Na lek­tu­rze je­go po­wie­ści wy­cho­wa­li się ci, któ­rzy póź­niej wal­czy­li z za­bor­ca­mi i oku­pan­ta­mi. I choć nie­któ­rzy za­rzu­ca­ją Sien­kie­wi­czo­wi kre­owa­nie głu­piej bo­ha­tersz­czy­zny, on po­ka­zał naj­waż­niej­sze – że krwi nie prze­le­wa się mia­sta, zam­ki i go­spo­dy, ale za Pol­skę.

Sa­la wy­kła­do­wa peł­na uty­tu­ło­wa­nych hi­sto­ry­ków i li­te­ra­tu­ro­znaw­ców. Pre­le­gent ogła­sza szcze­gó­ły swo­jej pra­cy na te­mat szwedz­kie­go uzbro­je­nia pod­czas woj­ny z Pol­ską w XVII w. Ogól­ne po­ru­sze­nie wzbu­dza in­for­ma­cja, iż by­li nie­mal zu­peł­nie po­zba­wie­ni dział ob­lęż­ni­czych. Słu­cha­cze nie do­wie­rza­ją – i na­gle roz­le­ga się głos: „A ol­brzy­mia ko­lu­bry­na, któ­rą wy­sa­dził Kmi­cic?”

Na sa­li szmer po­ta­ki­wań, mą­dre gło­wy ki­wa­ją po­twier­dza­ją­co. Do­pie­ro po chwi­li wy­bu­cha grom­ki śmiech…

foto_01-02_24-2017

Kmi­ci­ce” i „Skrze­tu­scy”

Na lek­tu­rze je­go po­wie­ści wy­cho­wa­ły się ty­sią­ce mło­dych Po­la­ków, któ­rym przy­szło wal­czyć z za­bor­ca­mi i oku­pan­ta­mi. Wśród żoł­nie­rzy Le­gio­nów Pił­sud­skie­go, człon­ków Pol­skiej Or­ga­ni­za­cji Woj­sko­wej – a tak­że dwa­dzie­ścia lat póź­niej w cza­sie II woj­ny świa­to­wej w Ar­mii Kra­jo­wej czy Sza­rych Sze­re­gach – ro­iło się od „Bo­hu­nów”, „Kmi­ci­ców”, „Lon­gi­nu­sów”, „Ba­bi­ni­czów”, „Skrze­tu­skich”. Za­wsze wier­ny kul­tu­rze ła­ciń­skiej, Hen­ryk Sien­kie­wicz był za­żar­tym wro­giem roz­po­wszech­nia­ją­cych się za je­go ży­cia idei so­cja­li­stycz­nych. 112 lat te­mu, 10 grud­nia 1905 r., pi­sarz uosa­bia­ją­cy nie­ist­nie­ją­cą wów­czas na ma­pach Eu­ro­py oj­czy­znę uho­no­ro­wa­ny zo­stał li­te­rac­ką Na­gro­dą No­bla.

Umie­rał w 1916 r., za­le­d­wie dwa la­ta przed od­ro­dze­niem Rze­czy­po­spo­li­tej, ze sło­wa­mi: „Nie zo­ba­czę już wol­nej Pol­ski”. A prze­cież swo­imi książ­ka­mi wy­cho­wał po­ko­le­nie, któ­re Pol­skę wy­wal­czy­ło.

Ociec, prać?”

Sien­kie­wicz uro­dził się w 1846 r. na Pod­la­siu. Był sy­nem zu­bo­ża­łej ro­dzi­ny zie­miań­skiej, bie­do­wał na stu­diach. Po­pu­lar­ność zdo­by­wał twór­czo­ścią po­zy­ty­wi­stycz­ną: Szki­ca­mi wę­glem Jan­kiem Mu­zy­kan­tem, choć to nie ona jed­nak prze­są­dzi­ła o je­go wiel­ko­ści.

Idea, by bu­dzić pa­trio­tyzm po­wie­ścią hi­sto­rycz­ną, owład­nę­ła nim jesz­cze pod­czas stu­diów. Pierw­sza po­wsta­ła Nie­wo­la ta­tar­ska, wzo­ro­wa­na na XVII-wiecz­nej kro­ni­ce szla­chec­kiej. W 1883 r. w war­szaw­skim „Sło­wie” i kra­kow­skim „Cza­sie” roz­po­czął druk Ogniem i mie­czem – po­wie­ści, któ­rej ak­cja to­czy się pod­czas po­wsta­nia Chmiel­nic­kie­go w la­tach 1648–1651. „Sta­ło się to wy­da­rze­niem w ży­ciu zgnę­bio­ne­go ter­ro­rem na­ro­du pol­skie­go. Ta­kie­go utwo­ru spo­łe­czeń­stwo ocze­ki­wa­ło” – pi­sał po­eta Jó­zef Boh­dan Za­le­ski. Na­stęp­nie po­wstał Po­top po­świę­co­ny zma­ga­niom ze szwedz­kim na­jaz­dem w la­tach 1655– 1656 i po­wieść z cza­sów walk z Tur­cją Pan Wo­ło­dy­jow­ski, prze­tłu­ma­czo­na na po­nad 20 ję­zy­ków.

Pi­sarz stwo­rzył ga­le­rię po­sta­ci, któ­re za­do­mo­wi­ły się w pol­skiej zbio­ro­wej świa­do­mo­ści. Aż trud­no uwie­rzyć, że Jan Onu­fry Za­gło­ba to bo­ha­ter od po­cząt­ku do koń­ca fik­cyj­ny! Jesz­cze w la­tach 90. XX w. au­to­rzy te­le­wi­zyj­nej re­kla­my prosz­ku do pra­nia od­wo­ły­wa­li się do słów bra­ci Kiem­li­czów: „Ociec, prać?”.

Pod ostrza­łem kry­ty­ki

Po­czyt­ność Try­lo­gii bi­ła re­kor­dy, ale bu­dzi­ła też kry­ty­kę. Do dzi­siaj za­rzu­ca się au­to­ro­wi po­wierz­chow­ność, uprosz­cze­nia oraz kre­owa­nie głu­piej bo­ha­tersz­czy­zny. Pa­ła­ją­cy nie­chę­cią do je­go twór­czo­ści Wi­told Gom­bro­wicz na­zy­wał go „pierw­szo­rzęd­nym pi­sa­rzem dru­go­rzęd­nym” i pod­wa­żał cel przy­świe­ca­ją­cy pi­sa­niu Try­lo­gii – po­krze­pie­nie serc. Za­rzu­cał Sien­kie­wi­czo­wi, że za­gu­bił war­to­ści, a po­zo­sta­wił ich po­zo­ry, że od­dał się na usłu­gi prze­cięt­nej wy­obraź­ni. Na­zy­wał go ge­niu­szem – okrzyk­nię­tym tak przez prze­cięt­ność, któ­ra ku­pu­je pseu­do-pa­trio­tyzm. Suk­ces wy­daw­ni­czy tak­że przed­sta­wiał w krzy­wym zwier­cia­dle: in­te­li­gen­cja mia­ła go czy­tać, nie chwa­ląc się tym jed­nak przed in­ny­mi, do po­dusz­ki, tro­chę za­że­no­wa­na, że da­ła się po­nieść tak ni­skiej roz­ryw­ce.

 

An­na Ze­chen­ter

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: