Z Woj­cie­chem Cej­row­skim, po­dróż­ni­kiem, dzien­ni­ka­rzem, pi­sa­rzem i pu­bli­cy­stą, roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz.

W swo­jej wzno­wio­nej książ­ce Wy­spa na pre­rii za­bie­ra Pan czy­tel­ni­ka do Ari­zo­ny, w świat współ­cze­snych kow­bo­jów. Opo­wia­da Pan o pre­rii i jej miesz­kań­cach. Trud­ne wa­run­ki po­go­do­we, dzi­kie zwie­rzę­ta, nie­bez­piecz­ne owa­dy i ga­dy, wszech­obec­ny kurz, pust­ko­wie i sa­mot­ność – to ich co­dzien­ność. Za co naj­bar­dziej ce­ni Pan miesz­kań­ców Dzi­kie­go Za­cho­du?

– Po pierw­sze, on jest na­dal tro­chę dzi­ki! Lu­dziom się wy­da­je, że jak Ame­ry­ka, to wszyst­ko bę­dzie jak w Ka­li­for­nii lub No­wym Jor­ku, a tu nie­spo­dzian­ka – w Ari­zo­nie, Te­xa­sie, No­wym Mek­sy­ku jest zu­peł­nie ina­czej. Ce­nię tam wol­ność! Lu­dzie są wol­ni, nie­za­leż­ni od pań­stwa, nikt im nie prze­szka­dza, nie wtrą­ca się, nie wy­da­je ze­zwo­leń, bo kie­dy wszyst­ko wol­no, wów­czas nie­po­trzeb­ne są ze­zwo­le­nia. Chcę wy­ciąć drze­wo – wy­ci­nam. Chcę zbu­do­wać dom – bu­du­ję; chcę zbu­rzyć – bu­rzę.

Da­rzy Pan wiel­ką sym­pa­tią tam­tej­szą na­tu­rę i spo­łecz­ność. Przy­ta­cza­ne w książ­ce hi­sto­rie zdu­mie­wa­ją, ba­wią, cza­sem szo­ku­ją al­bo wzru­sza­ją. Przede wszyst­kim jed­nak wzbu­dza­ją pra­gnie­nie, aby tam zaj­rzeć, choć na chwi­lę... Bu­dzi Pan zew przy­go­dy u czy­tel­ni­ka! Czy Pa­na zda­niem sta­no­wi to o war­to­ści książ­ki po­dróż­ni­czej?

foto_01-02_24-2015

– Zew przy­go­dy? Tak, to sta­no­wi o war­to­ści książ­ki, ale nie tyl­ko po­dróż­ni­czej. I wca­le nie mam pew­no­ści, czy mo­je książ­ki są po­dróż­ni­cze. Cie­ka­wie opo­wia­dam o ży­ciu gdzieś da­le­ko stąd, ale nie­ko­niecz­nie o po­dró­żo­wa­niu. W Ari­zo­nie nie po­dró­żu­ję, tyl­ko miesz­kam – mam tam dom, mam ran­cho. To ra­czej nie jest książ­ka „po­dróż­ni­cza”, lecz „eg­zo­tycz­na”.

Po­za tym, we wszyst­kim z cze­go mnie pa­ni mo­że znać – ra­dio, te­le­wi­zja, li­te­ra­tu­ra – han­dlu­ję ma­rze­nia­mi. Ma­rze­nia­mi o in­nym ży­ciu, in­nym kli­ma­cie... Je­stem han­dla­rzem ma­rzeń. Ma­rzeń, któ­re mi się speł­ni­ły. Na tym po­le­ga, jak są­dzę, po­pu­lar­ność mo­ich pro­gra­mów, ksią­żek, że lu­dzie wie­dzą: ten fa­cet prze­ży­wa te wszyst­kie opo­wie­ści na­praw­dę, to speł­ni­ło się w je­go ży­ciu, to nie jest teo­re­tyk, on na­praw­dę w Ama­zo­nii ga­niał na go­la­sa z go­la­sa­mi.

W co­dzien­nym ży­ciu miesz­kań­ców pre­rii czyn­no­ści tak pro­za­icz­ne, jak pra­nie, su­sze­nie ubrań i sprzą­ta­nie wy­ma­ga­ją uży­cia od­po­wied­niej me­to­dy, bo ina­czej wszyst­ko mo­że skoń­czyć się fia­skiem. W tak trud­nych wa­run­kach przy­na­leż­ność do wspól­no­ty to skarb. Ja­kie ma Pan spo­so­by na „wku­pie­nie się w ła­ski” tu­byl­ców?

– Spo­sób pierw­szy: nie pró­bo­wać się wku­pić. Wte­dy oni za­pra­gną cie­bie i za­miast się „wku­piać”, zo­sta­niesz przy­gar­nię­ty. To du­żo lep­sza po­zy­cja star­to­wa. Po dru­gie, do­brze jest być za­baw­nym. Czło­wiek za­baw­ny nie wy­da­je się ni­ko­mu za­gro­że­niem. Po trze­cie, nie kła­mać. Nie ukry­waj swo­ich wad, nie graj lep­sze­go niż je­steś.

Mi­strzow­sko bu­du­je Pan ak­cję, na­wet opi­su­jąc miej­sce, w któ­rym wy­da­wa­ło­by się, że nie dzie­je się ab­so­lut­nie nic. U Pa­na na­wet wiatr za­słu­gu­je na to, że­by o nim pi­sać. Chy­ba za­cznę od­kła­dać pie­nią­dze na ran­cho w Ari­zo­nie. Czy to miej­sce, w któ­rym chciał­by Pan osiąść na sta­łe?

– Jak to „chciał­by”? Prze­cież osia­dłem. Mam to ran­cho od 20 lat, miesz­kam tam na sta­łe każ­dej zi­my. W Pol­sce la­tem, gdy cie­pło, w Ari­zo­nie zi­mą, gdy cie­pło. Co do bu­do­wa­nia ak­cji, to tam się na­praw­dę spo­ro dzie­je, na tym kom­plet­nym od­lu­dziu i pust­ko­wiu. Wiatr... Kie­dy ma pa­ni na po­se­sji ta­ki wiatr, któ­ry prze­wra­ca sa­mo­chód i jest w sta­nie po­rwać pa­ni dom... On na­praw­dę za­słu­gu­je na to, by go opi­sać.

Zło­śli­wi mó­wią, że w Wy­spie... tro­chę Pan przy­sto­po­wał, nie­co spu­ścił z to­nu... Czy stra­cił Pan chęć po­go­ni za przy­go­dą? W koń­cu ty­le już Pan zo­ba­czył, po­znał, za­spo­ko­ił cie­ka­wość, że na­de­szła po­ra na przy­sta­nek. Na „nic­nie­ro­bie­nie” i ga­pie­nie się w pej­zaż. Czy to ozna­cza zmia­nę sty­lu pi­sar­skie­go?

– E, tam – głup­stwa ga­da­ją. To mo­że w książ­ce Rio Ana­con­da przy­sto­po­wa­łem jesz­cze bar­dziej, bo sie­dzi­my tam so­bie z sza­ma­nem i mo­czy­my pię­ty w rze­ce? Przed chwi­lą pa­ni chwa­li­ła, że du­żo się dzie­je i jest „ak­cja”. Za­nu­dził­bym się (a być mo­że tak­że i czy­tel­ni­ków), gdy­by mo­je ko­lej­ne książ­ki by­ły ta­kie sa­me. Dla­te­go róż­nią się bar­dzo: raz go­nię, raz sie­dzę, in­nym ra­zem le­żę, wi­szę, pły­nę...

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: