Szczęść Bo­że,

Po prze­czy­ta­niu tek­stów no­we­go nu­me­ru „Dro­gi” mia­łem wie­le sko­ja­rzeń zwią­za­nych z mo­imi oso­bi­sty­mi wspo­mnie­nia­mi. Po­zwól­cie, że się ni­mi po­dzie­lę.

Pierw­sze mo­je „wy­stą­pie­nie” przy oł­ta­rzu mia­ło miej­sce w dniu pa­ra­fial­ne­go od­pu­stu, a by­ła to pa­ra­fia pod we­zwa­niem Świę­te­go Ja­na z Kęt, wy­bit­ne­go pro­fe­so­ra Aka­de­mii Kra­kow­skiej. Ksiądz pro­boszcz znał na­szą ro­dzi­nę i po­pro­sił, bym prze­czy­tał czy­ta­nie na Mszy Świę­tej dla dzie­ci. Mia­łem wte­dy pięć i pół ro­ku... Nie­dłu­go po­tem za­czą­łem słu­żyć pod­czas Eu­cha­ry­stii – by­ły to la­ta sześć­dzie­sią­te ubie­głe­go wie­ku – pierw­szym wy­zwa­niem by­ło dla mnie na­ucze­nie się tak zwa­nej mi­ni­stran­tu­ry. By­ło to kil­ka wer­se­tów ła­ciń­skie­go dia­lo­gu, pa­mię­tam jesz­cze cie­niut­kie stro­ny kal­ki ma­szy­no­wej, na któ­rej ktoś, być mo­że sam pro­boszcz – pra­łat Teo­fil Bo­guc­ki – prze­pi­sał na po­trze­by kan­dy­da­tów na mi­ni­stran­tów frag­men­ty wy­ję­te z msza­łu. Nie by­ło wte­dy oczy­wi­ście ko­pia­rek, tym bar­dziej pod­ręcz­nych dru­ka­rek.

Pa­mię­tam z póź­niej­szych lat, kie­dy uczy­łem się w se­mi­na­rium, a mo­ja ma­ma cho­dzi­ła do są­sied­niej pa­ra­fii, pro­wa­dzo­nej przez księ­ży ma­ria­nów. Miesz­ka­li­śmy wów­czas w pa­ra­fii pod we­zwa­niem św. Sta­ni­sła­wa Kost­ki, gdzie po­cząt­ko­wo po­słu­gi­wał bło­go­sła­wio­ny już ksiądz Je­rzy Po­pie­łusz­ko. Ma­ma swą „nie­wier­ność” na­szej pa­ra­fii tłu­ma­czy­ła tym, że tam wciąż po­ja­wia­ją się gru­py od­wie­dza­ją­ce grób księ­dza Je­rze­go, każ­de­go dnia in­ni lu­dzie i wła­ści­wie ze wzglę­du na nich nie­mal nie­ustan­nie wra­ca się do te­go sa­me­go te­ma­tu, do oso­by dusz­pa­ste­rza lu­dzi pra­cy. Jed­nak ma­ma chcia­ła „być na bie­żą­co” i co naj­mniej raz w ty­go­dniu cho­dzi­ła prze­czy­tać wy­wie­szo­ne na ta­bli­cy ogło­szeń wszel­kie ak­tu­al­ne in­for­ma­cje – róż­ne za­pro­sze­nia, wia­do­mo­ści o wi­zy­cie dusz­pa­ster­skiej itp. To z ko­lei po­mysł na opi­sa­ne w nu­me­rze zja­wi­sko „chur­chin­gu”.

Wie­lo­krot­nie bra­łem też udział w dys­ku­sjach, w któ­rych uczest­ni­cy wra­ca­li do te­ma­tu pa­ra­fii – czy ta struk­tu­ra jest ar­cha­icz­na, czy jest wciąż po­trzeb­na i czy ma ja­sno okre­ślo­ne za­da­nia. Na pew­no wie­le się zmie­ni­ło, zwłasz­cza w du­żych mia­stach, gdzie ze swo­imi pro­po­zy­cja­mi dusz­pa­ster­ski­mi wy­cho­dzą róż­ne za­ko­ny i zgro­ma­dze­nia, dusz­pa­ster­stwa sta­no­we (służ­by zdro­wia, na­uczy­cie­li, praw­ni­ków, li­te­ra­tów, śro­do­wisk twór­czych i wie­le in­nych) or­ga­ni­zu­ją swo­je spo­tka­nia i re­ko­lek­cje – to wszyst­ko ma cha­rak­ter mię­dzy­pa­ra­fial­ny. Ale też nic nie za­stą­pi pro­bosz­cza, któ­ry w swo­jej pa­ra­fii jest kil­ka­na­ście lat, któ­ry po­zdro­wi wcho­dzą­cych czy mi­ja­nych na uli­cy pod­opiecz­nych, któ­ry za­py­ta o zdro­wie, po­świę­ci miesz­ka­nie, a cza­sem da się za­pro­sić na pod­wie­czo­rek…

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: