Efekt wioski

Czy­li dla­cze­go kon­tak­ty z ludź­mi są (do­słow­nie) śmier­tel­nie waż­ne.

Na wło­skiej wy­spie Sar­dy­nia ist­nie­je re­jon, któ­ry zo­stał przez ba­da­czy z uni­wer­sy­te­tów w Ca­li­ga­ri i So­uthamp­ton na­zwa­ny „nie­bie­ską stre­fą”. W tym trud­no do­stęp­nym miej­scu lu­dzie ży­ją nie­prze­cięt­nie dłu­go – sto­sun­ko­wo du­żo osób prze­kra­cza gra­ni­cę set­nych uro­dzin. Miesz­kań­cy „stre­fy” rza­dziej cier­pią z po­wo­du de­pre­sji, cie­szą się lep­szym zdro­wiem, są dłu­żej ak­tyw­ni fi­zycz­nie. Pi­sze o tym Su­san Pin­ker w swo­jej książ­ce Efekt wio­ski. Jak kon­tak­ty twa­rzą w twarz mo­gą uczy­nić nas zdrow­szy­mi, szczę­śliw­szy­mi i mą­drzej­szy­mi. Dla­cze­go tak jest? Po­nie­waż ży­ją w nie­wiel­kich wio­skach o czy­stym, choć su­ro­wym śro­do­wi­sku? Jest w tym spo­ro sen­su, ale tę dłu­go­wiecz­ność ba­da­nia przy­pi­su­ją przede wszyst­kim kon­tak­tom z ludź­mi i cią­głe­mu, czyn­ne­mu udzia­ło­wi w ży­ciu ro­dzin­nym i spo­łecz­nym. W tam­tym miej­scu do­słow­nie każ­dy zna każ­de­go.

W dal­szej czę­ści swo­jej książ­ki Pin­ker za­sta­na­wia się też nad wię­zia­mi w ro­dzi­nie prze­cięt­ne­go Ko­wal­skie­go. Jak czę­sto ja­da­my wspól­ne po­sił­ki i ja­ką at­mos­fe­rę two­rzy­my w na­szych do­mach? Po­ja­wia­ją się py­ta­nia o emo­cje, któ­re to­wa­rzy­szą na­szym roz­mo­wom, o na­sze dba­nie o sie­bie na­wza­jem (tro­skę o przy­ja­ciół, ro­dzi­ców, dzie­ci czy dziad­ków). Au­tor­ka za­sta­na­wia się, czy po­tra­fi­my współ­od­czu­wać i oka­zy­wać em­pa­tię, wraż­li­wość, mi­łość. Przy­znam, że lek­tu­ra Efek­tu wio­ski by­ła dla mnie bo­le­snym i wsty­dli­wym ra­chu­nek su­mie­nia. O wie­le za czę­sto re­zy­gnu­je­my z kon­tak­tów twa­rzą w twarz – co Pin­ker pod­kre­śla nie­mal w każ­dym roz­dzia­le – na rzecz złud­ne­go sub­sty­tu­tu, ja­kim są por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we, in­ter­net, te­le­wi­zja i używ­ki. To na­praw­dę śmier­tel­nie (!) waż­ne, że­by wi­dzieć i sły­szeć sie­bie wza­jem­nie. W „re­alu”, nie w sie­ci. Dla­cze­go?

Ża­den czło­wiek nie jest sa­mo­ist­ną wy­spą: każ­dy sta­no­wi uła­mek kon­ty­nen­tu, część lą­du. Je­że­li mo­rze zmy­je choć­by grud­kę zie­mi, Eu­ro­pa bę­dzie po­mniej­szo­na, tak sa­mo jak gdy­by po­chło­nę­ło przy­lą­dek, włość two­ich przy­ja­ciół czy two­ją wła­sną. Śmierć każ­de­go czło­wie­ka umniej­sza mnie, al­bo­wiem je­stem ze­spo­lo­ny z ludz­ko­ścią. Er­nest He­min­gway, Ko­mu bi­je dzwon

W in­nym miej­scu w książ­ce opi­sa­ne jest pew­ne ba­da­nie prze­pro­wa­dzo­ne na my­szach. Osob­ni­ki, któ­re mia­ły za­spo­ko­jo­ne wszyst­kie po­trze­by po­za to­wa­rzy­stwem, umie­ra­ły szyb­ciej, czę­ściej cho­ro­wa­ły i w po­rów­na­niu z my­sza­mi, któ­re ży­ły z to­wa­rzy­sza­mi, ra­dzi­ły so­bie go­rzej w każ­dej dzie­dzi­nie. I cho­ciaż to tyl­ko gry­zo­nie, coś mi mó­wi, że wca­le nie róż­ni­my się pod tym wzglę­dem tak bar­dzo. Co cie­ka­we, nasz mózg jest za­pro­jek­to­wa­ny w ta­ki spo­sób, że­by szu­kać wspól­no­ty i spraw­nie funk­cjo­no­wać w ży­ciu spo­łecz­nym – pi­sze o tym Da­niel Go­le­man w swo­jej książ­ce In­te­li­gen­cja spo­łecz­na. Ośrod­ki ner­wo­we od­po­wie­dzial­ne za od­bie­ra­nie „pierw­sze­go wra­że­nia”, in­tu­icję spo­łecz­ną, em­pa­tię i współ­od­czu­wa­nie są w od­bie­ra­niu i prze­twa­rza­niu bodź­ców za­ska­ku­ją­co szyb­kie i spraw­ne (li­czy­my w mi­li­se­kun­dach!). Nie­moż­li­we, że­by by­ło to bez­ce­lo­we.

Wie­rzę, że każ­dy z nas po­trze­bu­je cza­su tyl­ko dla sie­bie. Ma to jed­nak być za­le­d­wie uła­mek na­sze­go ży­cia, miej­sce do wy­ci­sze­nia. Po­zo­sta­ła część to ży­cie wśród lu­dzi, da­wa­nie i otrzy­my­wa­nie. Twa­rzą w twarz, w swo­jej wła­snej „wio­sce”, któ­rą sta­no­wią na­sza ro­dzi­na, przy­ja­cie­le, śro­do­wi­sko. Bądź­my tam na­praw­dę, że­by żyć dłu­żej, bar­dziej szczę­śli­wie i zdro­wo.

 

Sa­ra Ry­now­ska

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Helenka dalej pomaga

O sio­strza­nej wię­zi, stra­cie i świę­tych ob­co­wa­niu z Te­re­są Kmieć, sio­strą śp. He­len­ki, roz­ma­wia Mag­da­le­na Urlich.

Lu­dzie pro­szą Cię o mo­dli­twę za wsta­wien­nic­twem He­len­ki. Jak to od­bie­rasz?

– Te­raz już się przy­zwy­cza­iłam. Je­śli wie­rzy­my, że He­len­ka jest w nie­bie, to trze­ba z te­go „ko­rzy­stać”. My­ślę, że jak po­ma­ga­ła in­nym na zie­mi, tak po­ma­ga te­raz.

Coś się zmie­ni­ło w Two­im ro­zu­mie­niu świę­tych ob­co­wa­nia?

– Chy­ba nie... Ale nie stra­ci­łam wcze­śniej ko­goś, ko­go bym zna­ła tak do­brze jak He­len­kę. Po­nie­waż ten brak jest dla mnie doj­mu­ją­cy, bar­dziej po­trze­bu­ję świę­tych ob­co­wa­nia i bar­dziej się z nie­go cie­szę. To jest je­dy­ne, co mi zo­sta­ło oprócz wspo­mnień. Je­dy­ny spo­sób, że­by z He­len­ką po­roz­ma­wiać, cho­ciaż w in­ny spo­sób niż kie­dyś.

He­len­ka Kmieć (z le­wej) zmar­ła rok te­mu w no­cy z 24 na 25 stycz­nia 2017 r. w miej­sco­wo­ści Co­cha­bam­ba w środ­ko­wej Bo­li­wii, gdzie mie­ści­ła się pla­ców­ka mi­syj­na i ochron­ka dla dzie­ci, za­ło­żo­na przez Sio­stry Słu­żeb­nicz­ki Dę­bic­kie. Pod­czas zda­rze­nia na­past­nik ugo­dził He­len­kę no­żem. Mi­mo ak­cji re­ani­ma­cyj­nej, mi­sjo­nar­ka zmar­ła. Ro­dzi­na i przy­ja­cie­le He­len­ki są prze­ko­na­ni, że opie­ku­je się na­mi z Nie­ba.

Tę­sk­nisz za nią?

– To in­na tę­sk­no­ta, niż jak ktoś wy­je­dzie, bo wte­dy wia­do­mo, że ta oso­ba wró­ci. Po­za tym moż­na utrzy­my­wać kon­takt. A ja te­raz po pierw­sze mu­szę po­cze­kać kil­ka­dzie­siąt lat, aż się spo­tka­my po śmier­ci. Po dru­gie mu­szę tak żyć, aby do­trzeć tam, gdzie ona jest. A po trze­cie to jest zu­peł­nie in­ne spo­tka­nie, niż so­bie wy­obra­ża­my. Chcia­ła­bym, że­by by­ło jak daw­niej. Czę­sto ro­bi­ły­śmy coś ra­zem, na­wet bę­dąc już da­le­ko od sie­bie. W co­dzien­nym funk­cjo­no­wa­niu mu­szę się prze­sta­wić na to, że mam sio­strę ina­czej. Re­la­cja, któ­rą bu­do­wa­ły­śmy pra­wie 26 lat, zo­sta­ła prze­cię­ta na pół. Tak jak­by ktoś za­brał mi ka­wa­łek ser­ca. Ale je­że­li wie­rzę, wiem, że się kie­dyś spo­tka­my, i że bę­dzie su­per. I nie je­stem w roz­pa­czy. Choć tak po ludz­ku nie jest to pro­ste.

Mó­wi­łaś kie­dyś, że w He­len­ce by­ła har­mo­nia. Co to zna­czy?

– Dla mnie jej ży­cie by­ło spój­ne. Mia­ła czas na wszyst­ko, co by­ło waż­ne. Przede wszyst­kim na Pa­na Bo­ga. On był naj­waż­niej­szy w jej ży­ciu i do tej naj­wyż­szej war­to­ści usta­wia­ła wszyst­ko. A jed­no­cze­śnie mia­ła czas na stu­dia, pra­cę, zna­jo­mych, od­po­czy­nek, hob­by. By­ła czło­wie­kiem w peł­ni. Nie by­ła jed­no­wy­mia­ro­wa, ale bar­dzo do­brze zor­ga­ni­zo­wa­na. Wszyst­ko mia­ło od­po­wied­nie miej­sce w jej ży­ciu. Gdy Pan Bóg jest na pierw­szym miej­scu, to wszyst­ko in­ne jest na wła­ści­wym. U He­len­ki tak by­ło.

Ktoś, kto Was znał, na­pi­sał, że gdy­by nie star­sza sio­stra, nie by­ło­by ta­kiej He­len­ki.

– Mia­łam so­bie wie­le do za­rzu­ce­nia, po tym jak He­len­ka zgi­nę­ła. Uwa­ża­łam, że nie by­łam dla niej do­brą star­szą sio­strą. Do­ra­sta­nie w jed­nym śro­do­wi­sku i do­ra­sta­nie ra­zem bar­dzo na czło­wie­ka wpły­wa, więc wy­da­je mi się, że ja na He­len­kę też ja­koś wpły­nę­łam. Mam na­dzie­ję, że nie tyl­ko przez umoż­li­wia­nie mę­czeń­stwa w co­dzien­no­ści (uśmiech). He­len­ka by­ła dla mnie naj­waż­niej­szą oso­bą w ży­ciu, tak po ludz­ku, na zie­mi, i ja na pew­no też mia­łam waż­ne miej­sce w jej ser­cu. Mia­ły­śmy ta­ką re­la­cję, że po­mi­mo te­go, że się nie wi­dy­wa­ły­śmy np. trzy mie­sią­ce, bo miesz­ka­ły­śmy w róż­nych mia­stach, to mia­ły­śmy kon­takt przez sms-y czy na Fa­ce­bo­oku, bez oka­zji. Ode­szły­śmy do in­nych śro­do­wisk i mia­ły­śmy tam swo­ich zna­jo­mych i róż­ne obo­wiąz­ki, ale za­wsze by­ło miej­sce dla sio­stry. Bar­dzo mi szko­da, że już nie pój­dzie­my ra­zem na za­ku­py, nie przy­go­tu­je­my nic wspól­nie, He­len­ka nie bę­dzie przy­mie­rzać przy mnie su­kien­ki ślub­nej... Wiem, co stra­ci­łam.

Na pew­no wiel­ki wpływ na Was mie­li też ro­dzi­ce. Co naj­cen­niej­sze­go wy­nio­sły­ście z ro­dzin­ne­go do­mu?

– Na pew­no wia­rę, to pod­sta­wa. Naj­waż­niej­sza wia­do­mość, ja­ką ro­dzi­ce mo­gą prze­ka­zać dzie­ciom, to ta, że Pan Bóg jest i że się trosz­czy, że jest Kimś waż­nym i war­to w tę re­la­cję za­in­we­sto­wać swój czas. To już plus pięć­dzie­siąt punk­tów na star­cie do szczę­ścia – wy­cho­wać się w ro­dzi­nie, któ­ra się ra­zem mo­dli, roz­ma­wia o Pa­nu Bo­gu. Nie urzą­dza­li­śmy so­bie po­ga­da­nek re­li­gij­nych, po pro­stu Pan Bóg to był u nas nor­mal­ny te­mat. Oprócz wia­ry – po­czu­cie hu­mo­ru. Zwłasz­cza ta­ta je ma. Ro­bi­li­śmy so­bie ka­wa­ły, do tej po­ry tak jest, że żar­tu­je­my na róż­ne te­ma­ty. My z He­len­ką bar­dzo lu­bi­ły­śmy oglą­dać ka­ba­re­ty. Póź­niej mó­wi­ły­śmy ty­mi tek­sta­mi. Otwar­tość na róż­ne no­we wy­zwa­nia też jest z do­mu. Za­wsze mia­ły­śmy du­żo do­dat­ko­wych za­jęć. Na­si ro­dzi­ce uwa­ża­li tak: le­piej za­cząć i zre­zy­gno­wać, niż nie spró­bo­wać wca­le. Stąd był i śpiew, i ta­niec, He­len­ka upra­wia­ła wspi­nacz­kę, cho­dzi­ła po gó­rach, ja też. Z do­mu wy­nio­sły­śmy za­rad­ność w ta­kim sen­sie, że ro­dzi­ce nam bar­dzo ufa­li. Od gim­na­zjum cho­dzi­ły­śmy na gru­pę oa­zo­wą. By­wa­ło tak, że wy­cho­dzi­ły­śmy z do­mu o 17, a wra­ca­ły­śmy o 23. Nie by­ły­śmy jesz­cze do­ro­słe, ale ma­ma nam ufa­ła. To za­ufa­nie spo­wo­do­wa­ło, że He­len­ka po­je­cha­ła do szko­ły do An­glii (na dwa la­ta, w dru­giej i trze­ciej kla­sie li­ceum). Jak­by ma­ma by­ła na­do­pie­kuń­cza, to być mo­że nie ro­bi­ły­by­śmy tych wszyst­kich rze­czy.

He­len­ka ma w Li­bią­żu uli­cę swo­je­go imie­nia. Ty jeź­dzisz na spo­tka­nia, gdzie o niej opo­wia­dasz. Lu­dzie ją pa­mię­ta­ją?

– To za­le­ży. Śro­do­wi­sko lu­dzi zwią­za­nych z He­len­ką ca­ły czas pa­mię­ta. Cza­sa­mi spo­ty­kam się z tym, że ktoś pa­mię­ta o He­len­ce, cho­ciaż jej wca­le nie znał. Ostat­nio ja­kaś dziew­czy­na za­py­ta­ła mnie, czy je­stem sio­strą He­len­ki. Po­wie­dzia­łam, że tak. A ona: „He­len­ka zmie­ni­ła mo­je ży­cie”. Moi zna­jo­mi mó­wi­li mi cza­sem: za­czą­łem się wię­cej mo­dlić, al­bo: od­wa­ży­łem się na coś, bo zo­ba­czy­łem, że He­len­ka jest ta­ka od­waż­na. Ko­le­żan­ka je­cha­ła sa­mo­cho­dem w cza­sie ule­wy. Pod­wio­zła sio­strę za­kon­ną. I ta sio­stra, jak tyl­ko we­szła do sa­mo­cho­du, mó­wi: to chy­ba He­len­ka mi was ze­sła­ła. Zda­rza się, że ko­muś, ko­go na­wet nie znam, He­len­ka jest tak bar­dzo bli­ska.

A gdy­by He­len­ka mia­ła zo­stać bło­go­sła­wio­ną, czy­ją pa­tron­ką mo­gła­by być?

– Ste­war­dess! He­len­ka by­ła­by ide­al­na! Lu­dzi, któ­rzy uczą się i ży­ją za­gra­ni­cą. Ta­kich, któ­rzy ro­bią du­żo rze­czy na­raz. Mo­gła­by być pa­tron­ką wo­lon­ta­ria­tu mi­syj­ne­go. I sióstr.

Dzię­ki za roz­mo­wę!

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Igrzyska podwyższonego ryzyka

Od 9 do 25 lu­te­go w po­łu­dnio­wo­ko­re­ań­skim Pjong­czang od­bę­dą się XXIII Zi­mo­we Igrzy­ska Olim­pij­skie. Eg­zo­tycz­nie brzmią­cy Pjong­czang le­ży za­le­d­wie 80 km od gra­ni­cy z Ko­reą Pół­noc­ną, ko­mu­ni­stycz­nym pań­stwem rzą­dzo­nym przez nie­obli­czal­ne­go Kim Dzong Una. Re­żim gro­ził ostat­nio swo­imi ra­kie­ta­mi USA i in­nym kra­jom. Te­go­rocz­na Olim­pia­da bę­dzie więc za­wo­da­mi pod­wyż­szo­ne­go ry­zy­ka.

Go­spo­darz igrzysk zo­stał wy­bra­ny przez Mię­dzy­na­ro­do­wy Ko­mi­tet Olim­pij­ski 6 lip­ca 2011 r. w Dur­ba­nie. Pjong­czang wy­grał już w pierw­szej run­dzie gło­so­wa­nia, uzy­sku­jąc 63 gło­sy i po­ko­nu­jąc dru­gie Mo­na­chium o 38 gło­sów a fran­cu­skie An­ne­cy o 45 gło­sów. Do trzech ra­zy sztu­ka – mo­gą po­wie­dzieć or­ga­ni­za­to­rzy. Po­łu­dnio­wo­ko­re­ań­skie mia­sto już dwu­krot­nie ubie­ga­ło się o or­ga­ni­za­cję Zi­mo­wych Igrzysk Olim­pij­skich w la­tach 2010 i 2014, lecz bez­sku­tecz­nie. Wów­czas wy­gra­ło ka­na­dyj­skie Van­co­uver, póź­niej ro­syj­skie So­czi. Ko­rea Po­łu­dnio­wa zi­mo­wą olim­pia­dę przy­go­to­wu­je po raz pierw­szy. Let­nią, bar­dzo uda­ną, zor­ga­ni­zo­wa­ła w 1988 r. w Seu­lu.

Tak by­ło w So­czi

Czte­ry la­ta te­mu w Ro­sji bia­ło-czer­wo­ni zdo­by­li 6 me­da­li w tym aż 4 zło­te: 2 Ka­mil Stoch (skocz­nia du­ża i nor­mal­na), po jed­nym Ju­sty­na Ko­wal­czyk (w bie­gu na 10 km sty­lem kla­sycz­nym) i Zbi­gniew Bród­ka (na 1500 m). Sre­bro w bie­gu dru­ży­no­wym pan­cze­ni­stek wy­wal­czy­ły: Lu­iza Złot­kow­ska, Ka­ta­rzy­na Woź­niak, Ka­ta­rzy­na Ba­chle­da-Cu­ruś i Na­ta­lia Czer­won­ka. Brąz do­rzu­ci­li na­si pan­cze­ni­ści (Zbi­gniew Bród­ka, Jan Szy­mań­ski, Kon­rad Niedź­wiedz­ki) w bie­gu dru­ży­no­wym. W kla­sy­fi­ka­cji me­da­lo­wej Pol­ska za­ję­ła 11. miej­sce.

Bez Ro­sji, z no­wy­mi dys­cy­pli­na­mi

Uczest­ni­cy zi­mo­wych igrzysk w Pjong­czan­gu ry­wa­li­zo­wać bę­dą w 102 kon­ku­ren­cjach w 15 dys­cy­pli­nach spor­to­wych. Po raz pierw­szy w hi­sto­rii na igrzy­skach zo­sta­ną ro­ze­gra­ne na­stę­pu­ją­ce kon­ku­ren­cje: Big Air (kon­ku­ren­cja snow­bo­ar­do­wa, w któ­rej za­wod­nik wy­ko­nu­je tri­ki po wy­sko­ku ze spe­cjal­nie zbu­do­wa­nej ram­py), cur­ling par mie­sza­nych, bieg ma­so­wy w łyż­wiar­stwie szyb­kim i za­wo­dy dru­ży­no­we w nar­ciar­stwie al­pej­skim. 5 grud­nia 2017 Mię­dzy­na­ro­do­wy Ko­mi­tet Olim­pij­ski ogło­sił de­cy­zję o wy­klu­cze­niu Ro­sji z udzia­łu w igrzy­skach. To ka­ra za wie­lo­krot­ne ła­ma­nie prze­pi­sów an­ty­do­pin­go­wych przez „Sbor­ną” na igrzy­skach w So­czi w 2014 r. Po wy­kry­ciu zor­ga­ni­zo­wa­ne­go pro­ce­de­ru, któ­ry do­pro­wa­dził m.in. do ma­ni­pu­la­cji wy­ni­ka­mi Ro­sjan przez mo­skiew­skie la­bo­ra­to­rium an­ty­do­pin­go­we, do­ży­wot­nio zdys­kwa­li­fi­ko­wa­no już 25 spor­tow­ców, a Ro­sja stra­ci­ła 11 me­da­li tych igrzysk. Spor­tow­cy te­go kra­ju, któ­rzy udo­wod­nią, że są „czy­ści”, mo­gą wy­stą­pić w Ko­rei Po­łu­dnio­wej pod fla­gą olim­pij­ską.

Dyk­ta­tor stra­szy

Spor­tow­cy szli­fu­ją for­mę, a tym­cza­sem… sy­tu­acja na Pół­wy­spie Ko­re­ań­skim jest na­pię­ta. Wszyst­ko przez Kim Dzong Una. Dyk­ta­tor stra­szy, że w za­się­gu je­go ra­kiet ba­li­stycz­nych jest już ca­ła Ame­ry­ka. Mi­mo mię­dzy­na­ro­do­we­go sprze­ci­wu, wy­strze­lił kil­ka ra­kiet ba­li­stycz­nych, w tym jed­ną nad Ja­po­nią. Po wy­bu­chu bom­by wo­do­ro­wej z ko­lei do­szło do trzę­sie­nia zie­mi. Przede wszyst­kim zaś dyk­ta­tor za­ostrza sto­sun­ki z USA i są­sia­dem Ko­reą Po­łu­dnio­wą, go­spo­da­rzem igrzysk. Pjong­czang nie jest naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem na zie­mi, ale opty­mi­ści twier­dzą, że Kim tyl­ko stra­szy świat, a olim­pia­dę uda się spo­koj­nie prze­pro­wa­dzić. Pre­zy­dent USA nie po­zo­sta­je dłuż­ny przy­wód­cy ko­mu­ni­stycz­nej Ko­rei. Wspól­nie z Ja­po­nią prze­pro­wa­dził obok Pół­wy­spu Ko­re­ań­skie­go ma­new­ry. Mię­dzy­na­ro­do­wy Ko­mi­tet Olim­pij­ski sta­ra się roz­wie­wać oba­wy, twier­dząc, że ca­ły czas mo­ni­to­ru­je sy­tu­ację na Pół­wy­spie Ko­re­ań­skim. Fak­tem jest jed­nak, że na pięć mie­się­cy przed igrzy­ska­mi sprze­da­no za­le­d­wie nie­co po­nad 30 pro­cent z pu­li 1,07 mln bi­le­tów (w tym tyl­ko 20 pro­cent z pu­li prze­wi­dzia­nej dla ko­re­ań­skiej pu­blicz­no­ści). To naj­słab­sza sprze­daż bi­le­tów na tym eta­pie. Ko­rea Pół­noc­na zo­sta­ła za­pro­szo­na do udzia­łu w igrzy­skach, a jej po­łu­dnio­wi są­sie­dzi za­pro­po­no­wa­li na­wet, że­by ko­mu­ni­stycz­ne pań­stwo zor­ga­ni­zo­wa­ło na­wet u sie­bie część kon­ku­ren­cji. MKOl otwie­ra sze­ro­ko drzwi pół­noc­nym Ko­re­ań­czy­kom, nie ba­cząc na to, że w spor­tach zi­mo­wych pra­wie nie ma­ją oni za­wod­ni­ków na mię­dzy­na­ro­do­wym po­zio­mie.

Agniesz­ka Bia­lik

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak 02/2018

Magda Guziak NowakPi­sa­nie wstęp­nia­ka do nu­me­ru o igrzy­skach to dla mnie wy­zwa­nie i dość za­baw­ne wy­da­rze­nie, bo kto mnie zna, ten wie, że ki­bic ze mnie mar­ny. Za­czy­na się mecz, a ja py­tam, kto gra... I o co... Ale prze­cież nie mu­szę znać się na wszyst­kim.:)

A tak se­rio. Mi­mo że nie je­stem za­pa­lo­nym ki­bi­cem, mam swo­je ulu­bio­ne spor­ty, któ­re chęt­nie oglą­dam w te­le­wi­zji. Lu­bię siat­ków­kę, sko­ki nar­ciar­skie i łyż­wiar­stwo fi­gu­ro­we. Cie­szę się, że Pol­ska ma wie­lu do­sko­na­łych za­wod­ni­ków, któ­rzy są na­szą chlu­bą i gro­ma­dzą przed ekra­na­mi mi­lio­ny wi­dzów.

I wiem też, że choć upra­wiam zu­peł­nie in­ny za­wód, mo­gła­bym spo­ro za­czerp­nąć ze spor­to­we­go świa­ta. Od na­szych spor­tow­ców mo­gę się uczyć cier­pli­wo­ści, wy­trwa­ło­ści, wia­ry we wła­sne moż­li­wo­ści, zdro­wej ry­wa­li­za­cji i przy­jaź­ni oraz god­ne­go go­dze­nia się z po­raż­ką. Więc choć nie mam żył­ki spor­tow­ca, cie­szę się, że igrzy­ska czas za­cząć!
OOOLSKAAA! BIAŁO-CZERWONI!

 

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny