Drodzy Czytelnicy!

To wstęp­niak, któ­ry by­ło mi bar­dzo trud­no na­pi­sać. Trzy­ma­cie w dło­niach ostat­ni nu­mer „Dro­gi do Bierz­mo­wa­nia” cy­klu 2019/2020 i... ostat­ni nu­mer w ogó­le. Hi­sto­ria pi­sma, któ­ra roz­po­czę­ła się 25 lat te­mu, wraz z tym nu­me­rem do-bie­gła koń­ca. Za­pa­dła de­cy­zja o za­koń­cze­niu wy­da­wa­nia te­go ty­tu­łu z po­wo­dów go­spo­dar­czych. Ko­niecz­ne ogra­ni­cze­nia, wy­da­ne przez rząd w związ­ku z pan­de­mią ko­ro­na­wi­ru­sa, moc­no do­tknę­ły wie­le re­dak­cji, w tym na­szą, i zna­czą­co utrud­ni­ły dys­try­bu­cję cza­so­pism. W obec­nej sy­tu­acji zo­sta­li­śmy zmu­sze­ni do za­mknię­cia „Dro­gi do Bierz­mo­wa­nia” po wy­da­niu te­go nu­me­ru.

Nie spo­sób wy­mie­nić wszyst­kich osób, któ­re by­ły za­an­ga­żo­wa­ne w two­rze­nie te­go ty­tu­łu. Trze­ba jed­nak wspo­mnieć o trzech z nich. Pierw­szą jest dr inż. An­to­ni Zię­ba, wiel­ki obroń­ca ludz­kie­go ży­cia od po­czę­cia aż do na­tu­ral­nej śmier­ci, za­ło­ży­ciel Pol­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Obroń­ców Ży­cia Czło­wie­ka, w któ­re­go gło­wie na po­cząt­ku 1995 r. zro­dził się po­mysł na mło­dzie­żo­wy ty­go­dnik ka­to­lic­ki, któ­re­go mi­sją by­ła­by ewan­ge­li­za­cja. Pan In­ży­nier (tak wszy­scy z je­go oto­cze­nia o nim mó­wi­li i się do nie­go zwra­ca­li) po­roz­ma­wiał o tym, co wy­my­ślił, z sa­mym pa­pie­żem Ja­nem Paw­łem II. Pa­pież wy­ra­ził en­tu­zjazm na myśl o mło­dzie­żo­wym ka­to­lic­kim ty­tu­le. I po­wsta­ła „Dro­ga. Ty­go­dnik Mło­dzie­ży Ka­to­lic­kiej”. A nie­stru­dzo­ny Pan In­ży­nier przez wszyst­kie la­ta, aż do swo­jej śmier­ci w 2018 r., po­ma­gał „Dro­dze” po­ko­ny­wać wie­le trud­no­ści, z któ­ry­mi mu­sia­ła się ona mie­rzyć, słu­żył re­dak­cji ra­dą i mo­dli­twą. Cza­so­pi­smo by­ło jed­nym z je­go „dzie­ci”, bli­skim je­go ser­cu. Dzię­ku­ję mu za je­go wiel­ki, nie­za­po­mnia­ny wkład w cza­so­pi­smo. Pa­mię­tam o Pa­nu In­ży­nie­rze w co­dzien­nej mo­dli­twie i ni­gdy o nim nie za­po­mnę. Cie­szę się, że da­ne mi by­ło po­znać ta­kie­go Wiel­kie­go Czło­wie­ka.

Dzię­ku­ję rów­nież Pa­nu To­ma­szo­wi Fla­dze, któ­ry był pierw­szym re­dak­to­rem na­czel­nym „Dro­gi. Ty­go­dni­ka Mło­dzie­ży Ka­to­lic­kiej” i to w do­dat­ku w cza­sach, gdy by­ła ona ty­go­dni­kiem! To je­go pra­cy i pra­cy je­go ze­spo­łu za­wdzię­cza­my pierw­szy nu­mer, któ­ry uka­zał się 17 kwiet­nia 1995 r., i wie­le ko­lej­nych.

Dzię­ku­ję rów­nież ks. Zyg­mun­to­wi Ko­sow­skie­mu, któ­ry od sa­me­go po­cząt­ku (!) aż do chwi­li obec­nej był na­szym asy­sten­tem ko­ściel­nym.

Nie spo­sób nie wspo­mnieć o Do­bro­czyń­cach, któ­rzy przez la­ta fi­nan­so­wo wspie­ra­li wy­da­wa­nie „Dro­gi”. Szcze­gól­nie w tym miej­scu dzię­ku­je­my pa­ni Ma­rii Rzegockiej–Pieli za jej wiel­kie ser­ce.
Dzię­ku­ję wszyst­kim po­zo­sta­łym Re­dak­to­rom Na­czel­nym, któ­rzy zmie­nia­li „Dro­gę”, do­sto­so­wu­jąc ją do ak­tu­al­nych po­trzeb mło­dych lu­dzi, by wciąż for­mo­wać ich ser­ca, ewan­ge­li­zo­wać i wska­zy­wać dro­gę do Bo­ga. Dzię­ku­ję wszyst­kim Au­to­rom, któ­rzy prze­wi­nę­li się przez ła­my „Dro­gi”, za ich pra­cę i wy­si­łek wło­żo­ny w każ­dy na­pi­sa­ny tekst. Dzię­ku­ję ko­rek­to­rom i re­dak­to­rom. Dzię­ku­ję gra­fi­kom, fo­to­gra­fom i lu­dziom z „za­ple­cza” re­dak­cji sprzed epo­ki kom­pu­te­rów, któ­rzy choć nie­wi­docz­ni na stro­nach „Dro­gi” i skrom­ni, swo­imi po­my­sła­mi, umie­jęt­no­ścia­mi i za­an­ga­żo­wa­niem spra­wia­li, że mo­gli­ście czy­tać po­szcze­gól­ne nu­me­ry.

Szcze­gól­nie pra­gnę po­dzię­ko­wać Mag­da­le­nie Gu­ziak-No­wak, któ­ra przez kil­ka lat by­ła re­dak­to­rem na­czel­nym „Dro­gi. Dwu­ty­go­dni­ka Mło­dzie­ży Ka­to­lic­kiej”. To ona wpro­wa­dzi­ła mnie w ar­ka­na pra­cy re­dak­cyj­nej. Po­dzie­li­ła się ze mną swo­imi wie­dzą, do­świad­cze­niem i ser­cem. Wspie­ra­ła mnie, gdy prze­ję­łam po niej ste­ry „Dro­gi”. To dzię­ki niej je­stem lep­szym dzien­ni­ka­rzem i czło­wie­kiem.
Dzię­ku­ję wszyst­kim Czy­tel­ni­kom, któ­rzy przez 25 lat się­ga­li po „Dro­gę”, gdy by­ła ty­go­dni­kiem, dwu­ty­go­dni­kiem, a jesz­cze póź­niej zmie­ni­ła for­mu­łę i sta­ła się „Dro­gą do Bierz­mo­wa­nia”. Dzię­ku­ję Wam za każ­dy na­pi­sa­ny do nas list i ma­il. Ufam, że „Dro­ga” po­mo­gła każ­de­mu z Was le­piej po­znać Bo­ga i mia­ła swój udział w tym, ja­ki­mi te­raz je­ste­ście ludź­mi. Co­dzien­nie pa­mię­tam i bę­dę pa­mię­tać o Was w mo­dli­twie. Do­brze, że by­li­ście z na­mi. Dzię­ku­ję Wam z ca­łe­go ser­ca!

 

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Odporni psychicznie

Jak ra­dzić so­bie z prze­mo­cą w szko­le? Bro­oks Gibbs, ame­ry­kań­ski tre­ner umie­jęt­no­ści spo­łecz­nych pra­cu­ją­cy z mło­dzie­żą, od­po­wia­da krót­ko: mu­si­cie stać się od­por­ni psy­chicz­nie.

Gibbs jest eks­per­tem od spe­cy­ficz­nej for­my prze­mo­cy – nę­ka­nia (ang. bul­ly­ing). Przede wszyst­kim cho­dzi tu o prze­moc słow­ną – prze­zy­wa­nie, wy­śmie­wa­nie, ob­ra­ża­nie. Prze­kro­cze­nie gra­ni­cy prze­mo­cy fi­zycz­nej jest wy­kro­cze­niem. To już in­ny ka­li­ber, na­le­ży zwró­cić się o po­moc na ze­wnątrz. Jed­nak z prze­mo­cą słow­ną moż­na spró­bo­wać po­ra­dzić so­bie sa­me­mu.

Fot. 123rf.com / Ian Al­len­den

Pró­ba sił

Bro­oks za­uwa­ża, że prze­moc to wła­ści­wie gra w to, kto jest sil­niej­szy: ty czy ja? Od two­jej od­po­wie­dzi za­le­ży więc, czy agre­sor po­czu­je się jesz­cze moc­niej­szy, czy prze­ciw­nie – po­czu­je two­ją si­łę i da ci spo­kój. Co jest klu­czo­we? Co de­cy­du­je o two­jej si­le lub sła­bo­ści? Zda­niem Bro­ok­sa to po pro­stu fakt, czy dasz się wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi.

O co cho­dzi? Gdy ktoś mó­wi ci, że je­steś idio­tą, wy­śmie­wa two­je ubra­nie lub wy­gląd, mo­żesz się zde­ner­wo­wać i za­cząć bro­nić. Po­sta­wa de­fen­syw­na i two­ja złość czy lęk jest po­żyw­ką dla prze­śla­dow­cy. Na­krę­ca się jesz­cze bar­dziej, a im bar­dziej roz­pacz­li­wie ty re­agu­jesz, tym le­piej się ba­wi. I moż­na być pew­nym, że ła­two nie od­pu­ści.

Co pro­po­nu­je Gibbs? Gdy ktoś na­zy­wa cię idio­tą, przy­znaj mu ra­cję. Zda­rza ci się prze­cież zro­bić coś głu­pie­go. Czy ty sam z te­go po­wo­du my­ślisz, że je­steś idio­tą? Praw­do­po­dob­nie nie. Czy to, że ktoś tak o to­bie my­śli czy mó­wi, zmie­nia to, jak ty sie­bie od­bie­rasz? Nie? To spra­wa jest pro­sta. Mo­że mó­wić co chce, cie­bie nie wy­trą­ci to z rów­no­wa­gi. (Je­śli chcesz zo­ba­czyć, jak to dzia­ła, obej­rzyj: Bro­oks Gibbs Jak po­wstrzy­mać nę­ka­nie).

Źró­dła si­ły

Tu do­cho­dzi­my do waż­ne­go pro­ble­mu. Je­śli zda­jesz so­bie spra­wę ze swo­ich bra­ków, a i tak czu­jesz się ok – waż­ny, war­to­ścio­wy – to masz si­łę i od­por­ność, by ode­przeć ze spo­ko­jem słow­ny atak. A je­śli nie? Je­śli ktoś na­zy­wa cię idio­tą, a ty wła­śnie tak o so­bie my­ślisz? Al­bo gru­ba­sem – a ty je­steś oty­ły i nie czu­jesz się z tym do­brze? Po­ja­wia się tu głęb­szy pro­blem – two­je­go po­czu­cia wła­snej war­to­ści. To jest coś do pra­cy na co dzień. Każ­dy z nas ma ja­kieś bra­ki, jed­nak ża­den z nich nie jest po­wo­dem, by trak­to­wać sie­bie sa­me­go bez sza­cun­ku. Nie je­steś ide­al­ny i to jest ok. Nie od­da­waj wła­dzy nad so­bą z po­wo­du swo­ich bra­ków.

Gdy je­steś świad­kiem prze­mo­cy

Nie milcz! Mo­ni­ka Bo­ry­ło, pe­da­gog: – Ro­la świad­ków jest bar­dzo du­ża. Świad­ków jest za­zwy­czaj o wie­le wię­cej niż spraw­ców prze­mo­cy. Je­że­li więk­sza ilość osób za­cznie się od­zy­wać, re­ago­wać, za­miast mil­czeć i bier­nie się przy­glą­dać, spraw­ca nie bę­dzie czuł się tak sil­ny. Jest szan­sa, że za­cznie się wte­dy za­sta­na­wiać. Prze­mil­cze­nie da­je sy­gnał spraw­cy prze­mo­cy, że jest bez­kar­ny. Je­że­li ma­my do czy­nie­nia z wy­kro­cze­niem czy prze­stęp­stwem, wte­dy na­le­ży uru­cho­mić pro­ce­du­ry, któ­re swo­im za­się­giem wy­kra­cza­ją po­za szko­łę: zgło­sze­nie na po­li­cję, po­in­for­mo­wa­nie są­du itp.

Mów do ofia­ry. Cza­sa­mi trud­no po­ro­zu­mieć się ze spraw­cą prze­mo­cy. Moż­na jed­nak po­móc ofie­rze wyjść z ro­li ofia­ry. Za­ga­dać o in­ną, neu­tral­ną spra­wę. Wcią­gnąć do roz­mo­wy. Zi­gno­ro­wać agre­so­ra. Ata­ko­wa­na oso­ba po­czu­je, że nie jest sa­ma. Być mo­że dzię­ki te­mu po­czu­je si­łę, by ode­przeć słow­ny atak. W przy­pad­ku za­gro­że­nia bez­pie­czeń­stwa fi­zycz­ne­go, za­an­ga­żuj w po­moc po­zo­sta­łe oso­by. Zwra­caj się do nich bez­po­śred­nio. Ra­zem za­dbaj­cie, by od­izo­lo­wać agre­so­ra od oso­by ata­ko­wa­nej i we­zwać po­trzeb­ne wspar­cie.

Gdzie szu­kać wspar­cia?

Je­śli do­świad­czasz prze­mo­cy czy kon­flik­tów, z któ­ry­mi so­bie nie ra­dzisz – szu­kaj po­mo­cy na ze­wnątrz. Mo­że masz szczę­ście i szko­ła, do któ­rej cho­dzisz, ma roz­wią­za­nia na ta­kie sy­tu­acje – we współ­pra­cy z pe­da­go­giem, psy­cho­lo­giem, na­uczy­cie­la­mi, ro­dzi­ca­mi i in­ny­mi ucznia­mi. W wie­lu szko­łach funk­cjo­nu­ją ko­ła me­dia­cji, w któ­rych ucznio­wie mo­gą roz­wią­zy­wać kon­flik­ty przy wspar­ciu bez­stron­nych me­dia­to­rów.

Je­śli bra­ku­je roz­wią­zań sys­te­mo­wych, zwróć się do pe­da­go­ga czy psy­cho­lo­ga szkol­ne­go. Po­roz­ma­wiaj z ro­dzi­ca­mi. Znajdź oso­bę, któ­ra cię wy­słu­cha, z któ­rą znaj­dzie­cie roz­wią­za­nie.

Je­śli nie masz ko­goś ta­kie­go w swo­im oto­cze­niu, się­gnij po bez­płat­ny te­le­fon Fun­da­cji Da­je­my Dzie­ciom Si­łę – 116 111. Tam psy­cho­lo­go­wie i psy­cho­te­ra­peu­ci wy­słu­cha­ją cię i pod­po­wie­dzą, co mo­żesz zro­bić.

 

Mag­da­le­na Urlich

Być „bardziej”

Chcą być jesz­cze „bar­dziej” szczę­śli­wy­mi chrze­ści­ja­na­mi. Ma­gi­so­wi­cze. Mło­dzi, peł­ni pa­sji, za­an­ga­żo­wa­ni. Za­ra­ża­ją ener­gią i dzie­lą się do­świad­cze­niem Bo­ga, wia­ry i wspól­no­ty.

Hi­sto­rie „jak to się za­czę­ło” są róż­ne. Jed­nak nic tak nie dzia­ła jak przy­kład J. – Mo­ja przy­ja­ciół­ka by­ła w Ma­gi­sie. Wi­dzia­łam, że po spo­tka­niach by­ła ra­do­sna, peł­na ener­gii. To wła­śnie ona na­mó­wi­ła mnie i za­bra­ła na pierw­sze spo­tka­nie. Tam­tej­sza at­mos­fe­ra po­zy­tyw­nie mnie za­sko­czy­ła. Wie­dzia­łam, że chcę tam zo­stać – opo­wia­da Zu­zan­na Kap­ka z kra­kow­skie­go Ma­gi­su.

Fot. ar­chi­wum Ma­gis Kra­ków

Być szczę­śli­wym

Ma­gis to ka­to­lic­ki ruch mło­dzie­żo­wy, sku­pio­ny wo­kół To­wa­rzy­stwa Je­zu­so­we­go, skie­ro­wa­ny głów­nie do uczniów li­ce­ów. For­ma­cja trwa czte­ry la­ta i obej­mu­je czte­ry wy­mia­ry „by­cia szczę­śli­wym”: mo­dli­twę, wspól­no­tę, ewan­ge­li­za­cję i służ­bę.

Pod­czas co­ty­go­dnio­wych spo­tka­niach w kil­ku­oso­bo­wych gru­pach (każ­dy sto­pień for­ma­cji ma swo­ją gru­pę) uczest­ni­cy, idąc śla­da­mi je­zu­itów, zgłę­bia­ją du­cho­wość igna­cjań­ską, sta­ra­ją się od­kry­wać sie­bie, a co za tym idzie Bo­ga w swo­im ży­ciu. Do­dat­ko­wo każ­de­go ty­go­dnia ma­ją wspól­ne spo­tka­nie dla wszyst­kich stop­ni for­ma­cji. Wte­dy gro­ma­dzą się na Mszy świę­tej, kon­fe­ren­cji czy ad­o­ra­cji. – Pod­czas spo­tkań chce­my po­głę­biać więź z Bo­giem i mię­dzy so­bą. Przed wstą­pie­niem do wspól­no­ty mia­łam pro­blem z wia­rą. Te­raz to się zmie­nia – wła­śnie dzię­ki spo­tka­niom i od­kry­wa­niu sie­bie oraz Bo­ga – do­da­je Zu­za.

Mo­ja ko­le­żan­ka po spo­tka­niach by­ła ra­do­sna, peł­na ener­gii. Na­mó­wi­ła mnie!

Pa­tro­nu­je im św. Igna­cy z Loy­oli, za­ło­ży­ciel To­wa­rzy­stwa Je­zu­so­we­go, ale rów­nież św. Sta­ni­sław Kost­ka – pa­tron mło­dzie­ży. – W na­szej wspól­no­cie w Kra­ko­wie ma­my re­li­kwie św. Sta­ni­sła­wa. To szcze­gól­ne mieć swo­je­go pa­tro­na po­śród nas.

Po­zna­nie Bo­ga to naj­więk­sza ko­rzyść, ja­ką da­je Ma­gis, nie tyl­ko pod­czas spo­tkań, ale rów­nież re­ko­lek­cji – Szcze­rze po­zna­łam, na czym po­le­ga re­la­cja z Bo­giem, jak mo­gę o nią dbać i jak roz­wi­jać. Na re­ko­lek­cjach dzie­ją się nie­zwy­kłe rze­czy – mó­wi Bar­ba­ra Buś­ko.

Przy­jaź­nie i peł­ne za­ufa­nie

Po­czu­cie wspól­no­ty to dla wie­lu mło­dych w dzi­siej­szych cza­sach wiel­ka war­tość. To, że Ma­gis jest ta­kim miej­scem, po­twier­dza­ją je­go człon­ko­wie. – Ma­gis da­je po­czu­cie wspól­no­ty-wszy­scy ra­zem wie­rzy­my, dzie­li­my się ze so­bą mi­ło­ścią i ra­do­ścią, któ­rą do­sta­je­my od Bo­ga. Ma­gis uczy do­ce­niać re­la­cje z in­ny­mi i bu­do­wać wię­zi – opo­wia­da Ga­brie­la.

Ruch to nie tyl­ko mo­dli­twa i for­ma­cja, ale bu­do­wa­nie re­la­cji z dru­gim czło­wie­kiem. By­cie z in­ny­mi i dla in­nych jest klu­czo­wym za­da­niem każ­de­go chrze­ści­ja­ni­na. Tak wła­śnie czu­je to Bar­ba­ra – Ma­gis jest miej­scem, w któ­rym spo­tka­łam jed­nych z naj­bar­dziej war­to­ścio­wych lu­dzi, któ­rzy w nie­dłu­gim cza­sie sta­li się mo­imi przy­ja­ciół­mi. Nie wiem, co do­kład­nie spra­wia, że nie bo­ję się im w peł­ni za­ufać – wiem po pro­stu, że tak jest. Ra­zem się roz­wi­ja­my, mo­że­my się na­wza­jem wspie­rać, szcze­gól­nie w naj­trud­niej­szych chwi­lach.

Na du­żą ska­lę

Ma­gi­so­wi­cze spo­ty­ka­ją się rów­nież na szcze­blu ogól­no­pol­skim. Przede wszyst­kim pod­czas re­ko­lek­cji. W wa­ka­cje od­by­wa­ją się dzie­się­cio­dnio­we re­ko­lek­cje let­nie. –To na nich ofi­cjal­nie koń­czy się sto­pień for­ma­cji. Za­czy­na­my od wspól­nej Mszy świę­tej z ma­gi­so­wi­cza­mi z ca­łej Pol­ski. Póź­niej dzie­li­my się na gru­py i stop­nie i tam kon­ty­nu­uje­my re­ko­lek­cje – mó­wi Zu­zan­na.

Raz do ro­ku od­by­wa­ją się Igna­cjań­skie Dni Mło­dzie­ży. To wy­jąt­ko­we wy­da­rze­nie, pod­czas któ­re­go uczest­ni­cy nie tyl­ko mo­gą spo­tkać Je­zu­sa, ale przy­ja­ciół z ca­łej Pol­ski. Wspól­nie uczest­ni­czą we Mszy świę­tej, spo­tka­niach, warsz­ta­tach, kon­fe­ren­cjach czy wy­da­rze­niach spor­to­wych. Jed­nym sło­wem coś dla du­cha i dla cia­ła.

Ruch dzia­ła w By­to­miu, Cze­cho­wi­cach-Dzie­dzi­cach, Gdy­ni, Gdań­sku, Gli­wi­cach, Kłodz­ku, Kra­ko­wie, No­wym Są­czu, Opo­lu, Piotr­ko­wie Try­bu­nal­skim, Sta­rej Wsi, Szcze­ci­nie, War­sza­wie, Wro­cła­wiu.

 

Ka­ro­li­na Pod­lew­ska

Mieć Matkę na zawsze

Po­je­cha­łem z pry­mi­cją na Ja­sną Gó­rę, aby mieć Mat­kę. Mat­kę, któ­ra już bę­dzie za­wsze…”

Ste­fan Wy­szyń­ski uro­dził się w 1901 r. w wio­sce Zu­ze­la nad Bu­giem. Wy­cho­wy­wał się ra­zem z sio­stra­mi Ana­sta­zją, Ja­ni­ną oraz Sta­sią. Je­go młod­szy brat Wa­cław zmarł w wie­ku 11 lat. Dzie­ciń­stwo przy­szłe­go kar­dy­na­ła przy­pa­dło na trud­ny okres za­bo­rów. W szko­le pa­no­wa­ła ru­sy­fi­ka­cja, któ­rej sprze­ci­wiał się ma­ły Ste­fan. Nie­rzad­ko za to klę­czał w ką­cie. Pew­ne­go ra­zu oświad­czył przy ca­łej kla­sie: „Mam dość na­ucza­nia pa­na pro­fe­so­ra!”

