bez więk­szych pro­ble­mów fi­zycz­nych. Na­ucze­ni do­świad­cze­niem, na dru­gą piel­grzym­kę w 2012 r. za­bra­li­śmy rze­czy, o któ­rych za­po­mnie­li­śmy rok wcze­śniej, na­to­miast nie­po­trzeb­ne wy­rzu­ci­li­śmy z ple­ca­ka.

Co jed­nak naj­waż­niej­sze, to­wa­rzy­szy­ła nam przez ca­ły czas głę­bo­ka at­mos­fe­ra re­li­gij­na. Od­ma­wia­ny co­dzien­nie Ró­ża­niec, kon­fe­ren­cje księ­ży prze­wod­ni­ków, Msza św., Go­dzin­ki ku czci Nie­po­ka­la­ne­go Po­czę­cia Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny, śpie­wa­ne pie­śni i pio­sen­ki re­li­gij­ne – to wszyst­ko po­zwo­li­ło nam, choć ca­ły czas ma­sze­ro­wa­li­śmy, za­trzy­mać się na chwi­lę i za­sta­no­wić nad spra­wa­mi, któ­re by­ły dla nas waż­ne.

Bez­cen­ne by­ły też mo­men­ty ci­szy. Cza­sem jest się zbyt zmę­czo­nym, że­by roz­ma­wiać. Tra­sa jest zbyt trud­na, że­by śpie­wać i grać na gi­ta­rach. Wte­dy po pro­stu się idzie. To wła­śnie ta chwi­la, że­by po­mo­dlić się pry­wat­nie, że­by za­sta­no­wić się nad so­bą w ci­szy, że­by po­ukła­dać w gło­wie wszyt­ko to, na co w co­dzien­nym za­bie­ga­niu bra­ku­je cza­su. Je­że­li stwier­dzisz, że po­trze­bu­jesz ra­dy, że chcesz z kimś po­roz­ma­wiać lub sko­rzy­stać z sa­kra­men­tu po­ku­ty i po­jed­na­nia, to nie­oce­nio­na jest obec­ność księ­ży, któ­rzy za­wsze chęt­nie wy­spo­wia­da­ją i udzie­lą po­ra­dy du­cho­wej.

Piel­grzym­ka to naj­lep­sza lek­cja współ­pra­cy, wza­jem­ne­go wspie­ra­nia się w trud­nych chwi­lach – mi­ło­ści bliź­nie­go. To czas, kie­dy mo­że­my na­uczyć się, ile zna­czą drob­ne ge­sty. Po­dzie­lić się wo­dą (al­bo kon­ser­wą), po­wie­dzieć do­bre sło­wo, za­mie­nić kil­ka zdań w dro­dze, uśmiech­nąć się życz­li­wie, po­nieść przez chwi­lę ple­cak te­go, ko­mu jest szcze­gól­nie cięż­ko. Te ge­sty do­da­ją otu­chy, przy­wra­ca­ją wia­rę, gdy wy­da­je się, że da­lej się już nie da. Piel­grzym­ka to praw­dzi­wa szko­ła ży­cia i mo­dli­twy. Szan­sa na po­zna­nie war­to­ścio­wych lu­dzi i zbli­że­nie z Bo­giem.

Wie­le osób, któ­rym po piel­grzym­kach opo­wia­da­li­śmy o na­szych wra­że­niach, py­ta­ło nas, co czu­je się, gdy po sze­ściu dniach wę­drów­ki klęk­nie się w koń­cu przed ob­ra­zem Czar­nej Ma­don­ny Ja­sno­gór­skiej. Zgod­nie od­po­wia­da­li­śmy, że… nic. Czło­wiek klę­ka, od­ma­wia Pod Two­ją obro­nę czy in­ną ma­ryj­ną mo­dli­twę, wsta­je i idzie da­lej – z ra­cji piel­grzy­mów nie moż­na na dłu­go za­trzy­my­wać się przed ob­ra­zem. Ale to i tak jest cen­ne. Na­sze ży­cie po­zba­wio­ne jest „fa­jer­wer­ków re­li­gij­nych”. Nie ocze­kuj­my, że po dniach piel­grzym­ki ob­ja­wi się nam Mat­ka Bo­ża. Wzbudź­my w so­bie je­dy­nie ży­wą wia­rę, że nasz trud nie jest Bo­gu obo­jęt­ny i po­tra­fi nam zjed­nać ła­ski, o któ­rych na­wet nie ma­rzy­li­śmy.

W tym miej­scu nie spo­sób jed­nak nie wspo­mnieć o Mszy św. na Ja­sno­gór­skich Wa­łach, któ­ra każ­do­ra­zo­wo ma miej­sce po do­tar­ciu kra­kow­skiej pie­szej piel­grzym­ki do Czę­sto­cho­wy. Jest ona bar­dzo uro­czy­sta. Spra­wu­ją ją księ­ża bi­sku­pi ar­chi­die­ce­zji kra­kow­skiej i czę­sto­chow­skiej oraz wszy­scy księ­ża prze­wod­ni­cy. To mo­ment, na któ­ry na­praw­dę war­to cze­kać. Naj­święt­sza Ofia­ra jest skła­da­na kil­ka go­dzin po wej­ściu piel­grzym­ki. Wte­dy do­kład­nie moż­na zo­ba­czyć, jak wiel­ka rze­sza lu­dzi piel­grzy­mo­wa­ła na Ja­sną Gó­rę. Jest to też mo­ment sa­tys­fak­cji i ra­do­ści, że uda­ło się dojść aż do koń­ca i choć po nie­ma­łym wy­sił­ku fi­zycz­nym mo­gło­by się wy­da­wać, że na nic wię­cej nie ma już si­ły, to jed­nak za­wsze po­zo­sta­je smu­tek, że to już ko­niec... Moż­na po­wie­dzieć, że piel­grzy­mo­wa­nie uza­leż­nia! Wa­ka­cje bez piel­grzym­ki by­ły­by ja­kieś nie­peł­ne, pu­ste i my­śli­my, że nie tyl­ko dla nas, ale dla każ­de­go, kto choć raz spró­bo­wał.

Po­le­ca­my, na­praw­dę war­to!

 

Ka­ro­li­na Po­lak

Ka­je­tan Raj­ski

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: