Żad­na in­na książ­ka ani księ­ga nie mó­wi o mi­ło­ści wię­cej niż Pi­smo Świę­te. W Bi­blii sło­wo mi­łość jest wie­lo­krot­nie od­mie­nio­ne przez wszyst­kie przy­pad­ki. Sko­ro pa­da ono tak czę­sto, mu­si być nie­zwy­kle waż­ne w oczach Bo­ga. War­to przyj­rzeć się, do ja­kiej mi­ło­ści za­chę­ca nas na kar­tach Pi­sma Świę­te­go sam Je­zus.

Mi­łość Bo­ga i bliź­nie­go

Przy­ka­za­nie mi­ło­ści, jak stwier­dza sam Je­zus, jest pierw­szym spo­śród wszyst­kich. Ozna­cza to, że speł­nia­nie wszyst­kich przy­ka­zań Bo­żych, ko­ściel­nych i wszyst­kich za­sad do­ty­czą­cych po­win­no­ści chrze­ści­ja­ni­na nie ma­ją sen­su bez mi­ło­ści. Jak stwier­dza sam Je­zus, to wła­śnie mi­łość jest „do­sko­na­łym wy­peł­nie­niem pra­wa”. Je­że­li ko­cham dru­gie­go, to ni­gdy go nie okrad­nę, nie okła­mię, nie zdra­dzę, nie skrzyw­dzę. Je­śli praw­dzi­wie ko­cham Bo­ga, nikt nie bę­dzie mu­siał na­rzu­cać mi obo­wiąz­ku uczest­ni­cze­nia we Mszy Świę­tej, bo sa­ma mi­łość przy­na­gli mnie do te­go, aby z Nim prze­by­wać. Za­tem speł­nia­jąc przy­ka­za­nie mi­ło­ści, wy­peł­nia­my wszyst­kie przy­ka­za­nia i ca­łe pra­wo Bo­że.

foto_01-03_20-2014

To przy­ka­za­nie moż­na po­dzie­lić na dwie za­sad­ni­cze czę­ści: pierw­sza z nich do­ty­czy mi­ło­ści do Bo­ga, na­to­miast dru­ga mi­ło­ści do bliź­nie­go. Obie czę­ści są rów­nie waż­ne i jed­na nie mo­że funk­cjo­no­wać w peł­ni bez dru­giej. Praw­dzi­wa mi­łość Bo­ga idzie za­wsze w pa­rze z mi­ło­ścią dru­gie­go czło­wie­ka. Po­dob­nie nie moż­na praw­dzi­wie ko­chać bliź­nie­go, bez mi­ło­ści do Bo­ga.

Mi­ło­wa­nie Bo­ga, do ja­kie­go zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy przy­ka­za­niem, to umi­ło­wa­nie Go w każ­dy moż­li­wy spo­sób i w każ­dym zna­cze­niu: my­ślą, ser­cem i du­szą. Bliź­nie­go je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni ko­chać jak sa­me­go sie­bie – to po­waż­ne zo­bo­wią­za­nie, któ­re ma kon­kret­ne kon­se­kwen­cje dla na­sze­go dzia­ła­nia. Sko­ro ko­cham bliź­nie­go na rów­ni z so­bą, to ozna­cza, że mu­szę po­zbyć się wszel­kie­go ego­izmu. Po­trze­by dru­gie­go czło­wie­ka mu­szą być dla mnie na rów­ni z mo­imi wła­sny­mi. To nie­pro­ste za­da­nie, bo ja­ko lu­dzie ma­my skłon­ność do dba­nia o „wła­sne spra­wy”. Choć czę­sto ma­my dla swo­je­go za­cho­wa­nia uspra­wie­dli­wie­nie i za­miast „ego­izm” mó­wi­my „za­rad­ność”, mu­si­my mieć świa­do­mość, że nie do te­go za­chę­ca nas Je­zus. Mi­łość chrze­ści­jań­ska to do­strze­ga­nie dru­gie­go czło­wie­ka i tro­ska o je­go spra­wy na rów­ni z na­szy­mi wła­sny­mi.

Świat, w któ­rym obec­nie ży­je­my, prze­ko­nu­je, że opła­ca się być spryt­nym, że kosz­tem dru­gie­go czło­wie­ka moż­na się wzbo­ga­cić, że ist­nie­je tzw. „zdro­wy ego­izm”, że po­trze­by in­nych są waż­ne, ale tyl­ko do te­go mo­men­tu, kie­dy nie ko­li­du­ją z mo­imi po­trze­ba­mi.

Mi­łość „zna­kiem roz­po­znaw­czym” chrze­ści­ja­ni­na

Je­zus w bar­dzo wie­lu miej­scach pod­kre­śla zna­cze­nie mi­ło­ści Bo­ga i bliź­nie­go, ale war­to uświa­do­mić so­bie, że wła­śnie mi­łość ma być ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną chrze­ści­ja­ni­na. Nie wy­star­czy in­te­li­gen­cja, pra­co­wi­tość, oczy­ta­nie, a na­wet po­boż­ność – tak na­praw­dę li­czy się wła­śnie mi­łość. Nie ma chrze­ści­jań­stwa bez mi­ło­ści:

Po tym wszy­scy po­zna­ją, że­ście ucznia­mi mo­imi, je­śli bę­dzie­cie się wza­jem­nie mi­ło­wa­liˮ (J 13, 35).

Mi­łość bez­wa­run­ko­wa

Mi­łość, ja­ką pro­po­nu­je nam Je­zus, nie za­wsze jest pro­sta, wy­sta­wia nas na trud­ne pró­by. Chrze­ści­ja­nin nie jest zo­bo­wią­za­ny je­dy­nie do mi­ło­ści osób przez sie­bie wy­bra­nych, nie­licz­nych, bli­skich ani na­wet so­bie obo­jęt­nych. Bóg wy­ma­ga od nas umi­ło­wa­nia swo­ich nie­przy­ja­ciół, mi­ło­ści wy­ba­cza­ją­cej i bez­wa­run­ko­wej:

Lecz po­wia­dam wam, któ­rzy słu­cha­cie: Mi­łuj­cie wa­szych nie­przy­ja­ciół; do­brze czyń­cie tym, któ­rzy was nie­na­wi­dzą; bło­go­sław­cie tym, któ­rzy was prze­kli­na­ją i mó­dl­cie się za tych, któ­rzy was oczer­nia­ją. (..) Po­nie­waż On jest do­bry dla nie­wdzięcz­nych i złych. Bądź­cie mi­ło­sier­ni, jak Oj­ciec wasz jest mi­ło­sier­nyˮ (Łk 6, 27–36).

Wzo­rem mi­ło­ści nie­przy­ja­ciół jest dla nas sam Je­zus Chry­stus, któ­ry wsta­wia się do Oj­ca za wła­sny­mi opraw­ca­mi, za ty­mi, któ­rzy ska­za­li go na po­hań­bie­nie i śmierć, mó­wiąc: „Prze­bacz im, bo nie wie­dzą, co czy­nią”.

Jak moż­na ko­chać ko­goś, kto krzyw­dzi, kto nie ma li­to­ści, kto okrut­nie za­bi­ja? To nie mie­ści się w gło­wie, nie idzie w pa­rze z tym, cze­go uczy nas świat. Tu jest od­wrot­nie – swo­ich wro­gów na­le­ży zwal­czać, nisz­czyć, po­ko­ny­wać, udo­wad­niać swo­ją wyż­szość nad ni­mi. To ta­kie bar­dzo ludz­kie, chcia­ło­by się po­wie­dzieć – na­tu­ral­ne. Nie mu­szę ko­chać ko­goś, kto nie­na­wi­dzi mnie, a z mi­ło­ści do ko­goś, kto mnie skrzyw­dził, je­stem zwol­nio­ny.

Mi­łość nie­przy­ja­ciół to jed­na z tych cech, któ­re wy­róż­nia­ją chrze­ści­jań­stwo spo­śród in­nych naj­więk­szych re­li­gii świa­ta – czy­ni je wy­zna­niem trud­nym, wy­ma­ga­ją­cym, ale i je­dy­nym praw­dzi­wym. Nie moż­na bo­wiem od­bie­rać czło­wie­ko­wi god­no­ści, na­wet gdy je­go za­cho­wa­nie jest okrut­ne. W dal­szym cią­gu jest uko­cha­nym dziec­kiem Bo­ga, a sko­ro tak, to i my zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy mi­ło­wać go ja­ko swo­je­go bliź­nie­go.

Na wzór mi­ło­ści Bo­ga

To wła­śnie nasz osta­tecz­ny cel – choć wy­da­je się to bar­dzo trud­ne, a mo­że na­wet nie­wy­ko­nal­ne, po­win­ni­śmy dą­żyć do ta­kiej mi­ło­ści, ja­ką ob­da­rzył nas sam Bóg. On uko­chał nas mi­ło­ścią praw­dzi­wą, peł­ną i cał­ko­wi­cie bez­wa­run­ko­wą. Mi­mo te­go, że prze­ciw­sta­wia­jąc się Je­go wo­li, zgrze­szy­li­śmy, On po­słał swo­je­go uko­cha­ne­go Sy­na na pew­ną śmierć, aby­śmy mo­gli żyć wiecz­nie.

W tym ob­ja­wi­ła się mi­łość Bo­ga ku nam, że ze­słał Sy­na swe­go Jed­no­ro­dzo­ne­go na świat, aby­śmy ży­cie mie­li dzię­ki Nie­mu. W tym prze­ja­wia się mi­łość, że nie my umi­ło­wa­li­śmy Bo­ga, ale że On sam nas umi­ło­wał i po­słał Sy­na swo­je­go ja­ko ofia­rę prze­bła­gal­ną za na­sze grze­chy. Umi­ło­wa­ni, je­śli Bóg tak nas umi­ło­wał, to i my win­ni­śmy się wza­jem­nie mi­ło­wa­ćˮ (1 J 4, 9–11).

W Je­zu­sie Chry­stu­sie mi­łość Bo­ga ob­ja­wia się naj­peł­niej. On do­bro­wol­nie przy­jął na sie­bie nie­słusz­ną ka­rę i od­dał się w rę­ce opraw­ców dla na­sze­go zba­wie­nia. Ma­jąc świa­do­mość tak wiel­kiej mi­ło­ści Bo­ga – mi­łuj­my sie­bie wza­jem­nie.

Je­dy­nym źró­dłem praw­dzi­wej mi­ło­ści – zdol­nej do umi­ło­wa­nia bliź­nie­go, a na­wet swe­go nie­przy­ja­cie­la, zdol­nej wy­ba­czać i za­po­mi­nać – jest sam Bóg, o czym za­świad­cza nam Je­zus:

Jak Mnie umi­ło­wał Oj­ciec, tak i Ja was umi­ło­wa­łem. Wy­trwaj­cie w mi­ło­ści mojej!ˮ (J 15, 9).

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Najnowszy numer:
Najnowszy numer:
Polecamy: