Na­wró­ce­nie skła­da się co naj­mniej z dwóch eta­pów: trze­ba za­uwa­żyć, że idzie się złą dro­gą i pod­jąć de­cy­zję, a po­tem trud wej­ścia na dro­gę pro­wa­dzą­cą do ce­lu. I o tym ce­lu trze­ba pa­mię­tać – to prze­cież obie­ca­ne przez Pa­na Je­zu­sa zba­wie­nie.

Czy moż­na oszu­kać Pa­na Bo­ga? Na pew­no nie. Moż­na oszu­kać lu­dzi wo­kół, moż­na na­wet pró­bo­wać oszu­ki­wać sa­me­go sie­bie, ale prze­cież każ­dy po­trze­bu­je na­wró­ce­nia, a zwłasz­cza ci, któ­rzy naj­mniej do­strze­ga­ją ta­ką po­trze­bę.

Trze­ba nam o tym mó­wić, bo czło­wiek cią­gle gdzieś skrę­ca, gu­bi się, wcho­dzi w za­uł­ki, z któ­rych nie ma wyj­ścia. Oczy­wi­ście czę­sto mó­wi­my o ko­niecz­no­ści na­wró­ce­nia in­nych, ale już nie­zbyt czę­sto wi­dzi­my ko­niecz­ność na­wró­ce­nia sie­bie.

Nie chcę opi­sy­wać ży­cia tych, któ­rzy jesz­cze nie od­na­leź­li śla­dów Je­zu­sa w swo­im ży­ciu. Po­słu­cha­cie opo­wie­ści o tych, któ­rzy są szczę­śli­wi i ży­ją w po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, bo – co naj­mniej od pew­ne­go cza­su – idą bar­dzo bli­sko Zba­wi­cie­la, swo­je­go przy­ja­cie­la.

foto_01-02_23-2014

Ma­te­usz

W po­ło­wie pew­nej no­cy ci­cho ode­zwał się te­le­fon, sy­gna­li­zu­jąc ode­bra­nie SMS-a. Obu­dzi­łem się i prze­czy­ta­łem: „Niech się ksiądz za mnie mo­dli. Ma­te­usz”.

Zdzi­wi­łem się pod­pi­sem, prze­cież je­go nu­mer mia­łem za­pi­sa­ny od co naj­mniej pię­ciu lat, po­zna­li­śmy się na re­ko­lek­cjach dla mło­dzie­ży, był wte­dy rok przed za­koń­cze­niem gim­na­zjum. Ten pod­pis mu­siał coś zna­czyć, kon­tak­to­wa­li­śmy się dość czę­sto, nie­moż­li­we, aby przy­pusz­czał, że nie mam te­go kon­tak­tu. Wie­dzia­łem, że ostat­nio prze­ży­wał czas roz­te­rek, chciał so­bie przy­po­mnieć swo­ją toż­sa­mość, chciał pod­jąć ja­kąś de­cy­zję, któ­ra by­ła waż­na w je­go ży­ciu.

Ale po ko­lei. Jesz­cze przed trze­cią kla­są gim­na­zjum był jed­ną z bar­dziej zna­nych po­sta­ci w swo­im mia­stecz­ku, ura­to­wał z po­ża­ru ma­łe dziec­ko, któ­re ma­ma zo­sta­wi­ła na chwi­lę, wy­cho­dząc do skle­pu po ja­kiś dro­biazg. Nikt nie do­wie­dział się, jak wy­buchł ów po­żar, dość, że szyb­ko za­czął pło­nąć ca­ły dom, a ze środ­ka do­bie­gał ci­chy płacz dziec­ka. Pięt­na­sto­la­tek ko­rzy­sta­jąc ze swej wspi­nacz­ko­wej wpra­wy, wspiął się szyb­ko po ryn­nie i przez okno pierw­sze­go pię­tra, któ­re jesz­cze nie pło­nę­ło, szyb­ko wy­niósł pół­rocz­ną dziew­czyn­kę i od­dał w ra­mio­na prze­ra­żo­nej mat­ki. Po­zo­sta­ły mu tyl­ko nie­wiel­kie po­pa­rze­nia na przed­ra­mio­nach, któ­re po­wsta­ły od do­ty­ka­nia ryn­ny.

Po­tem do­stał ja­kąś sym­bo­licz­ną na­gro­dę od władz mia­sta, kła­nia­li mu się na­po­ty­ka­ni lu­dzie.

Uczył się do­brze, bez tru­du do­stał się do li­ceum, tam po­znał śro­do­wi­sko lu­dzi, któ­rzy za­im­po­no­wa­li mu… lek­ko­myśl­no­ścią. Czy uwio­dło go „roz­ryw­ko­we ży­cie”, czy za­po­mniał o ide­ałach, któ­re kie­ro­wa­ły nim jesz­cze w gim­na­zjum? Dość, że stał się zmar­twie­niem ro­dzi­ców i dziad­ków. Żył tak, jak­by nic nie chciał osią­gnąć, sie­dział no­ca­mi przed kom­pu­te­rem, sam się oszu­ku­jąc, że chce obej­rzeć jak naj­wię­cej fil­mów, bo pa­sjo­nu­je się sztu­ką ki­na. Wy­pi­jał li­try ka­wy i na­po­jów ener­ge­tycz­nych, źle się od­ży­wiał, mło­dy or­ga­nizm ja­koś so­bie da­wał z tym ra­dę, ale do cza­su…

Ale Pan Bóg na róż­ne spo­so­by upo­mi­na się o swo­je dzie­ci. Jesz­cze przed ma­tu­rą za­czę­ło szwan­ko­wać zdro­wie Ma­te­usza, nie mógł zda­wać eg­za­mi­nu doj­rza­ło­ści, bo w tym cza­sie był w szpi­ta­lu, le­ka­rze szu­ka­li po­wo­dów je­go kło­po­tów z ukła­dem tra­wien­nym.

Na­uczy­cie­le z ro­dzi­ca­mi pod­ję­li de­cy­zję, że Ma­te­usz po­zo­sta­nie w szko­le, by ko­rzy­stać z co­dzien­nej mo­bi­li­za­cji i do­brze zdać ma­tu­rę w na­stęp­nym ro­ku.

Wte­dy wła­śnie po­znał Ir­kę. By­ła nie­wy­so­ka, ale sły­nę­ła z ener­gii, któ­ra ją roz­pie­ra­ła. Od ra­zu zwró­ci­li na sie­bie uwa­gę, ale ona szyb­ko roz­po­zna­ła je­go wa­dy. By­ła za­in­te­re­so­wa­na pod­trzy­my­wa­niem zna­jo­mo­ści, ale – jak mó­wi­ła – chcia­ła mieć zdro­we­go chło­pa­ka, po­tem zdro­we­go mę­ża i zdro­we­go oj­ca swo­ich dzie­ci. Sta­wia­ła za­tem wa­run­ki. Szyb­ciej niż le­ka­rze zna­la­zła po­wód cho­rób Ma­te­usza (a mo­że on le­ka­rzom wszyst­kie­go nie po­wie­dział) i za­de­cy­do­wa­ła, że po­mo­że mu wró­cić do zdro­wia. Aku­rat jej ma­ma by­ła ab­sol­went­ką die­te­ty­ki i do­sko­na­le wie­dzia­ła, jak zre­ge­ne­ro­wać żo­łą­dek Ma­te­usza. To jed­nak nie wy­star­czy­ło, bo je­mu po pro­stu bra­ko­wa­ło sil­nej wo­li. Trze­ba by­ło wró­cić do mo­cy, ja­ką da­je przy­jaźń z Chry­stu­sem.

Wte­dy wła­śnie przy­szedł SMS, o któ­rym na­pi­sa­łem na po­cząt­ku – Ma­te­usz wal­czył, wal­czył też o nie­go sza­tan, pró­bo­wał po­ka­zać raz bez­sen­sow­ność, a raz bez­owoc­ność trzy­ma­nia się Chry­stu­sa. Nie spał no­ca­mi, bun­to­wał się prze­ciw uzdra­wia­ją­cej die­cie, od­ru­cho­wo szu­kał wy­mó­wek i wy­krę­tów.

Ale dziad­ko­wie się mo­dli­li, ro­dzi­ce pro­si­li je­go Anio­ła Stró­ża o nie­ustan­ną po­moc. I on ze­chciał. A gdy ze­chciał, to za­uwa­żył, jak wiel­ką mo­cą dys­po­nu­je, ja­kim szczę­ściem ob­da­rza Pan Bóg, gdy w Je­go Imię zwy­cię­ża­my.

Po dwóch ty­go­dniach po­wie­dział, że wte­dy wy­szedł ze znacz­nie gor­sze­go ognia niż tam­ten sprzed pię­ciu lat.

Klau­dia

Każ­dy, kto na nią spoj­rzał od­no­sił wra­że­nie, że ma do czy­nie­nia z oso­bą ci­chą, na­wet nie­śmia­łą, ale ta­ką, któ­ra pa­trzy na świat spo­koj­nie, ci­cho, życz­li­wie. Na­wet, gdy Klau­dia pa­trzy­ła w lu­stro, wy­da­wa­ło jej się, że wi­dzi do­bro.

To jed­nak nie by­ło tak, bo sta­ra­ła się uciec od praw­dy, sta­ra­ła się jej nie za­uwa­żać. Klau­dia by­ła oso­bą „na­dzia­ną agre­sją”, jak ma­wia­ła jej sio­stra bliź­niacz­ka.

Klau­dii nie po­do­ba­ło się ży­cie, nie po­do­ba­ła się so­bie sa­ma, nie po­do­bał jej się Pan Bóg, do któ­re­go czę­sto w głę­bi ser­ca wy­krzy­ki­wa­ła pre­ten­sje.

Trwa­ło­by to mo­że dłu­gie la­ta, gdy­by nie pe­wien spo­wied­nik. Klau­dia ni­gdy nie po­wie­dzia­ła, kim był ów ksiądz, ale któ­re­goś mie­sią­ca, gdy Klau­dia po­de­szła do kon­fe­sjo­na­łu, stał się cud. Ale przed tym cu­dem był płacz, a przed tym pła­czem jed­no py­ta­nie: „Czy je­steś szczę­śli­wa?”. Py­ta­nie to jak­by roz­dar­ło ser­ce Klau­dii. Gdy ksiądz w cza­sie spo­wie­dzi za­dał to py­ta­nie, to ona za­czę­ła wy­po­wia­dać sło­wa, któ­re ostry­mi kol­ca­mi ra­ni­ły jej du­szę: że ma sio­strę, któ­ra jest we wszyst­kim lep­sza, że in­ni bar­dziej lu­bią tę sio­strę, że Pan Bóg mu­si ją nie­na­wi­dzić, bo tak po­ską­pił jej da­rów.

Spo­wied­nik spo­koj­nie od­cze­kał atak Klau­dii, dał jej ode­tchnąć i za­czął mó­wić. Wła­ści­wie nie mó­wił nic no­we­go, po­wta­rzał zna­ne wszyst­kim praw­dy wia­ry: że Pan Bóg każ­de­go ko­cha, że Pan Bóg się nie my­li, że nie stwo­rzył nic nie­uda­ne­go i że ona też nie jest nie­uda­na. Po­tem do­ra­dził pro­stą te­ra­pię. Mó­wił: „Dzię­kuj, dzię­kuj, dzię­kuj. Dzię­kuj na si­łę, wbrew uczu­ciom, dzię­kuj we­dług te­go, co wiesz i w co wie­rzysz. Dzię­kuj za ży­cie, za wia­rę, za za­pro­sze­nie do zba­wie­nia, za każ­de roz­grze­sze­nie i każ­dą Ko­mu­nię Świę­tą. Dzię­kuj za ro­dzi­ców i za sio­strę, dzię­kuj za chwi­le i spo­tka­nia. Dzię­kuj cier­pli­wie i wy­trwa­le, a po pa­ru mie­sią­cach zo­ba­czysz re­zul­ta­tˮ.

Klau­dia po­słu­cha­ła. Po­tem jesz­cze po­je­cha­ła na re­ko­lek­cje i po dwóch la­tach au­to­te­ra­pii jest szczę­śli­wa, choć ma­ło kto wie, ja­ki cud się w niej do­ko­nał.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: