Jak zabrać Boga

La­to, mo­rze, słoń­ce. I pla­kat przed ko­ścio­łem: „Nie ma wa­ka­cji bez Bo­ga!”. Po­my­śla­łam, ja­sne, że nie ma, prze­cież Pan Bóg przy­je­chał na wa­ka­cje ze mną.

Oce­ny wy­sta­wio­ne, świa­dec­twa roz­da­ne, wa­ka­cje roz­po­czę­te. Przed na­mi dwa mie­sią­ce cza­su bez szko­ły, na­uki i ksią­żek, bez za­dań do­mo­wych i po­ran­ne­go wsta­wa­nia. To chy­ba po­mysł sa­me­go Bo­ga. Pan Je­zus po­wie­dział do uczniów: „Idź­cie i od­pocz­nij­cie nie­co”. Apo­sto­ło­wie mu­sie­li wy­glą­dać na zmę­czo­nych, sko­ro Chry­stus ode­słał ich, aby po­szli od­po­cząć. My po ca­łym ro­ku szkol­nym wy­glą­da­my pew­nie po­dob­nie:) A za­tem, jak prze­żyć wa­ka­cje z Pa­nem Bo­giem?

Wy­star­czy pa­mię­tać

Módl się, pra­cuj i od­po­czy­waj” – ta­ki po­dział cza­su za­le­cał św. Be­ne­dykt te­mu, kto chciał zo­stać mni­chem. Wie­dział, że od­po­czy­nek jest po­trzeb­ny dla na­bra­nia sił oraz za­cho­wa­nia rów­no­wa­gi psy­chicz­nej. Wa­ka­cje ide­al­nie na­da­ją się do wpro­wa­dze­nia w ży­cie za­sa­dy po­boż­ne­go mni­cha. Jed­nak pa­ku­jąc wa­ka­cyj­ne ple­ca­ki, pa­mię­taj­my, że Bóg tak­że chce z na­mi je­chać. Chce być z na­mi i wspól­nie prze­ży­wać czas od­po­czyn­ku. Jak za­brać Bo­ga na wa­ka­cje? To pro­ste! Wy­star­czy o Nim pa­mię­tać. W wa­ka­cje ko­ścio­ły są otwar­te i każ­de­go dnia spra­wo­wa­na jest Msza św. Pa­mię­taj­my rów­nież o spo­wie­dzi, pierw­szym piąt­ku, czy­ta­niu Pi­sma Świę­te­go. Za­brać ze so­bą Bo­ga na wa­ka­cje to roz­ma­wiać z Nim na mo­dli­twie ra­no i wie­czo­rem, dzię­ko­wać za słoń­ce, pięk­no stwo­rze­nia, za lu­dzi, któ­rych po­zna­je­my na wa­ka­cyj­nych szla­kach, za czas, któ­ry spę­dza­my ra­zem. Cza­sem ła­twiej jest od­dać Bo­gu kil­ka dni urlo­pu, niż od­da­wać Mu czas w na­szej za­bie­ga­nej co­dzien­no­ści. War­to jed­nak uczy­nić Je­zu­sa Pa­nem każ­de­go dnia, Pa­nem swo­je­go cza­su, rów­nież te­go wa­ka­cyj­ne­go.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Nauka poszła w las

Lu­bią wy­zwa­nia i zdo­by­wa­nie no­wych umie­jęt­no­ści. Ce­nią to, co przy­cho­dzi z tru­dem. W le­sie po­zna­ją przy­ro­dę, uczą się wy­zna­cza­niu kie­run­ków świa­ta i roz­pa­la­nia ognia.

Har­cer­ką Związ­ku Har­cer­stwa Rze­czy­po­spo­li­tej (ZHR) zo­sta­je się zwy­kle w pią­tej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej. Nic jed­nak nie stoi na prze­szko­dzie, by już w pierw­szej kla­sie wstą­pić do zu­chów. Ma­ry­sia Ma­tu­szew­ska na­le­ży do 45. Kra­kow­skiej Dru­ży­ny Har­ce­rek So­wi­zdrza­ły im. dr Wan­dy Błeń­skiej. Jej przy­go­da z har­cer­stwem za­czę­ła się w pią­tej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej po tym, gdy star­si har­ce­rze i har­cer­ki przy­szli do jej szko­ły na za­ciąg i pod­czas przerw po­ka­zy­wa­li, czym jest har­cer­stwo. – Po­my­śla­ły­śmy z ko­le­żan­ka­mi, że za­po­wia­da się cie­ka­wa przy­go­da. Wcią­gnę­ły­śmy się w nią. Do dzi­siaj na­le­ży­my do har­cer­stwa – opo­wia­da Ma­ry­sia, za­stę­po­wa za­stę­pu Po­wsi­no­gi. Ta ory­gi­nal­na na­zwa wzię­ła się stąd, że po­wsi­no­ga to oso­ba, któ­ra lu­bi się włó­czyć – po­dob­nie jak za­stęp Ma­ry­si.

Im trud­niej, tym le­piej

Po­wsi­no­gi są bar­dzo wszech­stron­ne. Wie­dzą, jak roz­bić na­miot, umie­ją nie­zau­wa­żo­ne po­dejść do ja­kie­goś obiek­tu i wy­co­fać się nie­po­strze­że­nie. Zna­ją też hi­sto­rię Pol­ski i har­cer­stwa, czy­ta­ją Pi­smo Świę­te, bli­skie są im po­sta­cie Ma­ryi i świę­tych. W cią­gu ro­ku szkol­ne­go za­stę­po­we, przy­bocz­ne i dru­ży­no­we przy­go­to­wu­ją dla młod­szych har­ce­rek za­ję­cia z wy­bra­nych dzie­dzin. Póź­niej każ­da już na wła­sną rę­kę zgłę­bia in­te­re­su­ją­cy ją te­mat. Wszyst­ko po to, by póź­niej móc zdo­by­wać na zbiór­kach za­stę­pu lub dru­ży­ny kon­kret­ne spraw­no­ści np. Te­re­no­znaw­czy­ni, Fi­nan­sist­ki, Bi­blist­ki czy Ha­gio­graf­ki. Jest ich bar­dzo wie­le. Wszyst­kie są ze­bra­ne w do­ku­men­cie, któ­ry li­czy… po­nad 300 stron.

Nie cho­dzi jed­nak o to, by zdo­być każ­dą z nich. – Wy­bie­ra­my ta­kie spraw­no­ści, któ­re są zgod­ne z na­szy­mi za­in­te­re­so­wa­nia­mi i któ­re po­ma­ga­ją w na­szym roz­wo­ju. Nie zbie­ra­my ich „na ilość”. Cho­dzi o to, by po­ko­nać swo­je ogra­ni­cze­nia, prze­ła­mać się. Spraw­ność ma się wią­zać z wy­zwa­niem. Je­śli co­dzien­nie jeź­dzi­my na ko­niach i zna­my się na nich, to zdo­by­cie spraw­no­ści zwią­za­nej z ni­mi ni­cze­go nas nie na­uczy. Dą­ży­my do te­go, by np. nie bę­dąc do­brym z hi­sto­rii, za­cząć ją zgłę­biać, sta­ra­jąc się o ja­kąś spraw­ność hi­sto­rycz­ną. Im trud­niej, tym le­piej – mó­wi z uśmie­chem Ma­ry­sia. Dla niej naj­więk­szym wy­zwa­niem by­ło zdo­by­cie zi­mą spraw­no­ści Od­kryw­ca Cięż­ko­wic. – Trze­ba się by­ła bar­dzo du­żo do­wie­dzieć o mie­ście, po­spa­ce­ro­wać, po­zwie­dzać. To by­ła jed­na z mo­ich pierw­szych spraw­no­ści. By­łam wte­dy nie­śmia­łą dziew­czyn­ką. Trud­no­ścią by­ły dla mnie roz­mo­wy z miesz­kań­ca­mi, któ­rych mu­sia­łam py­tać m.in. o za­byt­ki. Uda­ło się jed­nak! Prze­ła­ma­łam swo­ją nie­śmia­łość. Na­uczy­łam się więk­szej otwar­to­ści w kon­tak­tach z in­ny­mi – opo­wia­da Ma­ry­sia.

Zbli­ża nas las

Więk­szość spraw­no­ści har­cer­ki zdo­by­wa­ją w cza­sie obo­zów. Co ro­ku w lip­cu lub sierp­niu od­by­wa się mie­sięcz­ny obóz. Jest się wte­dy bar­dzo bli­sko przy­ro­dy, bo śpi się w na­mio­tach roz­bi­tych… w le­sie. Pierw­sze kil­ka dni to tzw. pio­nier­ka, czy­li czas na roz­bi­cie na­mio­tów (po jed­nym dla za­stę­pu), zbu­do­wa­nie prycz, pó­łek. Wszyst­ko trze­ba wy­ko­nać sa­me­mu z przy­wie­zio­nych de­sek. W ruch idą młot­ki i pi­ły. Trze­ba wy­ko­pać dziu­ry pod pry­cze, po­ciąć de­ski, po­skrę­cać i po­zbi­jać pół­ki. Każ­da har­cer­ka włą­cza się w bu­do­wa­nie obo­zo­wi­ska, bo to, co sa­ma wy­ko­na, sta­nie się jej miesz­ka­niem na naj­bliż­szy mie­siąc. – Czę­sto u młod­szych po dwóch dniach ta­kiej pra­cy po­ja­wia się znie­chę­ce­nie. Wte­dy star­sze z nas mu­szą sta­nąć na wy­so­ko­ści za­da­nia i po­móc im, pod­trzy­mać na du­chu, po­cie­szyć – mó­wi Ma­ry­sia.

Dni obo­zo­we upły­wa­ją na za­ję­ciach pro­wa­dzo­nych przez za­stę­po­we. Har­cer­ki uczą się m.in. hi­sto­rii Pol­ski i har­cer­stwa, te­re­no­znaw­stwa, po­zna­ją przy­ro­dę. 2–3 dni prze­wi­dzia­ne są na po­byt w chat­kach (rów­nież zbu­do­wa­nych wła­sny­mi rę­ka­mi!), znaj­du­ją­cych się nie­da­le­ko obo­zu. W cią­gu tych dni har­cer­ki skra­da­ją się z cha­tek do obo­zu po po­trzeb­ne im rze­czy, ucząc się przy oka­zji te­re­no­znaw­stwa i bez­gło­śne­go po­ru­sza­nia się w le­sie. Kil­ka dni spę­dza­ją rów­nież na wę­drów­kach po oko­licz­nych mia­stach. Na za­koń­cze­nie obo­zu na­stę­pu­je tzw. roz­pio­nier­ka, czy­li roz­kła­da­nie pó­łek, pry­czy i skła­da­nie na­mio­tów. – Wie­le z nas jest za­chwy­co­nych obo­za­mi wa­ka­cyj­ny­mi, bo pa­nu­je na nich mi­ła at­mos­fe­ra. Mo­że­my się na nich wie­le na­uczyć. Ma­my moż­li­wość spę­dze­nia ze so­bą du­żo cza­su i zo­ba­cze­nia sie­bie w róż­nych sy­tu­acjach. Le­piej się po­zna­je­my i zbli­ża­my się do sie­bie – mó­wi Ma­ry­sia. Nic dziw­ne­go, że czę­sto ja­dą na nie ca­łe dru­ży­ny.

Spraw­no­ści w prak­ty­ce

Wa­ka­cyj­ne obo­zy są naj­lep­szym cza­sem na zdo­by­wa­nie no­wych spraw­no­ści, zwłasz­cza z te­re­no­znaw­stwa i przy­ro­do­znaw­stwa. Każ­da ze spraw­no­ści ma po­da­ne przy­kła­do­we wy­ma­ga­nia, któ­re trze­ba speł­nić, by ją zdo­być. Przy­kład: by zo­stać Te­re­no­znaw­czy­nią, na­le­ży m.in. umieć wy­zna­czać stro­ny świa­ta wg przed­mio­tów te­re­no­wych, słoń­ca i ze­gar­ka, oce­nić „na oko” ja­kąś od­le­głość (moż­na się po­my­lić o 20 proc.), umieć zmie­rzyć wy­so­kość drze­wa i sze­ro­kość rze­ki, wy­zna­czyć azy­mut w te­re­nie i przejść we­dług nie­go dwa ki­lo­me­try w le­sie, po­tra­fić roz­róż­niać for­my ukształ­to­wa­nia te­re­nu na ma­pie i w te­re­nie oraz wła­ści­wie wy­zna­czać na ma­pie miej­sce po­sto­ju i pla­no­wa­ną dro­gę mar­szu. – W har­cer­stwie obo­wią­zu­je za­sa­da za­ufa­nia. Dru­ży­no­wa, któ­ra za­li­cza spraw­no­ści, nie jest w sta­nie spraw­dzić, czy każ­da har­cer­ka po­tra­fi wy­ko­nać wszyst­kie za­da­nia – wy­ja­śnia Ma­ry­sia.

Do dziś pa­mię­ta swój pierw­szy obóz, na któ­rym na­uczy­ła się roz­pa­la­nia ognia. – Do­wie­dzia­łam się, że nie moż­na do ognia wrzu­cać na raz wszyst­kich pa­ty­ków i że są róż­ne spo­so­by ukła­da­nia wa­try (du­że­go ogni­ska), by się do­brze pa­li­ła – mó­wi Ma­ry­sia. Po­zna­ła rów­nież róż­ne ro­śli­ny. Na­uczy­ła się roz­róż­niać ja­dal­ne od nie­ja­dal­nych. Zna te o wła­ści­wo­ściach lecz­ni­czych. Umie się po­słu­gi­wać kom­pa­sem. Wie, że idąc le­śny­mi dro­ga­mi do ce­lu, na­le­ży zna­ka­mi za­zna­czać cha­rak­te­ry­stycz­ne punk­ty tra­sy (np. sznur­kiem ob­wią­zy­wać drze­wa), że­by wra­ca­jąc, mieć pew­ność, że się nie błą­dzi. Wszyst­kie obo­zo­we za­ję­cia od­by­wa­ją się tak, by nie nisz­czyć przy­ro­dy. Za­bro­nio­ne jest ła­ma­nie ga­łę­zi, by ozna­czyć tra­sę. Sznur­ki są za­bie­ra­ne z drzew, gdy har­cer­ki ma­ją pew­ność, że da­ną tra­są już wię­cej nie pój­dą, a po za­koń­cze­niu obo­zu las zo­sta­wia­ją w ta­kim sta­nie, w ja­kim go za­sta­ły.

Przy­go­da na ca­łe ży­cie

Je­śli cho­dzi o spraw­ność przy­rod­ni­czą, to Ma­ry­sia naj­bar­dziej so­bie ce­ni Tro­pi­ciel­kę Zwie­rzy­ny. – Na­uczy­łam się roz­po­zna­wać wie­le zwie­rząt po wy­glą­dzie, od­gło­sach i tro­pach. By­ła to dla mnie in­te­re­su­ją­ca przy­go­da, tym więk­sza, że Tro­pi­ciel­ką Zwie­rzy­ny zo­sta­łam w zi­mie – mó­wi z du­mą Ma­ry­sia. Jej ulu­bio­ną spraw­no­ścią te­re­no­wą jest Ob­ser­wa­tor­ka. Dzię­ki niej umie wy­zna­czać kie­run­ki świa­ta wg bu­so­li, słoń­ca i gwiazd, ry­so­wać pla­ny bu­dyn­ków i od­mie­rzać kro­ka­mi da­ną od­le­głość.

Na py­ta­nie, dla­cze­go war­to zo­stać har­cer­ką, Ma­ry­sia bez wa­ha­nia od­po­wia­da: – Moż­na się na­uczyć wie­lu rze­czy z przy­ro­do­znaw­stwa, te­re­no­znaw­stwa i wie­lu róż­nych dzie­dzin wie­dzy oraz zdo­być wie­le do­świad­czeń. Har­cer­stwo to su­per­przy­go­dy i wie­le wspo­mnień, któ­re zo­sta­ją z na­mi na la­ta!

Do­łą­czysz do Ma­ry­si i jej zna­jo­mych?

 

Aga­ta Goł­da

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Ciało, taniec, modlitwa

Ro­bią pi­ru­ety… na Bo­żą chwa­łę. Two­rzą wi­do­wi­ska z prze­sła­niem, któ­re po­ru­sza­ją.

W ser­cach wie­lu dziew­czy­nek ro­dzi się chęć zo­sta­nia ba­let­ni­cą, z chłop­ca­mi – nie­ste­ty – już go­rzej. Część z nich za­słu­chu­je się w pio­sen­ce Mag­dy Fron­czew­skiej pt. „La­lecz­ka z sa­skiej por­ce­la­ny”, któ­ra opo­wia­da o mi­ło­ści ty­tu­ło­wej la­lecz­ki do prze­ślicz­ne­go księ­cia, któ­ry pew­ne­go dnia zja­wił się obok niej na ko­mo­dzie. Skąd ta­kie ma­rze­nie? Każ­da ba­let­ni­ca jest bar­dzo ład­na, pięk­nie ubra­na, z gra­cją po­ru­sza się na sce­nie i po­tra­fi wy­gi­nać cia­ło w nie­praw­do­po­dob­ny spo­sób. Cza­sa­mi moż­na wręcz od­nieść wra­że­nie, że lek­ka jak piór­ko ba­let­ni­ca uno­si się nad sce­ną.

Chrze­ści­jań­ski ba­let

W Sta­nach Zjed­no­czo­nych ist­nie­je wy­jąt­ko­wa chrze­ści­jań­ska gru­pa ba­le­to­wa. No­si na­zwę Bal­let Ma­gni­fi­cat! Po­wsta­ła w 1986 r. w Jack­son w sta­nie Mis­si­si­pi. Gru­pę two­rzą pro­fe­sjo­nal­ni ar­ty­ści, któ­rzy tań­czą na Bo­żą chwa­łę. Wy­sta­wia­ją spek­ta­kle z prze­sła­niem. Chcą wy­tań­czyć Ewan­ge­lię, Bo­żą mi­łość i róż­ne ludz­kie hi­sto­rie, by w ten spo­sób do­pro­wa­dzić lu­dzi do Pa­na Bo­ga. Chcą do­trzeć do krań­ców świa­ta z prze­sła­niem Pa­na Je­zu­sa. Spek­ta­kle gru­py po­ru­sza­ją wie­lu wi­dzów. Przy­cho­dzą na nie tłu­my lu­dzi. Każ­de miej­sce jest za­ję­te.

Bal­let Ma­gni­fi­cat! two­rzą dwa pro­fe­sjo­nal­ne ze­spo­ły ba­le­to­we: Al­fa i Ome­ga. Mie­li oka­zję wy­stą­pić już w po­nad trzy­dzie­stu pię­ciu kra­jach na ca­łym świe­cie m.in. w Ka­na­dzie, Hon­du­ra­sie, Cze­chach, Bel­gii, Fran­cji, Au­strii, Ke­nii, Chor­wa­cji, Chi­nach.

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 07–08/2018

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Wie­my, że lu­bi­cie czy­tać „Dro­gę”. Do­sta­je­my od Was ma­ile, w któ­rych pi­sze­cie, co Wam się po­do­ba i o czym chcie­li­by­ście po­czy­tać. Cie­szy­my się, że da­rząc nas za­ufa­niem, pro­si­cie na­szych eks­per­tów o róż­ne po­ra­dy, czę­sto w skom­pli­ko­wa­nych spra­wach. Wie­my, że na­sza pra­ca ma sens, bo wy­da­je w Wa­szych ser­cach owo­ce. Ma­my mi­sję! Jest nią po­moc w bu­do­wa­niu Wa­szej re­la­cji z Pa­nem Je­zu­sem.

Chce­my być dla Was bar­dziej po­moc­ni. Od paź­dzier­ni­ka wkra­cza­ją spo­re zmia­ny. Na lep­sze. Po­sta­no­wi­li­śmy zmie­nić for­mu­łę „Dro­gi” tak, by sta­ła się po­mo­cą do owoc­ne­go przy­go­to­wa­nia do sa­kra­men­tu doj­rza­ło­ści chrze­ści­jań­skiej. Nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w dło­niach jest ostat­nim w for­mu­le, ja­ką zna­cie. „Dro­ga do Bierz­mo­wa­nia” bę­dzie się uka­zy­wać co mie­siąc od paź­dzier­ni­ka do ma­ja. Nie bę­dzie w niej do­tych­cza­so­wych dzia­łów. Na­szą ca­łą uwa­gę sku­pi­my na jed­nym kon­kret­nym te­ma­cie – np. ży­cie lu­dzi nie­peł­no­spraw­nych czy uza­leż­nie­nia. Bę­dzie­my chcie­li spoj­rzeć na każ­dy z nich z róż­nych per­spek­tyw. Zwró­ci­my się do eks­per­tów, któ­rzy po­dzie­lą się z Wa­mi swo­ją wie­dzą. Znaj­dzie­my oso­by, któ­re na­pi­szą świa­dec­twa, np. wyj­ścia z ja­kie­goś na­ło­gu. Dzię­ki te­mu bę­dzie­cie mo­gli po­znać te­mat od pod­szew­ki, na­śla­do­wać i in­spi­ro­wać się po­zy­tyw­ny­mi po­sta­wa­mi oraz uczyć się na – cu­dzych – błę­dach.