Mło­dy Ste­fan był śred­nio po­boż­nym dziec­kiem. Dłu­gie klę­cze­nie w cza­sie ro­dzin­ne­go ró­żań­ca moc­no go mę­czy­ło. Co ra­no wpa­try­wał się w dwa ob­ra­zy Ma­ryj­ne nad je­go łóż­kiem. Za­sta­na­wiał się, cze­mu jed­na Ma­ry­ja by­ła bia­ła, a dru­ga czar­na. Kie­dy miał 9 lat, prze­żył jed­no z naj­smut­niej­szych wy­da­rzeń w ży­ciu: śmierć mat­ki, za któ­rą ni­gdy nie prze­stał tę­sk­nić. W 1924 r. mó­wił: „Po­je­cha­łem z pry­mi­cją na Ja­sną Gó­rę, aby mieć Mat­kę. Mat­kę, któ­ra już bę­dzie za­wsze…”

Ka­pe­lan w po­wsta­niu

Z ro­dzin­ne­go do­mu Ste­fan wy­niósł du­ży sza­cu­nek do ludz­kiej pra­cy. Po stu­diach zo­stał pro­fe­so­rem i wy­kła­dow­cą na­uk spo­łecz­nych w se­mi­na­rium we Wło­cław­ku, a rów­no­cze­śnie pro­wa­dził dusz­pa­ster­stwo dla ro­bot­ni­ków. Pod­czas Po­wsta­nia War­szaw­skie­go był ka­pe­la­nem gru­py „Kam­pi­nos” w AK, gdzie m.in. opie­ko­wał się ran­ny­mi. Był po­szu­ki­wa­ny przez na­zi­stów.

W 1946 r. Ste­fan Wy­szyń­ski zo­stał mia­no­wa­ny bi­sku­pem lu­bel­skim, a po dwóch la­tach po­wo­ła­no go na urząd ar­cy­bi­sku­pa Gnie­zna i War­sza­wy. By­ło to wów­czas jed­no­znacz­ne z pia­sto­wa­niem funk­cji pry­ma­sa Pol­ski.

Epo­ka by­ła wy­jąt­ko­wa: 1 kwiet­nia 1956 r. mi­ja­ło trzy­sta lat od Ślu­bów Lwow­skich, zło­żo­nych przez kró­la Ja­na Ka­zi­mie­rza, a na rok 1966 przy­pa­da­ły ob­cho­dy Ju­bi­le­uszu Ty­siąc­le­cia Chrztu Pol­ski, Z ini­cja­ty­wy pry­ma­sa po­prze­dzo­no je uro­czy­stą no­wen­ną w la­tach 1957 – 1966.

Non po­ssu­mus

Nad Pol­ską wi­sia­ła groź­bą po­now­nej ro­syj­skiej in­ter­wen­cji. Ko­mu­ni­stycz­ne wła­dze do­ma­ga­ły się co­raz więk­szej kon­tro­li nad pol­skim Ko­ścio­łem. Pry­mas z du­żą dy­plo­ma­cją i roz­wa­gą re­ago­wał na na­ci­ski ko­mu­ni­stów. Chciał w ten spo­sób za­po­biec po­now­nym roz­le­wom krwi. Lecz kie­dy rząd wy­ma­gał pod­pi­sa­nia do­ku­men­tu, pod­po­rząd­ko­wu­ją­ce­go ko­mu­ni­stom wszel­ką dzia­łal­ność ko­ściel­ną (w tym np. mia­no­wa­nie bi­sku­pów), pry­mas ja­sno się prze­ciw­sta­wił, oznaj­mia­jąc se­kre­ta­rzo­wi ko­mu­ni­stycz­nej par­tii: „Non po­ssu­mus!” (z łac.: „Nie mo­że­my!”).

Szy­ka­ny ze stro­ny władz na­bie­ra­ły co­raz to groź­niej­szych form. Naj­pierw nie po­zwo­lo­no kar­dy­na­ło­wi udać się do Rzy­mu. W 1956 r. kar­dy­nał Wy­szyń­ski zo­stał aresz­to­wa­ny i wy­wie­zio­ny z War­sza­wy. In­ter­no­wa­nie pry­ma­sa by­ło szo­kiem dla wier­nych, lecz on sam był już od daw­na na to przy­go­to­wa­ny. Do wię­zie­nia nie za­brał ni­cze­go, prócz do­brych bu­tów, bre­wia­rza i ró­żań­ca. Przez trzy la­ta był prze­wo­żo­ny w róż­ne miej­sca. Umiesz­cza­no go prze­waż­nie w od­osob­nio­nych klasz­to­rach. Lo­sa­mi pol­skie­go Ko­ścio­ła kie­ro­wał z ce­li, pi­sząc m. in. tekst od­no­wio­nych Ślu­bów Na­ro­du na dzień 26 sierp­nia 1956 r. Kil­ka mie­się­cy póź­niej zo­stał uwol­nio­ny. Kie­dy w 1957 r. ru­szy­ła świą­tecz­na no­wen­na wraz z pe­re­gry­na­cją ko­pii ob­ra­zu Mat­ki Bo­skiej Czę­sto­chow­skiej, po­now­nie od­dał Pol­skę na wiecz­ną wła­sność Ma­ryi.

Wy­bór Oj­ca Świę­te­go Ja­na Paw­ła II, bli­skie­go przy­ja­cie­la pry­ma­sa, sta­no­wił jak­by zwień­cze­nie dzie­jo­wej po­słu­gi Pry­ma­sa Ty­siąc­le­cia, któ­ry swo­ją ziem­ską mi­sję za­koń­czył dwa i pół ro­ku póź­niej – w 1981 r.

Je­go be­aty­fi­ka­cja jest za­pla­no­wa­na na 7 czerw­ca 2020 r. Ma się od­być na Pla­cu J. Pił­sud­skie­go w War­sza­wie.

 

An­na Sła­wek

Drodzy Czytelnicy!

Naj­pierw prze­ży­wasz, że nie masz obok sie­bie chłopaka/dziewczyny. Smut­no ci, że bra­ku­je ko­goś, z kim moż­na by wyjść na spa­cer czy do ki­na. I na­gle jest. Na two­jej dro­dze sta­je on/ona. Wy­da­je ci się, że to ten je­den jedyny/jedna je­dy­na i że już za­wsze bę­dzie­cie ra­zem. Czu­jesz mo­ty­le w brzu­chu za każ­dym ra­zem, gdy się spo­ty­ka­cie, a na­wet na sa­mą myśl o tym. Czas spę­dza­ny ra­zem trak­tu­jesz jak coś wy­jąt­ko­we­go. Je­ste­ście szczę­śli­wi, bo za­ko­cha­ni. Pa­trzy­cie w tym sa­mym kie­run­ku.

Im wię­cej ran­dek za wa­mi, tym wię­cej po­ja­wia się py­tań o to, w któ­rym miej­scu po­sta­wić gra­ni­cę fi­zycz­nej bli­sko­ści. A czy­stość jest bar­dzo waż­nym ele­men­tem cho­dze­nia ze so­bą i na­rze­czeń­stwa. Mag­da­le­na Urlich pi­sze o tym, że „gdy ży­ję w czy­sto­ści zgod­nie ze swo­im sta­nem ży­cia (ja­ko oso­ba sa­mot­na, w mał­żeń­stwie lub za­ko­nie, ka­płań­stwie), je­stem wier­na te­mu, w co wie­rzę. Mo­ja wia­ra jest spój­na, gdy ma od­zwier­cie­dle­nie w ży­ciu”. O tym, że war­to za­wal­czyć o czy­stość, prze­ko­nu­ją Ania i dwa mał­żeń­stwa – Mag­da i Ma­rek oraz Jo­an­na i Piotr.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych Ma­rek Sta­roń opo­wia­da o swo­jej Bo­żej ma­tu­rze. Ksiądz Ma­rek Dzie­wiec­ki pi­sze o na­wró­ce­niu, któ­re jest zy­skiem, a ks. Ka­mil Go­łusz­ka pod­po­wia­da, ja­ką dro­gą wę­dro­wać do świę­to­ści. Mar­cin Zie­liń­ski dzie­li się świa­dec­twem na­wró­ce­nia z re­li­gij­no­ści do ży­wej wia­ry.

 

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Nie dopuść, abyśmy ulegli pokusie….

Naj­groź­niej­szą po­ku­są jest wia­ra w to, że szczę­ście moż­na osią­gnąć ła­two: bez pra­cy nad cha­rak­te­rem, bez na­wró­ce­nia, bez czuj­no­ści, bez norm mo­ral­nych, bez mi­ło­ści i od­po­wie­dzial­no­ści. Bez sta­wa­nia się po­dob­ny­mi do Bo­ga.

Bóg jest re­ali­stą

Stwór­ca jest ko­cha­ją­cym i ser­decz­nym Ro­dzi­cem. Los każ­de­go z nas jest dla Nie­go naj­waż­niej­szy. Pra­gnie, by­śmy by­li szczę­śli­wi już tu i te­raz, a nie do­pie­ro kie­dyś tam, w nie­bie. Bóg wie, że ża­den czło­wiek nie jest do­sko­na­ły jak On. Wie, że każ­dy z nas mo­że ulec po­ku­sie szu­ka­nia szczę­ścia tam, gdzie go nie ma. Prze­ko­na­li się o tym już pierw­si lu­dzie. Adam i Ewa wmó­wi­li so­bie, że bez po­mo­cy Bo­ga od­róż­nią do­bro od zła, czy­li że od­róż­nią szczę­ście od nie­szczę­ścia. Prze­ce­ni­li sie­bie. Oka­za­ło się, że bez po­mo­cy Bo­ga po­tra­fią je­dy­nie po­mie­szać do­bro i zło oraz czy­nić to, co od­bie­ra im ra­dość.

Fot. freepik.com

Bóg nie wo­dzi na po­ku­sze­nie!

Pa­pież Fran­ci­szek po­twier­dził to, co wie­dzie­li­śmy od wie­ków: to nie Bóg wo­dzi nas na po­ku­sze­nie! To czy­ni czło­wiek i zły duch. Sło­wa z Mo­dli­twy Pań­skiej: „I nie wódź nas na po­ku­sze­nie” ozna­cza­ją na­szą proś­bę: Bo­że, nie do­puść, aby­śmy ule­gli po­ku­sie! Bóg gra z na­mi w otwar­te kar­ty. Na po­cząt­ku hi­sto­rii wy­ja­śnia: Kła­dę przed wa­mi ży­cie i śmierć, bło­go­sła­wień­stwo i prze­kleń­stwo. Wy­bie­raj­cie więc ży­cie (Pwt 30, 19). Gdy­by każ­dy nasz spo­sób po­stę­po­wa­nia był rów­nie do­bry i gdy­by każ­dy ro­dzaj kon­tak­tu z in­ny­mi pro­wa­dził nas do szczę­ścia, to Bóg by nam po­wie­dział: czło­wie­ku, rób to, co chcesz, bo każ­dy spo­sób po­stę­po­wa­nia i każ­dy ro­dzaj wię­zi przy­nie­sie ci szczę­ście. Tak wła­śnie mó­wią de­mo­ra­li­za­to­rzy. Tym­cza­sem ko­cha­ją­cy Bóg mó­wi coś in­ne­go: czło­wie­ku, nie rób te­go, co chcesz, bo cza­sem chcesz te­go – na przy­kład al­ko­ho­lu, nar­ko­ty­ków, por­no­gra­fii, ha­zar­du, prze­mo­cy – co od­da­la cię od two­ich wła­snych ma­rzeń o wol­no­ści, mi­ło­ści i szczę­ściu. Czu­waj, abyś nie uległ po­ku­sie! Na­wra­caj się! Wy­bie­raj bło­go­sła­wień­stwo i ży­cie, a nie ta­kie spo­so­by po­stę­po­wa­nia czy ta­kie re­la­cje z ludź­mi, przez któ­re ode­chcie­wa ci się żyć!

Gdy wy­peł­nia­my trzy przy­ka­za­nia mi­ło­ści, czy­li ko­cha­my Bo­ga, sa­mych sie­bie i bliź­nich, wte­dy je­ste­śmy jak w bez­piecz­nym sej­fie.

Kto wo­dzi nas na po­ku­sze­nie?

Na po­ku­sze­nie wo­dzą nas ci lu­dzie, któ­rzy sa­mi ule­gli po­ku­sie i zła­ma­li za­sa­dy mo­ral­ne, chro­nią­ce nas przed krzyw­dą, roz­cza­ro­wa­niem i cier­pie­niem. Ta­cy lu­dzie usi­łu­ją wcią­gnąć w zło każ­de­go, z kim ma­ją kon­takt. Na­śla­du­ją okrut­nych sy­nów pa­triar­chy Ja­ku­ba, któ­rzy z za­zdro­ści po­sta­no­wi­li wła­sne­go bra­ta sprze­dać do nie­wo­li. Dla nie­szczę­śli­wych nie do znie­sie­nia jest fakt, że ktoś in­ny cie­szy się ży­ciem. Nie­szczę­śli­wi nie chcą cier­pieć sa­mot­nie. Szu­ka­ją to­wa­rzy­szy nie­do­li, bo ła­twiej jest cier­pieć w gru­pie. W gru­pie też ła­twiej jest brnąć w zło, grzech i znie­wo­le­nie. Na po­ku­sę wo­dzą nas rów­nież ci, któ­rzy są na­iw­ni i nas roz­piesz­cza­ją, bo utrud­nia­ją nam pa­no­wa­nie nad sła­bo­ścia­mi i do­ra­sta­nie do mi­ło­ści. Cza­sem na po­ku­sę wo­dzi­my sa­mi sie­bie, jak syn mar­no­traw­ny. Czy­ni­my tak wte­dy, gdy ule­ga­my wła­snym sła­bo­ściom. Na po­ku­sę wo­dzi nas tak­że dia­beł. To spry­ciarz w za­sta­wia­niu pu­ła­pek na czło­wie­ka. Sza­tan jest jed­nak bez­rad­ny wo­bec tych, któ­rzy słu­cha­ją Bo­ga.

Kto nie ule­ga po­ku­sie?

Bóg pod­po­wia­da nam, w ja­ki spo­sób bro­nić się przed po­ku­sa­mi: Ja dziś na­ka­zu­ję ci mi­ło­wać Pa­na, Bo­ga twe­go, i cho­dzić Je­go dro­ga­mi, peł­niąc Je­go po­le­ce­nia, pra­wa i na­ka­zy (Pwt 30, 16). Gdy po­stę­pu­je­my zgod­nie z De­ka­lo­giem i gdy wy­peł­nia­my trzy przy­ka­za­nia mi­ło­ści, czy­li ko­cha­my Bo­ga, sa­mych sie­bie i bliź­nich, wte­dy je­ste­śmy jak w bez­piecz­nym sej­fie. Do­łą­cza­my do lu­dzi mą­drych, któ­rzy szu­ka­ją szczę­ścia tam, gdzie ono ist­nie­je, czy­li w kra­inie mi­ło­ści, czy­sto­ści, wier­no­ści i od­po­wie­dzial­no­ści. Czło­wiek mą­dry po­tra­fi po­wie­dzieć aser­tyw­nie – czy­li sta­now­czo – „nie!” wszyst­kim, któ­rzy pró­bu­ją wo­dzić go na po­ku­sze­nie. W ob­li­czu po­ku­sy po­tra­fi po­wie­dzieć „nie!” tak­że sa­me­mu so­bie.

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Była normalną, kochającą żoną

Po­cho­dzi­ła z wie­lo­dziet­nej wło­skiej ro­dzi­ny. Za­wsze by­ła bli­sko Bo­ga. Spra­wy du­cha pie­lę­gno­wa­ła tak­że w mał­żeń­stwie i swo­jej ro­dzi­nie. By­ła wy­jąt­ko­wa, ale nie ode­rwa­na od rze­czy­wi­sto­ści. Jo­an­na to zwy­czaj­na – nad­zwy­czaj­na świę­ta.

Bę­dąc w czwar­tej cią­ży, usły­sza­ła dia­gno­zę – włók­niak. Le­ka­rze, chcąc ra­to­wać Jo­an­nę, mu­sie­li­by usu­nąć ma­ci­cę, w któ­rej znaj­do­wa­ła się zło­śli­wa zmia­na, ale i nie­na­ro­dzo­ne dziec­ko. Ona po­wie­dzia­ła, że naj­pierw uro­dzi, a do­pie­ro po­tem zaj­mie się le­cze­niem sa­mej sie­bie. Wie­dzia­ła, na co się de­cy­du­je. Prze­cież by­ła le­ka­rzem. Nie­dłu­go po uro­dze­niu cór­ki zmar­ła, ma­jąc za­le­d­wie 39 lat. Do ostat­nich chwil roz­da­wa­ła wszyst­kim uśmiech i spo­kój du­cha.

Fot. Wi­ki­me­dia Com­mons / Jo­sé Lu­iz

W za­chwy­cie

Jej ży­cie, choć krót­kie, by­ło praw­dzi­wą ko­pal­nią pięk­nych chwil. Ko­re­spon­den­cja z mę­żem mo­że być na­uką dla wie­lu mał­żon­ków. Uka­zu­je przede wszyst­kim wiel­ką mi­łość. A war­to pod­kre­ślić, że ko­cha­li się sza­le­nie. Piotr czę­sto wy­jeż­dżał w po­dró­że służ­bo­we, a ona mu pi­sa­ła: „Oto mi­nę­ła noc i po­ło­wa dnia bez mo­je­go naj­uko­chań­sze­go Pio­tra. Jed­nak je­steś przy mnie cią­gle obec­ny i to­wa­rzy­szę Ci chwi­la po chwi­li w Twej dłu­giej po­dró­ży”. Uwi­ła dla swo­jej ro­dzi­ny wspa­nia­łe gniaz­do, peł­ne mat­czy­nej mi­ło­ści, wi­docz­nej w zwy­kłych co­dzien­nych obo­wiąz­kach. Tak jak każ­da pra­cu­ją­ca ko­bie­ta pra­ła, sprzą­ta­ła, kar­mi­ła dzie­ci, usy­pia­ła, mar­twi­ła się przy cho­ro­bach, tu­li­ła, gdy któ­reś upa­dło na ro­we­rze. By­ła ta­ka zwy­czaj­na. Co jed­nak ją wy­róż­nia­ło? To ogrom­na mi­łość, któ­ra sta­ła się jej dro­gą do Bo­ga.

Z ser­cem na dło­ni

Wy­kształ­co­na, zna­na pa­ni dok­tor, pe­dia­tra, chi­rurg. Pa­cjen­ci ją uwiel­bia­li. Dla­cze­go? Wi­dzia­ła w nich nie tyl­ko cho­rym po­trze­bu­ją­cych le­cze­nia, ale sa­me­go Je­zu­sa. Ota­cza­ła ich nie tyl­ko opie­ką me­dycz­ną, ale do­brym sło­wem, ra­dą a na­wet wspar­ciem ma­te­rial­nym. Po­tra­fi­ła iść na wi­zy­tę le­kar­ską, nie wziąć za­pła­ty, a w do­dat­ku zo­sta­wić pa­rę gro­szy na le­ki. To w pra­cy po­zna­ła swo­je­go przy­szłe­go mę­ża, któ­rzy przy­szedł z umie­ra­ją­cą sio­strą do szpi­ta­la. Tam – choć nie za­mie­ni­li ani jed­ne­go sło­wa – po­ja­wi­ła się iskra, któ­ra roz­pa­li­ła wiel­ką mi­łość.

Nie przy­pusz­cza­łem, że ży­łem obok ja­kiejś świę­tej” – mó­wił Piotr Mol­la.

Uczyć się od naj­lep­szych

Św. Jo­an­na to wzór. Przede wszyst­kim żo­ny – cu­dow­nej, ko­cha­ją­cej, wier­nej, pie­lę­gnu­ją­cej mi­łość każ­de­go dnia. Mat­ki – bę­dą­cej dla dzie­ci za­wsze i na sto pro­cent. Le­kar­ki – od­da­nej służ­bie po­trze­bu­ją­cym. Ko­bie­ty – któ­ra po­mi­mo ogro­mu obo­wiąz­ków po­tra­fi­ła pa­mię­tać o sa­mej so­bie. Tak. Wie­dzia­ła, że je­że­li nie za­dba o sie­bie, nie bę­dzie w sta­nie za­dbać o in­nych. Te­mu mia­ły słu­żyć co­dzien­na mo­dli­twa, czu­wa­nie i me­dy­ta­cja przed Naj­święt­szym Sa­kra­men­tem w ko­ście­le. To tak­że spra­wy przy­ziem­ne. Za­wsze by­ła do­brze ubra­na, ko­cha­ła mo­dę, zna­ła naj­now­sze tren­dy, czy­ta­ła cza­so­pi­sma mo­do­we. Lu­bi­ła mieć po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie. Od­da­wa­ła się swo­im pa­sjom, jak np. jaz­da na nar­tach, gór­skie wy­ciecz­ki. Mia­ła czas na wy­pi­cie ka­wy z przy­ja­ciół­ką, bab­skie po­ga­du­chy o dzie­ciach, mę­żach, no­wych prze­pi­sach ku­li­nar­nych To wszyst­ko skła­da­ło się na ra­dość ży­cia, któ­rą mia­ła każ­de­go dnia.

Świę­tość w co­dzien­no­ści

Piotr Mol­la był w nią za­pa­trzo­ny. To ona otwo­rzy­ła go na lu­dzi, do­da­wa­ła od­wa­gi je­go in­tro­wer­tycz­nej na­tu­rze. „Nie przy­pusz­cza­łem, że ży­łem obok ja­kiejś świę­tej. A mo­ja mał­żon­ka ni­gdy nie da­wa­ła mi od­czuć, iż ro­bi to czy tam­to, by do­stać się do ra­ju. Ona ko­cha­ła ży­cie. By­ła nor­mal­ną, ko­cha­ją­cą żo­ną i mat­ką. Po pro­stu so­bą”.

Świę­ty Jan Pa­weł II po­wie­dział: „Dzię­ki mi­ło­ści Bo­żej Jo­an­na Be­ret­ta Mol­la by­ła zwy­czaj­ną, ale jak­że wy­jąt­ko­wą zwia­stun­ką. Za­le­d­wie na kil­ka dni przed swym ślu­bem, w jed­nym z li­stów do na­rze­czo­ne­go, by­ła zdol­na na­pi­sać: «Mi­łość to naj­pięk­niej­sze z do­świad­czeń, ja­kim nasz Pan ob­da­rzył du­sze lu­dzi»„.

 

Ka­ro­li­na Pod­lew­ska

Bóg zawsze ma pomysł!

Nie patrz na grzech, nie patrz na sie­bie – patrz na Mnie!

Do­świad­cze­nie po­ka­zu­je, że je­śli przyj­mu­je­my ja­kieś twier­dze­nia bądź za­sa­dy, to ze wzglę­du na ko­goś, kto nam je przed­sta­wia, a kto ma u nas au­to­ry­tet, ufa­my mu i prze­ko­na­li­śmy się, że mu na nas za­le­ży. Al­bo wte­dy, gdy wi­dzi­my sen­sow­ność, kon­kret­ne zy­ski, roz­wój, szer­sze ho­ry­zon­ty, wy­ni­ka­ją­ce z przy­ję­cia tych norm. Pierw­szy po­wód da­je lep­sze re­zul­ta­ty.

Fot. freepik.com

Co cie­ka­we: wła­śnie to jest spo­sób Bo­że­go po­da­wa­nia nam rę­ki w co­dzien­no­ści. Tak Bóg da­je wska­zów­ki, jak funk­cjo­no­wać, aby po­tem nie spi­jać gorz­kich kon­se­kwen­cji wła­snej głu­po­ty. Bóg w kon­tak­tach z ludź­mi, w sy­tu­acjach opi­sa­nych w Bi­blii, ni­gdy nie mó­wi o po­słu­szeń­stwie – pro­si o słu­cha­nie. Ni­by nie­wiel­ka róż­ni­ca – ale jest. Słu­chasz Oso­by, sły­szysz Jej emo­cje, na­sta­wie­nie do cie­bie, tembr gło­su, za­an­ga­żo­wa­nie w dia­log. I re­agu­jesz sto­sow­nie do te­go, jak ode­bra­łeś jej na­sta­wie­nie do cie­bie w tej kon­kret­nej wy­mia­nie zdań czy sy­tu­acji. Je­steś w sta­nie przy­jąć ar­gu­men­ty ab­so­lut­nie prze­ciw­ne two­je­mu wcze­śniej­sze­mu my­śle­niu tyl­ko dla­te­go, że prze­ko­na­ła cię lo­gi­ka wy­po­wie­dzi tej oso­by i jej czu­łość, aten­cja w od­nie­sie­niu do cie­bie. Za­tem: je­śli znasz na pa­mięć dzie­sięć przy­ka­zań, a nie jest ci bli­ski Bóg, to i tak – nie­ste­ty – nic nie ro­zu­miesz. Prze­pi­sy zo­sta­ją wy­rwa­ne z kon­tek­stu, wy­rwa­ne z re­la­cji i sta­ją się ka­mie­niem u szyi.

Gdy ktoś z bi­blij­nych bo­ha­te­rów pod wpły­wem kon­tak­tu z Bo­giem da­je wska­zów­ki i prze­pi­sy, ma tyl­ko je­den cel: prze­ka­za­nie swo­je­go do­świad­cze­nia. Te­go, jak pój­ście za je­go su­ge­stia­mi po­zwo­li od­kry­wać głę­bię my­śle­nia Bo­ga. Ale au­tor bi­blij­ny mó­wi to z in­nej per­spek­ty­wy. Z per­spek­ty­wy czło­wie­ka, któ­re­mu Bóg jest nie­zwy­kle bli­ski. Któ­ry po­znał Bo­ga ja­ko za­an­ga­żo­wa­ne­go w two­rze­nie pięk­na i szczę­ścia dla każ­de­go z nas.

1000+ roz­wią­zań

Czy jed­nak nie za wie­le tych prze­pi­sów w Bi­blii? Czy fak­tycz­nie lu­dzie ich prze­strze­ga­li? Pew­nie tak sa­mo jak my. Ale tu nie cho­dzi o efekt. Waż­niej­szy jest cel. Każ­dy z tych prze­pi­sów ma nas prze­ko­nać, że w każ­dej sy­tu­acji Bóg ma po­mysł, Bóg ma roz­wią­za­nie, Bóg zna wyj­ście. Nie wszyst­kie są szcze­gó­ło­wo opi­sa­ne w Bi­blii. Lecz my też nie ro­zu­mie­my wie­lu opi­sa­nych wy­da­rzeń, bo w na­szych cza­sach ta­kich re­aliów już nie ma (np. jak skła­da­nia ofia­ry oczysz­cze­nia z po­pio­łem z czer­wo­nej kro­wy). Prze­pi­sy w Bi­blii po­ka­zu­ją jed­nak, że mo­żesz u Bo­ga zna­leźć roz­wią­za­nie, że mo­żesz do Nie­go pójść z każ­dą spra­wą, z któ­rą so­bie nie ra­dzisz, któ­rej roz­wią­za­nia nie wi­dzisz. Każ­da te­go ty­pu pró­ba po­zwo­li ci się prze­ko­nać, jak na­praw­dę do­bry jest Bóg. Dla­te­go w De­ka­lo­gu jest 10 prze­pi­sów. Ty­le, ile pal­ców. W sym­bo­li­ce bi­blij­nej ozna­cza­ło to za­mknię­tą ca­łość – czy­li zna­czy­ło: Bóg ma za­wsze po­mysł!

Je­śli znasz na pa­mięć dzie­sięć przy­ka­zań, a nie jest ci bli­ski Bóg, to i tak – nie­ste­ty – nic nie ro­zu­miesz.

Nie zga­dzam się!

A co je­śli nie ro­zu­miem prze­pi­sów, na­ka­zów, for­muł lub z ni­mi się nie zga­dzam? Wte­dy wcho­dzi w ży­cie za­sa­da praw­dzi­wych przy­ja­ciół, tym ra­zem za­sto­so­wa­na w prze­strze­ni ty – Bóg. Brzmi ona: po­wiedz mi o, co ci cho­dzi. Po­kłóć się ze mną, wy­ja­śniaj mi, od­bi­jaj mo­je ar­gu­men­ty – aż mnie nie prze­ko­nasz. I nie zo­sta­wiaj mnie – bo prze­cież kłó­cę się z to­bą i wy­my­ślam kontr­ar­gu­men­ty tyl­ko po to, abyś je od­bił i mnie prze­ko­nał. I nie każ mi te­go, co jest trud­ne, ro­bić sa­me­mu: zrób to ze mną. Tak! To jest dia­log, na któ­rym za­le­ży Bo­gu. Bo­gu nie za­le­ży na bez­myśl­nym po­słu­szeń­stwie, na za­cho­wa­niu za­sad dla sa­mych za­sad, na ła­ma­niu sie­bie, bo „tak trze­ba”. Bóg wie, że to pro­wa­dzi do ukry­tej nie­chę­ci, a na­wet nie­na­wi­ści. Ta­kie funk­cjo­no­wa­nie nie ma nic wspól­ne­go z Je­go my­śle­niem. Bi­blia po­ka­zu­je nam cią­głe Bo­że na­sta­wie­nie na dia­log. W No­wym Te­sta­men­cie Je­zus spro­wa­dza wszyst­kie prze­pi­sy do jed­ne­go: przy­ka­za­nia mi­ło­ści. I tu wy­star­czy usiąść i po­my­śleć lo­gicz­nie, że mi­łość to je­dy­na rze­czy­wi­stość, któ­rej nie moż­na ni­ko­mu na­ka­zać. To kwe­stia two­je­go skło­nie­nia się ku da­nej oso­bie.

W ten spo­sób Bóg po­ka­zu­je, że wszyst­ko za­czy­na się od re­la­cji, od wię­zi, od bli­sko­ści. Do­pie­ro z te­go wy­pły­wa nasz sto­su­nek do in­nych lu­dzi i do sa­mych sie­bie. W fil­mie „Cha­ta” gdy bo­ha­ter wra­ca w pa­mię­ci do trau­ma­tycz­nych sy­tu­acji, Je­zus mó­wi: „Patrz na Mnie!” Nie patrz na sie­bie ani na te sy­tu­acje. Nie py­taj, czy to już był grzech czy jesz­cze nie. W ogó­le nie o to cho­dzi. Je­zus mó­wi: „Patrz na Mnie”. Wte­dy wszyst­ko zro­zu­miesz.

Dla­cze­go Je­zus w ostat­niej sce­nie Ewan­ge­lii wg św. Ja­na py­ta Pio­tra o mi­łość? I dla­cze­go trzy ra­zy? Prze­cież i On, i Piotr wie­dzą, że te sło­wa to tyl­ko sło­wa. W kon­tek­ście ca­łe­go ży­cia Pio­tra – nie za­wsze prze­cież znaj­dy­wa­ły po­twier­dze­nie w uczyn­kach. Je­zus py­ta Pio­tra o mi­łość, bo Mu cho­dzi o więź. Tyl­ko w opar­ciu o wię­zi mo­że się coś zmie­nić – bo zmie­nia się te­raz.

Je­zus mó­wi: Patrz na Mnie! Nie patrz na grzech. Nie patrz na sie­bie. Patrz na Mnie.

 

Jo­an­na No­wiń­ska SM

Drodzy Czytelnicy!

Na stu­diach po­zna­łam oso­by, któ­re mó­wi­ły, że w ogó­le się nie uczą. Po eg­za­mi­nach oka­zy­wa­ło się, że do­sta­wa­ły ze wszyst­kie­go piąt­ki. Spo­tka­łam też oso­by, któ­rym bar­dzo za­le­ża­ło na sty­pen­dium dla naj­lep­szych stu­den­tów i któ­re przy­zna­wa­ły, że du­żo się uczą. By­łam też świad­kiem łez ko­le­ża­nek po nie­za­li­czo­nym ko­lo­kwium lub eg­za­mi­nie. Wal­ka o piąt­ki by­ła jaw­na lub ukry­ta. Nie wszy­scy jed­nak się tej pre­sji pod­da­wa­li. By­ły oso­by, któ­re ze spo­ko­jem pod­cho­dzi­ły do stu­dio­wa­nia. Z jed­nych przed­mio­tów mie­li lep­sze oce­ny, z in­nych gor­sze. Nie prze­ży­wa­li po­ra­żek. Pod­no­si­li się po nich. Po­pra­wia­li oce­ny i szli do przo­du.

Wy­ścig szczu­rów i chęć by­cia naj­lep­szym w kla­sie z wszyst­kich przed­mio­tów, osią­ga­nia naj­lep­szych wy­ni­ków w spor­tach, zwy­cię­ża­nia w olim­pia­dach i kon­kur­sach to rze­czy­wi­stość wie­lu z nas. Je­śli je­ste­śmy od niej wol­ni, to na pew­no zna­my oso­by, któ­re ży­ją pod pre­sją „by­cia naj”. Mo­że jest to ko­le­ga z pierw­szej ław­ki, a mo­że ko­le­żan­ka z ostat­niej pod oknem. Mag­da­le­na Urlich py­ta: „Po­goń za tym, by być naj­lep­szym, kosz­tem wol­ne­go cza­su, snu czy to­wa­rzy­skich spo­tkań. Czy to ma sens?” Od­po­wie­dzi szu­kaj­cie na na­stęp­nej stro­nie.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych Ka­sia przy­zna­je, że nie po swo­im, ale do­pie­ro na Bierz­mo­wa­niu ko­le­żan­ki „po­czu­ła Bo­żą moc”. Ksiądz Ka­mil Go­łusz­ka od­po­wia­da na py­ta­nie, co zmar­twych­wsta­nie Chry­stu­sa zmie­nia w na­szym ży­ciu. Ksiądz Ma­rek Dzie­wiec­ki pi­sze o po­my­śle Bo­ga na szczę­śli­we ży­cie dla Cie­bie i dla mnie.

 

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Nie bój się błędu

Dzie­ci za­moż­nych ro­dzi­ców pod­da­ne są zbyt du­żej pre­sji – wy­ni­ka z ba­dań. Tak du­żej, że bo­ją się po­peł­nić ja­ki­kol­wiek błąd.

Za­moż­ni ro­dzi­ce, o któ­rych mo­wa w ba­da­niach ame­ry­kań­skich na­ukow­ców, to przede wszyst­kim bo­ga­ci pro­fe­sjo­na­li­ści. Swo­ją po­zy­cję za­wo­do­wą zdo­by­li dzię­ki świet­ne­mu wy­kształ­ce­niu. W od­róż­nie­niu od bo­ga­czy, któ­rzy swój sta­tus zdo­by­li dzię­ki dzia­łal­no­ści biz­ne­so­wej, nie mo­gą prze­ka­zać swo­im dzie­ciom wła­snej po­zy­cji. Ich dzie­ci bę­dą mu­sia­ły zdo­by­wać świat od no­wa. Odzie­dzi­czą mo­że pie­nią­dze czy zna­jo­mo­ści, ale wy­kształ­ce­nie i po­zy­cję za­wo­do­wą mu­szą wy­pra­co­wać sa­me. W ame­ry­kań­skich re­aliach eli­tar­nych szkół, za któ­re trze­ba sło­no pła­cić, nie jest to spra­wą ła­twą. Ob­raz świa­ta ja­ko dżun­gli, w któ­rej trze­ba bez­względ­nie wal­czyć o ogra­ni­czo­ne za­so­by, na­peł­nia dzie­ci lę­kiem. Stąd sta­ny de­pre­syj­ne i zi­den­ty­fi­ko­wa­ny przez ba­da­czy syn­drom One Wrong Mo­ve – jed­ne­go błęd­ne­go ru­chu. To świat, w któ­rym je­den fał­szy­wy krok mo­że po­zba­wić szan­sy na suk­ces w przy­szło­ści. Mo­że więc le­piej ogra­ni­czyć ry­zy­kow­ne dzia­ła­nia i trzy­mać się te­go, co pew­ne i bez­piecz­ne?

Fot. freepik.com

Suk­ces bez po­raż­ki?

A jed­nak trzy­ma­nie się spraw­dzo­nych roz­wią­zań to ra­czej nie jest dro­ga do suk­ce­su. Po­twier­dzi­li to in­ni ame­ry­kań­scy ba­da­cze, z ze­spo­łu prof. Ca­ro­lyn Dweck. Oka­za­ło się, że ucznio­wie, któ­rzy nie ba­li się po­peł­nia­nia błę­dów, wy­pa­da­li w te­stach o wie­le le­piej. Nie­któ­re za­da­nia ce­lo­wo wy­kra­cza­ły po­za kom­pe­ten­cje uczniów. Mia­ły spraw­dzić, jak re­agu­ją oni w ob­li­czu prze­ra­sta­ją­cych ich wy­zwań. I znów ci, któ­rzy nie ba­li się po­raż­ki, ra­dzi­li so­bie du­żo le­piej – wy­my­śla­li wię­cej roz­wią­zań, dłu­żej po­szu­ki­wa­li od­po­wie­dzi, póź­niej się fru­stro­wa­li.

Po­raż­ka nie co­fa nas do po­przed­nie­go po­zio­mu, bo je­ste­śmy bo­gat­si o ko­lej­ne do­świad­cze­nie.

Na­ukow­cy mó­wią więc to, co pod­po­wia­da zdro­wy roz­są­dek: nie ma suk­ce­su bez pod­ję­cia ry­zy­ka po­raż­ki. A na­wet moż­na po­wie­dzieć wię­cej: dro­ga do suk­ce­su wie­dzie przez wie­le po­ra­żek. Dla­te­go gdy po raz ko­lej­ny ci się nie uda­ło, cho­ciaż tak bar­dzo ci za­le­ży, nie pod­da­waj się!

Ukry­te czę­ści skła­do­we

Każ­dy, kto osią­gnął suk­ces, o ja­kim ma­rzył, mo­że po­wie­dzieć, ile wy­sił­ku wło­żył w to, by je­go ma­rze­nie sta­ło się rze­czy­wi­sto­ścią. I ile po­ra­żek prze­żył. Mił­ka Rau­lin, naj­młod­sza Po­lka, któ­ra zdo­by­ła ko­ro­nę Zie­mi, czy­li naj­wyż­sze szczy­ty wszyst­kich kon­ty­nen­tów, mó­wi o tym wprost. W jej przy­pad­ku by­ło to nie tyl­ko fi­zycz­ne przy­go­to­wa­nie się do wy­praw, ale też ogrom­ne za­ple­cze: zdo­by­cie fun­du­szy, po­zy­ska­nie spon­so­rów, or­ga­ni­za­cja wy­jaz­dów. Przy tym ca­ły czas pra­co­wa­ła za­wo­do­wo. Świet­nie wi­dzieć swo­je zdję­cia na szczy­tach ko­ro­ny Zie­mi, ale kto z nas po­świę­cił­by ty­le wy­sił­ku, by te­go do­ko­nać?

A Adam Ma­łysz? Wie­cie, że nasz naj­słyn­niej­szy sko­czek – i w ogó­le je­den z naj­bar­dziej uty­tu­ło­wa­nych skocz­ków nar­ciar­skich na świe­cie – po se­zo­nie 1997–98 za­mie­rzał za­koń­czyć ka­rie­rę i za­cząć pra­cę ja­ko de­karz? Po obie­cu­ją­cych po­cząt­kach przy­szedł kry­zys, wy­ni­ki spor­tow­ca by­ły, jak sam oce­niał, tra­gicz­ne. Jed­nak nie pod­dał się. Zmie­nił tre­ne­ra, za­czął współ­pra­cę z psy­cho­lo­giem i fi­zjo­lo­giem... I ja­ko je­dy­ny na świe­cie trzy ra­zy pod rząd zo­stał zwy­cięz­cą Pu­cha­ru Świa­ta – mię­dzy in­ny­mi.

Li­czy się dro­ga

Oczy­wi­ście nie każ­dy mu­si być Ma­ły­szem. Każ­dy za to ma wła­sną de­fi­ni­cję te­go, czym jest dla nie­go suk­ces. Sport, osią­gnię­cia na­uko­we czy ar­ty­stycz­ne czę­sto się na­rzu­ca­ją. Dla ko­goś jed­nak sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca mo­że być pra­ca z in­ny­mi, moc­ną stro­ną – em­pa­tia. A mo­że bar­dziej ory­gi­nal­ne hob­by? Nie­za­leż­nie od te­go, w każ­dej dzie­dzi­nie, w któ­rej chce­my coś zdzia­łać, na­po­tka­my trud­no­ści. Jest to zu­peł­nie na­tu­ral­ne – prze­cież wszyst­kie­go do­pie­ro się uczy­my. Je­ste­śmy w nie­ustan­nym pro­ce­sie zdo­by­wa­nia umie­jęt­no­ści, do­sko­na­le­nia się, po­dej­mo­wa­nia ko­lej­nych wy­zwań i szu­ka­nia roz­wią­zań. Na tej dro­dze nie­raz po­sta­wi­my fał­szy­wy krok. Daj­my so­bie do te­go pra­wo, bądź­my dla sie­bie cier­pli­wi. Po­raż­ka nie co­fa nas do po­przed­nie­go po­zio­mu, bo je­ste­śmy bo­gat­si o ko­lej­ne do­świad­cze­nie. Nie bój­my się od­waż­nie kro­czyć na­przód. Niech nie za­trzy­mu­je nas strach, że po­peł­ni­my błąd. Kto wie, któ­ry z ma­łych kro­ków osta­tecz­nie oka­że się tym naj­waż­niej­szym?

 

Mag­da­le­na Urlich

Musiałem Bogu jeszcze coś opowiedzieć

Ma­my to szczę­ście, że wie­le szcze­gó­łów ży­cia te­go świę­te­go do­kład­nie opi­sał …. in­ny świę­ty – Jan Bo­sco, je­go wy­cho­waw­ca.

Do­mi­nik Sa­vio uro­dził się w 1842 r. w wio­sce Ri­va di Chie­ri w re­gio­nie Pie­mont, ja­ko pierw­sze z sied­mior­ga dzie­ci. Je­go imię Do­me­ni­co ozna­cza po wło­sku „na­le­żą­cy do Pa­na”. Mat­ka Do­mi­ni­ka, Bry­gi­da, by­ła kraw­co­wą. Oj­ciec, Ka­rol, utrzy­my­wał ro­dzi­nę ja­ko ko­wal. Chło­piec, o wy­jąt­ko­wo ła­god­nym i po­god­nym uspo­so­bie­niu, był nie­zwy­kle chłon­ny na tre­ści re­li­gij­ne. Od ma­łe­go, bez przy­mu­su, ko­chał mo­dli­twę. Zda­rza­ło się, że ma­ma go szu­ka­ła po ca­łej wio­sce, a w koń­cu znaj­do­wa­ła klę­czą­ce­go w ko­ście­le. Wów­czas ma­ły Do­mi­nik od­po­wia­dał: „Ma­mo, mu­sia­łem Bo­gu jesz­cze coś opo­wie­dzieć”. Je­że­li się zda­rzy­ło, że drzwi ko­ściel­ne by­ły za­mknię­te, Do­mi­nik klę­kał na pro­gu świą­ty­ni. Ob­co­wał swo­bod­nie z rze­czy­wi­sto­ścią nie­biań­ską. Du­żo roz­ma­wiał ze swo­im Anio­łem Stró­żem, od któ­re­go wie­le ra­zy do­zna­wał po­mo­cy w nie­bez­pie­czeń­stwach.

Fot. Wi­ki­me­dia Com­mons / Pu­blic Do­ma­in

Prę­dzej umrzeć niż zgrze­szyć

Po­boż­no­ści Do­mi­ni­ka nie da­ło się ukryć przed księż­mi z pa­ra­fii. Gdy miał za­le­d­wie pięć lat, przy­stał na pro­po­zy­cję wi­ka­riu­sza, by zo­stać mi­ni­stran­tem. Mi­mo tru­du trzy­ma­nia wiel­kich ksiąg li­tur­gicz­nych oraz od­ma­wia­nia ła­ciń­skich mo­dlitw z pa­mię­ci, Do­mi­nik słu­żył Bo­gu z ra­do­ścią. Pierw­szą Ko­mu­nię Świę­tą przy­jął w wie­ku sied­miu lat, co sta­no­wi­ło wte­dy spo­ry wy­ją­tek. Dzie­ci pierw­szo­ko­mu­nij­ne mia­ły wów­czas od 12 do 14 lat. Dzień Pierw­szej Ko­mu­nii sta­no­wił du­ży prze­łom dla po­boż­ne­go dziec­ka. W tym dniu Do­mi­nik za­pi­sał so­bie czte­ry po­sta­no­wie­nia: re­gu­lar­na mo­dli­twa, pa­mięć o ko­ściel­nych świę­tach, przy­jaźń z Je­zu­sem i Ma­ry­ją oraz de­cy­zja: „prę­dzej umrzeć niż do­bro­wol­nie po­peł­nić grzech!”.

Za­pra­gnął zo­stać świę­tym

Nad­zwy­czaj­na re­li­gij­ność, a tak­że in­te­lek­tu­al­ne uzdol­nie­nie chłop­ca, skło­ni­ły pro­bosz­cza wio­ski do klu­czo­wej de­cy­zji. Za po­zwo­le­niem ro­dzi­ców przed­sta­wił Do­mi­ni­ka swo­je­mu dłu­go­let­nie­mu ko­le­dze, księ­dzu Ja­no­wi Bo­sco, któ­ry w Tu­ry­nie za­ło­żył tzw. ora­to­rium dla chłop­ców. Ora­to­rium księ­dza Bo­sco sku­pia­ło 400 ubo­gich i za­nie­dba­nych chłop­ców. Nie­któ­rzy miesz­ka­li na miej­scu, a in­ni przy­cho­dzi­li z uli­cy po po­si­łek, na za­ba­wę, bądź po pro­stu – by po­czuć wspól­no­tę. Do­mi­nik opu­ścił gniaz­do ro­dzin­ne, ma­jąc 12 lat. W ha­ła­śli­wym i tłocz­nym Tu­ry­nie do­świad­czył do­tych­czas nie­zna­nych wy­zwań. Je­go ła­god­ne uspo­so­bie­nie i duch po­słu­szeń­stwa czę­sto pro­wo­ko­wa­ły nie­okieł­zna­nych ko­le­gów. Do­mi­nik jed­nak nie dał się znie­chę­cić i w bar­dzo krót­kim cza­sie stał się przy­ja­cie­lem i przy­kła­dem dla wie­lu chłop­ców. Uwiel­biał roz­ra­biać z to­wa­rzy­sza­mi, ale w szko­le uczył się wzo­ro­wo i kar­mił ser­ce co­dzien­ną mo­dli­twą. Uskrzy­dlo­ny przez mą­dre ra­dy i ka­za­nia księ­dza Bo­sco, za­pra­gnął zo­stać świę­tym. Po­dob­nie jak w dniu Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej – po­twier­dził swo­ją de­cy­zję kon­kre­tem. Ra­zem z kil­ko­ma chłop­ca­mi za­ło­żył sto­wa­rzy­sze­nie Ma­ryj­ne.

Du­chow­ność Do­mi­ni­ka kwi­tła do­strze­gal­nie. Po­chło­nię­ty pra­gnie­niem mi­ło­wa­nia Bo­ga, do­zna­wał sta­nów mi­stycz­nych oraz na­tchnień, któ­re sta­no­wi­ły po­moc i ra­tu­nek dla bliź­nich. Kil­ka­krot­nie, przez na­tchnie­nie Do­min­ka, ksiądz Bo­sco zo­stał po­sła­ny z po­słu­gą do umie­ra­ją­cej oso­by. Fak­tem jest tak­że cu­dow­ne uzdro­wie­nie przez Do­mi­ni­ka je­go umie­ra­ją­cej mat­ki, do któ­rej przy­był z Tu­ry­nu, bez żad­nych wcze­śniej­szych in­for­ma­cji o jej sta­nie. Zdro­wie sa­me­go Do­min­ka sła­bło jed­nak bar­dzo szyb­ko. Z na­tu­ry de­li­kat­ny i wą­tły, tra­cił stop­nio­wo fi­zycz­ne si­ły i zmarł w ro­dzin­nym do­mu w 1857 r. Po śmier­ci ob­ja­wił się w słyn­nym śnie swo­je­mu wy­cho­waw­cy, księ­dzu Bo­sco… ale to już te­mat na in­ny tekst.

 

An­na Sła­wek

I odpuść nam nasze winy…

Bóg chce każ­de­mu od­pu­ścić grze­chy z prze­szło­ści, że­by­śmy tu i te­raz ży­li w mi­ło­ści i ra­do­ści. Wa­run­kiem da­ro­wa­nia win jest na­sze na­wró­ce­nie.

Grzech to ta­kie za­cho­wa­nie, przez któ­re wy­rzą­dza­my krzyw­dę sa­mym so­bie lub in­nym lu­dziom, bo nie słu­cha­my Bo­ga. Stwór­ca nie ob­ra­ża się wte­dy – ani nas nie ka­rze – lecz cier­pi z na­mi oraz z ty­mi, któ­rych krzyw­dzi­my. Bóg przy­szedł do nas oso­bi­ście w ludz­kiej na­tu­rze, gdyż chciał być ostat­nim skrzyw­dzo­nym. Pra­gnie, że­by­śmy, wzru­sze­ni Je­go mi­ło­ścią aż do krzy­ża, od­tąd jed­ni dru­gich ko­cha­li. Wte­dy znik­ną krzyw­dy i cier­pie­nia. Gdy nie kie­ru­je­my się De­ka­lo­giem i mi­ło­ścią Bo­ga, to sta­je­my się po­dob­ni do sy­nów Ja­ku­ba, któ­rzy wła­sne­go bra­ta sprze­da­li do nie­wo­li egip­skiej. Je­ste­śmy też wte­dy po­dob­ni do sy­na mar­no­traw­ne­go, któ­ry nie­mal śmier­tel­nie skrzyw­dził sa­me­go sie­bie. Uzna­nie wła­snych grze­chów i po­sta­no­wie­nie po­pra­wy to wa­run­ki, że­by Bóg prze­ba­czył nam złą prze­szłość. Bóg nie sta­wia gra­nic swe­mu mi­ło­sier­dziu, jed­nak nie wszy­scy ko­rzy­sta­ją z Je­go mi­ło­sier­nej mi­ło­ści. Gdyż nie wszy­scy uzna­ją swo­je wi­ny, na­wra­ca­ją się i za­czy­na­ją ko­chać.

Fot. pixabay.com

Ja­ko i my od­pusz­cza­my…

Dru­gim, obok na­wró­ce­nia, wa­run­kiem od­pusz­cze­nia grze­chów, jest na­sze mi­ło­sier­dzie wo­bec bliź­nich. Je­śli my nie prze­ba­cza­my, to nie uwie­rzy­my, że Bóg prze­ba­cza. Gdy ktoś nas skrzyw­dził, to w ser­cu od ra­zu po­win­ni­śmy prze­ba­czyć. Jed­nak po­wie­my o tym krzyw­dzi­cie­lo­wi do­pie­ro wte­dy, gdy prze­sta­nie nas krzyw­dzić, gdy na­wró­ci się, gdy prze­pro­si i za­cznie wy­na­gra­dzać. Je­śli na­to­miast na­dal pró­bu­je nas krzyw­dzić, to po­win­ni­śmy mi­mo to go ko­chać i ni­gdy się nie mścić. Na­to­miast tu i te­raz po­win­ni­śmy się przed nim sta­now­czo bro­nić po to, że­by nie stał się jesz­cze więk­szym krzyw­dzi­cie­lem. Trze­ba od­róż­niać prze­ba­cze­nie od po­jed­na­nia. To, czy prze­ba­czę wi­no­waj­cy, za­le­ży ode mnie. Na­to­miast to, czy doj­dzie mię­dzy na­mi do po­jed­na­nia, za­le­ży od po­sta­wy krzyw­dzi­cie­la. By­ło­by na­iw­no­ścią oka­zy­wa­nie prze­ba­cze­nia ko­muś, kto się nie na­wra­ca i kto na­dal usi­łu­je nas krzyw­dzić.

Bóg utoż­sa­mia się z na­mi

Stwór­ca ko­cha nas do te­go stop­nia, że utoż­sa­mia się z każ­dym krzyw­dzo­nym czło­wie­kiem. Wy­ja­śnia, że co­kol­wiek czy­ni­my jed­ne­mu z naj­mniej­szych bra­ci czy sióstr, to Je­mu sa­me­mu czy­ni­my. Nie sły­sza­łem, że­by ktoś z bar­dzo na­wet ko­cha­ją­cych ro­dzi­ców po­wie­dział sy­no­wi czy cór­ce: Je­śli skrzyw­dzisz ko­goś z ro­dzeń­stwa, to mnie skrzyw­dzisz. Je­śli ude­rzysz bra­ta czy sio­strę, to mnie ude­rzysz. Je­śli ktoś bę­dzie przez cie­bie pła­kał, to ja – ma­ma czy ta­ta – bę­dę pła­kać przez cie­bie i bę­dę cier­pieć jesz­cze bar­dziej niż czło­wiek, któ­re­go skrzyw­dzisz. A Je­zus przyj­mu­je ta­ką wła­śnie po­sta­wę! Nikt nie czy­ni aż tak wie­le jak Bóg, by­śmy już nie krzyw­dzi­li ani sa­mych sie­bie, ani in­nych lu­dzi. Stwór­ca pra­gnie, by­śmy ży­li w ro­dzi­nach, w któ­rych każ­dy ko­cha każ­de­go.

Je­śli my nie prze­ba­cza­my, to nie uwie­rzy­my, że Bóg prze­ba­cza.

Dla­cze­go prze­ba­czać wi­no­waj­com?

Gdy prze­ba­cza­my wi­no­waj­com, to prze­sta­je­my roz­dra­py­wać ra­ny z prze­szło­ści. Wte­dy szyb­ciej się one go­ją. Po dru­gie, ła­twiej nam wte­dy uwie­rzyć w to, że Bóg nam prze­ba­cza na­sze wi­ny. Po trze­cie, ła­twiej nam wte­dy prze­ba­czyć sa­me­mu so­bie. Nie­któ­rzy nie­na­wi­dzą sie­bie i za­drę­cza­ją sie­bie z te­go po­wo­du, że wcze­śniej grze­szy­li. In­ni po­bła­ża­ją so­bie, czy­li na­iw­nie prze­ba­cza­ją so­bie złą prze­szłość, mi­mo że na­dal grze­szą. Wte­dy tak­że ich te­raź­niej­szość jest zła. Oj­ciec z przy­po­wie­ści Je­zu­sa oka­zu­je mi­ło­sier­dzie mar­no­traw­ne­mu sy­no­wi wte­dy, gdy ten wra­ca prze­mie­nio­ny. I ani se­kun­dy wcze­śniej. Od­pusz­cze­nie grze­chów nie ma nic wspól­ne­go z na­iw­no­ścią czy z po­bła­ża­niem złu. Bóg prze­ba­cza nam grze­chy z prze­szło­ści po to, że­by­śmy ko­cha­li i by­li szczę­śli­wi w te­raź­niej­szo­ści.

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Drodzy Czytelnicy!

Mam jed­ną sio­strę. Nie za­wsze się do­ga­dy­wa­ły­śmy ja­ko dzie­ci. Kłó­ci­ły­śmy się o za­baw­ki. Go­ni­ły­śmy się do­oko­ła sto­łu, by so­bie je wy­rwać z rąk. Nie oby­ło się bez kil­ku gu­zów, na­bi­tych na gło­wach, któ­ry­mi w bie­gu ude­rzy­ły­śmy się raz czy dwa w krze­sło lub sza­fę. Gdy do­ro­sły­śmy, wy­raź­nie wi­dzi­my to, co nas dzie­li. Wy­ko­nu­je­my róż­ne za­wo­dy, ma­my róż­ne pa­sje, ina­czej spę­dza­my wol­ny czas i ma­my in­ne ta­len­ty. W okre­sie do­ra­sta­nia na­uczy­ły­śmy się ze so­bą do­ga­dy­wać. Ko­cha­my się i za­wsze mo­że­my na sie­bie li­czyć.

Od­da­je­my w Wa­sze rę­ce nu­mer, w któ­rym po­sta­wi­li­śmy na ro­dzeń­stwo. To od nie­go uczy­my się ko­chać. Do­ro­ta Ro­go­ziń­ska, pe­da­gog, asy­stent ro­dzi­ny i ma­ma sió­dem­ki dzie­ci, opo­wia­da o tym, że mi­łość do ro­dzeń­stwa by­wa trud­na. Pod­po­wia­da rów­nież, jak prze­stać na sie­bie krzy­czeć, gdy emo­cje we­zmą gó­rę i doj­dzie do kłót­ni, i za­cząć roz­ma­wiać. Mag­da­le­na Urlich do­ra­dza, co zro­bić, by się do­ga­dać z ro­dzeń­stwem. Roz­bie­ra na czyn­ni­ki pierw­sze roz­mo­wę, któ­ra ma do­pro­wa­dzić do osią­gnię­cia „za­wie­sze­nia bro­ni” i po­ro­zu­mie­nia się z ro­dzeń­stwem. Przed­sta­wia rów­nież krok po kro­ku mi­kro­krę­gi, któ­re są jed­ną z me­tod roz­wią­zy­wa­nia kon­flik­tów. Brzmi skom­pli­ko­wa­nie? Prze­czy­taj­cie ar­ty­kuł.

Część dla bierz­mo­wa­nych to ko­lej­na por­cja świa­dectw osób, któ­re przy­ję­ły już sa­kra­ment Bierz­mo­wa­nia i dzie­lą się swo­imi re­flek­sja­mi na je­go te­mat. Ks. Ka­mil Go­łusz­ka roz­wie­wa wąt­pli­wo­ści na te­mat te­go, jak bę­dzie wy­glą­da­ło ży­cie po Bierz­mo­wa­niu. Z ko­lei ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki przy­po­mi­na, że na­sza wia­ra po­win­na być po­wszech­na, moc­na, ży­wa i sta­ła.

 

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Trójca Święta, czyli… szczęśliwa rodzina!

Bóg jest wspól­no­tą trzech Osób, któ­re tak bar­dzo ko­cha­ją sie­bie na­wza­jem, że się ze so­bą utoż­sa­mia­ją.

W Sta­rym Te­sta­men­cie lu­dzie mo­gli my­śleć, że Bóg jest sa­mot­ny, sko­ro jest Bo­giem je­dy­nym. Gdy­by­śmy gdzieś zo­ba­czy­li bia­łe­go kru­ka i udo­wod­ni­li, że to je­dy­ny o ta­kiej bar­wie na ca­łej pla­ne­cie, to mu­sie­li­by­śmy uznać, że jest bar­dzo sa­mot­ny. Tym­cza­sem Bóg jest je­dy­ny, a mi­mo to nie jest Bo­giem sa­mot­nym! Tę za­ska­ku­ją­cą praw­dę ob­ja­wił Syn Bo­ży, gdy przy­szedł do nas w ludz­kiej na­tu­rze. Chry­stus od­sło­nił ta­jem­ni­cę Bo­ga-Stwór­cy, któ­ry nie jest jed­ną oso­bą, lecz wspól­no­tą osób. To Oj­ciec, Syn i Duch Świę­ty. Te oso­by Bo­że są so­bie cał­ko­wi­cie rów­ne, cho­ciaż Syn po­cho­dzi od Oj­ca, a Duch po­cho­dzi od Oj­ca i Sy­na.

Fot. freepik.com

Trój­ca….

Od­kąd Syn Bo­ży ob­ja­wił nam, że Bóg nie jest jed­ną, sa­mot­ną oso­bą, za­czę­li­śmy na­zy­wać Bo­ga Trój­cą Świę­tą. Wy­ra­że­nie „Trój­ca” wska­zu­je na licz­bę osób w Bo­gu. Jed­nak to nie licz­ba osób jest naj­waż­niej­sza dla zro­zu­mie­nia Bo­ga. Naj­waż­niej­szy jest spo­sób, w ja­ki oso­by Bo­że od­no­szą się do sie­bie na­wza­jem. Po­dob­nie rzecz ma się w mał­żeń­stwie i ro­dzi­nie. Dla zro­zu­mie­nia te­go, ja­ka jest da­na ro­dzi­na oraz czy jest ona szczę­śli­wa, roz­strzy­ga­ją­ca nie jest licz­ba osób, któ­re do tej ro­dzi­ny na­le­żą. Znacz­nie waż­niej­szy jest spo­sób, w ja­ki jed­ni jej człon­ko­wie od­no­szą się do dru­gich: ro­dzi­ce do dzie­ci, dzie­ci do ro­dzi­ców, brat czy sio­stra do swo­je­go ro­dzeń­stwa i do sa­me­go sie­bie.

Świę­tość i mi­łość to sy­no­ni­my.

…Prze­naj­święt­sza, czy­li peł­na mi­ło­ści!

Bóg w Trój­cy je­dy­ny jest świę­ty, gdyż jest mi­ło­ścią. Świę­tość i mi­łość to sy­no­ni­my. W Bo­gu nie ma nic in­ne­go niż mi­łość. Mó­wi­my, że Bóg jest Trój­cą Prze­naj­święt­szą, gdyż jest wspól­no­tą Bo­żych osób, któ­re od­no­szą się do sie­bie za­wsze z mi­ło­ścią i w ża­den in­ny spo­sób. Oso­by Bo­że w Trój­cy od­no­szą się do sie­bie na­wza­jem z tak wiel­ką mi­ło­ścią, że się ze so­bą utoż­sa­mia­ją. Je­zus wy­ja­śnia, że sta­no­wi jed­no z Oj­cem. Po­dob­nie mó­wi o Du­chu Świę­tym, któ­ry przy­po­mni nam wszyst­ko to, co po­wie­dział Zba­wi­ciel. Bóg jest wspól­no­tą, w któ­rej każ­dy ko­cha każ­de­go. Za­wsze i nie­odwo­łal­nie. Wspól­no­ta, w któ­rej każ­dy ko­cha każ­de­go, to ide­ał ro­dzi­ny. Bóg jest naj­szczę­śliw­szą ro­dzi­ną we wszech­świe­cie!

Nikt nie jest po­wo­ła­ny do by­cia sin­glem!

Bóg stwo­rzył nas na swój ob­raz i po­do­bień­stwo. Już na po­cząt­ku hi­sto­rii wy­ja­śnił, że pierw­szym złem dla czło­wie­ka jest sa­mot­ność. Dzie­je się tak dla­te­go, że w osa­mot­nie­niu nie je­ste­śmy po­dob­ni do Bo­ga, bo Stwór­ca nie jest sa­mot­ny. W osa­mot­nie­niu nie ma­my od ko­go przyj­mo­wać mi­ło­ści i nie ma­my ko­mu oka­zy­wać mi­ło­ści. To dla­te­go pierw­szym po­le­ce­niem Bo­ga z Księ­gi Ro­dza­ju by­ło mał­żeń­stwo i ro­dzi­na. Naj­bar­dziej po­dob­ni do Bo­ga je­ste­śmy wte­dy, gdy ży­je­my w ro­dzi­nach, w któ­rych każ­dy ko­cha każ­de­go, tak jak to się dzie­je w Trój­cy Świę­tej.

Ko­chać i być ko­cha­nym

Po grze­chu pier­wo­rod­nym po­ja­wi­ło się dru­gie – obok sa­mot­no­ści – zło. Tym dru­gim złem jest smut­ne, bo ra­nią­ce, nie­szczę­śli­we by­cie ra­zem. To by­cie ra­zem, któ­re opar­te jest na czymś in­nym niż na wza­jem­nej mi­ło­ści. Im bli­żej je­ste­śmy Bo­ga w Trzech Oso­bach Je­dy­ne­go, tym doj­rzal­szej uczy On nas mi­ło­ści i tym ra­do­śniej­sze są wię­zi, któ­re two­rzy­my z bli­ski­mi nam oso­ba­mi. Bóg w Trój­cy Je­dy­ny nie chce być kimś je­dy­nym, kto oka­zu­je nam mi­łość. Prze­ciw­nie, Stwór­ca pra­gnie, że­by lu­dzie oka­zy­wa­li so­bie na­wza­jem wiel­ką mi­łość, szcze­gól­nie w mał­żeń­stwie i ro­dzi­nie. On chce, że­by­śmy by­li po­dob­ni do Nie­go, czy­li że­by­śmy oka­zy­wa­li mi­łość bliź­nim i że­by­śmy przyj­mo­wa­li od nich mi­łość. Wte­dy ra­dość Chry­stu­sa bę­dzie w nas i bę­dzie peł­na (por. J 15, 11).

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

Wiedza dobrze podana

Pre­le­gen­ci z ca­łe­go świa­ta

Stro­na TED (z an­giel­skie­go Tech­no­lo­gia, Roz­ryw­ka i De­sign) jest spo­rą ba­zą na­grań cie­ka­wych osób, pre­zen­tu­ją­cych war­to­ścio­we idee. Pre­lek­cje gło­szo­ne są na ży­wo na kon­fe­ren­cjach or­ga­ni­zo­wa­nych od 1984 ro­ku, a po­tem umiesz­cza­ne na stro­nie www.ted.com, za­zwy­czaj z na­pi­sa­mi w róż­nych ję­zy­kach, w tym po pol­sku.

Fot. pixabay.com.jpg
/ ge­ralt

Te­ma­ty­ka jest róż­no­rod­na. W 10 mi­nut moż­na do­wie­dzieć się, czym jest i jak dzia­ła kom­pu­ter kwan­to­wy – dzię­ki ka­na­dyj­skiej pro­fe­sor fi­zy­ki kwan­to­wej Sho­hi­ni Gho­se. Z ko­lei Ren­zo Vi­ta­le z Gru­py BMW opo­wia­da o pro­jek­to­wa­niu dźwię­ku sa­mo­cho­du elek­trycz­ne­go, któ­ry nie po­wi­nien być zbyt gło­śny, a jed­no­cze­śnie mu­si być wy­raź­ny, co ma zna­cze­nia dla bez­pie­czeń­stwa pie­szych. Cie­ka­wa jest też pię­cio­mi­nu­to­wa lek­cja Re­bek­ki D. Ta­rvin o tym, dla­cze­go ja­do­wi­te zwie­rzę­ta nie szko­dzą sa­mym so­bie.

Ko­smicz­ne na­gra­nia

W ser­wi­sie YouTu­be ła­two zna­leźć ka­na­ły po­pu­la­ry­zu­ją­ce na­ukę, pro­wa­dzo­ne przez Po­la­ków. Fi­zyk To­masz Ro­żek pro­wa­dzi ka­nał „Na­uka. To lu­bię”. Opo­wia­da m.in., skąd gaz ma ener­gię czy co przy­cią­ga pio­run.

Od pa­sjo­na­ta ko­smo­su, Pio­tra Ko­ska z Astro­fa­zy moż­na się do­wie­dzieć o zde­rze­niu Jo­wi­sza z pla­ne­tą, ja­kie praw­do­po­dob­nie mia­ło miej­sce – ba­ga­te­la – 4,5 mi­liar­da lat te­mu. Moż­na też zro­zu­mieć, dla­cze­go po­dró­żo­wa­nie z pręd­ko­ścią świa­tła nie jest moż­li­we.

W pa­sjo­nu­ją­cy spo­sób da się opo­wia­dać rów­nież o ję­zy­ku pol­skim, co udo­wad­nia Pau­li­na z „Mó­wiąc Ina­czej”. Przy­po­mi­na mię­dzy in­ny­mi, że po­praw­ne jest od­mie­nia­nie skró­tow­ców, czy­li „PKP po­in­for­mo­wa­ło” oraz że nie ma ta­kie­go ubra­nia jak „swetr”.

Opo­wie­ści hi­sto­rycz­ne

Gdy nie moż­na po­świę­cić ca­łej uwa­gi na chło­nię­cie wie­dzy, po­moc­ne by­wa­ją pod­ca­sty – na­gra­nia do od­słu­cha­nia „przy oka­zji”. Choć ty­tuł su­ge­ru­je sku­pie­nie na młod­szych słu­cha­czach, to „Hi­sto­ria Pol­ski dla dzie­ci” Pio­tra Bo­row­skie­go mo­że spodo­bać się każ­de­mu, kto chciał­by od­świe­żyć swo­ją wie­dzę. Każ­dy od­ci­nek ma swój mo­tyw prze­wod­ni w for­mie wy­da­rze­nia (np. bi­twa war­szaw­ska, ko­ro­na­cja Ka­zi­mie­rza Wiel­kie­go i Al­do­ny) czy po­sta­ci, któ­re wpły­nę­ły na na­szą hi­sto­rię (jak Miesz­ko I wraz z ro­dzi­ną, Ta­de­usz Ko­ściusz­ko).

Gdzie słu­chać? Stro­na www pod­ca­stu: historiawgdzieci.pl/podkast/lista

Stro­ny i apli­ka­cje gro­ma­dzą­ce pod­ca­sty, np. Ap­ple Pod­ca­sts, Play­er FM, podstacja.com

Skup się

Bra­ku­je ci sku­pie­nia i dys­cy­pli­ny? W kształ­ce­niu tych na­wy­ków po­ma­ga­ją bez­płat­ne apli­ka­cje Plan­tie dla iOS oraz Fo­rest dla sys­te­mu An­dro­id.

Kie­dy za­czy­na­my na­ukę, usta­wia­my w apli­ka­cji, ile cza­su chce­my po­świę­cić na peł­ną kon­cen­tra­cję. Od­kła­da­my na bok te­le­fon, w któ­rym ro­śnie wir­tu­al­ne drzew­ko. Gdy­by­śmy pró­bo­wa­li prze­łą­czyć apli­ka­cję lub przejść do ekra­nu głów­ne­go, ro­ślin­ka usy­cha, a my tra­ci­my szan­sę na zdo­by­cie ko­lej­nych mo­net. A prze­cież mo­gą się nam przy­dać do za­ku­pu no­wych ga­tun­ków wir­tu­al­nych drze­wek bądź za­sa­dze­nia praw­dzi­we­go drze­wa. Do­dat­ko­wą mo­ty­wa­cją do pra­cy jest śle­dze­nie sta­ty­styk o na­szych po­stę­pach w do­brych na­wy­kach.

 

Ka­ro­li­na Plu­ta