Szczęść Bo­że!

Pe­wien piel­grzym po­wie­dział kie­dyś, że po kil­ku­na­stu la­tach piel­grzy­mo­wa­nia (głów­nie na Ja­sną Gó­rę) zro­zu­miał, że ca­łe ży­cie jest wę­drów­ką, w któ­rej każ­dy krok jest de­cy­zją. Od sa­me­go ra­na po­trzeb­na jest de­cy­zja, by wstać z po­ście­li i pod­jąć swo­je za­da­nia. Ale nie cho­dzi tyl­ko o to, by wstać, waż­ne jest rów­nież, jak wsta­je­my.

Cza­sem, pro­wa­dząc re­ko­lek­cje, pod­su­wam słu­cha­czom po­mysł, by sta­wiać so­bie każ­de­go dnia (mo­że w każ­dym ty­go­dniu) za­da­nia – jed­nym z nich mo­że być spo­sób wsta­wa­nia z łóż­ka i po­wi­ta­nia naj­bliż­szych: moż­na prze­cież zro­bić to tak, że­by każ­de­mu „chcia­ło się żyć”. Po­tem po­trzeb­na jest de­cy­zja, czy chcę po­wi­tać Pa­na Bo­ga i w spo­koj­nej mo­dli­twie Go po­słu­chać (nie­któ­rzy przed szko­łą czy pra­cą idą na Mszę Świę­tą). I tak co chwi­la no­we wy­bo­ry.

Wła­ści­wie dla chrze­ści­ja­ni­na jest jed­no kry­te­rium do­brze po­dej­mo­wa­nych de­cy­zji – mi­łość. Czy­ta­jąc przy­go­to­wa­ne do te­go nu­me­ru tek­sty, war­to za­uwa­żyć, że wszyst­kie ra­dy, ja­kie od­na­leź­li­śmy, słu­cha­jąc mą­drych lu­dzi i czy­ta­jąc mą­dre książ­ki, spro­wa­dza­ją się do te­go jed­ne­go – czy wzra­stam w Mi­ło­ści, ina­czej mó­wiąc – czy przy­bli­żam się do Pa­na Bo­ga, czy co­raz traf­niej od­czy­tu­ję Je­go wo­lę i z co­raz więk­szą ra­do­ścią ją speł­niam.

Za­uważ­my, że ra­do­ścią jest ży­cie, w któ­rym czło­wiek nie tyl­ko jest pe­wien, że Pan Bóg go ko­cha, ale wi­dzi, że sam w tę mi­łość wni­ka i umie da­wać ją in­nym. Chy­ba nie trze­ba prze­ko­ny­wać, jak wiel­kim szczę­ściem jest spra­wia­nie ra­do­ści in­nym.

Nie­ste­ty, ka­tor­gą jest ży­cie, w któ­rym cią­gle bo­imy się o to, czy speł­nia­my ta­ki czy in­ny prze­pis, czy ktoś (al­bo Ktoś) nas nie skar­ci al­bo na­wet ze­śle do „miej­sca” po­tę­pie­nia. Tra­gicz­nie nie­raz my­lą się lu­dzie, któ­rzy chcą spra­wić przy­jem­ność, przy­bli­ża­jąc ja­kieś zło, któ­re jest póź­niej źró­dłem we­wnętrz­ne­go ze­psu­cia.

Trze­ba wy­bie­rać, trze­ba umieć od­rzu­cać wszyst­ko, co nie jest do­brem, co nie pro­wa­dzi do Pa­na Bo­ga, co jest źró­dłem smut­ku i znie­chę­ce­nia.

Bar­dzo mo­że po­móc umie­jęt­ność spoj­rze­nia na sie­bie z pew­ne­go dy­stan­su, prak­tycz­nie moż­na to zro­bić, sta­wia­jąc so­bie py­ta­nie, czy coś, co za­mie­rzam zro­bić, do­ra­dził­bym swe­mu sy­no­wi, swo­jej cór­ce. Czy chęt­nie wi­dział­bym swo­je dziec­ko w sy­tu­acjach, w któ­rych sta­wiam sie­bie? Świę­ty Jan Pa­weł II za­py­tał w 1995 ro­ku w Sko­czo­wie: „Czy moż­na od­rzu­cić Chry­stu­sa i wszyst­ko to, co On wniósł w dzie­je czło­wie­ka? Oczy­wi­ście moż­na, (…) ale czy wol­no? I w imię cze­go wol­no?”.

Prak­tycz­nie do­daj­my jesz­cze: czy war­to? Świę­ty pa­pież do­dał na za­koń­cze­nie: „Pro­szę was, aby­ście ni­gdy nie wzgar­dzi­li tą Mi­ło­ścią, któ­ra jest »naj­więk­sza «, któ­ra się wy­ra­zi­ła przez Krzyż, a bez któ­rej ży­cie ludz­kie nie ma ani ko­rze­nia, ani sen­su”.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: