Nie ma wąt­pli­wo­ści, że naj­waż­niej­sze zda­nie w chrze­ści­jań­stwie, to: „BÓG KOCHA CZŁOWIEKA”. Wszyst­kie in­ne praw­dy wia­ry al­bo z tej pierw­szej wy­ni­ka­ją, al­bo do niej pro­wa­dzą. Ko­ściół ka­to­lic­ki for­mu­łu­je te praw­dy wia­ry, by się Bo­żej Mi­ło­ści przyj­rzeć bli­żej, szcze­gó­ło­wo, by co­raz ser­decz­niej tę Mi­łość przyj­mo­wać i co­raz peł­niej na Nią od­po­wia­dać. To od­naj­dy­wa­nie Bo­żej Mi­ło­ści mo­że­my po­trak­to­wać, jak wy­wiad z Pa­nem Bo­giem.

Czy Pan Bóg mil­czy?

Py­ta­nie to jest sta­re jak świat. Bo daw­niej – choć­by za cza­sów Sta­re­go Te­sta­men­tu – ni­ko­mu nie przy­szło­by do gło­wy po­wie­dzieć, że Bo­ga nie ma. Two­rzo­no ja­kieś wy­obra­że­nia Bo­ga, cza­sa­mi to by­ły bar­dziej ka­ry­ka­tu­ry niż sen­sow­ne ob­ra­zy, ale też in­tu­icja czło­wie­ka dość czę­sto mo­że być prze­sło­nię­ta sil­ny­mi emo­cja­mi.

Dzi­siaj to py­ta­nie sta­wia­ją nie tyl­ko świad­ko­wie wo­jen i obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Wy­star­czy, że na złą dro­gę zej­dzie dziec­ko, w któ­re­go wy­cho­wa­nie ro­dzi­ce wło­ży­li ser­ce i la­ta wy­sił­ku. Wy­star­czy, że ktoś, kto od­kła­dał pie­nią­dze na coś po­trzeb­ne­go i upra­gnio­ne­go, mu­si nie­ocze­ki­wa­nie za­pła­cić du­żą su­mę za nie­spo­dzie­wa­ną na­pra­wę.

Wy­star­czy, że nie po­wie­dzie się eg­za­min, a gdy do te­go uko­cha­na za­koń­czy­ła zna­jo­mość, to nie jest da­le­ko, aby sta­wiać py­ta­nie: „Cze­mu Bóg się na to zga­dza?”, „Czy Mu nie je­stem obo­jęt­ny?” al­bo „Po co się sta­ra­łem być wier­ny, je­śli to wszyst­ko do ni­cze­go nie pro­wa­dzi?”.

Spójrz­my uczci­wie: to wszyst­ko są emo­cje. Sil­ne, praw­dzi­we, bo emo­cje są za­wsze praw­dzi­we, ale nie­zdat­ne, aby z nich zro­bić fun­da­ment. Fun­da­ment pro­ce­sów my­ślo­wych, słów, a zwłasz­cza de­cy­zji. Gdy ktoś do­świad­cza cier­pie­nia, gdy coś idzie nie po je­go my­śli, od­ru­cho­wo szu­ka win­ne­go.

Już sam ten kie­ru­nek jest nie­bez­piecz­ny: al­bo tym win­nym bę­dzie Pan Bóg, al­bo ja sam, al­bo in­ni lu­dzie. Je­śli Pan Bóg – to od­cho­dzi­my od Praw­dy. Je­śli ja sam – to mo­że nic nie je­stem wart i w ogó­le nie war­to się wy­si­lać. Je­śli in­ni lu­dzie – to mam wro­gów i od ra­zu po­ku­sę od­we­tu. Żad­na z tych wer­sji nie pro­wa­dzi do roz­wo­ju. Je­śli po­peł­ni­łem błę­dy, to mam je zna­leźć i pró­bo­wać ich nie po­wta­rzać, je­śli na­bro­ili lu­dzie, to mo­gę od­uczyć się na­iw­nej ła­two­wier­no­ści, ćwi­czyć w wy­ba­cza­niu i do­bie­ra­niu so­bie od­po­wied­nie­go to­wa­rzy­stwa. Je­śli zaś nie­ustan­nie po­ja­wia się pre­ten­sja do Pa­na Bo­ga – to je­go do­tych­cza­so­wy ob­raz był tyl­ko ża­ło­sną ka­ry­ka­tu­rą i na­le­ży ją na­tych­miast zmie­nić.

 

 ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: