Gdy­by dzie­sięć lat te­mu ktoś mi po­wie­dział, że sie­dząc przed kom­pu­te­rem bę­dę pi­sać świa­dec­two o tym, jak jest na mi­sjach w Bo­li­vii, pew­nie bym się ro­ze­śmia­ła. Ale je­stem tu, już od ro­ku!

Mi­sje by­ły we mnie za­wsze. Pa­mię­tam mi­sjo­na­rzy, któ­rzy przy­jeż­dża­li i opo­wia­da­li o swo­jej pra­cy, o lu­dziach, in­nej kul­tu­rze. Już wte­dy czu­łam, że to mu­si byc coś wię­cej! Za­pra­gnę­łam wy­je­chać i jesz­cze, że­by przy­świe­ca­ła te­mu wiel­ka idea, wie­kie do­bro, mi­łość i sza­cu­nek do lu­dzi, wśród któ­rych bę­dę. Dzi­siaj wiem, że tym Do­brem jest sam Bóg.

Mo­im pierw­szym mi­syj­nym kra­jem był Ka­zach­stan. Osiem mie­się­cy upły­nę­ło bar­dzo szyb­ko. Uczy­łam dzie­ci angielskiego,wykonywałam drob­ne par­ce w pa­ra­fii, prze­wa­la­łam to­ny śnie­gu, du­żo się mo­dli­łam. Wró­ci­łam do do­mu, ale na­dal no­si­łam w so­bie to sa­mo pra­gnie­nie mi­sji. Mia­łam do­łą­czyć do zna­jo­mych w Pe­ru, w An­dach, ale Pan Bóg chciał ina­czej. Je­stem w Bo­li­wii i je­stem prze­szczę­śli­wa!

foto_01-02_01-2015

Mi­nął już rok, od­kąd je­stem na mi­sjach i pra­cu­je w San Ra­mon, ma­łym mia­stecz­ku we wschod­niej czę­ści kra­ju. Ota­cza nas nie­sa­mo­wi­cie pięk­na przy­ro­da, w któ­rej nie­ustan­nie wiel­bię Bo­ga. Tu­taj ży­je się bar­dzo spo­koj­nie i z dnia na dzień, ale ma to tak­że swo­je złe stro­ny. Wie­le za­sad, któ­re zna­my z co­dzien­ne­go ży­cia w Eu­ro­pie, tu­taj nie ist­nie­je np. lu­dzie się spóź­nia­ją, i to „gru­bo”, i wszyst­ko ro­bią bez po­śpie­chu. Nie ma też pre­sji, że­by skoń­czyć to, co się za­czę­ło. Trud­na jest nie­chęć lu­dzi do roz­wo­ju, ucze­nia się, wy­ma­ga­nia od sie­bie. Naj­bar­dziej bo­li, je­śli chce­my po­móc, a spo­ty­ka­my się z od­rzu­ce­niem. Trze­ba jed­nak pa­mię­tać, że na­le­ży się sza­cu­nek do wszyst­kie­go i wszyst­kich, któ­rych za­sta­nie­my na mi­sjach. Prze­cież ja je­stem tu­taj tyl­ko go­ściem i prze­chod­niem, to miesz­kań­cy wio­sek są u sie­bie.

Do­sta­ję wię­cej niż da­ję! Mo­ja pra­ca to tyl­ko kro­pel­ka w oce­anie Bo­że­go dzie­ła tu­taj, w Bo­li­wii.

Wszę­dzie sły­szę za­chwyt nad pra­cą mi­sjo­na­rzy. Fakt, moż­na ich po­dzi­wiać, gdyż czę­sto pra­cu­ją w trud­nych wa­run­kach (kli­mat, za­leż­no­ści po­li­tycz­ne, cho­ro­by itp.) My­ślę jed­nak, że to, co ro­bią mi­sjo­na­rze, to nic nad­zwy­czaj­ne­go! Mo­men­tem prze­ło­mo­wym jest de­cy­zja – zo­sta­wiam to, co mam i ja­dę. Gdy do­cie­ra­my do kra­ju prze­zna­cze­nia, przy­cho­dzi za­chwyt nad wszyst­kim, a póź­niej i nad tym, jak wspa­nia­le Bóg kie­ru­je na­szym ży­ciem. Je­śli jesz­cze po­ka­zu­je choć­by ma­leń­kie owo­ce na­szej pra­cy, czło­wiek jest praw­dzi­wie szczę­śli­wy! To bez­cen­ne do­świad­cze­nie!

Do mo­ich obo­wiąz­ków i ra­do­sci tu­taj, w Bo­li­wii, na­le­ży pro­wa­dze­nie za­jęć w cen­trum dla dzie­ci, week­en­do­we ka­te­che­zy na wio­skach, na któ­re do­jeż­dzam mo­to­rem, uczest­ni­cze­nie we Mszach św. i przy­go­to­wa­nie li­tur­gii, drob­ne pra­ce na pro­bo­stwie czy w kan­ce­la­rii, pi­sa­nie blo­ga, opie­ką nad ga­blot­ką ze zdję­cia­mi i wszyst­kie in­ne dro­bia­zgi. Naj­waż­niej­sze jed­nak to po pro­stu „być dla”. Być obec­nym. Dzie­ci bar­dzo po­trze­bu­ją wy­cho­waw­cze­go, ra­do­sne­go to­wa­rzy­stwa, ubo­dzy i cho­rzy tak­że. Wszyst­kie­mu te­mu przy­świe­ca je­den cel: Chry­stus. Naj­waż­niej­sze, by był obec­ny we wszyst­kim, co mó­wi­my i ro­bi­my. My to je­dy­nie na­rzę­dzia w Je­go rę­ku.

Św. Pa­weł na­pi­sal, że „da­jąc – otrzy­mu­je­my.”. Ja otrzy­ma­łam wie­le i mo­ja pra­ca, o któ­rej mam świa­do­mość, ze jest tyl­ko kro­pel­ką w oce­anie Bo­że­go dzie­ła tu­taj, nie rów­no­wa­ży da­rów, ja­kie co­dzien­nie do­sta­ję. Chwa­ła Pa­nu, na wie­ki!

 

Aga­ta „Ka­myk” Ka­miń­ska

www.sanramon.pl

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: