Drodzy Czytelnicy!
Nie lubię artykułów „Wiem, to wam powiem”. Denerwują mnie autorzy, którzy za cel stawiają sobie przekonanie mnie do ich opinii, a więc często piszą nierzetelnie, pod z góry ustaloną tezę. Kiedy czytam, lubię razem z autorem dochodzić do sedna, zastanawiać się, rozstrzygać, przyglądać się z różnych perspektyw. Dziś łamię tę zasadę. Dziś będę „ciotką dobrą radą”, bo wiem, to Wam powiem.
A tak serio. Chciałabym się podzielić z Wami swoim edukacyjnym doświadczeniem. Po co? Żeby – daj Boże – zaoszczędzić Wam stresu. Bieżący temat numeru to ciężki kaliber – jak wybrać zawód marzeń? Pewnie wielu przyprawia o zawrót głowy. Te niekończące się pytania „A kim będziesz w przyszłości?” potrafią doprowadzić do szału. Choć już to przeszłam, jeszcze nie zapomniałam, jak to było.:) Można powiedzieć, że w pewnym sensie miałam łatwiej, bo od zawsze wiedziałam, co chcę robić w przyszłości. Ale to nie marzenie – jasne, skrystalizowane, pewne – dawało mi największy spokój. Prawdziwy spokój i poczucie wolności dawali mi rodzice, którzy uważali, że szkoła jest ważna, ale… bez przesady. Żebym nie została teraz źle zrozumiana – nauka była moim priorytetem. Ale nigdy nie słyszałam, że jest na pierwszy miejscu, bo to zajmował Pan Bóg i rodzina. Pamiętam też ważne dla mnie słowa. Gdy okazało się, że wygrałam indeks na studia na drugim końcu Polski, chciałam zrezygnować. Udział w konkursie wzięłam… dla żartu. Pochodzę z Wielkopolski, od zawsze miałam studiować w Poznaniu, a tu mam wstęp na Uniwersytet Jagielloński w Krakowie. Chciałam zwrócić nagrodę, co – możecie sobie wyobrazić – spotkało się z szokiem komisji konkursowej. Ostatecznie zdecydowałam się SPRÓBOWAĆ. Spróbować to bardzo dobre słowo. Rodzice zachęcali mnie właśnie tak: „Spróbuj, zobaczysz, jak będzie, szkoda, żebyś potem żałowała. Jeśli się tam nie odnajdziesz, to wrócisz”.
Nie wróciłam, zostałam w Krakowie. Na początku było mi ciężko, ale myśl, że przecież to nie jest najważniejsza decyzja w moim życiu, dodawała mi otuchy i odwagi. Dawała mi wolność w eksperymentowaniu, czyli szukaniu ciekawych zajęć dodatkowych, poznawaniu nowych miejsc i ludzi. I nie chodzi mi wcale o podejmowanie decyzji na pół gwizdka, o przesadną ostrożność, której efekt jest smutny – nigdy nie dorastamy, by wziąć pełną odpowiedzialność za swoje życie. Chodzi mi raczej o właściwe rozłożenie akcentów. Jadę na te studia, dam z siebie wszystko, żeby nie zmarnować tego czasu. Oddaję to Panu Bogu, czekam i sprawdzam. A jeśli się pomylę, zawracam. Bez rodzinnych histerii, że rok zmarnowany itp. itd.
Wybaczcie, że tak osobiście, ale bardzo chciałam Wam o tym napisać. Wybierając swój zawód, bądźcie rozważni i roztropni, ale też wrzućcie na luz i dajcie sobie prawo do pomyłki. Informacja, że mogę popełnić błąd i świat się z tego powodu nie zawali, była w moim życiu naprawdę dobrą wiadomością! Dzielę się nią z Wami.:) Pozdrowienia!
Magda Guziak-Nowak
redaktor naczelny