Ksiądz Bog­dan Co­fa­lik ze Zgro­ma­dze­nia Mi­sjo­na­rzy Świę­tej Ro­dzi­ny miał w kla­sie ma­tu­ral­nej otwar­tą dro­gę w spor­to­wej ka­rie­rze pod­no­sze­nia cię­ża­rów. Wy­brał jed­nak ży­cie ka­płań­skie, a wkrót­ce rów­nież po­wo­ła­nie mi­sjo­na­rza. Obec­nie na Pa­pui-No­wej Gwi­nei na­wra­ca Pa­pu­asów na wia­rę ka­to­lic­ką, udzie­la im sa­kra­men­tów, a w wol­nym cza­sie or­ga­ni­zu­je im si­łow­nię ze sztan­ga­mi. Aby móc w niej po­ćwi­czyć, trze­ba za­pła­cić – ce­ną jest zna­jo­mość Dzie­się­ciu przy­ka­zań Bo­żych.

foto_01-01_06-2014

Nie wy­ście Mnie wy­bra­li, ale Ja was wy­bra­łem”

Uro­dził się w ro­dzi­nie sztan­gi­stów. Je­go trzech star­szych bra­ci po­waż­nie za­in­te­re­so­wa­ło się tym spor­tem. Naj­star­szy z nich – Ma­rian – w 1976 ro­ku zo­stał wi­ce­mi­strzem świa­ta i Eu­ro­py ju­nio­rów, a w 1983 ro­ku ko­lej­ny brat Hi­la­ry osią­gnął po­dob­ne re­zul­ta­ty. Do naj­wyż­szych ty­tu­łów do­szedł An­drzej Co­fa­lik, któ­ry w 1996 ro­ku na olim­pia­dzie w Atlan­cie zdo­był brą­zo­wy me­dal, a rok póź­niej zo­stał mi­strzem świa­ta. Rów­nież Bog­dan, koń­cem lat sie­dem­dzie­sią­tych, uczęsz­cza­jąc do szko­ły śred­niej, po­łknął bak­cy­la pod­no­sze­nia cię­ża­rów. Szyb­ko do­stał się do ka­dry ju­nio­rów. – Otrzy­ma­łem pro­po­zy­cję, aby za­cząć stu­dia na Aka­de­mii Wy­cho­wa­nia Fi­zycz­ne­go. Mia­łem już prze­pust­kę „w kie­sze­niˮ, czy­li mi­strzow­ską kla­sę spor­to­wą, któ­ra po­zwa­la­ła omi­nąć eg­za­mi­ny wstęp­ne na stu­dia – opo­wia­da po la­tach ks. Bog­dan Co­fa­lik. Jak za­zna­cza, był prak­ty­ku­ją­cym ka­to­li­kiem, choć nie wy­bit­nie po­boż­nym. – Któ­re­goś dnia, bę­dąc na Mszy św., otrzy­ma­łem za­pro­sze­nie na spo­tka­nie mo­dli­tew­ne z mi­sjo­na­rza­mi Świę­tej Ro­dzi­ny. Aku­rat wte­dy mia­łem nie­co wię­cej cza­su. Za­czy­na­ły się wa­ka­cje i mie­li­śmy w klu­bie spor­to­wym prze­rwę mię­dzy za­wo­da­mi i obo­zem przy­go­to­waw­czym. Aby za­jąć ten czas, po­sta­no­wi­łem sko­rzy­stać z owe­go za­pro­sze­nia, ot po pro­stu, z cie­ka­wo­ści, co to jest i jak to wy­glą­da – wspo­mi­na mi­sjo­narz. Po­je­chał za­tem ze szczo­tecz­ką do zę­bów w kie­sze­ni do Bą­bli­na, gdzie od­był ty­go­dnio­we re­ko­lek­cje. Na ich za­koń­cze­nie na­pi­sał po­da­nie o przy­ję­cie go do no­wi­cja­tu. W ten spo­sób 1 wrze­śnia 1980 ro­ku roz­po­czął ży­cie w zgro­ma­dze­niu, a nie­speł­na sie­dem lat póź­niej, 30 ma­ja 1987 ro­ku w Ka­zi­mie­rzu Bi­sku­pim przy­jął świę­ce­nia ka­płań­skie. Ja­ko swo­je mot­to na ob­raz­ku pry­mi­cyj­nym wy­brał sło­wa Pa­na Je­zu­sa z Ewan­ge­lii wg św. Ja­na: „Nie wy­ście Mnie wy­bra­li, ale Ja was wy­bra­łem”. Przez rok pra­co­wał ja­ko wi­ka­ry w jed­nej ze ślą­skich pa­ra­fii. Tam zaj­mo­wał się ka­te­che­zą, przy­go­to­wa­niem dzie­ci do sa­kra­men­tów.

Przy­go­to­wa­nia do wy­jaz­du na mi­sje

– Któ­re­goś dnia uka­za­ły się ob­wiesz­cze­nia pro­win­cjal­ne i ogło­sze­nie na­bo­ru kan­dy­da­tów do pra­cy mi­syj­nej w trzech kra­jach: Pa­pua-No­wa Gwi­nea, Ko­rea i Fi­li­pi­ny. To był znak, o któ­ry bar­dzo czę­sto pro­si­łem w swych co­dzien­nych mo­dli­twach. Jesz­cze te­go sa­me­go dnia na­pi­sa­łem proś­bę o uwzględ­nie­nie mo­je­go na­zwi­ska ja­ko kan­dy­da­ta na wy­jazd do pra­cy mi­syj­nej na Pa­puę-No­wą Gwi­neę. Wie­dzia­łem, gdzie le­ży na ma­pie Ko­rea, Fi­li­pi­ny, ale o Pa­pui nie mia­łem na­wet zie­lo­ne­go po­ję­cia – mó­wi ks. Co­fa­lik. Po pa­ru mie­sią­cach otrzy­mał po­zy­tyw­ną od­po­wiedź. Wkrót­ce prze­nie­sio­no go do do­mu pro­win­cjal­ne­go w Po­zna­niu, gdzie przez rok miał przy­go­to­wy­wać się do wy­jaz­du na mi­sje. – Przy­go­to­wa­nie roz­po­czę­ło się na­uką ję­zy­ka an­giel­skie­go, któ­re­go uczy­li­śmy się pa­sja­mi. W cza­sie te­go okre­su przy­go­to­waw­cze­go mie­li­śmy róż­ne­go ro­dza­ju spo­tka­nia, pre­lek­cje, roz­mo­wy z mi­sjo­na­rza­mi. Za­się­ga­li­śmy wie­dzy z pierw­szej rę­ki, od mi­sjo­na­rzy pra­cu­ją­cych na mi­sjach na pierw­szym fron­cie – z ob­la­ta­mi i wer­bi­sta­mi. Na ostat­nie trzy mie­sią­ce na­sze­go przy­go­to­waw­cze­go okre­su po­je­cha­li­śmy do An­glii do­szli­fo­wać ję­zyk an­giel­ski – opo­wia­da mi­sjo­narz.

foto_02-01_06-2014

Pra­ca w win­ni­cy Pa­na

Po­przez Ber­lin, Sin­ga­pur, Dah­li do­tarł do Port Mo­res­by – sto­li­cy Pa­pui-No­wej Gwi­nei. Był 2 paź­dzier­ni­ka 1989 ro­ku, oko­ło go­dzi­ny 7.30 ra­no. Naj­bar­dziej ude­rzy­ła go ska­la ubó­stwa i nę­dzy, któ­rą wi­dział wśród tu­byl­ców. By­ło to dla nie­go ogrom­ne za­sko­cze­nie. Po pół­rocz­nym przy­go­to­wa­niu zo­stał pro­bosz­czem w Ke­fa­mo, póź­niej obej­mo­wał pla­ców­ki w Na­mta i Ka­ma­li­ki. Obec­nie po­słu­gu­je w North Go­ro­ka. Oprócz te­go zaj­mo­wał się w ska­li die­ce­zjal­nej mło­dzie­żą ja­ko ka­pe­lan, peł­nił funk­cję dy­rek­to­ra po­wo­łań czy był od­po­wie­dzial­ny za gru­py Le­gio­nów Ma­ryj­nych.

