Święty egoizm

Czy w mi­ło­sier­dziu jest miej­sce na… od­mo­wę po­mo­cy?

Wy­ja­śnij­my so­bie coś

Wie­lu z nas ko­ja­rzy ego­izm z kon­cen­tro­wa­niem się na so­bie. Czy to słusz­na de­fi­ni­cja? I tak, i nie. Bo z jed­nej stro­ny w ego­izmie cho­dzi o sku­pia­nie się na „ja”, ale z dru­giej – nie da się żyć, kom­plet­nie po­mi­ja­jąc sie­bie sa­me­go. Ja­ka za­tem jest mia­ra? – Ego­izm to kon­cen­tro­wa­nie się wy­łącz­nie na so­bie – wy­ja­śnia tę kwe­stię o. Krzysz­tof Dy­rek. Nie moż­na więc tak po pro­stu na­zwać ego­istą czło­wie­ka, któ­ry szu­ka wła­sne­go do­bra. Mia­rą ego­izmu nie jest sam fakt „sku­pia­nia na so­bie. Ego­ista to ktoś, kto szu­ka „wy­łącz­nie” wła­sne­go do­bra.

fot. Si­be­ria © 123RF.com

Jak tu wsze­dłeś?!

A skąd się wła­ści­wie bie­rze ego­izm? Zda­rza się, że czło­wiek nie do­świad­cza w ży­ciu zbyt wie­le mi­ło­ści. I nie cho­dzi tu wy­łącz­nie o dzie­ci po­zba­wio­ne ro­dzi­ców czy in­ne tra­ge­die. Tak na­praw­dę wszy­scy je­ste­śmy w środ­ku bar­dzo de­li­kat­ni. I cza­sem wy­star­czy kil­ka sy­tu­acji, w któ­rych po pro­stu „za­bra­kło” nam mi­ło­ści ze stro­ny osób, od któ­rych mie­li­śmy pra­wo jej ocze­ki­wać. Wów­czas po­ja­wia się ból. Je­śli się to po­wta­rza, czło­wiek (zwłasz­cza dziec­ko!) za­czy­na po­strze­gać sie­bie ja­ko nie­god­ne­go mi­ło­ści. I nie uczy się doj­rza­le sie­bie ko­chać. Bo prze­cież to od in­nych uczy­my się mi­ło­ści. Tak­że tej „au­to­mi­ło­ści”. Gdy ra­na ser­ca bo­li, oso­ba za­czy­na się na niej kon­cen­tro­wać. Chce za­spo­ko­ić swój de­fi­cyt wszę­dzie, gdzie się da. To „tu­taj” moż­na (choć nie trze­ba) stać się ego­istą. Ks. Bo­gu­sław Szpa­kow­ski stwier­dza, że „ego­izm to ze­msta nie­ko­cha­ne­go ja, Ego­ista to ktoś, kto nie po­tra­fi ko­chać in­nych, bo nie po­tra­fi doj­rza­le ko­chać sie­bie. Z po­wo­du bra­ku mi­ło­ści do sie­bie czu­je się we­wnętrz­nie pu­sty. Za­chłan­nie usi­łu­je wy­cią­gnąć z in­nych to, co się da, by przy­naj­mniej na chwi­lę po­czuć za­do­wo­le­nie” – pod­su­mo­wu­je ks. Szpa­kow­ski. Wg wie­lu psy­cho­lo­gów, to wła­śnie brak mi­ło­ści do sie­bie jest jed­ną z naj­waż­niej­szych przy­czyn psy­chicz­nych pro­ble­mów.

Jak sie­bie”, czy­li: nie mniej i nie wię­cej…

Wie­my już, że ego­ista ko­cha in­nych „za ma­ło”, bo tak na­praw­dę nie po­tra­fi roz­sąd­nie ko­chać sie­bie. Ale sto­su­nek do bliź­nich mo­że być zde­for­mo­wa­ny tak­że w dru­gą stro­nę. „Ileż to ra­zy słu­cha­li­śmy ka­zań, któ­re na­wo­ły­wa­ły nas do ry­go­ry­stycz­ne­go za­par­cia się sie­bie i bez­gra­nicz­nej mi­ło­ści bliź­nie­go. Jak­że ła­two by­ło nam utwo­rzyć prze­ko­na­nie, że bliź­nie­go na­le­ży ko­chać po­nad wszyst­ko, ale sie­bie nie. Otóż za­po­mnie­nie o so­bie wzię­te do­słow­nie jest groź­ne. Wów­czas po­mi­ja­my istot­ny ele­ment przy­ka­za­nia mi­ło­ści – że ma­my ko­chać in­nych tak, jak sie­bie” – pi­sze ks. Szpa­kow­ski.

Czy ego­izm mo­że być świę­ty?

Świę­ty ego­izm” to pew­ne uprosz­cze­nie. O. Dy­rek pre­cy­zu­je: „Świę­to­ści tu nie ma, po­nie­waż wa­da nie jest świę­ta. Ale w ję­zy­ku po­tocz­nym po­ję­cie to funk­cjo­nu­je ja­ko sy­no­nim aser­tyw­no­ści”. „Aser­tyw­ność ko­ja­rzy się ze sprze­ci­wem. Ale w nim się za­wie­ra tak­że po­dej­ście do sie­bie sa­me­go: przy­zna­wa­nie so­bie pra­wa do wła­sne­go zda­nia, wy­ra­ża­nie go, sza­cu­nek do sie­bie i wła­snej wraż­li­wo­ści, a gdy trze­ba – ochro­na sie­bie. A to już nie ego­izm, ale ra­czej doj­rza­łość. Po­sta­wa wol­no­ści. Aser­tyw­ność to nic in­ne­go, jak umie­jęt­ność sta­wia­nia wła­snych gra­nic, z po­sza­no­wa­niem gra­nic in­nych” – wy­ja­śnia je­zu­ita. Trze­ba tu ko­niecz­nie pod­kre­ślić, że aser­tyw­ność to nie ce­cha. To zdol­ność na­by­ta. Da się te­go na­uczyć. Tyl­ko jak?

Prak­ty­ka czy­ni mi­strza

Ucze­nie się aser­tyw­no­ści jest po­trzeb­ne wszyst­kim, a zwłasz­cza oso­bom o ni­skim po­czu­ciu wła­snej war­to­ści, po­dat­nym na ma­ni­pu­la­cję czy ze zra­nio­ną god­no­ścią. Wbrew po­zo­rom to nie tyl­ko mó­wie­nie in­nym: „nie”. Po­czą­tek na­uki to mó­wie­nie wpierw do sie­bie sa­me­go: „mam pra­wo do…”: nie tyl­ko do ro­bie­nia, ale tak­że do nie­ro­bie­nia cze­goś. Do­pie­ro za tym idzie sta­wia­nie od­po­wied­nich gra­nic. Weź­my przy­kład z co­dzien­no­ści: ko­le­ga pro­si o po­moc w na­uce, a ty ko­niecz­nie mu­sisz się wy­spać na spraw­dzian. Sie­dzia­łeś dłu­go nad książ­ką, zo­sta­ło ci kil­ka go­dzin snu. Co te­raz? Z jed­nej stro­ny wiesz, że sen jest ci naj­bar­dziej po­trzeb­ny, a z dru­giej – na­ra­zić się ko­le­dze? Trud­na spra­wa. O. Dy­rek za­uwa­ża, że w ta­kich oko­licz­no­ściach brak aser­tyw­no­ści rów­nież mo­że być ego­izmem: „bo­ję się od­mó­wić, bo chcę mieć do­brą opi­nię”. Oso­ba aser­tyw­na, czy­li doj­rza­ła, po­wie so­bie: „mia­łem obo­wią­zek się na­uczyć, a te­raz mam pra­wo do snu”. I grzecz­nie od­mó­wi ko­le­dze. Nie moż­na się ob­wi­niać, gdy od­ma­wia się ko­muś po­mo­cy, by mą­drze chro­nić sie­bie. „Le­kar­stwem na brak aser­tyw­no­ści jest mi­łość: mi­łość do sie­bie sa­me­go. Otwar­ta na in­nych, lecz sza­nu­ją­ca sie­bie, któ­ry je­stem nie bar­dziej i nie mniej waż­ny od bliź­nie­go” – stwier­dza o. Dy­rek i za wzór po­da­je sa­me­go Chry­stu­sa: „Pan Je­zus był aser­tyw­ny: otwar­ty na in­nych, ale bez po­nie­wie­ra­nia so­bą. Do­strze­gał po­trze­by lu­dzi, ale nie speł­niał im wszyst­kich za­chcia­nek. Szczyt ludz­kiej doj­rza­ło­ści to Je­go po­sta­wa w cza­sie Mę­ki: wo­bec zdraj­ców – opa­no­wa­ny; wy­ra­ża ból, ale nie bła­ga o li­tość; mó­wi praw­dę, ale nie gar­dzi roz­mów­ca­mi; po­tra­fi od­po­wie­dzieć, ale ma tak­że od­wa­gę nic nie od­po­wia­dać. Da­je się przy­bić do krzy­ża, ale zna swo­ją god­ność”.

Pan Je­zus był aser­tyw­ny: otwar­ty na in­nych, ale bez po­nie­wie­ra­nia so­bą. Do­strze­gał po­trze­by lu­dzi, ale nie speł­niał im wszyst­kich za­chcia­nek.

Naj­pierw obro­na, po­tem ro­ze­zna­wa­nie

Aser­tyw­no­ści się uczy­my. Pierw­sze kro­ki są tro­chę skraj­ne i prze­ry­so­wa­ne. I do­brze. Tu­taj głów­ną po­sta­wą jest obro­na. Póź­niej czło­wiek na­bie­ra pew­no­ści sie­bie. I ten stan wy­ma­ga ostroż­no­ści. Po „eta­pie obro­ny”, gdy czło­wiek zna już swo­je pra­wa i umie sta­wiać gra­ni­ce, po­trzeb­ny jest etap dru­gi, czy­li: ro­ze­zna­wa­nie. Bo szczy­tem doj­rza­ło­ści nie jest kie­ro­wa­nie się obro­ną, ale kie­ro­wa­nie się mi­ło­ścią! O. Krzysz­tof Dy­rek prze­strze­ga: „Cza­sa­mi oso­by nie­aser­tyw­ne, gdy na­uczą się aser­tyw­no­ści, sta­ją się bun­tow­ni­ka­mi, a na­wet ego­ista­mi. Pod­kre­śla­ją swo­je pra­wa, a za­po­mi­na­ją o obo­wiąz­kach. Osią doj­rza­ło­ści nie jest po­wie­dze­nie so­bie: to ja je­stem naj­waż­niej­szy, ale ra­czej: naj­waż­niej­sze, bym zro­bił to, co zro­bił­by te­raz Je­zus na mo­im miej­scu”.

Czło­wiek, któ­ry w na­uce aser­tyw­no­ści za­trzy­ma się tyl­ko na eta­pie „obro­ny”, nie osią­gnie doj­rza­ło­ści. I wciąż nie bę­dzie po­tra­fił doj­rza­le ko­chać. Trze­ba za­tem ro­ze­zna­wać. A co? Oko­licz­no­ści ze­wnętrz­ne oraz we­wnętrz­ną mo­ty­wa­cję. Za­sta­nów się, po­módl do Je­zu­sa i za­py­taj, co On by te­raz zro­bił. A w spra­wach waż­niej­szych – po­dej­mij te­mat ze spo­wied­ni­kiem.

Prak­tycz­ne wska­zów­ki

  1. Wy­słu­chaj propozycji/prośby.
  2. Daj so­bie czas na de­cy­zję! Czę­sto „wko­pu­ją nas” zbyt szyb­kie de­kla­ra­cje, któ­rych po­tem się ża­łu­je. Tu­taj bar­dzo po­moc­ne są „go­tow­ce”, któ­ry­mi ni­ko­go nie ob­ra­zisz. Np.: „Słu­chaj, prze­my­ślę to i dam Ci po­tem znać”; „Cze­kaj, zer­k­nę w ter­mi­narz i Ci po­wiem”; „Po­sor­tu­ję my­śli i od­dzwo­nię!”.
  3. Wsłu­chaj się we wła­sne ser­ce: cze­go pra­gniesz? Czy ta spra­wa nie go­dzi w two­je su­mie­nie? Czy masz w ser­cu po­kój?
  4. Za­sta­nów się, czy masz na to czas. Od­po­wied­nio usta­wiaj prio­ry­te­ty.
  5. Pa­mię­taj: pro­szą­cy nie jest wro­giem. Mów so­bie: „On ma pra­wo pro­sić, a ja mam pra­wo od­mó­wić”.
  6. Zapy­taj o wła­sne in­ten­cje. Dla­cze­go chcę się zgodzić/odmówić? Z lę­ku o opi­nię? Z le­ni­stwa? A mo­że z mi­ło­ści, bądź po pro­stu z ocho­ty?
  7. Daj od­po­wiedź. Zrób to z mi­ło­ścią… do pro­szą­ce­go, i do sie­bie.

Krzysz­tof Dy­rek SJ

Je­zu­ita, fi­lo­zof, teo­log i psy­cho­log. Pro­wa­dzi szko­le­nia i te­ra­pie, pu­bli­ku­je.

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.