Kluczem do czystości jest wsparcie

Od­kąd pa­mię­tam – czy­stość przed­mał­żeń­ska by­ła waż­nym ele­men­tem mo­jej mło­do­ści. Wy­ni­ka­ło to z wy­cho­wa­nia, ja­kie otrzy­ma­łem od ro­dzi­ców, ale tak­że, a mo­że przede wszyst­kim z wia­ry.

Wie­dzia­łem, że chcę być dla tej jed­nej je­dy­nej wy­bran­ki mo­je­go ser­ca w peł­ni da­rem. Tak: da­rem, bo czy­stość tak wła­śnie po­strze­gam – ja­ko pięk­ny pre­zent, któ­ry ofia­ro­wu­je się dru­giej oso­bie. W teo­rii wszyst­ko pięk­nie brzmia­ło – „bę­dę żył w czy­sto­ści do ślu­bu i ko­niec”. Prak­ty­ka oka­za­ła się bar­dzo wy­bo­istą dro­gą do ce­lu.. My­ślę, że jak więk­szość mło­dych chło­pa­ków mia­łem „pod gór­kę” z czy­sto­ścią. Pod­po­rą na tej trud­nej ścież­ce oka­za­ła się ona, wte­dy mo­ja dziew­czy­na, a te­raz wspa­nia­ła żo­na. Gdy­by nie ona, nie wiem, jak wie­le sy­tu­acji w na­szym ży­ciu by się po­to­czy­ło. To ona czę­sto w chwi­lach trud­nych, peł­nych pa­sji, na­mięt­no­ści (bo nie oszu­kuj­my się, że mię­dzy dwoj­giem ko­cha­ją­cych się osób jej nie ma) szyb­ko wra­ca­ła na zie­mię i mó­wi­ła: stop. Bo­że, dzię­ki Ci za nią!

Fot. pixabay.com / Pe­xels

Wra­cać na do­bry tor

Jej po­sta­wa też nie by­ła przy­pad­ko­wa. Ro­dzi­ce, a zwłasz­cza ma­ma, po­wta­rza­li jej, jak ta czy­sto­ści jest waż­na w bu­do­wa­niu szczę­śli­wej re­la­cji mał­żeń­skiej. Do­dat­ko­wo od mo­men­tu jej uro­dze­nia ma­ma mo­dli­ła się, by cór­ka do­cho­wa­ła czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej. To wspar­cie by­ło klu­czem i du­żo po­mo­gło nam w tej wal­ce, ja­ką od­by­wa­li­śmy co ja­kiś czas. Waż­ne by­ło, by mi­mo ta­kich drob­nych upad­ków wra­cać na do­bry tor. Szyb­ko, bo po rap­tem pół­to­ra ro­ku związ­ku oświad­czy­łem się. Wie­dzia­łem, że ko­bie­ta u me­go bo­ku jest tą je­dy­ną. W na­rze­czeń­stwie czło­wie­ko­wi wy­da­je się, że mo­że wię­cej. I ja cza­sem po­su­wa­łem się za da­le­ko w swo­ich ge­stach. Ona jed­nak po­tra­fi­ła dać mi po ła­pach. Pa­mię­tam nie raz jej łzy smut­ku, wy­ni­ka­ją­ce z tych trud­nych mo­men­tów. Po ro­ku na­rze­czeń­stwa sta­li­śmy na ślub­nym ko­bier­cu. Szczę­śli­wi, mło­dzi, za­ko­cha­ni i ja­ko wspa­nia­łe da­ry dla sie­bie na­wza­jem.

W teo­rii wszyst­ko pięk­nie brzmia­ło. Prak­ty­ka oka­za­ła się bar­dzo wy­bo­istą dro­gą do ce­lu.

Nie wie­rzę w cu­kier­ko­we opo­wie­ści

Wy­da­je mi się, że aby wy­trwać w po­sta­no­wie­niu czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej, trze­ba mieć opar­cie tej dru­giej stro­ny. Trud­ne jest, że­by tyl­ko jed­na stro­na dba­ła o wszyst­ko i sta­ła na stra­ży. Wia­do­mo, że po wie­lu na­ci­skach, proś­bach i naj­lep­szy straż­nik ule­gnie. Dla­te­go tak waż­ne jest, by był to wspól­ny cel. Nie wy­obra­żam so­bie in­ne­go sce­na­riu­sza na­szej wspól­nej dro­gi. Nie wie­rzę w cu­kier­ko­we opo­wie­ści, że ży­cie w związ­ku jest ta­kie pro­ste. Kie­dy czło­wiek ma przy bo­ku pięk­ną ko­bie­tę, to chy­ba jest z nim coś nie tak, je­śli nie czu­je tej na­mięt­no­ści. Pe­wien ka­płan po­wie­dział mi kie­dyś, że czło­wiek nie jest ma­te­ra­cem, że­by po nim ska­kać. To praw­da, bo kie­dy po­ku­sa jest wręcz na­chal­na, trud­no nie ule­gnąć. Wiem jed­no, że by­ło war­to i wi­dzę owo­ce w na­szym mał­żeń­stwie.

Ka­rol, 27 lat