Wszyst­kie te­ma­ty weź­mie­my pod lu­pę i obej­rzy­my z każ­dej stro­ny. Nie bę­dzie nud­no. Bę­dą wy­wia­dy z eks­per­ta­mi, re­por­ta­że, świa­dec­twa. Na­pi­sze­my o tym, czym ży­je­cie i co jest dla Was waż­ne. Ta­ka bę­dzie pierw­sza część cza­so­pi­sma.

W dru­giej omó­wi­my za­gad­nie­nia po­moc­ne przy owoc­nym przy­go­to­wa­niu się do Bierz­mo­wa­nia i przy po­głę­bia­niu re­la­cji z Bo­giem dla tych z Was, któ­rzy Bierz­mo­wa­nie ma­ją już za so­bą. Dzię­ki nim zro­zu­mie­cie, czym jest Msza św. i już ni­gdy nie bę­dzie­cie spo­glą­dać na ze­ga­rek, gdy bę­dzie się prze­dłu­żać, za­pra­gnie­cie być jesz­cze bli­żej Bo­ga i po­czu­je­cie, że ma­cie w Nie­bie Oj­ca, któ­ry ko­cha każ­de­go z Was, nie­za­leż­nie od stop­ni w szko­le i te­go, czy ma­cie po­sprzą­ta­ny po­kój.

For­mu­łę tę nie­któ­rzy z Was już zna­ją z na­sze­go do­dat­ku spe­cjal­ne­go „Dro­ga Extra do Bierz­mo­wa­nia”, któ­re­go osiem nu­me­rów uka­za­ło się od paź­dzier­ni­ka 2017 r. do ma­ja 2018 r. Udo­sko­na­li­my ją i – po krót­kiej prze­rwie – w paź­dzier­ni­ku wró­ci­my do Was z no­wą sza­tą gra­ficz­ną i no­wy­mi te­ma­ta­mi nu­me­rów. Bę­dzie­my dla Was na­dal – w „Dro­dze do Bierz­mo­wa­nia”. Spo­tkaj­my się na jej stro­nach!

 

Aga­ta Goł­da

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Zaczytaj się, zasłuchaj, obejrzyj

Czy­tel­ni­cy i re­dak­to­rzy „Dro­gi” ra­dzą, co po­za ubra­nia­mi war­to spa­ko­wać do wa­ka­cyj­ne­go ple­ca­ka

 

Lu­dzie 8. dnia. Au­to­sto­pem do Mat­ki Te­re­sy to hi­sto­ria dwóch pol­skich do­mi­ni­ka­nów, któ­rzy wy­ru­szy­li w po­dróż au­to­sto­pem do Ma­ce­do­nii, gdzie uro­dzi­ła się jed­na z naj­więk­szych świę­tych XX wie­ku – Mat­ka Te­re­sa. Cał­ko­wi­cie za­ufa­li Bo­gu, zda­li się na Nie­go i lu­dzi, któ­rych Bóg po­sta­wił im na dro­dze.

Po­dróż tych dwóch do­mi­ni­ka­nów to hi­sto­ria, któ­ra po­ka­zu­je, że Bóg opie­ku­je się każ­dym czło­wie­kiem i że war­to cze­kać. Nie do­sta­je­my wszyst­kie­go od ra­zu, Bóg da­je nam drob­ne rze­czy, aby­śmy póź­niej po­tra­fi­li za­ufać Mu w wiel­kich. I że Bóg nie da­je prze­cież czło­wie­ko­wi pra­gnień, któ­rych nie mógł­by wy­peł­nić.

Ju­lia Go­rol

Au­dio­bo­ok Jak upro­ścić ży­cie ks. Krzysz­to­fa Grzy­wo­cza to bar­dzo do­bra kon­fe­ren­cja o za­ufa­niu Pa­nu Bo­gu i sa­me­mu so­bie oraz o tym, z cze­go wy­ni­ka na­sze prze­mę­cze­nie ży­ciem. Spodo­ba­ło mi się prze­my­śle­nie księ­dza o tym, że w re­ko­lek­cjach nie cho­dzi o zdo­by­wa­nie wie­dzy teo­lo­gicz­nej, ale o mo­dli­twę, któ­ra ma przy­nieść do­bre owo­ce. Pięk­ne jest je­go stwier­dze­nie, że „mą­drość to od­wa­ga i de­cy­zja sma­ko­wa­nia ży­cia”. Lek­tu­ra wzbo­ga­ca­ją­ca du­cha. Do­sko­na­le się słu­cha, w czym po­ma­ga rów­nież przy­jem­ny, „ra­dio­wy” głos ks. Grzy­wo­cza.

Aga­ta Goł­da


La­tem moż­na od­dać się le­niu­cho­wa­niu, ale przy­go­da brzmi le­piej, praw­da? La­to dru­giej szan­sy Mor­gan Mat­son to książ­ka o pró­bie od­zy­ska­nia pierw­szej mi­ło­ści i zmie­rze­nia się z pro­ble­ma­mi prze­szło­ści przez na­sto­let­nią Tay­lor. Brzmi sztyw­no i nud­nie? Nic bar­dziej myl­ne­go. War­to za­opa­trzyć się w chu­s­tecz­ki!

Se­ria ksią­żek Agniesz­ki Grze­lak pt. Blask Cor­re­do roz­po­czy­na­ją­ca się Her­ba­tą Szczę­ścia jest dla bar­dziej wy­trwa­łych czy­tel­ni­ków. To ro­man­tycz­na po­wieść fan­ta­sy z ta­jem­ni­cą w tle, czy­li nie­ty­po­we zle­ce­nie, wiel­ka mi­łość i nie­od­kry­ta prze­szłość, któ­re z za­par­tym tchem śle­dzi­łam w nie­jed­no wa­ka­cyj­ne po­po­łu­dnie.

Fa­nom ki­na po­le­cam try­lo­gię Wię­zień La­bi­ryn­tu (na pod­sta­wie świet­nych ksią­żek). Opo­wia­da o Tho­ma­sie, któ­ry bu­dzi się w ciem­nej win­dzie, nie pa­mię­ta­jąc ni­cze­go. Tra­fia do Stre­fy – za­mknię­te­go ob­sza­ru za­miesz­ka­ne­go przez gru­pę chłop­ców, któ­rzy do­sta­li się tam w iden­tycz­ny spo­sób. Każ­de­go ran­ka mur ota­cza­ją­cy Stre­fę otwie­ra się, uka­zu­jąc wej­ście do La­bi­ryn­tu, z któ­re­go od trzech lat pró­bu­ją zna­leźć wyj­ście. Gdy do Stre­fy tra­fia Te­re­sa, spra­wy przyj­mu­ją nie­ocze­ki­wa­ny ob­rót.

Kla­ra Woj­now­ska


Dość ka­to­li­py. O Je­zu­sie Ce­le­bry­cie ks. Ja­na Kacz­kow­skie­go to książ­ka do czy­ta­nia i oglą­da­nia. Esen­cja prze­sła­nia ks. Ja­na zi­lu­stro­wa­na przez ze­spół DAYENU DESIGN. Treść jest mi bli­ska, bo mó­wi o nie­zgo­dzie na by­le­ja­kość w Ko­ście­le – ma­te­rial­ną, go­spo­dar­czą czy li­tur­gicz­ną. To, co dla Bo­ga, po­win­no być naj­wyż­szej ja­ko­ści – tak­że umo­wy o pra­cę z go­spo­dy­nia­mi czy ko­ściel­ny­mi.

Je­zus ja­ko ce­le­bry­ta? Dziś to ra­zi, ale chcąc współ­cze­śnie do­trzeć z Do­brą No­wi­ną do wąt­pią­cych, nie moż­na bać się po­pu­lar­no­ści. Waż­ne jed­nak, by uwa­gę sku­piać na Bo­gu, nie so­bie.

Wi­zy­ta Je­zu­sa u Za­che­usza nie ra­zi tak bar­dzo, a czy współ­cze­śnie nie hej­to­wa­li­by­śmy Je­zu­sa idą­ce­go np. do Jur­ka Owsia­ka? Wię­cej przy­kła­dów w książ­ce.

Mar­cin No­wak


Chcia­ła­bym po­le­cić dwie po­zy­cje na­praw­dę war­te prze­czy­ta­nia. Jed­ną z nich jest nie­daw­no wy­da­na książ­ka Ka­ta­rzy­ny Olu­biń­skiej pt. Bóg w wiel­kim mie­ście. Są to hi­sto­rie zna­nych i sław­nych osób, któ­rych ko­ja­rzy­my z du­żych ekra­nów. Au­tor­ka za­bie­ra nas tak­że w po­droż swo­je­go na­wró­ce­nia. Dru­gą książ­ka jest Urze­ka­ją­ca, któ­rą szcze­gól­nie po­le­cam każ­dej mło­dej ko­bie­cie. Po­zwa­la nam od­kryć wie­le ta­jem­nic du­szy. Uświa­do­mić so­bie rze­czy i spra­wy, o któ­rych nie mia­ły­śmy po­ję­cia. A tak­że le­piej zro­zu­mieć sie­bie i pra­gnie­nia swo­je­go ser­ca.

Kin­ga Kiercz

 

oprac. ag, mnq

 

Gdy lekarz jest za daleko

Pol­ska Fun­da­cja dla Afry­ki zbie­ra środ­ki na bu­do­wę przy­chod­ni w Be­fa­sy (Ma­da­ga­skar)

W stru­gach tro­pi­kal­nej ule­wy do mi­sji przy­biegł mło­dy męż­czy­zna. Chri­sti­ne, je­go cię­żar­na żo­na od kil­ku już dni źle się czu­ła, a te­raz ból i go­rącz­ka sta­ły się nie do wy­trzy­ma­nia. Wraz z ra­tow­ni­kiem me­dycz­nym, sta­cjo­nu­ją­cym w mi­sji, ru­szy­li w dro­gę do cho­rej.

40 go­dzin w bło­cie

Co kil­ka­set me­trów sa­mo­chód za­ko­py­wał się w bło­cie. W ruch szły szpa­dle i ło­pa­ty. Bro­dząc po ko­la­na w pod­mo­kłym grun­cie, męż­czyź­ni mo­zol­nie od­ko­py­wa­li sa­mo­chód. Miej­sca­mi trze­ba by­ło wy­rą­by­wać utrud­nia­ją­ce prze­jazd drze­wa i prze­ko­py­wać po­nadme­tro­we skar­py. Wie­dzie­li, że dla cię­żar­nej każ­da mi­nu­ta jest na wa­gę zło­ta. Prze­je­cha­nie kil­ku­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów za­ję­ło im pra­wie 40 go­dzin. Mło­da ko­bie­ta, mi­mo wy­cień­cze­nia, prze­ży­ła. Jej dziec­ka nie uda­ło się ura­to­wać. Gdy­by tyl­ko ro­dzi­na mia­ła do­stęp do przy­chod­ni, ta dra­ma­tycz­na sy­tu­acja nie mia­ła­by miej­sca.

Ma­da­ga­skar:

– 75% lu­dzi ży­je w skraj­nej bie­dzie,

– 45 lat to śred­nia dłu­gość ży­cia.

Ma­da­ga­skar jest jed­nym z dzie­się­ciu naj­bied­niej­szych kra­jów świa­ta. W skraj­nej bie­dzie ży­je po­nad 75 proc. Mal­ga­szów.

Tam, gdzie nie ma mo­stów

W miej­sco­wo­ści Be­fa­sy (Ma­da­ga­skar) miesz­ka oko­ło 800 osób, a są­sied­nie wio­ski ma­ją ko­lej­ne kil­ka­set miesz­kań­ców. Lo­kal­na lud­ność rzad­ko mo­że li­czyć na po­moc me­dycz­ną. Naj­bliż­szy szpi­tal znaj­du­je się 50 km stąd, jed­nak sta­je się nie­do­stęp­ny, kie­dy od grud­nia do ma­ja w rze­ce Ka­ba­to­me­na przy­bie­ra wo­da. A mo­stów nie ma. W oko­li­cy był kie­dyś ra­tow­nik me­dycz­ny. Ja­cek Ja­rosz, wo­lon­ta­riusz z Pol­ski pra­co­wał na Ma­da­ga­ska­rze kil­ka mie­się­cy. Pro­wi­zo­rycz­ny punkt me­dycz­ny od­wie­dza­ło mie­sięcz­nie po­nad 600 osób! By­ła to ma­ła, jed­no­izbo­wa cha­ta z tra­wy i pa­ty­ków oraz z da­chem kry­tym strze­chą. Pa­cjen­tom za łóż­ko słu­żyć mu­siał ka­wa­łek ko­ca, a za sa­lę cho­rych ka­wa­łek zie­mi w cie­niu man­gow­ca. Za­miast pla­stra trze­ba by­ło uży­wać ta­śmy kle­ją­cej, a sto­jak na kro­plów­ki za­stą­pić ka­wał­kiem ga­łę­zi. Nikt jed­nak nie na­rze­kał. To by­ła pierw­sza po­moc me­dycz­na do­stęp­na w oko­li­cy. – Któ­re­goś dnia przy­szło sie­dem osób z od­le­głej o 15 km wio­ski. Uskar­ża­li się na pro­ble­my żo­łąd­ko­wo-je­li­to­we. Oka­za­ło się, że jesz­cze ni­gdy nie ze­tknę­li się z my­dłem – opo­wia­da Ja­cek. I do­da­je: „Na dzie­sięć naj­częst­szych przy­czyn śmier­ci co naj­mniej sześć jest ści­śle zwią­za­nych z bra­kiem pod­sta­wo­wej opie­ki me­dycz­nej”.

Sza­man za­brał zdro­wie

Gdy do szpi­ta­la nie da się do­je­chać, cho­rzy mo­gą zwró­cić się tyl­ko do sza­ma­nów. Ci od­pra­wia­ją ry­tu­ały i za­klę­cia. Nie­ste­ty, ofe­ru­ją tak­że groź­ne w skut­kach „te­ra­pie”. Każ­de­go po­po­łu­dnia w wio­sce na spa­cer wy­cho­dzi nie­po­zor­ny męż­czy­zna. Po­ko­nu­je kil­ka­set me­trów piasz­czy­stą dro­gą i za­wra­ca do swo­jej chat­ki. To­wa­rzy­szy mu dziew­czyn­ka. Ści­ska dłoń męż­czy­zny i ci­cho opo­wia­da, co wi­dzi do­oko­ła. Jest prze­wod­ni­kiem swo­je­go nie­wi­do­me­go oj­ca. Pas­cal nie jest nie­wi­do­my od uro­dze­nia. Kil­ka lat te­mu za­cho­ro­wał na za­pa­le­nie spo­jó­wek.

Lu­dzie nie mo­gą umie­rać tyl­ko dla­te­go, że przy­chod­nia jest za da­le­ko.

Pro­ste za­ka­że­nie, któ­re przy od­po­wied­niej ku­ra­cji mo­gło­by ustą­pić, sza­man po­trak­to­wał ma­ścią o fa­tal­nym dzia­ła­niu. Męż­czy­zna, któ­ry przy­szedł do sza­ma­na z bła­hym pro­ble­mem, wy­szedł nie­peł­no­spraw­ny. Przez brak do­stę­pu do opie­ki me­dycz­nej stra­cił wzrok, a wraz z nim szan­sę na nor­mal­ne ży­cie.

Am­bu­lans za­przę­żo­ny w wo­ły

Cza­row­ni­cy to jed­no, a fa­tal­na in­fra­struk­tu­ra me­dycz­na i dro­go­wa to dru­gie. Pew­ne­go po­po­łu­dnia pod pro­wi­zo­rycz­ną przy­chod­nię pod­je­chał tra­dy­cyj­ny mal­ga­ski wóz, za­przę­żo­ny w dwa by­ki. Przy­je­cha­ła nim mat­ka z trzy­let­nim dziec­kiem. Chłop­czyk pod­czas za­ba­wy wło­żył dłoń pod ko­ło te­go sa­me­go wo­zu, któ­ry te­raz słu­żył mu za „am­bu­lans”. Dwa pal­ce jed­nej rę­ki wi­sia­ły bez­wład­nie na kil­ku ścię­gnach i ka­wał­ku skó­ry. W ta­kiej sy­tu­acji w Eu­ro­pie szyb­ka in­ter­wen­cja chi­rur­gicz­na da­ła­by re­al­ne szan­se na od­zy­ska­nie peł­nej spraw­no­ści. Na Ma­da­ga­ska­rze jed­nak pro­ble­mem sta­ło się na­wet naj­prost­sze za­opa­trze­nie ra­ny. Trze­ba by­ło do­ko­nać peł­nej am­pu­ta­cji pal­ców. Ry­zy­ko za­ka­że­nia tęż­cem by­ło du­że, więc ro­dzi­na uda­ła się do od­da­lo­ne­go o dwa­dzie­ścia dwa ki­lo­me­try pań­stwo­we­go punk­tu me­dycz­ne­go. Dro­ga do po­wia­to­we­go mia­sta, gdzie przyj­mo­wał pie­lę­gniarz, za­ję­ła im pra­wie 8 go­dzin. A na miej­scu oka­za­ło się, że szcze­pion­ki się skoń­czy­ły.

Praw­dzi­wa przy­chod­nia. Mu­ro­wa­na

Po wy­jeź­dzie wo­lon­ta­riu­sza set­ki lu­dzi zo­sta­ło po­zba­wio­nych po­mo­cy me­dycz­nej. Dla­te­go w Be­fa­sy chce­my wraz z Re­demp­to­ris Mis­sio wy­bu­do­wać „Cha­tę Me­dy­ka”. Bę­dzie to nie­wiel­ka, mu­ro­wa­na przy­chod­nia z do­stę­pem do prą­du i wo­dy, w któ­rej sta­le bę­dzie moż­na uzy­skać po­moc me­dycz­ną. Ośro­dek zdro­wia ma stać na te­re­nie mi­sji Ob­la­tów Ma­ryi Nie­po­ka­la­nej. Po za­koń­cze­niu prac bu­dow­la­nych prak­ty­kę me­dycz­ną roz­pocz­nie lo­kal­na ka­dra. Przy­naj­mniej je­den wy­kształ­co­ny Mal­gasz bę­dzie sta­łym pra­cow­ni­kiem przy­chod­ni zdro­wia. Bę­dzie wspie­ra­ny przez spe­cja­li­stów-wo­lon­ta­riu­szy z Pol­ski.

 

Ka­sia Urban

 

Wię­cej w ser­wi­sie in­ter­ne­to­wym Pol­skiej Fun­da­cji dla Afry­ki: www.pomocafryce.org. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Na piechotę do Nieba

Moż­na ją na­zwać cza­sem ła­ski lub re­ko­lek­cja­mi w dro­dze. Pie­sza piel­grzym­ka na Ja­sną Gó­rę. Od­wa­żysz się w nią wy­ru­szyć?

W ze­szłym ro­ku do stóp Mat­ki Bo­żej Czę­sto­chow­skiej przy­szły 263 piel­grzym­ki, w któ­rych uczest­ni­czy­ło 123 ty­się­cy osób. Z He­lu wy­ru­sza naj­dłuż­sza z wszyst­kich – Piel­grzym­ka Ka­szub­ska. Trwa dzie­więt­na­ście dni. Li­czy 638 ki­lo­me­trów. Czym jest piel­grzym­ka? – Ma­my wła­sną de­fi­ni­cję, któ­rej mu­si się na­uczyć na pa­mięć każ­dy piel­grzym: to trud wę­drów­ki, wy­pły­wa­ją­cy z du­cha wia­ry, ja­ko świa­dec­two Ko­ścio­ła piel­grzy­mu­ją­ce­go. Piel­grzym­ka to re­ko­lek­cje w dro­dze i czas in­ten­syw­nej mo­dli­twy. Ma wpro­wa­dzić czło­wie­ka na dro­gę co­dzien­ne­go na­wró­ce­nia – mó­wi ks. Mi­chał Me­jer SDB, sa­le­zja­nin, opie­kun i mo­de­ra­tor Sa­le­zjań­skiej Piel­grzym­ki Ewan­ge­li­za­cyj­nej (SPE).

Czas ła­ski

Księ­dzu Mi­cha­ło­wi naj­bar­dziej po­do­ba się jed­nak in­na de­fi­ni­cja: piel­grzym­ka to czas ła­ski i spo­tka­nia z Bo­giem – w zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­ny spo­sób – w lu­dziach i wy­da­rze­niach. Gdy był na­sto­lat­kiem, w trak­cie SPE zo­stał wy­sła­ny do pie­kar­ni po buł­ki i droż­dżów­ki. Za­sko­czy­ło go, że ktoś dał mu za dar­mo dwie siat­ki pie­czy­wa, oka­zał za­ufa­nie i ty­le do­bra, wie­rząc na sło­wo, że chło­pak jest uczest­ni­kiem piel­grzym­ki. Ta­kie zda­rze­nia uświa­do­mi­ły mu, że Bóg przy­cho­dzi do nas w co­dzien­nych sy­tu­acjach.

In­ten­cje

Co wy­róż­nia Sa­le­zjań­ską Piel­grzym­kę Ewan­ge­li­za­cyj­ną spo­śród in­nych? – Ma cha­rak­ter wspól­no­ty mło­dzie­żo­wej, któ­ra ewan­ge­li­zu­je na­po­tka­ne oso­by i dzie­li się z ni­mi świa­dec­twa­mi wia­ry – wy­ja­śnia ks. Mi­chał. W tym ro­ku, 30 lip­ca, piel­grzym­ka po raz dwu­dzie­sty siód­my wy­ru­szy ze Szczań­ca na Ja­sną Gó­rę. Co ro­ku bie­rze w niej udział 200–300 osób. Śred­nia wie­ku to 18 lat. Naj­młod­sze oso­by ma­ją 14 lat, a we­te­ra­ni oko­ło 30. – Na­sza dwu­ty­go­dnio­wa wę­drów­ka to hi­sto­ria czło­wie­ka w mi­nia­tu­rze. Raz świe­ci słoń­ce, in­nym ra­zem pa­da deszcz. Spo­ty­ka­my po dro­dze róż­nych lu­dzi, ale nie mo­że­my się za­trzy­mać. Mu­si­my ca­ły czas iść do ce­lu na­szej wę­drów­ki, do Bo­ga – mó­wi ks. Mi­chał. SPE nie trze­ba ni­gdzie ogła­szać. Naj­lep­szą re­kla­mą jest re­ko­men­da­cja osób, któ­re bra­ły w niej udział. – Naj­wię­cej osób szu­ka po­głę­bie­nia re­la­cji z Bo­giem i przy­jaź­ni z ró­wie­śni­ka­mi. Mło­dzi czę­sto mo­dlą się o po­myśl­ne zda­nie ma­tu­ry, o zdro­wie dla bli­skich, za oj­ca al­ko­ho­li­ka o wyj­ście z na­ło­gu, o na­wró­ce­nie dla ko­le­gów i ro­dzeń­stwa. Dziew­czy­ny, któ­re na cze­le piel­grzym­ki nio­są nie­wiel­ki krzyż z re­li­kwia­mi św. Ja­na Bo­sko, mo­dlą się o do­bre­go mę­ża – tłu­ma­czy ks. Mi­chał.

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 12/2018

Ja­sna Gó­ra to punkt na ma­pie, któ­ry po­tra­fi po­ka­zać więk­szość z nas. Dla­cze­go? Bo to miej­sce szcze­gól­ne. Hi­sto­rycz­nie, bo tu­taj od­nie­śli­śmy zwy­cię­stwo nad Szwe­da­mi w cza­sie po­to­pu szwedz­kie­go w 1655 r. Nie po­zwo­li­li­śmy im po­sta­wić sto­py na Ja­snej Gó­rze. Ale przede wszyst­kim re­li­gij­nie. Na­sze ser­ca wy­ry­wa­ją się ku Mat­ce Bo­żej Czę­sto­chow­skiej. Ileż Ona próśb wy­słu­cha­ła! Ile na­stą­pi­ło cu­dów za Jej wsta­wien­nic­twem! Kto by za­brał się za li­cze­nie, pręd­ko po­gu­bił­by się w ra­chun­kach.

Nie­dłu­go za­czną się pie­sze piel­grzym­ki na Ja­sną Gó­rę. To wy­jąt­ko­wy czas. Jak mó­wi ks. Mi­chał Me­jer z Sa­le­zjań­skiej Piel­grzym­ki Ewan­ge­li­za­cyj­nej: „Piel­grzym­ka to czas ła­ski i spo­tka­nia z Bo­giem w zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­ny spo­sób w lu­dziach i wy­da­rze­niach”. De­fi­ni­cja w punkt. By­łam sie­dem ra­zy na Pie­szej Piel­grzym­ce Kra­kow­skiej. Do­świad­czy­łam te­go, o czym mó­wi ks. Mi­chał oraz te­go, że piel­grzy­mo­wa­nie wcią­ga. : )

Wy­bie­rze­my się ra­zem do Mat­ki Bo­żej Czę­sto­chow­skiej?

Aga­ta Goł­da

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Wstępniak 11/2018

Magda Guziak NowakZa­nim roz­pocz­nie­cie lek­tu­rę te­ma­tu nu­me­ru, chcia­ła­bym się z Wa­mi po­dzie­lić waż­nym dla mnie sło­wem, ja­kim jest uważ­ność. Ja­kiś czas te­mu dla ce­lów mar­ke­tin­go­wych pod­chwy­ci­li je wy­znaw­cy wschod­nich fi­lo­zo­fii i opa­ko­wa­li w ład­nie brzmią­ce an­giel­skie mind­ful­ness.

A mnie nie cho­dzi o me­dy­ta­cję, głę­bo­kie wde­chy i po­wta­rza­nie „za­klęć”, ale o uważ­ną obec­ność. Uważ­ność to dla mnie przy­tom­ność, by­cie tu i te­raz – nie tyl­ko dla sie­bie, ale rów­nież dla in­nych. Uważ­ność to za­uwa­ża­nie te­go, co nie­do­strze­gal­ne. Uważ­ność to wstęp do otwar­to­ści, bo jak być otwar­tym na dru­gie­go czło­wie­ka, kie­dy nie zda­je­my so­bie spra­wy, że cze­goś po­trze­bu­je?

Uważ­na obec­ność jest nam po­trzeb­na do po­zna­nia wła­snych emo­cji i uczuć, ale też do bu­do­wa­nia głę­bo­kich re­la­cji z in­ny­mi ludź­mi. Szcze­gól­nie wów­czas, gdy w ja­kimś sen­sie są in­ni niż my.

Po­zdra­wiam Was ser­decz­nie!

 

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny

Jestem normalna, tylko wyglądam trochę inaczej

Czy na­praw­dę chce­cie, aby ro­dzi­ły się TAKIE dzie­ci?” – zdję­cia z owym pod­pi­sem za­miesz­cza­ją w in­ter­ne­cie oso­by po­pie­ra­ją­ce abor­cję eu­ge­nicz­ną (czy­li do­ko­ny­wa­ną ze wzglę­du na po­dej­rze­nie cho­ro­by dziec­ka).

Po­dob­ne zda­nia sły­sza­ła za­pew­ne ma­ma Ja­cqu­eli­ne, kie­dy do­wie­dzia­ła się, że dziec­ko, któ­re no­si pod ser­cem, jest po­waż­nie cho­re i uro­dzi się ze znie­kształ­co­ną twa­rzą. Dziew­czyn­ka cier­pi na spe­cy­ficz­ne za­bu­rze­nia wę­złów chłon­nych, w wy­ni­ku któ­rych w jej po­licz­kach, ję­zy­ku i pod­nie­bie­niu mno­ży się nie­pro­por­cjo­nal­nie wie­le ko­mó­rek.

Trud­ne po­cząt­ki

Le­ka­rze do­ra­dza­li ma­mie Ja­cqu­eli­ne abor­cję, by oszczę­dzić dziew­czyn­ce cier­pie­nia. Ostrze­ga­li, że ja­kość ży­cia Ja­cqu­eli­ne bę­dzie bar­dzo ni­ska i praw­do­po­dob­nie umrze ona w cią­gu pierw­szych dwu­na­stu mie­się­cy. Na szczę­ście ro­dzi­ce nie ule­gli pre­sji i po­sta­no­wi­li za­wal­czyć o có­recz­kę.

Po uro­dze­niu dziew­czyn­ka nie by­ła w sta­nie na­wet prze­ły­kać i mu­sia­ła być kar­mio­na przez spe­cjal­ną rur­kę. Wy­ma­ga­ła skom­pli­ko­wa­ne­go le­cze­nia i czę­stych po­by­tów w szpi­ta­lu.

Naj­trud­niej­szym, z czym mu­sia­ła zma­gać się ro­dzi­na, by­ły jed­nak bo­le­sne spoj­rze­nia i nie­przy­jem­ne ko­men­ta­rze oto­cze­nia, któ­re nie za­ak­cep­to­wa­ło wy­glą­du Ja­cqu­eli­ne.

Eve­lyn, ma­ma dziew­czyn­ki, wspo­mi­na, że w tam­tym cza­sie nie­na­wi­dzi­ła wspól­nych wyjść do skle­pu czy re­stau­ra­cji, bo mia­ła wra­że­nie, że wszy­scy się na nich ga­pią. Do­pie­ro ko­men­tarz sy­na, któ­ry zwró­cił jej uwa­gę, że prze­cież Ja­cqu­eli­ne nie przej­mu­je się cie­kaw­ski­mi spoj­rze­nia­mi, uspo­ko­ił ją i po­zwo­lił na­brać pew­no­ści sie­bie.

Je­stem nor­mal­nym czło­wie­kiem

Od tej po­ry już ni­gdy nie wsty­dzi­ła się cór­ki. Za­pi­sa­ła Ja­cqu­eli­ne do nor­mal­nej szko­ły, choć w wy­ni­ku prze­by­te­go le­cze­nia dziew­czyn­ka stra­ci­ła zdol­ność mó­wie­nia i obec­nie ko­mu­ni­ku­je się za po­mo­cą iPa­da. Po­cząt­ko­wo in­ne dzie­ci w kla­sie pod­cho­dzi­ły do niej z dy­stan­sem, a część wy­śmie­wa­ła jej wy­gląd, jed­nak po pew­nym cza­sie przy­ję­ły ją do swo­je­go gro­na. Ja­cqu­eli­ne bie­rze ak­tyw­ny udział w ży­ciu szko­ły, upra­wia spor­ty, gra w dru­ży­nie te­ni­sa. Dzię­ku­je swo­im ro­dzi­com za to, że po­zwo­li­li jej zwy­czaj­nie żyć.

Lu­dzie się na mnie ga­pią i po­ka­zu­ją mnie pal­cem. Cza­sem mó­wią nie­mi­łe rze­czy. Je­stem wte­dy smut­na, bo prze­cież nie zna­ją mnie wy­star­cza­ją­co, że­by mó­wić te nie­mi­łe rze­czy. Je­stem nor­mal­nym czło­wie­kiem” – opo­wia­da Ja­cqu­eli­ne.

Je­ste­śmy z niej dum­ni

Jak każ­da na­sto­lat­ka Ja­cqu­eli­ne ma też ma­rze­nia, któ­re pra­gnie re­ali­zo­wać W tym ro­ku koń­czy szko­łę śred­nią i chce się do­stać na pre­sti­żo­wy Uni­wer­sy­tet Stan­for­da, a w przy­szło­ści pla­nu­je zo­stać pie­lę­gniar­ką. Wie­rzy, że w ten spo­sób bę­dzie mo­gła słu­żyć lu­dziom i od­wdzię­czyć się tym, któ­rzy jej po­mo­gli.

Je­stem pe­wien, że mo­że osią­gnąć suk­ces we wszyst­kim, co ro­bi” – mó­wi ta­to dziew­czyn­ki. „Jest naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tą oso­bą, ja­ką znam. Po­ko­na­ła tak wie­le prze­ciw­no­ści, a wciąż ma w so­bie pew­ność i wy­trwa­łość – je­ste­śmy z niej na­praw­dę dum­ni. Każ­de­go dnia bu­dzi się z uśmie­chem na twa­rzy i to nas na­praw­dę za­chę­ca. Jest naj­lep­szym, co nam się przy­tra­fi­ło” – do­da­je.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Inżynierski umysł dla życia

3 ma­ja w świę­to NMP Kró­lo­wej Pol­ski od­szedł do Do­mu Oj­ca dr inż. An­to­ni Zię­ba (1948–2018) – za­ło­ży­ciel i wy­daw­ca „Dro­gi”, ale przede wszyst­kim wiel­ki przy­ja­ciel i obroń­ca dzie­ci nie­na­ro­dzo­nych. Gdy umie­ra wiel­ki czło­wiek, po­zo­sta­je pust­ka, któ­rą trud­no za­peł­nić… Kim był In­ży­nier?

Ko­chał Bo­ga po­nad wszyst­ko

Ma­wiał czę­sto: „Dzię­ku­ję Bo­gu za dar wia­ry”. Tym się cie­szył i to pod­kre­ślał. Wia­ra da­wa­ła Mu si­łę do dzia­ła­nia, wy­zwa­la­ła ener­gię i opty­mizm. Je­śli spo­ty­kał się z de­struk­cyj­ny­mi czy de­mo­ra­li­zu­ją­cy­mi po­sta­wa­mi lu­dzi, nie gor­szył się, kwi­tu­jąc: „Jest Ktoś moc­niej­szy nad ni­mi”. Żył wia­rą i nas, ota­cza­ją­cych Go pra­cow­ni­ków, ku niej po­cią­gał. Stu­den­tom od­by­wa­ją­cym w na­szych re­dak­cjach prak­ty­ki dzien­ni­kar­skie, za­wsze za­da­wał py­ta­nie: „Ja­kie jest naj­waż­niej­sze we­zwa­nie Ja­na Paw­ła II skie­ro­wa­ne do Po­la­ków?”. Zwy­kle za­pa­da­ła ci­sza, więc z pa­mię­ci cy­to­wał im we­zwa­nie do mo­dli­twy na­sze­go Pa­pie­ża. Już wie­lo­krot­nie przy­ta­cza­li­śmy je w „Dro­dze”, ale jesz­cze raz przy­po­mnij­my. An­to­ni, pa­trząc na nas z gó­ry, pew­nie bę­dzie się cie­szył...

Trze­ba się za­wsze mo­dlić, a ni­gdy nie usta­wać, po­wie­dział Pan Je­zus. (...) Nie sa­mym chle­bem ży­je czło­wiek, ale wszel­kim sło­wem, któ­re po­cho­dzi z ust Bo­żych. Je­śli ma­my żyć tym sło­wem, sło­wem Bo­żym, trze­ba nie usta­wać w mo­dli­twie! Mo­że to być na­wet mo­dli­twa bez słów. Niech z te­go miej­sca do wszyst­kich, któ­rzy mnie słu­cha­ją tu­taj al­bo gdzie­kol­wiek, prze­mó­wi pro­ste i za­sad­ni­cze pa­pie­skie we­zwa­nie do mo­dli­twy. A jest to we­zwa­nie naj­waż­niej­sze. Naj­istot­niej­sze orę­dzie! Kal­wa­ria Ze­brzy­dow­ska, 1979 r.

An­to­ni Zię­ba za­bie­gał o bło­go­sła­wień­stwo wie­lu świę­tych, a naj­bar­dziej o. Mak­sy­mi­lia­na Kol­be. Ob­rał Go za pa­tro­na na­szych wy­daw­ni­czych sta­rań.

Za­ło­ży­ciel wie­lu ty­tu­łów pra­sy ka­to­lic­kiej

Po kil­ku­dzie­się­cio­let­nim okre­sie cen­zu­ry i bra­ku wol­no­ści sło­wa pra­sa ka­to­lic­ka w cza­sie trans­for­ma­cji prze­ży­wa­ła swój roz­kwit. In­ży­nier Zię­ba wie­dział, że trze­ba dać al­ter­na­ty­wę dla mło­dzie­żo­we­go „Bra­vo”. To on po kon­sul­ta­cji z pa­pie­żem Ja­nem Paw­łem II roz­po­czął w 1995 r. wy­da­wa­nie „Dro­gi”.

Po­wo­łał też Ty­go­dnik Ro­dzin Ka­to­lic­kich „Źró­dło” i mie­sięcz­nik dla na­uczy­cie­li „Wy­cho­waw­ca”. Nie po­mi­nął też naj­młod­szych od­bior­ców pra­sy, in­spi­ru­jąc do wy­da­wa­nia ty­go­dni­ka „Ola i Jaś”, a dla dzie­ci pierw­szo­ko­mu­nij­nych mie­sięcz­ni­ka „Do­mi­nik idzie do I Ko­mu­nii Świę­tej”. Wspól­nie ze stu­den­ta­mi kra­kow­skich uczel­ni za­ło­żył ka­to­lic­ki mie­sięcz­nik stu­denc­ki „Try­by”. Sze­ro­kie gro­no czy­tel­ni­ków do­ro­słych to od­bior­cy „Na­szej Ar­ki” oraz „Cu­dów i Łask Bo­żych”. Szcze­gól­ną wa­gę przy­wią­zy­wał do cza­so­pi­sma po­pu­lar­no-na­uko­we­go „Służ­ba Ży­ciu. Ze­szy­ty Pro­ble­mo­we”, prze­zna­czo­ne­go głów­nie dla dzia­ła­czy pro-li­fe.

Na­uko­wiec i wy­cho­waw­ca mło­dzie­ży

Szczy­cił się i pod­kre­ślał swój ty­tuł za­wo­do­wy in­ży­nie­ra, co ozna­cza­ło, że je­go ar­gu­men­ty, np. w spra­wie obro­ny ży­cia, są lo­gicz­ne, na­uko­wo uza­sad­nio­ne i opar­te na fak­tach. Nic więc dziw­ne­go, że wszy­scy na­zy­wa­li­śmy Go „In­ży­nie­rem”.

An­to­ni Zię­ba był au­to­rem po­nad 40 prac na­uko­wo-tech­nicz­nych oraz licz­nych ar­ty­ku­łów o obro­nie ży­cia czło­wie­ka od po­czę­cia do na­tu­ral­nej śmier­ci. Szczy­cił się, że był uczniem ge­nial­ne­go umy­słu i nad­zwy­czaj pra­we­go czło­wie­ka – pra­cow­ni­ka na­uko­we­go Po­li­tech­ni­ki Kra­kow­skiej – Słu­gi Bo­że­go prof. Je­rze­go Cie­siel­skie­go. Czę­sto się na nie­go po­wo­ły­wał i cy­to­wał je­go my­śli.

A ja­ko na­uczy­ciel aka­de­mic­ki zy­ski­wał u stu­den­tów nie­ma­łe uzna­nie. Był przez nich lu­bia­ny i znaj­do­wał z ni­mi wspól­ny ję­zyk.

Obroń­ca ży­cia

Nie by­ło ła­two go­dzić pra­cę na­uko­wą uczel­nia­ne­go wy­kła­dow­cy i za­an­ga­żo­wa­ne­go obroń­cy ży­cia. Ta dru­ga dzia­łal­ność po­chła­nia­ła mnó­stwo cza­su i sił. Od 1979 r. An­to­ni Zię­ba or­ga­ni­zo­wał wy­sta­wy pro-li­fe w ośrod­kach dusz­pa­sterstw aka­de­mic­kich w Kra­ko­wie i in­nych mia­stach, a tak­że w klasz­to­rze na Ja­snej Gó­rze i wie­lu ko­ścio­łach. Był zna­ko­mi­tym stra­te­giem, pla­nu­jąc i or­ga­ni­zu­jąc kon­fe­ren­cje i sym­po­zja na­uko­we zwią­za­ne z obro­ną ży­cia, a tak­że za­gad­nie­nia­mi bio­etycz­ny­mi i wy­cho­waw­czy­mi. Sze­ro­kie kon­tak­ty z na­ukow­ca­mi ze świa­ta me­dy­cy­ny umoż­li­wia­ły mu pu­bli­ko­wa­nie fa­cho­wych ar­ty­ku­łów zwią­za­nych z obro­ną ży­cia. Chęt­nie udo­stęp­niał pra­wa au­tor­skie np. do zdjęć przed­sta­wia­ją­cych roz­wój dziec­ka w okre­sie pre­na­tal­nym, w myśl za­sa­dy „Kto sze­ro­ko sie­je, ten sze­ro­ko zbie­ra”. Wy­dał mi­lio­ny bro­szur, fol­de­rów, pla­ka­tów i fil­mów pro-li­fe. Wie­rzył, że spo­łecz­na świa­do­mość war­to­ści ży­cia czło­wie­ka od po­czę­cia do na­tu­ral­nej śmier­ci mu­si się zmie­nić. I tak się dzia­ło. Nie ukry­wał ra­do­ści, gdy ba­da­nia opi­nii pu­blicz­nej wska­zy­wa­ły, że co­raz wię­cej Po­la­ków opo­wia­da się obro­ną ży­cia. To do­da­wa­ło ener­gii do dal­szych dzia­łań i ro­dzi­ło u In­ży­nie­ra no­we po­my­sły.