– Pra­ca wśród Pa­pu­asów, i to na róż­nych płasz­czy­znach, przy­no­si wie­le ra­do­ści, cho­ciaż nie za­wsze jest za­koń­czo­na suk­ce­sem. Wie­le chwil trze­ba by­ło prze­żyć z oba­wa­mi, a na­wet i stra­chem o ży­cie swo­je i in­nych. Mi­mo wszyst­ko peł­nio­ne funk­cje da­wa­ły za­wsze sa­tys­fak­cję z te­go, że jest się w praw­dzi­wej win­ni­cy Pa­na – ze wzru­sze­niem mó­wi ks. Co­fa­lik. Nie­jed­no­krot­nie do­świad­czył wie­le do­bro­ci, ale też wie­le cier­pie­nia ze stro­ny in­nych grup wy­zna­nio­wych. Szcze­gól­ną nie­chę­cią Ko­ściół ka­to­lic­ki da­rzą ad­wen­ty­ści dnia siód­me­go. Spa­li­li już kil­ka ko­ścio­łów zbu­do­wa­nych z do­stęp­nych tam ma­te­ria­łów. Ale też by­ły przy­pad­ki, gdy na­wet nie­bę­dą­cy w Ko­ście­le oka­zy­wa­li cześć Chry­stu­so­wi Eu­cha­ry­stycz­ne­mu. – Pew­ne­go ra­zu po­sze­dłem udzie­lić pierw­szej Ko­mu­nii św. do przy­go­to­wy­wa­ne­go już od dłuż­sze­go cza­su sta­rusz­ka. Nie­sa­mo­wi­ty ob­raz, ca­ła wio­ska ubra­na od­święt­nie, mi­mo iż więk­szość jej miesz­kań­ców to człon­ko­wie sek­ty. On tak­że od­święt­nie ubra­ny sie­dział przed do­mem z ca­łą ro­dzi­ną. Wszyst­kie cha­ty przy­stro­jo­ne ko­lo­ro­wy­mi kwia­ta­mi. Po­cząt­ko­wo my­śla­łem, że ma­ją ja­kieś uro­czy­sto­ści w wio­sce, ale oka­za­ło się, że nie, cze­ka­ją na mnie idą­ce­go z Pa­nem Je­zu­sem. Sa­ma uro­czy­stość to jed­no wiel­kie świa­dec­two głę­bo­kiej wia­ry. Sta­ru­szek przy­jął Pa­na Je­zu­sa do swe­go ser­ca w ta­ki spo­sób, że moż­na mu by­ło po­zaz­dro­ścić. Cie­szył się jak dziec­ko, pła­kał z ra­do­ści, co też udzie­li­ło się wszyst­kim – wspo­mi­na mi­sjo­narz.

Kon­ty­nu­acja ro­dzin­nej pa­sji

Bę­dąc jed­nak­że „na krań­cu świa­ta”, wśród Pa­pu­asów, nie za­po­mniał o swo­jej ro­dzin­nej pa­sji pod­no­sze­nia cię­ża­rów. Mło­dym tu­byl­com, któ­rzy wcze­śniej wy­kra­da­li mu plo­ny z przy­ko­ściel­ne­go ogród­ka, zor­ga­ni­zo­wał si­łow­nię. Gdy przy­szli z chę­cią roz­po­czę­cia ćwi­czeń, od­po­wie­dział, że gdy zwró­cą, co ukra­dli, to ich za­pra­sza. Plo­ny od­da­li od ra­zu i za­czę­li tre­nin­gi. W cią­gu trzech mie­się­cy licz­ba tre­nu­ją­cych osób wzro­sła do trzy­stu. 75, 100, 150 ki­lo­gra­mów „wrzu­ca­nych na kla­tę” przez ks. Co­fa­li­ka cał­ko­wi­cie za­fa­scy­no­wa­ło Pa­pu­asów. – Na si­łow­ni mam ca­ły ka­te­chizm. Więk­szość z nich w ogó­le nie cho­dzi do ko­ścio­ła. Ma­ją ja­kieś swo­je ple­mien­ne zwy­cza­je. Przed bra­mą si­łow­ni wid­nie­ją przy­ka­za­nia, a tak­że naj­waż­niej­sze mo­dli­twy. Jak się te­go na­uczą, to mo­gą przyjść po­ćwi­czyć. Na sa­mym tre­nin­gu jest ci­sza. Trze­ba ćwi­czyć w sku­pie­niu. Do­pie­ro po nim ma­my spo­tka­nie. Je­że­li ktoś chce coś wie­dzieć o re­li­gii, to wte­dy sia­dam z ni­mi i dys­ku­tu­je­my – mó­wi pol­ski mi­sjo­narz. I do­da­je: – Chciał­bym, że­by wszy­scy zna­leź­li się w nie­bie. Ale by­śmy tam zro­bi­li si­łow­nię!

 

Ka­je­tan Raj­ski

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: