Je­ste­śmy jed­no­ścią – du­szą i cia­łem. I oczy­wi­ście, jak wie­my, duch dą­ży do cze­goś in­ne­go niż cia­ło, ale na co dzień wszyst­ko jest ze so­bą po­wią­za­ne.

Pro­sty przy­kład: gdy do­pa­da nas stres, wy­pa­da­ją nam wło­sy. Gdy się za­mar­twia­my, mo­że­my osi­wieć, przy­tyć lub schud­nąć. Świę­ta, No­wy Rok – to czas, kie­dy je­my wię­cej niż zwy­kle, bo jak ina­czej, sko­ro tu ko­la­cja wi­gi­lij­na, tu ro­dzin­ny obiad, tu spo­tka­nie z przy­ja­ciół­mi... Ile ra­zy obie­cy­wa­li­śmy so­bie: „Tym ra­zem na Bo­że Na­ro­dze­nie za­cho­wam umiar w je­dze­niu, aby sma­ko­ły­ki nie przy­sło­ni­ły mi sen­su świę­to­wa­niaˮ. Al­bo: „Przej­dę na die­tę, ale... po świę­ta­chˮ? No bo prze­cież nie moż­na od­mó­wić ma­mie, cio­ci, bab­ci...

Je­dze­nio­weˮ wy­da­rze­nia mo­że­my wy­ko­rzy­stać do re­flek­sji nad na­szym sto­sun­kiem do kon­su­mo­wa­nia. To, co i jak zja­da­my, mo­że być zwie­cia­dłem na­szych mniej lub bar­dziej po­waż­nych pro­ble­mów i kom­plek­sów. War­to przyj­rzeć się naj­po­pu­lar­niej­szym od­mia­nom te­go zja­wi­ska.

foto_01-03_24-2013

Jest ka­ra. Ale czy by­ła wi­na?

Czy zda­rzy­ło się wam nie jeść za ka­rę lub jeść w na­gro­dę? To bar­dzo nie­bez­piecz­ne. Jed­nym z symp­to­mów za­bu­rze­ńo­dży­wia­nia jest skraj­ne nie­ure­gu­lo­wa­nie po­sił­ków: nie ja­dłam przez ca­ły dzień, ćwi­czy­łam mor­der­czo, więc te­raz... cze­ko­la­da! Uwa­żaj­cie na to i pa­mię­taj­cie, że ro­lą czło­wie­ka nie jest ani ka­ra­nie, ani na­gra­dza­nie swo­je­go cia­ła. O cia­ło na­le­ży dbać tak, jak dba­my o dom, w koń­cu, miesz­ka­my w nim! Czy­li re­gu­lar­nie i na co dzień, a nie zry­wa­mi czy ob­se­syj­nie. Że­by by­ło cie­pło, sta­bil­nie i kom­for­to­wo. Gdy cia­ło sta­je się zim­ne, ob­ce i wro­gie, a my da­je­my te­mu wy­raz, nie kar­miąc go na­le­ży­cie, być mo­że je­ste­śmy na do­brej dro­dze do po­waż­nych cho­rób. Przy­jem­ność – tak, ale nie ca­ły czas i nie ja­ko an­ti­do­tum na pro­ble­my, z któ­ry­mi po pro­stu trze­ba się zmie­rzyć.

Co ro­bisz, gdy je­steś smut­ny?

Mó­wiąc o przy­jem­no­ści, prze­cho­dzi­my do na­stęp­ne­go, bar­dzo po­pu­lar­ne­go zja­wi­ska – tak zwa­ne­go za­ja­da­nia stre­su. Być mo­że po­wie­cie „A co w tym złe­go? Czy nie le­piej zjeść coś pysz­ne­go, za­miast ze zło­ści zro­bić ko­muś krzyw­dę al­bo wyć ze smut­ku w poduszkę?ˮ.

Doj­rza­łe ży­cie po­le­ga mię­dzy in­ny­mi na po­dej­ściu za­da­nio­wo-re­flek­syj­nym: jest pro­blem, trze­ba go roz­wią­zać, ewen­tu­al­nie za­sta­no­wić się nad tym, skąd on się bie­rze, i po­szu­kać od­po­wied­niej po­mo­cy. Do­star­cza­nie so­bie w je­dze­niu przy­jem­no­ści w sy­tu­acjach stre­su i de­pre­sji po­wo­du­je, że ra­tu­je­my się do­raź­nie za­war­tą w po­kar­mie sub­stan­cją. Je­dze­nie sta­je się więc używ­ką, a pro­blem nie mi­ja.

Oczy­wi­ście, nie ma nic dziw­ne­go w tym, że oprócz spo­ży­wa­nia nor­mal­nych po­sił­ków (gdy je­ste­śmy głod­ni) zje­my (od cza­su do cza­su!) coś dla czy­stej przy­jem­no­ści (lo­dy z chło­pa­kiem, go­rą­cą cze­ko­la­dę z ko­le­żan­ką). Je­dze­nie ma wie­le aspek­tów, a jed­nym z nich jest aspekt to­wa­rzy­ski. Jed­nak nada­wa­nie mu aspek­tu „te­ra­peu­tycz­ne­goˮ na dłuż­szą me­tę nie słu­ży ani na­sze­mu żo­łąd­ko­wi, ani psy­chi­ce, a już na pew­no nie na­sze­mu roz­wo­jo­wi.

Za­mknąć się w po­ko­ju i jeść

Mo­że być i tak, że ktoś z was je tyl­ko w sa­mot­no­ści, nie lu­bi wspól­nych po­sił­ków, nie zje nic w oko­licz­no­ściach „rand­ko­wy­chˮ. Je­śli to zda­nie do­ty­czy cie­bie, za­sta­nów się, czy przy­pad­kiem je­dząc, nie czu­jesz się win­ny? Je­śli tak, to dla­cze­go? Czy masz po­czu­cie, że ro­dzi­na zmu­sza cię do je­dze­nia i przy wspól­nym bie­sia­do­wa­niu zja­dasz wię­cej niż twój żo­łą­dek jest w sta­nie przy­jąć? A mo­że jest od­wrot­nie: wy­da­je ci się, że gdy jesz, to­wa­rzy­sze sto­łu pa­trzą na cie­bie jak na żar­ło­ka, na zwie­rzę, któ­re po­chła­nia ogrom­ne ilo­ści po­kar­mu?

Tym, kto naj­le­piej po­wie ci, ile po­wi­nie­neś zjeść, jest two­je wła­sne cia­ło. Jedz, aż bę­dziesz sy­ty. To ta­kie pro­ste, praw­da? Po­moc­na mo­że oka­zać się też zna­jo­mość za­sad „ład­ne­goˮ je­dze­nia i do­bre­go za­cho­wa­nia przy sto­le. Nie war­to re­zy­gno­wać z wspól­nych po­sił­ków. Z za­ło­że­nia są one do­bre: są dzie­le­niem się, ce­le­bro­wa­niem chwi­li, zdro­wej przy­jem­no­ści, dzięk­czy­nie­niem za do­sta­tek. Dziew­czy­no, czy na­praw­dę chcesz, aby twój chło­pak wie­rzył, że od­ży­wiasz się tyl­ko ener­gią sło­necz­ną i pył­kiem kwia­to­wym? Czy na­praw­dę my­ślisz, że prze­sta­niesz mu się po­do­bać, je­śli ubru­dzisz się so­sem?

Je­dze­nie jest po to, że­by jeść. Tyl­ko ty­le i aż ty­le. Ży­cząc smacz­ne­go, ży­czę wie­lu ra­do­snych chwil, któ­re bę­dą się wam słod­ko ko­ja­rzy­ły – bez zbrod­ni i ka­ry, bez gło­dó­wek i prze­sy­tu, w ra­mach bez­piecz­nych gra­nic, wy­zna­cza­nych przez wła­ści­wie za­opie­ko­wa­ny or­ga­nizm.

 

Mag­da­le­na Ku­bac­ka

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: