Drodzy Czytelnicy!

No­wy cykl za­czy­na­my od zmian, któ­re wy­ni­ka­ją z te­go, że uważ­nie wsłu­chu­je­my się w wa­sze ma­ilo­we gło­sy. „Dro­gę do Bierz­mo­wa­nia” chcą czy­tać rów­nież oso­by, któ­re nie są na eta­pie przy­go­to­wy­wa­nia się do Bierz­mo­wa­nia. Za­cho­wu­je­my więc część spe­cjal­nie dla kan­dy­da­tów do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej (pod ko­niec nu­me­ru), a w po­zo­sta­łej czę­ści pi­sma bę­dzie­my po­ru­szać waż­ne dla was te­ma­ty, prze­pro­wa­dzać wy­wia­dy z cie­ka­wy­mi oso­ba­mi, po­le­cać mło­dzie­żo­we wspól­no­ty. Nie za­brak­nie też roz­ryw­ki i kon­kur­sów z na­gro­da­mi.

Za­czy­na­my od trud­ne­go te­ma­tu, czy­li za­bu­rzeń od­ży­wia­nia. Na­le­żysz do osób, któ­re idąc uli­cą prze­glą­da­ją się w wi­try­nach skle­po­wych, by się do sie­bie uśmiech­nąć? Czy ra­czej do tych, któ­re kon­takt z lu­strem ogra­ni­cza­ją do nie­zbęd­ne­go mi­ni­mum? Jak wy­ja­śnia psy­cho­log Ma­ria Lan­ger-Fy­da, na po­wsta­nie tych za­bu­rzeń mo­że mieć wpływ m.in. ne­ga­tyw­ny ob­raz sie­bie. Jed­ną z przy­czyn je­go po­wsta­wa­nia jest to, że me­dia wtła­cza­ją nam do głów je­den kon­kret­ny ide­ał pięk­na, któ­ry sta­je się ucie­le­śnie­niem ma­rzeń wie­lu z nas. Sta­je­my się nie­ja­ko za­pro­gra­mo­wa­ni, by do te­go ide­ału dą­żyć za wszel­ką ce­nę, na­wet kosz­tem zdro­wia i – nie­ste­ty – cza­sem rów­nież ży­cia. Tak ro­dzą się np. ano­rek­sja i bu­li­mia, z któ­ry­mi mie­rzy się nie­ma­ło osób.

W nu­me­rze za­chę­ca­my do przy­ję­cia do wia­do­mo­ści kil­ku kom­plek­sów na punk­cie swo­jej uro­dy i do nie­wra­ca­nia już my­ślą do nich. Do spoj­rze­nia na sie­bie z mi­ło­ścią. Je­ste­śmy stwo­rze­ni na ob­raz i po­do­bień­stwo sa­me­go Pa­na Bo­ga. Ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki, psy­cho­log, tłu­ma­czy, że na­sze cia­ła zo­sta­ły stwo­rzo­ne, by… przyj­mo­wać i oka­zy­wać mi­łość.

Za naj­lep­szy wstęp do te­go te­ma­tu niech po­słu­żą sło­wa św. Au­gu­sty­na: „O ty­le sta­jesz się z dnia na dzień pięk­niej­szy, o ile wzra­sta w to­bie mi­łość. Bo mi­łość jest ozdo­bą du­szy, jest jej pięk­nem”. Sta­waj­my się pięk­niej­si z dnia na dzień w ta­ki wła­śnie spo­sób, nie szko­dząc na­szym cia­łom.

Nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, jest grub­szy niż zwy­kle. Pol­ska Fun­da­cja dla Afry­ki wpro­wa­dza w co­dzien­ność afry­kań­skich dzie­ci. Zo­ba­czy­cie, jak się uczą, o czym ma­rzą i ja­kie ma­ją pro­ble­my. A co naj­waż­niej­sze, do­wie­cie się, jak mo­że­cie po­móc.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Szukał Allaha, znalazł Jezusa

Na­be­el Qu­re­shi ca­łym ser­cem szu­kał Bo­ga, ma­jąc na­dzie­ję, że znaj­dzie Go w swo­jej mu­zuł­mań­skiej wie­rze. Li­czył też na to, że uda mu się na­wró­cić swo­ich chrze­ści­jań­skich przy­ja­ciół. Za­le­ża­ło mu na tym, że­by po­znać Praw­dę, ale dro­ga, ja­ką ob­rał, do­pro­wa­dzi­ła go do cze­goś zu­peł­nie in­ne­go niż mógł­by przy­pusz­czać.

Wy­cho­wy­wał się w ko­cha­ją­cej, po­ko­jo­wo na­sta­wio­nej ro­dzi­nie. Więk­szość ży­cia spę­dził w USA. Z po­dzi­wem pa­trzył na swo­je­go ta­tę i – jak on – mo­dlił się pięć ra­zy dzien­nie. Uczył się na pa­mięć Ko­ra­nu po an­giel­sku i po arab­sku. Jak na na­sto­lat­ka był świet­nie zo­rien­to­wa­ny w spra­wach wia­ry, cze­go nie moż­na by­ło po­wie­dzieć o je­go przy­ja­cio­łach ze szko­ły, któ­rzy za­zwy­czaj prze­gry­wa­li z nim w dys­ku­sjach, nie umie­jąc wy­tłu­ma­czyć mu pod­staw chrze­ści­jań­stwa. Bar­dzo chciał przy­bli­żyć im is­lam i stop­nio­wo skło­nić do zmia­ny re­li­gii.

Fot. pexels.com / Bra­dy Knoll

Is­lam a chrze­ści­jań­stwo

Do cza­su. W szko­le śred­niej po­znał w koń­cu ko­goś, ko­go rów­nie moc­no jak je­go po­cią­ga­ły kwe­stie wiary.Ten ktoś był chrze­ści­ja­ni­nem. Da­wid, je­go no­wy przy­ja­ciel, za­chę­cał go do kry­tycz­ne­go prze­czy­ta­nia tek­stu Ko­ra­nu i po­rów­na­nia go z Bi­blią.

Czuł, że mu­si udo­wod­nić fałsz chrze­ści­jań­stwa.

Na­be­el zo­stał wy­cho­wa­ny w po­ko­jo­wej wer­sji is­la­mu i za­kła­dał, że te­go wła­śnie na­ucza je­go re­li­gia. Kie­dy jed­nak zgo­dził się spoj­rzeć kry­tycz­nie na wska­zów­ki pro­ro­ka Ma­ho­me­ta, zna­lazł wie­le przy­kła­dów, na­wo­łu­ją­cych do prze­mo­cy. Sta­rał się tłu­ma­czyć to so­bie na róż­ne spo­so­by. Jed­nak co­raz wy­raź­niej do­strze­gał róż­ni­ce po­mię­dzy ty­mi frag­men­ta­mi Ko­ra­nu a sło­wa­mi Je­zu­sa na­wo­łu­ją­ce­go do te­go, aby mi­ło­wać swo­ich nie­przy­ja­ciół i mo­dlić się za tych, któ­rzy nas prze­śla­du­ją.

Wie­dział, że po­rzu­ca­jąc is­lam, zgod­nie z wy­zna­wa­ny­mi przez sie­bie na­uka­mi, po­peł­nił­by bluź­nier­stwo i bar­dzo zra­nił­by swo­ich ro­dzi­ców, któ­rzy wy­cho­wa­li go w wie­rze. Czuł, że mu­si udo­wod­nić fałsz chrze­ści­jań­stwa.

Je­zus jest Bo­giem i kwe­stia Zmar­twych­wsta­nia

Zgod­nie z is­la­mem wie­rzył, że Je­zus jest pro­ro­kiem, ale nie w to, że miał­by być Bo­giem. Da­vid spo­koj­nie wska­zy­wał mu frag­men­ty Bi­blii, któ­re to po­twier­dza­ją. Mó­wi­ły o tym, aby wszy­scy od­da­wa­li część Sy­no­wi – tak jak od­da­ją cześć Oj­cu i te, w któ­rych Je­zus ak­cep­tu­je sło­wa Pio­tra: „Ty je­steś Me­sjasz, Syn Bo­ga Ży­we­go”. Je­że­li Chry­stus rze­czy­wi­ście uwa­żał się za Bo­ga, to zna­czy, że is­lam my­lił się, trak­tu­jąc Go je­dy­nie ja­ko jed­ne­go z pro­ro­ków. Ci prze­cież nie mó­wi­li o so­bie, że są Bo­giem. Czy moż­li­we, aby to chrze­ści­jań­stwo do­brze od­czy­ta­ło Je­go na­uki?

Pro­ble­mem by­ła też kwe­stia zmar­twych­wsta­nia Je­zu­sa, w któ­re mu­zuł­ma­nie nie wie­rzą. Da­wid i in­ni chrze­ści­jań­scy przy­ja­cie­le Na­abe­la przed­sta­wia­li hi­sto­rycz­ne do­wo­dy na jej praw­dzi­wość. Wcze­sny Ko­ściół zo­stał zbu­do­wa­ny na na­uce, gło­szą­cej, że Je­zus zmar­twych­wstał, a ci, któ­rzy Go wi­dzie­li, by­li go­to­wi od­dać ży­cie za tę praw­dę. Rze­czy­wi­ście, na prze­strze­ni wie­ków zda­rza­ło się, że lu­dzie umie­ra­li za fał­szy­we idee, ale ni­gdy nie zda­rzy­ło się, że­by ktoś umarł za ideę, o któ­rej wie­dział, że by­ła fał­szy­wa. Ten tok ro­zu­mo­wa­nia wy­klu­czał kłam­stwo uczniów Chry­stu­sa. Tak wie­lu po­twier­dzi­ło, że wi­dzia­ło Go po zmar­twych­wsta­niu, że nie­moż­li­wa wy­da­wa­ła się też hi­po­te­za, ja­ko­by wszy­scy w jed­nym mo­men­cie osza­le­li i trwa­li w tym sza­leń­stwie przez dłu­gie la­ta, aż do mę­czeń­skiej śmier­ci.

Czy więc praw­dą mo­gło oka­zać się, że istot­nie Je­zus Chry­stus jest Sy­nem Bo­żym, któ­ry zo­stał ukrzy­żo­wa­ny za na­sze grze­chy, a po trzech dniach zmar­twych­wstał?

De­cy­zja

Na­abel jesz­cze przez ja­kiś czas mo­co­wał się sam ze so­bą. Kon­ty­nu­ował po­szu­ki­wa­nia i pro­sił mu­zuł­mań­skich uczo­nych o po­moc. Im głęb­sze ba­da­nia pro­wa­dził, tym sil­niej prze­ko­ny­wał się, że Pi­smo Świę­te rze­czy­wi­ście jest Sło­wem Bo­żym, a Ewan­ge­lie, pod­da­ne szcze­gó­ło­wej ana­li­zie, po­ka­zu­ją praw­dzi­wy ob­raz Chry­stu­sa.

Wie­dział, ile bę­dzie go kosz­to­wa­ło przy­ję­cie tej praw­dy. Mu­siał­by przy­znać, że ca­łe ży­cie tkwił w błę­dzie i trwa­le zra­zić do sie­bie ca­łą ro­dzi­nę. Jak wie­le był w sta­nie po­świę­cić? Czy nie le­piej by­ło­by uda­wać, że nic się nie sta­ło i żyć sta­rym ży­ciem?

Nie, nie po­tra­fił już te­go ro­bić. Otwo­rzył Bi­blię i czy­tał: „Bło­go­sła­wie­ni, któ­rzy się smu­cą, al­bo­wiem oni bę­dą po­cie­sze­ni. Bło­go­sła­wie­ni, któ­rzy cier­pią prze­śla­do­wa­nia dla spra­wie­dli­wo­ści, al­bo­wiem do nich na­le­ży Kró­le­stwo Nie­bie­skie”.

Pod­jął de­cy­zję.

Zna­lazł Je­zu­sa i niósł Go in­nym

Sta­ło się tak, jak my­ślał. Po­dzi­wia­ny oj­ciec i uko­cha­na mat­ka uzna­li, że stał się apo­sta­tą, utra­cił wiecz­ne zba­wie­nie i spla­mił ho­nor ro­dzi­ny. Nie wy­rze­kli się go, ale wi­dział w ich oczach ogrom­ny ból. Tak bar­dzo ma­rzył o tym, że­by i oni prze­szli kie­dyś dro­gę, któ­rą on po­ko­nał, ale na­wet nie chcie­li o tym sły­szeć.

Choć z wy­kształ­ce­nia był le­ka­rzem, po­sta­no­wił do­dat­ko­wo stu­dio­wać teo­lo­gię. Pro­wa­dził de­ba­ty z naj­le­piej wy­kształ­co­ny­mi oso­ba­mi ze świa­ta is­la­mu, wy­kła­dał na wie­lu uni­wer­sy­te­tach i na­pi­sał słyn­ną książ­kę „Szu­ka­jąc Al­la­ha, zna­la­złem Je­zu­sa”. Oże­nił się i uro­dzi­ła mu się cór­ka. Po­mi­mo wie­lu trud­nych sy­tu­acji i ata­ków ze stro­ny osób, któ­re uwa­ża­ły go za zdraj­cę, nie pod­da­wał się i nie ża­ło­wał wy­bo­ru Chry­stu­sa.

Naj­trud­niej­sza pró­ba mia­ła jed­nak do­pie­ro na­dejść.

Ostat­nia pró­ba

W wie­ku 34 lat pla­no­wał swo­ją przy­szłość, cie­szył się ro­dzi­ną. Ma­rzył, aby za­nieść Ewan­ge­lię na krań­ce świa­ta. Przy­szedł jed­nak pro­blem – przez kil­ka ty­go­dni zma­gał się z upo­rczy­wy­mi bó­la­mi brzucha.Przyjaciołom uda­ło się w koń­cu na­mó­wić go na wi­zy­tę u le­ka­rza.

Dia­gno­za by­ła dru­zgo­cą­ca: w je­go cie­le roz­wi­jał się rak. Na­stęp­ne mie­sią­ce po­ka­za­ły, że nic nie jest w sta­nie go za­trzy­mać.

Kie­dy zo­sta­ło Na­be­elo­wi zo­sta­ło już nie­wie­le cza­su, przy­je­chał do nie­go ta­to, któ­ry chciał się nim za­opie­ko­wać. Choć tak wie­le te­raz ich dzie­li­ło, na­dal ko­chał sy­na i zgo­dził się wy­stą­pić z nim na vlo­gu, na któ­rym ten czy­tał Bi­blię dla swo­ich wi­dzów.

Na­be­el dzię­ko­wał przy­ja­cio­łom za mo­dli­twy w in­ten­cji swo­je­go uzdro­wie­nia, ale jed­no­cze­śnie pod­kre­ślał, że przyj­mu­je Bo­żą wo­lę – jak­kol­wiek by ona nie by­ła. Przed śmier­cią na­pi­sał: „Je­zus był w sta­nie po­wstać z mar­twych. Po­ko­nał śmierć. A w tym ży­ciu nie cho­dzi tyl­ko o ży­cie, któ­re koń­czy się, kie­dy umie­ra­my. Nie ma ab­so­lut­nie ni­cze­go bar­dziej uwal­nia­ją­ce­go niż ta świa­do­mość”.

Ewa Rej­man

 

Ksiądz odpowiada

By­łam do spo­wie­dzi i nie od ra­zu od­pra­wi­łam po­ku­tę. Pod ko­niec dnia za­po­mnia­łam już, co to by­ło. Czy to ozna­cza, że mu­szę jesz­cze raz iść do spo­wie­dzi? Ka­sia

Ka­siu!

Po­ku­ta za­da­wa­na przez ka­pła­na jest jed­nym z pię­ciu wa­run­ków do­brej spo­wie­dzi, ja­ko „za­dość­uczy­nie­nie Pa­nu Bo­gu i bliź­nie­mu za po­peł­nio­ne grze­chy”.

Każ­dy grzech nie­sie za so­bą skut­ki, na­ru­sza na­szą więź z Pa­nem Bo­giem, ra­ni bliź­nie­go (na­wet je­śli bez­po­śred­nio go nie do­ty­ka) i ra­ni nas sa­mych. Pią­ty wa­ru­nek do­brej spo­wie­dzi za­kła­da za­dość­uczy­nie­nie, czy­li pró­bę na­pra­wie­nia wy­rzą­dzo­nej krzyw­dy. Oczy­wi­ście, tym, któ­ry przyj­mu­je na sie­bie po­ku­tę za na­sze grze­chy na pierw­szym miej­scu jest sam Chry­stus. To on umie­ra za nas na Krzy­żu! Na­sza po­ku­ta jest tyl­ko pró­bą uczest­nic­twa w Je­go cier­pie­niu za na­sze grze­chy.

Fot. pixabay.com / ge­ralt.

Ka­te­chizm Ko­ścio­ła Ka­to­lic­kie­go o po­ku­cie pi­sze tak: „O ile to moż­li­we, po­win­na od­po­wia­dać cię­ża­ro­wi i na­tu­rze po­peł­nio­nych grze­chów. Mo­że nią być mo­dli­twa, ja­kaś ofia­ra, dzie­ło mi­ło­sier­dzia, służ­ba bliź­nie­mu, do­bro­wol­ne wy­rze­cze­nie, cier­pie­nie, a zwłasz­cza cier­pli­wa ak­cep­ta­cja krzy­ża, któ­ry mu­si­my dźwi­gać”.

Po­ku­tę naj­le­piej wy­peł­nić moż­li­wie szyb­ko po spo­wie­dzi (chy­ba, że jej cha­rak­ter za­kła­da coś in­ne­go), że­by nie za­po­mnieć, co by­ło jej tre­ścią. Po przy­ję­ciu roz­grze­sze­nia, a przed wy­peł­nie­niem za­da­nej po­ku­ty, mo­że­my już przy­jąć Ko­mu­nię świę­tą. Po­nie­waż za­zwy­czaj za po­ku­tę otrzy­mu­je­my ja­kąś mniej lub bar­dziej skom­pli­ko­wa­ną mo­dli­twę do od­mó­wie­nia. Gdy za­po­mnie­li­śmy po­ku­ty, trze­ba we­dług wła­sne­go su­mie­nia wy­brać in­ną for­mę mo­dli­twy, któ­rą chcie­li­by­śmy od­po­ku­to­wać za po­peł­nio­ne grze­chy. Za­tem je­śli za­po­mni­my, ja­ką ksiądz za­dał nam po­ku­tę (nie­któ­rym zda­rza się to na­wet za­raz po odej­ściu od kra­tek kon­fe­sjo­na­łu), to po­win­ni­śmy nadać so­bie do­wol­ną po­ku­tę i nie mu­si­my z te­go po­wo­du od ra­zu przy­stę­po­wać do spo­wie­dzi po raz ko­lej­ny.

ks. Ka­mil Go­łusz­ka

 

Kluczem do czystości jest wsparcie

Od­kąd pa­mię­tam – czy­stość przed­mał­żeń­ska by­ła waż­nym ele­men­tem mo­jej mło­do­ści. Wy­ni­ka­ło to z wy­cho­wa­nia, ja­kie otrzy­ma­łem od ro­dzi­ców, ale tak­że, a mo­że przede wszyst­kim z wia­ry.

Wie­dzia­łem, że chcę być dla tej jed­nej je­dy­nej wy­bran­ki mo­je­go ser­ca w peł­ni da­rem. Tak: da­rem, bo czy­stość tak wła­śnie po­strze­gam – ja­ko pięk­ny pre­zent, któ­ry ofia­ro­wu­je się dru­giej oso­bie. W teo­rii wszyst­ko pięk­nie brzmia­ło – „bę­dę żył w czy­sto­ści do ślu­bu i ko­niec”. Prak­ty­ka oka­za­ła się bar­dzo wy­bo­istą dro­gą do ce­lu.. My­ślę, że jak więk­szość mło­dych chło­pa­ków mia­łem „pod gór­kę” z czy­sto­ścią. Pod­po­rą na tej trud­nej ścież­ce oka­za­ła się ona, wte­dy mo­ja dziew­czy­na, a te­raz wspa­nia­ła żo­na. Gdy­by nie ona, nie wiem, jak wie­le sy­tu­acji w na­szym ży­ciu by się po­to­czy­ło. To ona czę­sto w chwi­lach trud­nych, peł­nych pa­sji, na­mięt­no­ści (bo nie oszu­kuj­my się, że mię­dzy dwoj­giem ko­cha­ją­cych się osób jej nie ma) szyb­ko wra­ca­ła na zie­mię i mó­wi­ła: stop. Bo­że, dzię­ki Ci za nią!

Fot. pixabay.com / Pe­xels

Wra­cać na do­bry tor

Jej po­sta­wa też nie by­ła przy­pad­ko­wa. Ro­dzi­ce, a zwłasz­cza ma­ma, po­wta­rza­li jej, jak ta czy­sto­ści jest waż­na w bu­do­wa­niu szczę­śli­wej re­la­cji mał­żeń­skiej. Do­dat­ko­wo od mo­men­tu jej uro­dze­nia ma­ma mo­dli­ła się, by cór­ka do­cho­wa­ła czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej. To wspar­cie by­ło klu­czem i du­żo po­mo­gło nam w tej wal­ce, ja­ką od­by­wa­li­śmy co ja­kiś czas. Waż­ne by­ło, by mi­mo ta­kich drob­nych upad­ków wra­cać na do­bry tor. Szyb­ko, bo po rap­tem pół­to­ra ro­ku związ­ku oświad­czy­łem się. Wie­dzia­łem, że ko­bie­ta u me­go bo­ku jest tą je­dy­ną. W na­rze­czeń­stwie czło­wie­ko­wi wy­da­je się, że mo­że wię­cej. I ja cza­sem po­su­wa­łem się za da­le­ko w swo­ich ge­stach. Ona jed­nak po­tra­fi­ła dać mi po ła­pach. Pa­mię­tam nie raz jej łzy smut­ku, wy­ni­ka­ją­ce z tych trud­nych mo­men­tów. Po ro­ku na­rze­czeń­stwa sta­li­śmy na ślub­nym ko­bier­cu. Szczę­śli­wi, mło­dzi, za­ko­cha­ni i ja­ko wspa­nia­łe da­ry dla sie­bie na­wza­jem.

W teo­rii wszyst­ko pięk­nie brzmia­ło. Prak­ty­ka oka­za­ła się bar­dzo wy­bo­istą dro­gą do ce­lu.

Nie wie­rzę w cu­kier­ko­we opo­wie­ści

Wy­da­je mi się, że aby wy­trwać w po­sta­no­wie­niu czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej, trze­ba mieć opar­cie tej dru­giej stro­ny. Trud­ne jest, że­by tyl­ko jed­na stro­na dba­ła o wszyst­ko i sta­ła na stra­ży. Wia­do­mo, że po wie­lu na­ci­skach, proś­bach i naj­lep­szy straż­nik ule­gnie. Dla­te­go tak waż­ne jest, by był to wspól­ny cel. Nie wy­obra­żam so­bie in­ne­go sce­na­riu­sza na­szej wspól­nej dro­gi. Nie wie­rzę w cu­kier­ko­we opo­wie­ści, że ży­cie w związ­ku jest ta­kie pro­ste. Kie­dy czło­wiek ma przy bo­ku pięk­ną ko­bie­tę, to chy­ba jest z nim coś nie tak, je­śli nie czu­je tej na­mięt­no­ści. Pe­wien ka­płan po­wie­dział mi kie­dyś, że czło­wiek nie jest ma­te­ra­cem, że­by po nim ska­kać. To praw­da, bo kie­dy po­ku­sa jest wręcz na­chal­na, trud­no nie ule­gnąć. Wiem jed­no, że by­ło war­to i wi­dzę owo­ce w na­szym mał­żeń­stwie.

Ka­rol, 27 lat

Pytanie do psychologa

Dro­go, nic mi się nie chce ro­bić, a już zwłasz­cza od­ra­biać za­jęć. Smut­no mi przez ca­ły czas i słu­cham smut­nych pio­se­nek, no chy­ba że spo­ty­kam się z przy­ja­ciół­mi. Wte­dy śmie­je­my się i do­brze się ba­wię. Chy­ba nie wspo­mnia­łem, że moi ro­dzi­ce są w trak­cie roz­wo­du. Czy to jest de­pre­sja? Ty­le o niej sły­sza­łem. Je­stem cho­ry? Co mam zro­bić, Mi­chał

Mi­cha­le!

Pa­mię­taj, że nie da się po­sta­wić dia­gno­zy na pod­sta­wie kil­ku zdań. Jed­nak to, co na­pi­sa­łeś na­pa­wa opty­mi­zmem. Oso­ba w de­pre­sji zwy­kle nie po­tra­fi cie­szyć się z ni­cze­go, a pi­szesz, że spo­tka­nie pod­no­si Cię na du­chu. To wspa­nia­le mieć przy­ja­ciół!

Smu­tek wy­glą­da na na­tu­ral­ną re­ak­cję na prze­dłu­ża­ją­cy się stres. Na­wet je­śli ro­dzi­ce pod­cho­dzą do roz­wo­du w mak­sy­mal­nie kul­tu­ral­ny spo­sób, jest to na pew­no dla Cie­bie trud­ne. Każ­da du­ża zmia­na w ży­ciu po­wo­du­je tzw. re­ak­cję stre­so­wą, a co do­pie­ro wy­wró­ce­nie do­mo­we­go ży­cia do gó­ry no­ga­mi.

Czym jest stres?

Stres to nie­swo­ista re­ak­cja or­ga­ni­zmu na po­ten­cjal­ne za­gro­że­nie. Pry­mi­tyw­ne czę­ści mó­zgu, te od­po­wie­dzial­ne za prze­trwa­nie, re­agu­ją na moż­li­we za­gro­że­nie, przy­go­to­wu­jąc cia­ło do ata­ku lub uciecz­ki. Po­ja­wia­ją się np. nie­po­kój, za­wę­że­nie uwa­gi, na­pię­cie mię­śni itp.

Fot. pixabay.com / ar­ha­vi­su­al.

Ty­po­wy przy­kład gdy ta­ka re­ak­cja się przy­da­je – wcho­dzisz na uli­cę i sły­szysz pisk opon. Na­tych­miast spię­ty od­ska­ku­jesz na chod­nik, a po­tem do­pie­ro do­cie­ra do Cie­bie, co się sta­ło. Pry­mi­tyw­ne czę­ści mó­zgu bły­ska­wicz­nie oce­ni­ły, że coś za­gra­ża Two­je­mu ży­ciu i za­re­ago­wa­ły, za­nim po­my­śla­łeś. Włą­czył się tzw. od­ruch orien­ta­cyj­ny, a za­raz po nim re­ak­cja stre­so­wa, któ­ra mo­bi­li­zu­je cia­ło do ata­ku lub uciecz­ki.

Pro­blem po­le­ga na tym, że cia­ło po­dob­nie (choć wol­niej) mo­bi­li­zu­je czło­wie­ka do wal­ki ze stre­sem in­ne­go ro­dza­ju. Np. pro­ble­ma­mi mię­dzy­ludz­ki­mi. Gdy ro­dzi­ce się roz­wo­dzą, za­ni­ka po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Pry­mi­tyw­ne czę­ści mó­zgu pod­po­wia­da­ją: za­walcz z tym lub uciek­nij od tej sy­tu­acji. W cia­ło wkra­da się nie­ustan­ne na­pię­cie, my­śli krą­żą upo­rczy­wie wo­kół pro­ble­mu. Cia­ło pro­du­ku­je nie­na­tu­ral­nie du­że por­cje kok­taj­lu hor­mo­nal­ne­go, któ­ry pod­trzy­mu­je or­ga­nizm w go­to­wo­ści do wal­ki lub uciecz­ki. Ty­le że od te­go nie uciek­niesz, bo nie masz wpły­wu na de­cy­zje swo­ich ro­dzi­ców. Dla­te­go po­ja­wia się wy­czer­pa­nie, znie­chę­ce­nie, smu­tek, po­czu­cie bez­rad­no­ści, nie­chęć do ro­bie­nia cze­go­kol­wiek.

Play­li­stą w smu­tek!

To, co mo­żesz zro­bić, co od Cie­bie za­le­ży, to wal­ka ze skut­ka­mi stre­su. Słu­cha­nie smut­nej mu­zy­ki mo­że po­móc, po­dob­nie jak wy­pła­ka­nie się, jed­nak na dłuż­szą me­tę mo­że utrwa­lać przy­gnę­bie­nie. Dla­te­go war­to przy­go­to­wać so­bie play­li­stę wy­pro­wa­dza­ją­cą ze złe­go na­stro­ju. Za­czy­nasz od ulu­bio­nych smut­nych pio­se­nek, ale stop­nio­wo do­da­jesz do play­li­sty pio­sen­ki co­raz bar­dziej ra­do­śniej­sze.

Do­sko­na­łym po­my­słem jest też spo­ty­ka­nie się z przy­ja­ciół­mi. Ba­da­nia po­ka­zu­ją, że pod­trzy­mu­ją­cy na du­chu przy­ja­cie­le są naj­lep­szym le­kar­stwem na stres. Na­wet nie mu­szą z To­bą roz­ma­wiać o pro­ble­mie, sa­mo ich wspie­ra­ją­ce to­wa­rzy­stwo i ro­bie­nie wspól­nie cze­goś przy­jem­ne­go po­ma­ga w wal­ce z na­pię­ciem.

Na pew­no war­to też byś za­in­te­re­so­wał się spor­tem któ­ry po­zwo­li z jed­nej stro­ny roz­ła­do­wać na­pię­cie gro­ma­dzą­ce się w cie­le, z dru­giej do­da ener­gii po­trzeb­nej do ży­cia.

Dru­gi czło­wiek

Jesz­cze jed­na rzecz – war­to zna­leźć w ro­dzi­nie ko­goś, z kim moż­na po­ga­dać o Two­ich pro­ble­mach. Ro­dzi­ce z pew­no­ścią są tak po­grą­że­ni we wła­snych, że na­wet mi­mo do­brych chę­ci bę­dą sku­pie­ni na roz­wo­dzie. Pa­mię­tasz? Stres po­wo­du­je za­wę­że­nie uwa­gi i cią­głe roz­my­śla­nie o pro­ble­mie – oni też do­świad­cza­ją dłu­go­trwa­łe­go stre­su. Dla­te­go za­sta­nów się, kto z ro­dzi­ny mo­że być dziś dla Cie­bie wspar­ciem – mo­że bab­cia lub dzia­dek? Mo­że ja­kaś cio­cia czy wu­jek? A mo­że ro­dzi­ce chrzest­ni? Do­brze mieć ko­goś bli­skie­go, przed kim moż­na otwo­rzyć ser­ce, kto Cię przy­tu­li i po­wie, że cię ko­cha i ro­zu­mie.

Pa­mię­taj też, że to, co na­pi­sa­łam opie­ra się na kil­ku zda­niach Two­je­go zwie­rze­nia, więc na pew­no nie wy­czer­pu­je te­ma­tu. War­to, byś spo­tkał się z za­ufa­nym psy­cho­lo­giem w spo­tka­niu na ży­wo, a on pod­po­wie Ci, jak prze­trwać ten trud­ny okres.

Bo­gna Bia­łec­ka, psy­cho­log

Drodzy Czytelnicy!

Czy czy­stość przed­mał­żeń­ska jest na­dal war­to­ścią? Czy to się opła­ca? Da się w ogó­le cze­kać do ślu­bu?
Część lu­dzi mó­wi, że wol­ność to na­sze pra­wo i mo­że­my ro­bić to, co chce­my, tak­że w sfe­rze sek­su­al­nej. Oglą­da­jąc fil­my i se­ria­le cza­sem moż­na od­nieść wra­że­nie, że naj­waż­niej­sza jest przy­jem­ność. To sa­mo ro­bią nie­któ­re cza­so­pi­sma, pro­gra­my te­le­wi­zyj­ne, ce­le­bry­ci, in­flu­en­ce­rzy. Przy­go­to­wu­jąc się do te­ma­tu od­by­łam kil­ka cie­ka­wych roz­mów. Te oso­by, któ­re po­cze­ka­ły z sek­sem do ślu­bu, po­twier­dza­ją: war­to by­ło cze­kać. Nie ża­łu­ją wy­rze­czeń, choć otwar­cie mó­wią, że nie by­ło ła­two. Są do­wo­da­mi na to, że cze­ka­nie ma sens.

Za­wsze bę­dą zwo­len­ni­cy dwóch opcji: „war­to cze­kać” i „to się nie opła­ca”. Po­do­ba mi się okre­śle­nie sek­su­al­no­ści ks. Ka­mi­la Go­łusz­ki. Pi­sze on, że „ogień, nad któ­rym tra­ci­my kon­tro­le, ła­two mo­że prze­ro­dzić się w po­żar, któ­ry za­miast da­wać cie­pło i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, sie­je znisz­cze­nie”. Wy­raź­nie stwier­dza rów­nież, że seks mał­żeń­ski jest świę­ty. Czy­stość wciąż ma zna­cze­nie. A co z ty­mi, oso­ba­mi, któ­re utra­ci­ły dzie­wic­two? Czy­stość dru­giej szan­sy to jest to. Pi­szą o niej Be­ata i Mar­cin Mą­drzy.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych dru­ku­je­my frag­men­ty ad­hor­ta­cji „Chri­stus vi­vit” („Chry­stus ży­je”) Oj­ca Świę­te­go Fran­cisz­ka do mło­dych i ca­łe­go lu­du Bo­że­go. Przed­sta­wia­my lu­dzi, dla któ­rych Bóg i te­atr są pa­sją. Za­chę­ca­my chło­pa­ków, że­by po­szli w śla­dy św. Jó­ze­fa, a wszyst­kich do po­trak­to­wa­nia Bierz­mo­wa­nia ja­ko za­pro­sze­nia Bo­ga do trwa­nia w Je­go mi­ło­ści i bli­sko­ści.

W paź­dzier­ni­ku wra­ca­my do Was z ko­lej­nym cy­klem „Dro­gi do Bierz­mo­wa­nia”. Nad­sy­łaj­cie do nas pro­po­zy­cje te-ma­tów, o któ­rych chcie­li­by­ście po­czy­tać. Z ra­do­ścią czy­ta­my wszyst­kie Wa­sze ma­ile.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Wołanie o pomoc

Kto uczy­nił coś złe­go i chce się na­wró­cić, przy­zna­je się do wi­ny i prze­pra­sza skrzyw­dzo­ne oso­by. Prze­pro­sze­nie Bo­ga, to mo­dli­twa, w cza­sie któ­rej Bóg nas uzdra­wia i urzą­dza nam ra­do­sne świę­to po­jed­na­nia.

Po­za Ma­ry­ją ża­den czło­wiek nie jest bez grze­chu. Na­wet naj­szla­chet­niej­szym z nas – już od mło­do­ści – zda­rza­ją się chwi­le sła­bo­ści. Wy­rzą­dza­my zło in­nym czy sa­mym so­bie. Jed­ni trwa­ją w grze­chu i czy­nią co­raz więk­sze zło, a in­ni po­dej­mu­ją wy­si­łek na­wró­ce­nia i wcho­dzą na dro­gę świę­to­ści. Bi­blia po­twier­dza, że naj­więk­szą szan­sę na na­wró­ce­nie i ra­do­sne ży­cie ma­ją ci, któ­rzy po grze­chu nie cho­wa­ją się przed Bo­giem Ci, co uzna­ją swój błąd i szu­ka­ją Bo­ga – jak król Da­wid czy św. Piotr, któ­ry po za­par­ciu się Mi­strza gorz­ko za­pła­kał i po­szedł za Je­zu­sem. Nie tyl­ko wo­bec Bo­ga, ale tak­że w od­nie­sie­niu do lu­dzi prze­pro­si­ny są po­cząt­kiem ra­do­ści. Są do­wo­dem na to, że za­czy­na­my się zmie­niać i że ma­my świa­do­mość bó­lu, ja­ki ko­muś za­da­li­śmy. Ra­do­sne łzy wzru­sze­nia po­ja­wia­ją się, gdy mąż ser­decz­nie prze­pra­sza żo­nę, któ­rą skrzyw­dził. Al­bo gdy do­ra­sta­ją­ce dziec­ko prze­pra­sza ro­dzi­ców, któ­rych zra­ni­ło nie­wdzięcz­no­ścią, lek­ce­wa­że­niem ich mi­ło­ści al­bo wi­kła­niem się w uza­leż­nie­nia.

Po­wrót sy­na mar­no­traw­ne­go. Rem­brandt. Fot.: Wi­ki­me­dia Com­mons

Wo­ła­nie do Bo­ga o po­moc

Cza­sem zgrze­szy­my, krzyw­dząc sa­mych sie­bie czy bliź­nich, a przez to za­da­jąc cier­pie­nie sa­me­mu Bo­gu, któ­re­mu naj­bar­dziej za­le­ży na na­szym szczę­ściu. Wte­dy war­to za­cząć od mo­dli­twy bła­ga­nia, czy­li od wo­ła­nia do Bo­ga o po­moc w ob­li­czu na­szych sła­bo­ści. Wzo­rem mo­że być król Da­wid, któ­ry sam sie­bie gorz­ko roz­cza­ro­wał. Stał się cu­dzo­łoż­ni­kiem i zle­cił mor­der­stwo mę­ża swo­jej ko­chan­ki. Upo­mnia­ny z mi­ło­ścią przez pro­ro­ka Na­ta­na, za­wo­łał do Bo­ga: „Zmi­łuj się na­de mną, Bo­że, w swo­jej ła­ska­wo­ści, w ogro­mie swe­go mi­ło­sier­dzia wy­maż mo­ją nie­pra­wość! Ob­myj mnie zu­peł­nie z mo­jej wi­ny i oczyść mnie z grze­chu mo­je­go! Uzna­ję bo­wiem mo­ją nie­pra­wość, a grzech mój jest za­wsze przede mną. Od­wróć ob­li­cze swe od mo­ich grze­chów i wy­maż wszyst­kie mo­je prze­wi­nie­nia! Stwórz, o Bo­że, we mnie ser­ce czy­ste! Przy­wróć mi ra­dość z Two­je­go zba­wie­nia!” (psalm 51). Gdy skrzyw­dzi­my ko­goś z lu­dzi, to skrzyw­dzo­ny nie za­wsze mo­bi­li­zu­je nas do prze­mia­ny. Cza­sem nam zło­rze­czy czy chce ze­msty. Gdy o na­szych sła­bo­ściach roz­ma­wia­my z Bo­giem, On za­wsze znaj­dzie dla nas sło­wa po­mo­cy. Za­wsze wle­je w nas si­łę, po­trzeb­ną do uzna­nia praw­dy o so­bie i na­wró­ce­nia.

Nie tyl­ko wo­bec Bo­ga, ale tak­że w od­nie­sie­niu do lu­dzi prze­pro­si­ny są po­cząt­kiem ra­do­ści.

Ra­dość z uzna­nia win

Na po­cząt­ku każ­dej Mszy świę­tej uzna­je­my na­sze grze­chy i kie­ru­je­my do Bo­ga mo­dli­twę: „Pa­nie, zmi­łuj się nad na­mi!” Wer­sja wło­ska brzmi jesz­cze moc­niej: „Pa­nie, li­to­ści!” Mo­dli­twa prze­pro­sze­nia jest po­trzeb­na nie Bo­gu, lecz nam sa­mym, gdyż uzna­nie wła­snych błę­dów to wa­ru­nek na­wró­ce­nia i po­jed­na­nia. Wzo­rem ta­kiej mo­dli­twy mo­że być syn mar­no­traw­ny, któ­ry za­sta­no­wił się i po­wie­dział so­bie: „Iluż to na­jem­ni­ków mo­je­go oj­ca ma pod do­stat­kiem chle­ba, a ja tu z gło­du gi­nę. Za­bio­rę się i pój­dę do me­go oj­ca, i po­wiem mu: Oj­cze, zgrze­szy­łem prze­ciw Bo­gu i wzglę­dem cie­bie; już nie je­stem go­dzien na­zy­wać się two­im sy­nem: uczyń mnie choć­by jed­nym z na­jem­ni­ków” (Łk 15, 17–19). Syn mar­no­traw­ny po­stą­pił tak, jak po­my­ślał. Wte­dy prze­ko­nał się, że oj­ciec na­wet jed­nym sło­wem nie wy­po­mi­na mu prze­szło­ści, lecz że rzu­ca mu się z głę­bo­kim wzru­sze­niem na szy­ję i urzą­dza mu świę­to oca­le­nia. Bóg wi­dzi nie tyl­ko na­sze grze­chy, ale też na­sze cier­pie­nie i nasz wy­si­łek, by czy­nić do­bro. Gdy Go prze­pra­sza­my, wte­dy od­kry­wa­my, że Je­go przy­ka­za­nia są słusz­ne i że szczę­śli­wi są ci, któ­rzy po­stę­pu­ją zgod­nie z ni­mi.

 

Ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

By ogień nie przerodził się w pożar

Nie je­stem prze­ko­na­ny do mó­wie­nia o sek­su­al­no­ści w ka­te­go­riach „czy­sto­ści” lub „nie­czy­sto­ści”.

Ro­zu­miem, że to skrót my­ślo­wy. Jed­nak kry­je się za nim pew­na pu­łap­ka. Gdzieś w głę­bi na­sze­go ro­zu­mie­nia za­pi­su­je się poj­mo­wa­nie sek­su­al­no­ści ja­ko cze­goś, co mo­że nas „za­nie­czy­ścić”! A to prze­cież zu­peł­nie nie tak! Bo seks jest świę­ty. Wróć! Seks mał­żeń­ski jest świę­ty. I tak jak wszyst­ko in­ne, co świę­te, mu­si być uży­wa­ny w okre­ślo­nych ra­mach. Za­tem sek­su­al­ność sa­ma z sie­bie nie czy­ni nas nie­czy­sty­mi, ale jej nie­od­po­wied­nie uży­wa­nie już mo­że. Wszyst­ko, co ma więk­szą war­tość, ma rów­nież swo­je ce­le, do któ­rych po­win­no być wy­ko­rzy­sty­wa­ne. I tak jak in­ne rze­czy, tak i sek­su­al­ność, uży­wa­na nie do te­go, do cze­go zo­sta­ła da­na i w nie­od­po­wied­ni spo­sób, mo­że bar­dziej za­szko­dzić niż przy­nieść ko­rzyść!

Fot.: do­lga­chov © 123RF.com

Po co?

Wie­lu mło­dych w dzi­siej­szym świe­cie za­da­je so­bie py­ta­nie, po co w ogó­le ma­ją sta­wiać gra­ni­ce w swo­jej sek­su­al­no­ści. Prze­cież wie­lu lu­dzi wręcz za­chę­ca, by ją eks­plo­ro­wać. Cze­mu Ko­ściół tak „się ucze­pił” te­go te­ma­tu i sta­wia ty­le ob­ostrzeń? Mo­że wła­śnie dla­te­go, że sko­ro Bóg stwo­rzył czło­wie­ka, dał ży­cie każ­de­mu i każ­dej z nas, to wła­śnie do Nie­go na­le­ży sta­wia­nie pew­nych gra­nic? Bo nikt in­ny nie zna mnie tak do­brze jak On. Zna na­szą ludz­ką, sła­bą na­tu­rę i wie, że w swo­jej grzesz­no­ści czę­sto po­tra­fi­my wy­ko­rzy­sty­wać pew­ne rze­czy nie­zgod­nie z ich prze­zna­cze­niem.

Ogień

Mó­wiąc o sek­su­al­no­ści, nie bę­dzie­my stra­szyć ogniem pie­kiel­nym, bo… nic to nie da. Ale sek­su­al­ność sa­ma w so­bie bar­dzo czę­sto ko­ja­rzy się z ogniem. Mó­wi się, że mię­dzy dwie­ma oso­ba­mi „jest ogień”; że są roz­pa­le­ni.. Ob­raz ognia tu zna­ko­mi­cie pa­su­je! Ogień, nad któ­rym tra­ci­my kon­tro­lę, ła­two mo­że prze­ro­dzić się w po­żar, któ­ry za­miast da­wać cie­pło i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, sie­je znisz­cze­nie.! W czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej by­naj­mniej nie cho­dzi o to, że­by sek­su­al­ność w so­bie za­ne­go­wać, że­by pró­bo­wać uda­wać do ślu­bu, że nie ma we mnie te­go ognia. Cho­dzi przede wszyst­kim o to, że­by nie po­zwo­lić, by on się roz­pa­no­szył w mo­im ży­ciu! Wie­lu do­ro­słych opo­wia­da, że do­pie­ro po wej­ściu w sa­kra­ment mał­żeń­stwa na­uczy­li się pa­no­wać nad swo­ją sek­su­al­no­ścią. Bo sek­su­al­ność po­win­na być uży­wa­na w mał­żeń­stwie W prze­ciw­nym ra­zie mo­że­my pró­bo­wać brać coś, co jesz­cze do nas nie na­le­ży.

Co przed ślu­bem?

Co za­tem mo­że­my ro­bić, gdy jesz­cze ma­my te kil­ka­na­ście lat i ogień sek­su­al­no­ści za­czy­na się w nas roz­pa­lać? Trze­ba go naj­pierw przy­jąć i się z nim oswo­ić. A nie jest to ła­twe za­da­nie. Dla czło­wie­ka, któ­ry do­pie­ro za­czy­na od­kry­wać war­tość sek­su­al­no­ści, kry­je się w niej wie­le ciem­nych za­uł­ków i za­ka­mar­ków. Nie na­le­ży te­go ognia ga­sić, ale też nie na­le­ży roz­nie­cać.

W dzi­siej­szym, prze­peł­nio­nym sek­su­al­no­ścią, świe­cie, bar­dzo trud­ne jest utrzy­my­wa­nie te­go ognia w ry­zach. Ła­two do­stęp­na por­no­gra­fia spra­wia, że ten ogień bar­dzo szyb­ko prze­ra­dza się w po­żar.

Bóg na pierw­szym miej­scu

Co za­tem ro­bić? Przede wszyst­kim trze­ba się sku­pić naj­pierw na tym, co naj­waż­niej­sze. Na oso­bi­stej re­la­cji z Bo­giem. Ona mu­si być na pierw­szym miej­scu! By­ło­by bu­do­wa­niem do­mu od ko­mi­na, gdy­by­śmy ja­ką­kol­wiek wal­kę du­cho­wą za­czy­na­li od cze­go­kol­wiek in­ne­go. Mą­drze się mó­wi, że je­śli Pan Bóg jest na pierw­szym miej­scu, to wszyst­ko in­ne jest na swo­im miej­scu. Za­tem naj­pierw walcz o re­la­cję z Bo­giem. Ona mu­si sta­wać się prio­ry­te­tem! Je­śli upa­dasz w grze­chu, nie zra­żaj się tym! Po­wsta­waj i wra­caj za każ­dym ra­zem. Pan Bóg nie gor­szy się two­ją grzesz­no­ścią. Nie ta­kie rze­czy już wi­dział. Na­wet z tą grzesz­no­ścią chce cię za­wsze przyj­mo­wać i da­wać no­we ży­cie. Naj­po­waż­niej­szym błę­dem jest sku­pie­nie się na wal­ce z nie­czy­sto­ścią i rów­no­cze­sne za­po­mnie­nie o re­la­cji z Bo­giem. Two­je ży­cie ma się krę­cić wo­kół Bo­ga, a nie wo­kół sek­su­al­no­ści, czy­sto­ści czy wal­ki z nie­czy­sto­ścią.

Sku­tecz­ne na­wy­ki

Waż­ne jest też pra­gnie­nie roz­wo­ju i doj­rze­wa­nia na wie­lu róż­nych po­zio­mach. Szu­kaj swo­ich pa­sji i sta­raj się je roz­wi­jać. Przy­glą­daj się swo­im wa­dom i ucz się z ni­mi wal­czyć. Po­le­cam zna­ko­mi­tą książ­kę: „Sie­dem na­wy­ków sku­tecz­ne­go na­sto­lat­ka” Se­ana Covey’a. To lek­tu­ra, któ­ra mo­że po­móc ci w wy­ro­bie­niu do­brych na­wy­ków, po­ma­ga­ją­cych się sku­pić na tym, co fak­tycz­nie waż­ne.

Le­ni­stwo

Naj­więk­szym za­gro­że­niem dla ży­cia du­cho­we­go jest le­ni­stwo. Są ta­cy, któ­rzy twier­dzą na­wet, że jest ono więk­szym za­gro­że­niem od py­chy. Le­ni­stwo spra­wia pust­kę w ży­ciu. Pust­kę, któ­ra szyb­ko sta­je się prze­strze­nią dla in­nych grze­chów! Sta­raj się za­wsze do­brze pla­no­wać swój czas, za­czy­na­jąc od pla­no­wa­nia mo­dli­twy w cią­gu dnia.

Ruch

Sek­su­al­ność jest ener­gią ży­cio­wą, któ­ra pcha nas do prze­ka­zy­wa­nia ży­cia. Z ewo­lu­cyj­ne­go punk­tu wi­dze­nia jej za­da­niem jest utrzy­ma­nie i prze­dłu­że­nie ga­tun­ku. Dla­te­go by móc trzy­mać ją w ry­zach, trze­ba umieć ją prze­kształ­cać w in­ne for­my ener­gii. Oczy­wi­ście ruch fi­zycz­ny jest tu naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Nie jest ta­jem­ni­cą, że naj­więk­sze trud­no­ści ze spo­żyt­ko­wa­niem ener­gii sek­su­al­nej ma­ją oso­by, któ­re się bar­dzo ma­ło ru­sza­ją i nie upra­wia­ją żad­ne­go spor­tu (co, oczy­wi­ście. nie jest sta­łą za­sa­dą). Je­śli czu­jesz, że za­czy­na roz­pa­lać się w to­bie sek­su­al­ność, rusz się! Zwy­kły spa­cer mo­że po­móc.

Dla nie­któ­rych re­wo­lu­cyj­ne jest pa­trze­nie na sek­su­al­no­ści ja­ko na coś świę­te­go! Czę­sto sek­su­al­ność „kłó­ci się nam” z po­ję­ciem świę­to­ści! I tu tkwi źró­dło wie­lu pro­ble­mów.

Po­trze­by

Do­brze jest się też przy­glą­dać te­mu, co tak na­praw­dę kry­je się na po­ku­są do grze­chów, zwią­za­nych z nie­czy­sto­ścią. Czę­sto za ni­mi kry­je się coś zu­peł­nie in­ne­go: sa­mot­ność, smu­tek, gniew, zmę­cze­nie a na­wet zwy­kły fi­zycz­ny głód. Te rze­czy­są nie­przy­jem­ne. Nikt nie lu­bi być sam, czuć się smut­nym czy zmę­czo­nym. Dla­te­go nasz umysł szu­ka szyb­kiej i ła­twej dro­gi do do­świad­cze­nia przy­jem­no­ści. I za­miast „zdro­wej żyw­no­ści” wy­bie­ra dla nas coś, co jest szyb­kie, ła­twe i przy­jem­ne, czy­li od­po­wied­nik fast – fo­oda! Ba­daj swo­je po­trze­by. Na zmę­cze­nie od­po­wia­daj drzem­ką – za­miast sie­dze­niem w por­no­gra­fii. Na sa­mot­ność od­po­wia­daj roz­mo­wą – za­miast szu­ka­niem przy­jem­no­ści seksualnej.Walka o zdro­wą sek­su­al­ność jest dziś bar­dzo trud­nym i zło­żo­nym te­ma­tem! Szu­kaj osób, któ­re w spo­sób doj­rza­ły i zgod­ny w wy­zna­wa­nym przez cie­bie sys­te­mem war­to­ści, wskaą, co i jak ro­bić, by mą­drze prze­żyć mło­dość, pie­lę­gnu­jąc sek­su­al­ność.

 

Ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Czystość wciąż ma znaczenie

Nie wal­czy się o coś, co nie jest waż­ne. Dla rzesz mło­dych lu­dzi czy­stość jest ta­ką war­to­ścią – god­ną praw­dzi­wych po­świę­ceń. Dla­cze­go?

Naj­pięk­niej­szy pre­zent dla męż­czy­zny

Czy­stość przed­mał­żeń­ska jest dla mnie bar­dzo waż­na. Mo­gę być pre­zen­tem dla męż­czy­zny, któ­ry bę­dzie mo­im mę­żem. Ja nie bę­dę po­rów­ny­wać in­nych męż­czyzn do mo­je­go mę­ża, a on in­nych ko­biet do mnie. Nie bę­dę się ba­ła, że je­śli zaj­dę w cią­żę, to nie bę­dzie się miał kto za­opie­ko­wać mo­im dziec­kiem. Je­śli nie współ­ży­li­śmy z by­łym chło­pa­kiem, to ła­twiej po­go­dzić się z roz­sta­niem i nie po­zo­sta­ją tak du­że zra­nie­nia, niż gdy­by­śmy te­go spró­bo­wa­li.

My­ślę, że war­to o nią wal­czyć, choć dzi­siej­sze me­dia mó­wią co in­ne­go. Czy­stość to wiel­ki skarb.

Ada

Fot.: Fa­bio For­mag­gio © 123RF.com

Na­uka od­po­wie­dzial­nej mi­ło­ści

Czy­stość przed­mał­żeń­ska po­zwa­la mi do­strzec praw­dzi­wą war­tość dru­giej oso­by, jest wy­zwa­niem, dzię­ki któ­re­mu mo­gę uczyć się od­po­wie­dzial­nej mi­ło­ści. Ja­ko męż­czy­zna wiem, że mo­je wy­zna­nie mi­ło­ści po­win­no być opar­te na świa­do­mej de­kla­ra­cji i czy­nach, któ­re bę­dą ją po­twier­dzać. Nie­za­cho­wa­nie czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej to uciecz­ka przed od­po­wie­dzial­no­ścią. To dro­ga na skró­ty, któ­ra zwięk­sza ry­zy­ko zra­nie­nia. Jed­no­cze­śnie do­sko­na­le zda­ję so­bie spra­wę z mo­ich sła­bo­ści. Sta­ram się nie sku­piać na nich, ale od­da­wać je Pa­nu Bo­gu. Nie­oce­nio­ną po­mo­cą w tych zma­ga­niach jest św. Jó­zef, któ­ry do koń­ca wy­trwał w mi­ło­ści czy­stej i do­sko­na­łej.

Mi­chał

Czy­stość da­je wol­ność de­cy­zji

Czy­stość przed­mał­żeń­ska da­je mi ra­dość czy­stej mi­ło­ści i zwią­za­ny z nią wza­jem­ny sza­cu­nek, bez­pie­czeń­stwo i za­ufa­nie. Jest do­wo­dem, że mój chło­pak szcze­rze mnie ko­cha i w peł­ni ak­cep­tu­je. Czy­tość uczy mnie cier­pli­wo­ści i kształ­tu­je cha­rak­ter, przy­go­to­wu­jąc do ro­li żo­ny. Two­rzy prze­strzeń do roz­wi­ja­nia mi­ło­ści i po­zna­wa­nia za­rów­no sie­bie, jak i dru­giej oso­by. Czy­stość przed­mał­żeń­ska spra­wia, że czu­ję obec­ność Bo­ga. Wiem, że bu­du­jąc zwią­zek z Je­go po­mo­cą, je­ste­śmy w sta­nie do­świad­czyć pięk­nej mi­ło­ści, któ­ra bę­dzie pro­mie­nio­wa­ła na oto­cze­nie. Czy­stość jest waż­na rów­nież dla­te­go, że da­je mi wol­ność: po­zwa­la za­cho­wać od­ręb­ność, nie uza­leż­nia mnie od dru­giej oso­by. Dzię­ki niej mo­gę obiek­tyw­nie de­cy­do­wać, nie czu­jąc pre­sji czyn­ni­ków ze­wnętrz­nych.

Mag­da

W czy­sto­ści bu­du­je się bli­skość

Czy­stość przed­mał­żeń­ska jest szcze­ro­ścią i praw­dzi­wą mi­ło­ścią wo­bec Bo­ga, sie­bie oraz dru­giej oso­by. By­łem w czy­stym związ­ku tyl­ko raz w ży­ciu i cho­ciaż nie trwa­ło to dłu­go, to był to mój naj­lep­szy zwią­zek, ja­ki kie­dy­kol­wiek prze­ży­łem. Ni­gdy wcze­śniej nie uda­ło się mi stwo­rzyć ta­kiej bli­sko­ści z dru­gim czło­wie­kiem. Bu­do­wa­li­śmy mi­łość na wspól­nym za­ufa­niu, sza­cun­ku, wspar­ciu i by­ciu dla sie­bie. I ta­kiej mi­ło­ści ży­czę każ­de­mu. Dzię­ki te­mu zro­zu­mia­łem, że czy­stość przed­mał­żeń­ska bu­du­je wol­ną od po­żą­da­nia mi­łość, nad któ­rą czu­wa Bóg. A je­śli spró­bu­je­my wszyst­kie­go przed mał­żeń­stwem, to ja­ką nam ono przy­nie­sie ra­dość i co no­we­go wnie­sie w ży­cie?

Ra­fał

Bóg uczy praw­dzi­wej mi­ło­ści

Czy­stość jest dla mnie waż­na, po­nie­waż po­zwa­la po­znać się z dru­gą oso­bą od stro­ny psy­chicz­no-du­cho­wej. Uwa­żam, że cie­le­sność fi­zycz­na jest za­re­zer­wo­wa­na tyl­ko dla mał­żeństw. Czy­stość to tak­że naj­pięk­niej­szy pre­zent dla uko­cha­nej oso­by. Sto­su­nek przed­mał­żeń­ski jest to­tal­nym ego­izmem. Śmie­szy mnie, gdy pa­ra w związ­ku nie­sa­kra­men­tal­nym twier­dzi, że się ko­cha, a ślub im nie­po­trzeb­ny. Praw­dzi­wa mi­łość jest wte­dy, kie­dy złą­czo­na jest Bo­giem. Kie­dy ko­bie­ta i męż­czy­zna ko­cha­ją się nie za coś, tyl­ko po­mi­mo wszyst­ko i chcą wza­jem­nie so­bie po­ma­gać na dro­dze do świę­to­ści.

Dia­na

Wy­słu­cha­ła Ka­ro­li­na Plu­ta

Drodzy Czytelnicy!

Ko­lej­ny nu­mer, w któ­rym do­ty­ka­my trud­ne­go za­gad­nie­nia. O. Mar­cin Cie­cha­now­ski roz­pra­co­wu­je dla nas za­gro­że­nie du­cho­we. Wy­ja­śnia, dla­cze­go trze­ba się strzec ma­gii, sekt, ho­ro­sko­pów, wró­żek, ja­sno­wi­dzów, bał­wo­chwal­stwa, amu­le­tów, jo­gi, wy­wo­ły­wa­nia du­chów, ho­me­opa­tii i me­dy­cy­ny nie­kon­wen­cjo­nal­nej. Psy­cho­log Bo­gna Bia­łec­ka i ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa wy­ja­śnia­ją, z ja­kim pro­ble­mem na­le­ży się udać do księ­dza – a z ja­kim do psy­cho­lo­ga. Ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki de­ma­sku­je me­to­dy dzia­ła­nia sza­ta­na. Z ko­lei ks. To­masz Pod­lew­ski przy­po­mi­na, ze Bóg tak ko­cha każ­de­go z nas z oso­ba, ze po­li­czył na­wet wło­sy na na­szych gło­wach. Re­cep­ta na do­bre ży­cie: po­sta­wić Bo­ga na pierw­szym miej­scu. To nie gwiaz­dy wska­zu­ją nam dro­gę, tyl­ko On.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych prze­czy­ta­cie o owo­cach i da­rach Du­cha Świę­te­go, mo­dli­twie proś­by i Anie­le Stró­żu, któ­ry jest na­szym oso­bi­stym ochro­nia­rzem. Po­le­cam rów­nież wy­wiad z br. Jac­kiem Haj­no­sem OP, ry­sow­ni­kiem, ma­la­rzem i gra­fi­kiem, któ­ry mó­wi o oso­bach bez­dom­nych i ry­so­wa­niu.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Kiedy ksiądz, a kiedy psycholog?

Pięt­na­sto­let­nia Ania ma pro­blem. Drę­czą ją kosz­ma­ry sen­ne, w któ­rych jest świad­kiem mor­do­wa­nia ko­le­gów i ko­le­ża­nek ze szko­ły. Przy­wód­ca prze­śla­dow­ców ma czer­wo­ne oczy, któ­ry­mi ją prze­świe­tla i mó­wi strasz­ne rze­czy. Na przy­kład: „Wiem, że ob­ga­dy­wa­łaś Olę za jej ple­ca­mi. Znisz­czy­łaś jej re­pu­ta­cję. My­ślisz, że je­steś lep­sza od nas, a to ty ich mor­du­jesz sło­wem”. Ania nie wie, co z tym zro­bić. Czy to te­mat na wi­zy­tę u psy­cho­lo­ga, spo­wiedź czy eg­zor­cy­stę?

Bo­gna Bia­łec­ka: Ter­min „psy­cho­lo­gia” łą­czy dwa sta­ro­grec­kie sło­wa: ψυχή – psy­che, czy­li du­sza oraz λόγος lo­gos – sło­wo, myśl, ro­zu­mo­wa­nie. Czy­li źró­dło­słów mó­wi nam, że to na­uka o du­szy. Jed­nak psy­cho­lo­gia nie zaj­mu­je się du­szą ja­ko ta­ką. Zaj­mu­je się emo­cja­mi, spo­so­bem my­śle­nia (ro­zu­mo­wa­nia), po­sta­wa­mi, za­cho­wa­nia­mi czło­wie­ka. Du­szą zaj­mu­je się ksiądz. Teo­re­tycz­nie pro­ste, w prak­ty­ce nie.

Cza­sem mó­wi się, że psy­cho­te­ra­peu­ta jest le­ka­rzem emo­cji, a ksiądz le­ka­rzem du­szy. Jed­nak to się moc­no za­zę­bia. Anią tar­ga­ją sil­ne emo­cje, drę­czą ją kosz­ma­ry. To ma wpływ nie tyl­ko na jej sa­mo­po­czu­cie, ale i re­la­cje z in­ny­mi ludź­mi. A tak­że na jej du­szę. Drę­czy ją na przy­kład py­ta­nie, czy ta­kie sny są grze­chem.

Fot. Ion Chio­sea © 123RF.com

Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa: Oczy­wi­ście, że ze snów nie trze­ba się spo­wia­dać. O grze­chu mó­wi­my wte­dy, gdy świa­do­mie i do­bro­wol­nie ła­mie­my Bo­że przy­ka­za­nia, czy­li gdy za­an­ga­żo­wa­na jest na­sza wo­la. W przy­pad­ku snów nie ma mo­wy o świa­do­mym i do­bro­wol­nym po­peł­nia­niu zła. Ja­ko ka­płan spo­ty­ka­łem się z sy­tu­acja­mi, kie­dy pew­ne oso­by bar­dzo chcia­ły spo­wia­dać się z te­go, co im się śni­ło. Ra­dzi­łem im wów­czas, że­by wy­raź­nie pod­kre­śla­li w kon­fe­sjo­na­le, że nie trak­tu­ją snu ja­ko grze­chu, ale że bar­dzo pra­gną, aby Pan Je­zus uzdro­wił ich sen.

Bo­gna Bia­łec­ka: Po­dob­nie mó­wi psy­cho­lo­gia – za­sta­nów się, za co je­steś od­po­wie­dzial­ny. Nikt nie po­dej­mu­je świa­do­mej de­cy­zji, by śnić kosz­mar, w tym sen­sie nie jest za ma­rze­nia sen­ne od­po­wie­dzial­ny. Jed­nak pew­ne de­cy­zje w ży­ciu Ani mo­gły przy­czy­nić się do po­wsta­nia pro­ble­mu – po­śred­nio. War­to zro­zu­mieć jak. Z per­spek­ty­wy psy­cho­lo­gicz­nej – wpływ na po­wsta­nie kosz­ma­rów z pew­no­ścią ma utrzy­ma­na w mrocz­nym kli­ma­cie hor­ro­ru gra przy­go­do­wa, w któ­rą dziew­czyn­ka gra od dwóch mie­się­cy. Choć nie ko­ja­rzy­ła te­go związ­ku, jed­nak w trak­cie roz­mo­wy z psy­cho­lo­giem przy­po­mnia­ła so­bie, że rze­czy­wi­ście w kosz­ma­rach po­ja­wia­ją się mo­ty­wy z gry.

Na to na­ło­ży­ły się au­ten­tycz­ne kon­flik­ty z ró­wie­śni­ka­mi. Na przy­kład jed­na z ko­le­ża­nek z kla­sy, Ola, ucier­pia­ła wsku­tek plot­ki roz­pusz­czo­nej przez Anię. Do­ło­żył się do te­go kon­flikt z in­ny­mi oso­ba­mi. Po dłuż­szej roz­mo­wie oka­za­ło się, że Ania gra dwie ostat­nie go­dzi­ny przed snem. Puz­zle tro­chę się po­ukła­da­ły. Te­raz Ania wie, co mia­ło wpływ na po­wsta­nie pro­ble­mu. Wie, co war­to zro­bić, by z nie­go wyjść – np. rzu­cić grę, za­dbać o sen, na­pra­wić re­la­cje z Olą i in­ny­mi ludź­mi. Ty­le, że kosz­ma­ry nie skoń­czy­ły się, gdy Ania rzu­ci­ła grę. Dla­cze­go?

Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa: Te­go ro­dza­ju kosz­ma­ry prze­waż­nie nie bio­rą się zni­kąd i cza­sem są od­zwier­cie­dle­niem, da­le­kim echem te­go, co dzie­je się w na­szym ży­ciu, tak­że na­sze­go grze­chu lub sta­nu du­cha. Mło­dzi na przy­kład czę­sto za­po­mi­na­ją wy­spo­wia­dać się z gra­nia w szko­dli­we gry, oglą­da­nia złych fil­mów, na przy­kład hor­ro­rów, z kon­flik­tów, nie­prze­ba­cze­nia, prze­kleństw. A to są spra­wy głów­nie od­po­wie­dzial­ne za pro­ble­my z nor­mal­nym funk­cjo­no­wa­niem, tak­że w wy­mia­rze noc­ne­go od­po­czyn­ku i snu. Mło­dzi re­agu­ją ze zdzi­wie­niem, gdy sły­szą, że oglą­da­nie hor­ro­rów jest czymś złym. Trak­tu­ją to ja­ko roz­ryw­kę, ale za­po­mi­na­ją, że ta roz­ryw­ka nisz­czy ich psy­chi­kę. Jest też grze­chem prze­ciw­ko pią­te­mu przy­ka­za­niu. Pod­su­mo­wu­jąc, ro­lą księ­dza jest oce­nić, jak rze­czy­wi­stość du­cho­wa, w któ­rą wie­rzy­my, wpły­wa na na­sze ży­cie oraz jak to, co dzie­je się w na­szym ży­ciu, wpły­wa na na­sze re­la­cje z Bo­giem, z ludź­mi, na stan na­sze­go ży­cia du­cho­we­go. Trze­ba oce­nić, czy po­ma­ga nam w dro­dze do Nie­ba czy utrud­nia zba­wie­nie. Ko­lej­nym kro­kiem ka­pła­na jest udzie­le­nie wła­ści­wej po­mo­cy – choć­by przez roz­mo­wę, mo­dli­twę, udzie­le­nie sa­kra­men­tu.

Bo­gna Bia­łec­ka: Z punk­tu wi­dze­nia psy­cho­lo­gii waż­ny jest jesz­cze me­cha­nizm – nie wy­star­czy ro­zu­mo­wo ob­jąć pro­blem. Nie wy­star­czy, że Ania zro­zu­mia­ła, co mo­gło przy­czy­nić się do po­wsta­nia kosz­ma­rów. Przez kil­ka ty­go­dni wy­ro­bi­ło się błęd­ne ko­ło nie­po­ko­ju. Ania wie, że zbli­ża się wie­czór, za­czy­na się strasz­nie bać kosz­ma­ru, któ­ry być mo­że ją cze­ka i w efek­cie idzie spać prze­ra­żo­na, co oczy­wi­ście sprzy­ja po­wtó­rze­niu się kosz­ma­ru. Dla­te­go psy­cho­te­ra­peu­ta bę­dzie po­le­cał ucze­nia się tech­nik re­lak­sa­cyj­nych, wal­ki z my­śla­mi po­tę­gu­ją­cy­mi nie­po­kój itp. Jed­nak i tak mo­że oka­zać się, że to nie po­ma­ga.

Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa: Psy­cho­log rze­czy­wi­ście mo­że na­uczyć Anię, jak ra­dzić so­bie ze stre­sem, zwią­za­nym z nie­prze­spa­ny­mi no­ca­mi i kosz­ma­ra­mi. Gdy jed­nak za­uwa­ży, że pro­blem nie ustę­pu­je, po­wi­nien pa­cjent­ce szcze­rze po­wie­dzieć, że w tym miej­scu koń­czą się je­go kom­pe­ten­cje – i po­móc skon­tak­to­wać się z ja­kimś ka­pła­nem.

Cza­sem mó­wi się, że psy­cho­te­ra­peu­ta jest le­ka­rzem emo­cji, a ksiądz le­ka­rzem du­szy. Jed­nak to się moc­no za­zę­bia.

Nie­któ­rzy psy­cho­lo­go­wie nie wie­rzą w Bo­ga ani w sza­ta­na i nie po­tra­fią sku­tecz­nie zdia­gno­zo­wać czy po­pro­wa­dzić swo­ich pa­cjen­tów. Są tak­że ta­cy, któ­rzy na­zy­wa­ją się wie­rzą­cy­mi i pró­bu­ją dia­gno­zo­wać swo­ich pa­cjen­tów – czę­sto błęd­nie. Uwa­ża­ją, że „zna­ją się na tych spra­wach”, a tak na­praw­dę nie ma­ją kom­pe­ten­cji ani na­rzę­dzi, by orze­kać o spra­wach, za­re­zer­wo­wa­nych wy­łącz­nie dla ka­pła­nów. W dru­gą stro­nę też dzia­ła po­dob­na za­sa­da. Ka­płan nie mo­że ba­wić się w kon­fe­sjo­na­le w psy­cho­lo­ga, choć pew­na wie­dza z te­go za­kre­su jest z pew­no­ścią bar­dzo po­moc­na. Zna­ny mi jest przy­pa­dek pew­ne­go męż­czy­zny, któ­ry przez dłu­gi czas ko­rzy­stał z po­mo­cy psy­cho­lo­gów – wła­śnie ze wzglę­du na pro­ble­my z kosz­ma­ra­mi. Po­mo­gła mu w koń­cu jed­na mo­dli­twa pew­ne­go księ­dza, któ­re­mu przy­pad­ko­wo opo­wie­dział o swo­im pro­ble­mie. Oka­za­ło się, że po­czą­tek kosz­ma­rów nie wziął się ze stre­su­ją­cej pra­cy i pro­ble­mów mał­żeń­skich – jak twier­dzi­li psy­cho­lo­go­wie. Ten męż­czy­zna był przez ko­goś prze­kli­na­ny, ktoś mu zło­rze­czył. Gdy­by ogra­ni­czał się wy­łącz­nie do psy­cho­lo­gów, praw­do­po­dob­nie do dziś zma­gał­by się z pro­ble­mem kosz­ma­rów.

Bo­gna Bia­łec­ka: Tu do­cho­dzi­my do mo­men­tu, gdzie sta­je się waż­ne, do ja­kie­go psy­cho­lo­ga zwra­ca­my się o po­moc. Nie­któ­rzy psy­cho­te­ra­peu­ci twier­dzą, że moż­na być neu­tral­nym świa­to­po­glą­do­wo w te­ra­pii. To nie­praw­da. Psy­cho­te­ra­peu­ta ate­ista, od­rzu­ca­ją­cy w ogó­le moż­li­wość, że w po­wsta­niu pro­ble­mu mo­że mieć udział oso­bo­we zło – czy­li sza­tan – mo­że bar­dzo dłu­go zma­gać się z pro­ble­mem, do wal­ki z któ­rym nie jest wy­po­sa­żo­ny. I po­no­sić po­raż­kę.

Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa: Po­dob­nie rzecz ma się z księż­mi. My też cza­sem po­peł­nia­my po­mył­ki, źle oce­nia­jąc przy­czy­nę pro­ble­mów du­cho­wych osób, któ­re do nas przy­cho­dzą. Dla przy­kła­du, ktoś pil­nie po­trze­bu­je po­mo­cy eg­zor­cy­sty, a ja­kiś ksiądz uwa­ża, że wy­star­czy tyl­ko zwy­kła spo­wiedź. Al­bo na od­wrót – od­sy­ła­my do księ­dza eg­zor­cy­sty ko­goś, kto ma al­bo zwy­kłe pro­ble­my psy­chicz­ne, a wy­star­czy­ła­by mu po pro­stu zwy­kła, do­brze prze­pro­wa­dzo­na spo­wiedź i mo­dli­twa wsta­wien­ni­cza. Cza­sem lu­dzie po­tra­fią księ­dza wy­pro­wa­dzić w po­le. Dzię­ki zna­jo­me­mu księ­dzu eg­zor­cy­ście wiem już, że je­śli ktoś twier­dzi w cza­sie spo­wie­dzi, że na pew­no jest opę­ta­ny i po­trze­bu­je po­mo­cy eg­zor­cy­sty, to nie jest opę­ta­ny, a po­trze­bu­je ra­czej do­bre­go psy­cho­lo­ga. W na­szej po­słu­dze trze­ba być bar­dzo po­kor­nym, znać gra­ni­ce swo­ich kom­pe­ten­cji i nie­ustan­nie się uczyć, bo od ja­ko­ści na­szej po­mo­cy za­le­ży czy­jeś ży­cie do­cze­sne i wiecz­ne, szczę­ście lub nie­szczę­ście.

 

Roz­ma­wia­li:
Bo­gna Bia­łec­ka, psy­cho­log, re­dak­tor por­ta­lu dla mło­dzie­ży pytam.edu.pl
Ks. Sła­wo­mir Ko­strze­wa, wi­ka­riusz pa­ra­fii p.w. Ma­ryi Kró­lo­wej w Po­zna­niu

Przebiegłość szatana

Sza­tan zro­bi wszyst­ko, by ku­sić nas do zła, gdyż jak każ­da nie­szczę­śli­wa oso­ba, nie mo­że znieść te­go, że ktoś idzie dro­gą bło­go­sła­wień­stwa i ra­do­ści. Sza­tan jest za­zdro­sny o lu­dzi, któ­rzy ko­cha­ją i cie­szą się ży­ciem. Jest też dia­bel­sko prze­bie­gły.

Naj­ła­twiej po­ko­na nas prze­ciw­nik, któ­re­go lek­ce­wa­ży­my. Sza­tan o tym wie, gdyż zo­stał przez Bo­ga stwo­rzo­ny ja­ko duch do­bry i in­te­li­gent­ny. Utra­cił swo­ją do­broć wte­dy, gdy zbun­to­wał się prze­ciw Bo­gu i za­czął nie­na­wi­dzić za­miast ko­chać. Stał się upa­dłym anio­łem, ale po­zo­stał in­te­li­gent­ny. Od­tąd uży­wa swo­jej zdol­no­ści my­śle­nia, by na ku­sić. Chce, by­śmy my­li­li do­bro ze złem, bo wie, że gdy czy­ni­my zło, to wte­dy prze­sta­je­my być szczę­śli­wi. Wie też, że każ­dy czło­wiek, któ­ry uwie­rzy, że sza­tan nie ist­nie­je, prze­sta­je być czuj­ny, lek­ce­wa­ży wła­sne sła­bo­ści i za­gro­że­nia ze­wnętrz­ne, nie sta­wia so­bie wy­ma­gań. Ta­ki czło­wiek sta­je się na­iw­ny i za­czy­na wma­wiać so­bie, że każ­dy spo­sób po­stę­po­wa­nia jest do­bry i że szczę­śli­wi mo­gą być tak­że ci, któ­rzy nie re­spek­tu­ją De­ka­lo­gu i nie ko­cha­ją.

Świę­ty to ktoś, wo­bec ko­go sza­tan jest zu­peł­nie bez­rad­ny.

Chce, by­śmy prze­ce­nia­li sie­bie

Dru­gi po­mysł sza­ta­na po­le­ga na wma­wia­niu nam, że je­ste­śmy nie­omyl­ni. Że bez po­mo­cy Bo­ga po­ra­dzi­my so­bie w ży­ciu, bo ni­by sa­mi naj­le­piej wie­my, co przy­no­si nam ra­dość. Tej po­ku­sie sza­ta­na ule­gli już pierw­si lu­dzie. Adam i Ewa po­słu­cha­li sy­czą­ce­go gło­su wę­ża zła i uwie­rzy­li, że bez po­mo­cy Bo­ga od­róż­nią do­bro od zła, czy­li szczę­ście od nie­szczę­ścia. Wmó­wi­li so­bie, że sa­mi bę­dą jak bo­go­wie. Oka­za­ło się, że bez po­mo­cy Bo­ga po­tra­fią je­dy­nie my­lić do­bro ze złem i od­da­lać się od szczę­ścia. Prze­sta­li ko­chać sie­bie na­wza­jem. Adam stchó­rzył i zrzu­cił ca­łą wi­nę na Ewę. A ona – opusz­czo­na przez Ada­ma – zrzu­ci­ła ca­łą wi­nę na wę­ża, by bro­nić się przed roz­cza­ro­wa­niem sa­mą so­bą i przed roz­pa­czą. Naj­szyb­ciej od­da­la­ją się od szczę­ścia ci, któ­rzy prze­ce­nia­ją sie­bie i wma­wia­ją so­bie, że nie ma­ją sła­bo­ści.

Fot. pixabay.com am­bermb

Chce, by­śmy cho­wa­li się przed Bo­giem

W swym dia­bel­skim spry­cie sza­tan sta­ra się nam wmó­wić, że Bóg prze­szka­dza nam w by­ciu szczę­śli­wy­mi i że jest za­zdro­sny o na­szą ra­dość. Sam na­to­miast sta­ra się ucho­dzić za przy­ja­cie­la, któ­ry po­ka­zu­je dro­gę do szczę­ścia. To dla­te­go usi­łu­je nam wmó­wić, że mo­że­my ro­bić, co chce­my, że na­ka­zy i za­ka­zy mo­ral­ne są zbęd­ne, że nie­po­trzeb­nie ogra­ni­cza­ją na­szą wol­ność i prze­szka­dza­ją nam w by­ciu szczę­śli­wy­mi. Sza­tan czy­ni wszyst­ko, by­śmy za­głu­sza­li su­mie­nie i zdro­wy roz­są­dek. Ci, któ­rzy mu ule­ga­ją, nie wy­cią­ga­ją wnio­sków z błę­dów wła­snych ani in­nych lu­dzi. Wi­dzą na­sto­lat­ków, któ­rzy są nie­szczę­śli­wi, a na­wet wpa­da­ją w de­pre­sję czy sta­ny sa­mo­bój­cze, bo za­czę­li się­gać po al­ko­hol czy nar­ko­tyk, al­bo po­my­li­li mi­łość ze współ­ży­ciem sek­su­al­nym, a mi­mo to na­śla­du­ją tych wła­śnie ró­wie­śni­ków. Nie chcą wią­zać się z ty­mi, któ­rzy są mą­drzy i szczę­śli­wi.

Chce, by­śmy się go ba­li

Rów­nie spryt­ną stra­te­gią sza­ta­na jest za­stra­sza­nie lu­dzi. Sza­tan chce, by­śmy prze­ra­zi­li się je­go mo­cą i uwie­rzy­li w to, że nie je­ste­śmy w sta­nie się przed nim obro­nić. Za­stra­sze­ni lu­dzie na sza­ta­na zrzu­ca­ją wi­nę, gdy krzyw­dzą sa­mych sie­bie czy in­nych lu­dzi. Mó­wią, że to sza­tan ich pod­ku­sił. W kon­se­kwen­cji wma­wia­ją so­bie, że pra­ca nad wła­snym cha­rak­te­rem czy spo­wiedź nie ma sen­su, bo i tak zno­wu ule­gną złu.

Naj­lep­szym le­kar­stwem na za­my­sły sza­ta­na jest świę­tość. Sta­je­my się świę­ty­mi wte­dy, gdy od Bo­ga uczy­my się mi­ło­ści, a do do­mu i do ser­ca wpusz­cza­my tych, któ­rzy ko­cha­ją. Świę­ty to ktoś, wo­bec ko­go sza­tan jest zu­peł­nie bez­rad­ny.

 

ks. Ma­rek Dzie­wiec­ki

To sprawka Ducha Świętego

Mi­nę­ło już 11 lat od mo­je­go sa­kra­men­tu Bierz­mo­wa­nia. Na­wet nie tak du­żo. Ra­zem ze zna­jo­my­mi cho­dzi­li­śmy na spo­tka­nia do ko­ścio­ła pa­ra­fial­ne­go. Nie­for­tun­nie od­by­wa­ły się wte­dy, kie­dy mia­łem tre­nin­gi w klu­bie pił­kar­skim. Dość czę­sto mnie po pro­stu nie by­ło. Póź­niej obe­rwa­ło mi się od księ­dza, któ­ry nas przy­go­to­wy­wał. Ba, na­wet za­gro­ził, że mnie nie do­pu­ści do Bierz­mo­wa­nia – je­śli nie zmie­nię swo­je­go po­dej­ścia. Przed sa­mym Bierz­mo­wa­niem zda­wa­li­śmy eg­za­min. Ja – z ra­cji wie­lu opusz­czo­nych spo­tkań – mu­sia­łem od­po­wie­dzieć na py­ta­nia eks­tra. Oczy­wi­ście, wszyst­ko zda­łem bez pro­ble­mu.

Fot. ar­chi­wum ks. Bar­tło­mie­ja Ba­chle­dy-Sze­li­gi

Pa­mię­tam do­sko­na­le dzień przy­ję­cia sa­kra­men­tu. Bierz­mo­wał nas kard. Sta­ni­sław Dzi­wisz. Wstyd przy­znać, ale z ca­łej li­tur­gii naj­le­piej za­pa­mię­ta­łem, że je­den z bierz­mo­wa­nych ze­mdlał. Po­tem pod­czas mo­dli­twy wier­nych ksiądz po­wie­dział: „Mó­dl­my się za na­sze­go zmar­łe­go ko­le­gę…”. Wszy­scy by­li­śmy w szo­ku.

Co chcesz, abym ro­bił?

Ja­ko pa­tro­na wy­bra­łem św. Jó­ze­fa. Nie był to wy­bór kie­ro­wa­ny na­bo­żeń­stwem do nie­go. Zro­bi­łem to ze wzglę­du na mo­je­go zmar­łe­go ta­tę, Jó­ze­fa. Z cza­sem, gdy zro­zu­mia­łem, ale by­ło to do­pie­ro w se­mi­na­rium, po co mi to imię, roz­po­czął się mój oso­bi­sty kult do te­go wiel­kie­go świę­te­go. Od te­go mo­men­tu mam w nim wiel­kie­go orę­dow­ni­ka, do któ­re­go chęt­nie się mo­dlę.

Od­kry­wa­łem sie­bie na no­wo, ale tym ra­zem z po­mo­cą Du­cha Świę­te­go.

Czy sa­kra­ment Bierz­mo­wa­nia zmie­nił coś w mo­im ży­ciu? Po­cząt­ko­wo nie. Przy­naj­mniej wów­czas nic nie za­re­je­stro­wa­łem. W su­mie sam nie chcia­łem, że­by coś się zmie­ni­ło. Do­pie­ro czas ro­ze­zna­wa­nia po­wo­ła­nia był okre­sem czer­pa­nia łask i da­rów Du­cha Świę­te­go. By­ło du­żo mo­dli­twy do Du­cha Świę­te­go i py­ta­nia „Co chcesz, abym ro­bił?”. Stop­nio­wo zmie­nia­łem na­sta­wie­nie i my­śle­nie o ży­ciu. Od­kry­wa­łem sie­bie na no­wo, ale tym ra­zem z po­mo­cą Du­cha Świę­te­go.

Za­czę­ły po­ja­wiać się my­śli o ka­płań­stwie, ale wte­dy jesz­cze mó­wi­łem: „Nie, to nie dla mnie”. Mi­mo to pro­si­łem Bo­ga o znak, je­śli fak­tycz­nie ta­ka jest Je­go wo­la. Dłu­go nie cze­ka­łem. To by­ło przed ma­tu­rą. Wra­ca­łem z tre­nin­gu i za­cze­pi­ła mnie star­sza ko­bie­ta. Po­wie­dzia­ła: „Nic do­dać, nic ująć – ksiądz” i po­szła. Po­my­śla­łem „wa­riat­ka”, ale po dłuż­szej chwi­li i ro­ze­zna­niu zro­zu­mia­łem, że by­ła to spraw­ka Du­cha świę­te­go.

Bądź­cie otwar­ci!

Co mo­gę po­ra­dzić tym, któ­rzy przy­go­to­wu­ją się do Bierz­mo­wa­nia? Bądź­cie otwar­ci i słu­chaj­cie te­go, co mó­wi Duch w wa­szych ser­cach i przez in­nych lu­dzi. Py­taj­cie Go, gdy szu­ka­cie roz­wią­za­nia. Po­dejdź­cie do sa­kra­men­tu nie z przy­mu­sem, ale na­dzie­ją, że ma to sens, że prę­dzej czy póź­niej Duch Świę­ty, któ­re­go otrzy­ma­cie, uzdol­ni was do męż­ne­go wy­zna­wa­nia wia­ry i do po­stę­po­wa­nia we­dług jej za­sad.

 

ks. Bar­tło­miej Ba­chle­da-Sze­li­ga

Drodzy Czytelnicy!

Po­dej­mu­je­my te­mat, któ­ry wzbu­dza wie­le kon­tro­wer­sji. Nie wszy­scy lu­dzie wie­dza (a je­śli wie­dza, to nie za­wsze przyj­mu­ją do wia­do­mo­ści), ze ży­cie czło­wie­ka za­czy­na się w mo­men­cie po­czę­cia. A to fakt, pod któ­rym pod­pi­su­ją się roż­ne au­to­ry­te­ty z dzie­dzi­ny me­dy­cy­ny. Z bio­lo­gią się nie dys­ku­tu­je.

War­to so­bie uświa­do­mić, ze ma­my bra­ci i sio­stry już w mo­men­cie, gdy są oni jesz­cze w brzu­chu na­szej ma­my, a nie do­pie­ro wte­dy, gdy mo­że­my ich no­sić na rę­kach. Wnio­sek jest pro­sty: sko­ro czło­wiek jest czło­wie­kiem od po­czę­cia (choć ma­lut­kim, zo­bacz­cie swój au­to­por­tret w pierw­szym dniu od po­czę­cia na s. 6), to od te­go cza­su na­le­ży mu się tro­ska i praw­na ochro­na. Nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, przy­go­to­wa­ło Pol­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Obroń­ców Ży­cia Czło­wie­ka, któ­re już od 20 lat chro­ni ży­cie czło­wie­ka od po­czę­cia do na­tu­ral­nej śmier­ci.
W nu­me­rze pi­sze­my rów­nież o oso­bach nie­peł­no­spraw­nych.

Re­por­taż pt. „Ju­tro da­my ra­dę” opo­wia­da o do­mu z Wa­do­wic, w któ­rym miesz­ka sie­dem­dzie­siąt ko­biet z upo­śle­dze­niem in­te­lek­tu­al­nym. Opie­ku­ją się ni­mi wspa­nia­łe sio­stry na­za­re­tan­ki.
Dla swo­ich pod­opiecz­nych (i wraz z ni­mi!) two­rzą dom wy­peł­nio­ny cie­płem i mi­ło­ścią. Po­le­cam tez Wam świet­ne tek­sty na­sze­go psy­cho­lo­ga. Pa­ni An­na Ku­char­ska-Zyg­munt pod­po­wia­da, jak bę­dąc nie­peł­no­spraw­nym, żyć peł­nią ży­cia i od­na­leźć w so­bie pa­sje.

W czę­ści dla bierz­mo­wa­nych od­po­wia­da­my na py­ta­nie: czy z oka­zji Bierz­mo­wa­nia do­sta­je się ja­kiś pre­zent? Roz­bra­ja­my i oswa­ja­my emo­cje, pod­po­wia­da­jąc, jak się z ni­mi za­przy­jaź­nić.
Roz­wią­zu­je­my też za­gad­kę, co jest naj­lep­szą mo­dli­twą uwiel­bie­nia i pod­su­mo­wu­je­my ŚDM w Pa­na­mie.

Aga­ta Goł­da, re­dak­tor na­czel­na

Czy Bóg wystarczy?

Me­my, uka­zu­ją­ce pierw­szo­ko­mu­nij­ne dziew­czyn­ki w nie­mal ba­lo­wych su­kien­kach lub chłop­ców w bia­łych ubran­kach sie­dzą­cych na no­wym qu­adzie, są śmiesz­ne i rów­no­cze­śnie tra­gicz­ne. Co tra­ci­my z ta­kim po­dej­ściem do sa­kra­men­tów?

Te­mat pre­zen­tów na I Ko­mu­nię Świę­tą po­ja­wia się co ro­ku w oko­li­cach ma­ja w me­diach, zwłasz­cza w in­ter­ne­cie. Au­to­rzy me­mów i ko­men­ta­rzy prze­ści­ga­ją się w po­ka­zy­wa­niu co­raz to bar­dziej prze­śmiew­czych zdjęć, uka­zu­ją­cych pierw­szo­ko­mu­nij­ne dzie­ci z no­wy­mi smart­fo­na­mi, ta­ble­ta­mi czy dro­na­mi. Wy­da­je się to być śmiesz­ne i rów­no­cze­śnie tra­gicz­ne. Oso­ba ma­ją­ca kon­takt z ży­wą wia­rą wie, że to prze­cież nie o to cho­dzi. Prze­cież naj­więk­szą ra­do­ścią dla dziec­ka jest fakt przy­ję­cia Ży­we­go Chry­stu­sa pod po­sta­cią Chle­ba Eu­cha­ry­stycz­ne­go! Mi­mo to co ro­ku te­mat wra­ca, co­raz bar­dziej spłasz­cza­jąc sa­mą rze­czy­wi­stość Eu­cha­ry­stii.

Ku­pić mi­łość?

Dla­cze­go tak się dzie­je? Trud­no zna­leźć jed­no­znacz­ną od­po­wiedź. Na pew­no jest to wi­na na­szej ka­te­che­zy, za­rów­no tych dzie­ci, jak i przede wszyst­kim ich ro­dzi­ców i bli­skich, któ­rzy, sa­mi nie po­tra­fiąc czer­pać ra­do­ści ze spo­tka­nia z Ży­wym Chry­stu­sem, pró­bu­ją za­stą­pić to do­świad­cze­nie czymś ma­te­rial­nym. Chry­stus to mi­łość. Je­śli jej nie czu­je­my, pró­bu­je­my za­stą­pić ją sztucz­nym za­mien­ni­kiem. Tak prze­cież też czę­sto dzie­je się w ro­dzi­nach, w któ­rych ro­dzi­ce nie ma­ją cza­su dla dzie­ci i brak mi­ło­ści czy za­in­te­re­so­wa­nia pró­bu­ją za­stą­pić ku­po­wa­niem dro­gich pre­zen­tów.

Fot. 123rf.com

A jak jest z Bierz­mo­wa­niem?

Co z pre­zen­ta­mi na tę oka­zję? Na szczę­ście, nie wi­dzi się w in­ter­ne­cie dro­gich pre­zen­tów dla mło­dzie­ży przyj­mu­ją­cej ten sa­kra­ment. Mo­że cho­dzi o doj­rza­łość przyj­mu­ją­ce­go ten sa­kra­ment i nie­co lep­sze ro­zu­mie­nie te­go, co się dzie­je. Dziec­ku, na­wet w trze­ciej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej, trud­niej wy­ja­śnić, że otrzy­mu­je wła­śnie naj­więk­sze bo­gac­two świa­ta. Choć nie jest nie­moż­li­we, by do­trzeć na­wet do tak mło­de­go czło­wie­ka. Na­sto­lat­ko­wi w wie­ku 15 lat nie­co ła­twiej przy­cho­dzi zro­zu­mie­nie, że da­ry Du­cha Świę­te­go, któ­ry­mi jest ob­sy­py­wa­ny w sa­kra­men­tach (mię­dzy in­ny­mi w Bierz­mo­wa­niu), są na­praw­dę cen­ne!

Co do­sta­nę?

Cza­sa­mi jed­nak bli­scy ob­da­ro­wu­ją pod­opiecz­nych drob­ny­mi pre­zen­ta­mi z oka­zji Bierz­mo­wa­nia. Na szczę­ście, nie są to już tak dro­gie ma­te­rial­nie pre­zen­ty jak w przy­pad­ku I Ko­mu­nii Świę­tej. Nie­któ­rzy ku­pu­ją np. Pi­smo Świę­te. Jed­nak war­to pa­mię­tać, że sam sa­kra­ment jest wy­star­cza­ją­cym „pre­zen­tem”. Nic nie po­win­no go przy­sła­niać. Py­ta­nie, czy po­tra­fi­my do­strzec je­go war­tość? Przy­po­mi­na mi się pe­wien oko­ło­świą­tecz­ny ob­ra­zek z in­ter­ne­tu. Przed­sta­wia do­ro­słe­go męż­czy­znę i ma­łe­go chłop­ca. Męż­czy­zna py­ta chłop­ca, co mu przy­nie­sie Dzie­ciąt­ko Je­zus. Chło­piec od­po­wia­da pro­sto: „Zba­wie­nie”.

ks. Ka­mil Go­łusz­ka

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.