Ty­tan pra­cy

Miał za so­bą nie­zli­czo­ną licz­bę spo­tkań z mło­dzie­żą szkol­ną, stu­den­ta­mi, pa­ra­fia­na­mi. Był czę­sto za­pra­sza­ny na kon­fe­ren­cje i sym­po­zja, tak­że za­gra­nicz­ne. Za­ini­cjo­wał mię­dzy­na­ro­do­wą ak­cję mo­dli­tew­ną World Pray­er for Li­fe.

Kie­dy więc od­po­czy­wał? Brak snu nad­ra­biał za­zwy­czaj w po­cią­gu. Po­dró­żu­ją­cy z nim pra­cow­ni­cy wie­dzie­li, że w cza­sie jaz­dy po­cią­giem In­ży­nier śpi. Raz w ro­ku wy­jeż­dżał z żo­ną na ro­dzin­ny urlop na wieś. Na­wet wia­do­mość o cięż­kiej cho­ro­bie nie zmie­ni­ła je­go try­bu ży­cia. Pra­co­wał in­ten­syw­nie do koń­ca. Ma­my na­dzie­ję, że owo­ce je­go ty­ta­nicz­nej pra­cy bę­dą zbie­rać ko­lej­ne po­ko­le­nia.

 

Te­re­sa Król, za­stęp­ca red. nacz. „Wy­cho­waw­cy”, współ­pra­co­wa­ła z In­ży­nie­rem przez 38 lat

 

An­to­ni Zię­ba – ur. 5 lip­ca 1948 w Ja­worz­nie, zm. 3 ma­ja 2018 w Kra­ko­wie. Dok­tor in­ży­nier bu­dow­nic­twa lą­do­we­go, na­uczy­ciel aka­de­mic­ki, pu­bli­cy­sta.

  • Sto­pień dok­to­ra uzy­skał na Po­li­tech­ni­ce Kra­kow­skiej. W 1971 zo­stał wy­kła­dow­cą tej uczel­ni. Ob­jął funk­cję ad­iunk­ta w In­sty­tu­cie Me­cha­ni­ki Bu­dow­li Wy­dzia­łu In­ży­nie­rii Lą­do­wej.
  • Od 1999 do 2018 peł­nił funk­cję pre­ze­sa Pol­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Obroń­ców Ży­cia Czło­wie­ka. Był wi­ce­pre­ze­sem Pol­skiej Fe­de­ra­cji Ru­chów Obro­ny Ży­cia.
  • Przez wie­le lat peł­nił funk­cję wi­ce­pre­ze­sa Ka­to­lic­kie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Dzien­ni­ka­rzy.
  • Współ­za­ło­ży­ciel Ka­to­lic­kie­go Po­dy­plo­mo­we­go Stu­dium Dzien­ni­kar­stwa przy Kra­kow­skim Od­dzia­le Ka­to­lic­kie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Dzien­ni­ka­rzy.
  • Współ­za­ło­ży­ciel (w 1980 r.) Kru­cja­ty Mo­dli­twy w Obro­nie Po­czę­tych Dzie­ci.
  • Współ­or­ga­ni­za­tor dwóch Na­ro­do­wych Mar­szów w Obro­nie Ży­cia.
  • Na­gro­dy i wy­róż­nie­nia:
    • na­gro­da Fun­da­cji Ja­na Paw­ła II, za dzia­łal­ność pro-li­fe,
    • me­dal Se­na­tu RP, za obro­nę ży­cia,
    • Me­dal Ko­mi­sji Edu­ka­cji Na­ro­do­wej, za za­słu­gi dla oświa­ty i wy­cho­wa­nia,
    • Me­dal Pro Ec­c­le­sia et Pon­ti­fi­ce od Pa­pie­ża Fran­cisz­ka.

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Jak się chce, to się da

Ali­cja Maj­da – jak sa­ma o so­bie mó­wi „Śpie­wa­ją­ca dok­to­rant­ka na­uk che­micz­nych, opty­mist­ka z cią­głym uśmie­chem na ustach, któ­ra od­na­la­zła … szczę­ście w Ko­ście­le”. Li­ma­no­wa, gdzie dzia­ła, ma swój szcze­gól­ny wkład w hi­sto­rię Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży – naj­pierw eki­pa mu­zycz­na stwo­rzy­ła wła­sną aran­ża­cję hym­nu Bło­go­sła­wie­ni Mi­ło­sier­ni, a po­tem ja­ko pierw­sza w Pol­sce przy­go­to­wa­ła ofi­cjal­ną aran­ża­cję hym­nu na przy­szło­rocz­ne uro­czy­sto­ści w Pa­na­mie. Dla­cze­go po­mi­mo wszyst­ko – a znaj­dzie się wie­le po­wo­dów, aby od­pu­ścić wy­jazd do Pa­na­my – Ali­cja i tak chce to zro­bić?

Mo­ja przy­go­da ze Świa­to­wy­mi Dnia­mi Mło­dzie­ży roz­po­czę­ła się w 2013 r. – wte­dy usły­sza­łam o nich po raz pierw­szy. Do dziś nie mo­gę zro­zu­mieć, dla­cze­go tak póź­no?! Gdy słu­cha­łam, jak pa­pież Fran­ci­szek ogła­sza ko­lej­nych go­spo­da­rzy – Pol­skę, nie są­dzi­łam, że ta sy­tu­acja zmie­ni mo­je ży­cie, a o ko­lej­nych ŚDM usły­szę ze sce­ny dla chó­ru i or­kie­stry w Brze­gach na Mszy Po­sła­nia. Dro­ga do te­go wy­da­rze­nia by­ła bar­dzo dłu­ga, ale pięk­na i, przede wszyst­kim, wy­ra­sta­ła ze wspól­no­ty.

Czas na roz­wój

Od za­wsze mia­łam w so­bie syn­drom or­ga­ni­za­to­ra, któ­ry nie lu­bi się nu­dzić, stąd an­ga­żo­wa­łam się we wszyst­ko, co wy­da­wa­ło mi się roz­wo­jo­we. W od­po­wied­nim cza­sie za­uwa­ży­łam, że mo­je miej­sce jest w Ko­ście­le, wśród lu­dzi o po­dob­nych po­glą­dach. Szyb­ko roz­wi­nę­ła się mo­ja ka­rie­ra ani­ma­to­ra de­ka­nal­ne­go, dzię­ki peł­ne­mu za­an­ga­żo­wa­niu w spra­wę ŚDM, dusz­pa­ster­stwa mło­dzie­ży w de­ka­na­cie czy okrę­gu i udzia­ło­wi w wie­lu szko­le­niach.

Li­ma­no­wa to nie­sa­mo­wi­ci lu­dzie, uzdol­nie­ni mu­zycz­nie i chęt­ni do dzia­ła­nia. Do­brze się pra­cu­je i war­to dla nich co­kol­wiek ro­bić. Gdy­by nie oni, nie wiem tak na­praw­dę, co by by­ło ze mną, jak bym się roz­wi­nę­ła Cza­sem jest tak, że ktoś się do mnie zgło­si, że faj­nie by­ło­by coś zro­bić. Py­tam wte­dy: „To dla­cze­go te­go nie ro­bi­my?” I od ra­zu się tak dzie­je. Tak by­ło z hym­nem Bło­go­sła­wie­ni Mi­ło­sier­ni i po­tem z hym­nem Pa­na­my, któ­ry ma obec­nie po­nad 100 ty­się­cy wy­świe­tleń. To jest to – jak się chce, to się da. Czu­ję, że to jest mo­ja dro­ga – że­by da­wać ko­pa in­nym. Ale że­bym mo­gła to ro­bić, to naj­pierw mu­szę prze­żyć nie­któ­re rze­czy, więc Pan Bóg mi w tym po­ma­ga.

Pol­skie ŚDM

Czas przy­go­to­wań do ŚDM w 2016 r. wspo­mi­nam ja­ko naj­pięk­niej­szy okres mo­je­go ży­cia, w któ­rym naj­wię­cej się na­uczy­łam – nie cho­dzi mi tu o te na­uko­we osią­gnię­cia i pod­ję­te w tym cza­sie stu­dia dok­to­ranc­kie, a o kon­kret­ne umie­jęt­no­ści pra­cy w gru­pie, or­ga­ni­za­cji i roz­wo­ju oso­bi­ste­go.

Kra­ków pod­czas ŚDM był pięk­ny. Co praw­da, więk­szość cza­su spę­dzi­łam na pró­bach chó­ru, ale nie ża­łu­ję żad­nej chwi­li i tru­du, ja­ki w to wło­ży­łam. Cho­ciaż od­wie­dza­jąc sek­to­ry, do któ­rych by­li przy­dzie­le­ni moi zna­jo­mi na Mszy Po­sła­nia, wi­dząc ich ra­dość oraz ŚDM z ich per­spek­ty­wy, czu­łam za­zdrość.

Po­mi­mo te­go, że by­łam tak bli­sko Fran­cisz­ka – co by­ło ma­rze­niem więk­szo­ści – bra­ko­wa­ło mi obec­no­ści w mo­jej wspól­no­cie i wśród lu­dzi, któ­rzy mnie do tych wy­da­rzeń przy­go­to­wa­li.

Być zwy­kłym uczest­ni­kiem

Po ŚDM zo­sta­łam wy­sła­na ja­ko re­pre­zen­tant­ka die­ce­zji do Rzy­mu, gdzie prze­ka­zy­wa­li­śmy sym­bo­le – krzyż i iko­nę – mło­dzie­ży z Pa­na­my. Zro­zu­mia­łam, że ja mu­szę być w Pa­na­mie. Obec­ność przy sym­bo­lach przy­po­mnia­ła mi, jak waż­ne są dla mnie ŚDM, jak wie­le w mo­im ży­ciu zmie­ni­ły, jak bar­dzo chcę je prze­żyć i, tym ra­zem ja­ko zwy­kły uczest­nik, mieć czas na re­flek­sję i chło­nąć wia­rę od mło­dych z ca­łe­go świa­ta.

 

Ali­cja Maj­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wspólnota z krypty

W czwart­ko­wy wie­czór oczy mło­dych pło­cian zwra­ca­ją się ku 50-me­tro­wej ko­ściel­nej wie­ży gó­ru­ją­cej nad mia­stecz­kiem. Wy­zna­cza ona miej­sce spo­tka­nia Ora­to­rium Prze­mie­nie­nia.

W za­byt­ko­wym ko­ście­le

Pło­ty to czte­ro­ty­sięcz­ne mia­stecz­ko w wo­je­wódz­twie za­chod­nio­po­mor­skim, po­ło­żo­ne 15 km od Gry­fic. W swo­jej 740-let­niej hi­sto­rii prze­cho­dzi­ło z rąk do rąk po­mor­skich ro­dów szla­chec­kich, by po II woj­nie świa­to­wej zna­leźć się w gra­ni­cach Pol­ski. Pa­miąt­ką po hi­sto­rii mia­sta są m.in. dwa zam­ki. Oprócz te­go je­den z wła­ści­cie­li, hra­bia Ka­rol von Osten, ufun­do­wał ko­ściół dla wspól­no­ty ewan­ge­lic­kiej, któ­ry obec­nie jest ka­to­lic­ką świą­ty­nią pod we­zwa­niem Prze­mie­nie­nia Pań­skie­go. Kryp­ta te­go ko­ścio­ła sta­ła się miej­scem spo­tkań mło­dych z Pło­tów i oko­li­cy. Ja­ko że in­ną na­zwą miej­sca mo­dli­twy jest ora­to­rium, two­rzą­ca się wspól­no­ta ob­ra­ła na­zwę Ora­to­rium Prze­mie­nie­nia.

Chry­stu­sow­cy dla mło­dzie­ży

Opie­kę du­cho­wą nad mło­dzie­żą spra­wu­je obec­nie Chry­stu­so­wiec, ks. Ma­te­usz Szle­ger SChr.

Je­go zgro­ma­dze­nie jest tu­taj od 1945 r. Na proś­bę wzra­sta­ją­cej licz­by ka­to­li­ków osie­dla­ją­cych się w Gry­fi­cach i Pło­tach ów­cze­sny Pry­mas Pol­ski Au­gust Hlond przy­słał do opie­ki ka­pła­nów z za­ło­żo­ne­go przez sie­bie kil­ka­na­ście lat wcze­śniej To­wa­rzy­stwa Chry­stu­so­we­go. W Pol­sce zgro­ma­dze­nie to jest ko­ja­rzo­ne z wy­da­wa­niem dwu­mie­sięcz­ni­ka „Mi­łuj­cie się!” oraz za­ini­cjo­wa­niem dzia­łal­no­ści Ru­chu Czy­stych Serc. Jed­nak szcze­gól­ną mi­sją księ­ży oraz sióstr z żeń­skiej ga­łę­zi – Zgro­ma­dze­nia Mi­sjo­na­rek Chry­stu­sa Kró­la – jest du­cho­wa opie­ka nad Po­la­ka­mi miesz­ka­ją­cy­mi po­za gra­ni­ca­mi na­sze­go kra­ju.

– Z tych oko­lic bar­dzo du­żo lu­dzi wy­jeż­dża na dłu­gi okres za gra­ni­cę – mó­wi o obec­nej sy­tu­acji w Pło­tach ks. Ma­te­usz. – Dla tych, któ­rzy znaj­du­ją tam ja­kieś pla­ców­ki, gdzie po­słu­gu­ją chry­stu­sow­cy czy sio­stry mi­sjo­nar­ki wcze­śniej­szy do­bry kon­takt ze zgro­ma­dze­niem da­je po­nie­kąd po­czu­cie do­mu – do­da­je. Zda­niem ks. Ma­te­usza pra­ca z mło­dzie­żą ma jesz­cze je­den waż­ny wy­miar: „Trze­ba mieć za­sób no­wych po­wo­łań, by pójść i gło­sić Ewan­ge­lię tak­że Po­la­kom za gra­ni­ca­mi na­szej Oj­czy­zny”.

Wspar­cie scho­li

Wspól­no­tę Ora­to­rium Prze­mie­nie­nia za­si­la­ją przede wszyst­kim człon­ko­wie scho­li mło­dzie­żo­wej, któ­ra ist­nia­ła tu już wcze­śniej. Do 12-oso­bo­wej gru­py mu­zycz­nej na­le­ży mło­dzież i stu­den­ci. Pie­śniom akom­pa­niu­je gi­ta­ra, flet lub sak­so­fon. Sta­łym punk­tem w ich ka­len­da­rzu jest opra­wa mu­zycz­na co­nie­dziel­nej wie­czor­nej Mszy św. dla mło­dzie­ży. Pro­wa­dzą rów­nież śpiew i uwiel­bie­nie w cza­sie czwart­ko­wych ad­o­ra­cji Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu w ra­mach spo­tkań Ora­to­rium.

Miej­sce mo­dli­twy

Na­zwa wspól­no­ty bez­po­śred­nio wska­zu­je na to, co jest dla niej naj­waż­niej­sze – na mo­dli­twę. Jed­nak jak za­pew­nia dusz­pa­sterz: „Tam mo­dli­twa nie mo­że trwać za dłu­go, ma da­wać po­czu­cie »szko­da, że już ko­niec« – ma­my tu do czy­nie­nia z mło­dy­mi ludź­mi, któ­rzy nie­ko­niecz­nie przy­szli, by trwać na mo­dli­twie, ale by się spo­tkać”.

Dla­te­go też po czę­ści mo­dli­tew­nej na­stę­pu­je nie­co luź­niej­sza – czas na wspól­ne gry plan­szo­we czy choć­by „Pań­stwa Mia­sta”. W cią­gu ty­go­dnia do kon­tak­tu słu­ży mło­dym Mes­sen­ger w por­ta­lu Fa­ce­bo­ok. To za je­go po­mo­cą uma­wia­ją się na spo­tka­nia in­te­gra­cyj­ne czy spon­ta­nicz­ny wy­pad nad mo­rze.

Za­py­ta­ny o plan na naj­bliż­szy rok ks. Ma­te­usz od­po­wia­da, że chciał­by, by wspól­no­ta się po­więk­szy­ła. – Za­wsze moż­na do nas do­łą­czyć, je­ste­śmy otwar­ci na wszyst­kich mło­dych, któ­rzy chcą wspól­nie przy­bli­żyć się do Pa­na Je­zu­sa, po­znać sie­bie i in­nych, mo­że i no­wych przy­ja­ciół – za­pew­nia dusz­pa­sterz.

 

Ka­ro­li­na Plu­ta

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Księżniczka Disneya i jej aborcja

Plan­ned Pa­ren­tho­od („Pla­no­wa­ne ro­dzi­ciel­stwo”), czy­li naj­więk­sza sieć kli­nik abor­cyj­nych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, opu­bli­ko­wa­ła na Twit­te­rze wpis, któ­ry od­bił się sze­ro­kim echem: „Po­trze­bu­je­my księż­nicz­ki Di­sneya, któ­ra mia­ła abor­cję, Po­trze­bu­je­my księż­nicz­ki Di­sneya, któ­ra jest za wy­bo­rem. Po­trze­bu­je­my księż­nicz­ki Di­sneya, któ­ra jest trans­sek­su­al­na”.

Ce­lem twe­eta by­ło stwier­dze­nie, że na­wet baj­ki dzie­cię­ce po­win­ny po­ka­zy­wać abor­cję czy trans­sek­su­alizm, ja­ko coś nor­mal­ne­go. Au­to­rzy wpi­su nie wie­dzie­li jed­nak, ja­kiej od­po­wie­dzi się do­cze­ka­ją. Na Fa­ce­bo­oku De­an­ny Fal­cho­ok po­ja­wił się jej tekst za­ty­tu­ło­wa­ny „By­łam księż­nicz­ką Di­sneya i mia­łam abor­cję”. Zo­stał udo­stęp­nio­ny ty­sią­ce ra­zy i prze­dru­ko­wa­ny na wie­lu por­ta­lach.

Księż­nicz­ka Di­sneya do­ko­nu­je abor­cji

Był rok 1981. De­an­na pra­co­wa­ła w Di­sney­worl­dzie ja­ko pio­sen­kar­ka i tan­cer­ka. Każ­de­go dnia uczest­ni­czy­ła w pię­ciu przed­sta­wie­niach, gra­jąc Kop­ciusz­ka al­bo Bel­lę z Pięk­nej i Be­stii, tań­czą­cą na tle baj­ko­we­go zam­ku. Lu­bi­ła swo­ją pra­cę, wie­lu od­wie­dza­ją­cych pa­trzy­ło na nią z po­dzi­wem, a dzie­ci jej za­zdro­ści­ły. W wie­ku osiem­na­stu lat za­szła w cią­żę. Wie­dzia­ła, że uro­dze­nie dziec­ka bę­dzie mu­sia­ło ozna­czać re­zy­gna­cję z pra­cy i do­brze za­po­wia­da­ją­cej się ka­rie­ry. Nie mia­ła wie­le cza­su na de­cy­zję – brzuch szyb­ko się po­więk­szał, a księż­nicz­ka Di­sneya nie po­win­na prze­cież wy­glą­dać na cię­żar­ną. De­an­na nie po­wie­dzia­ła nic swo­im sze­fom, uzna­ła, że z „pro­ble­mem” mu­si so­bie po­ra­dzić sa­ma. Do­ko­na­ła abor­cji my­śląc, że te­raz wszyst­ko bę­dzie jak daw­niej. Nie mo­gła bar­dziej się my­lić.

Tyl­ko dzię­ki Bo­żej Ła­sce...

Ko­lej­ne dni by­ły dla niej nie­usta­ją­cą wal­ką z wy­rzu­ta­mi su­mie­nia. Na­dal tań­czy­ła przed zam­kiem i śpie­wa­ła pio­sen­ki o ma­rze­niach, któ­re się speł­nia­ją, ale w jej gło­wie kłę­bi­ły się naj­czar­niej­sze my­śli. W koń­cu zre­zy­gno­wa­ła z pra­cy, bo uda­wa­nie ra­do­snej księż­nicz­ki oka­za­ło się czymś po­nad jej si­ły. To był czas, w któ­rym sa­ma chcia­ła umrzeć.

Uzdro­wie­nie i prze­ba­cze­nie zna­la­zła do­pie­ro dzię­ki wie­rze w Bo­ga i Je­go mi­ło­sier­dzie. „Tyl­ko dzię­ki Bo­żej ła­sce cie­szę się te­raz tak wspa­nia­łym ży­ciem” – pi­sze De­an­na. Po­ślu­bi­ła męż­czy­znę, któ­re­go na­zy­wa „swo­im księ­ciem”. Uro­dzi­ła cór­kę i sy­na. A po­tem ad­op­to­wa­ła jesz­cze pię­cio­ro ko­lej­nych dzie­ci. Trzy dziew­czyn­ki po­cho­dzą z Etio­pii, a ich ro­dzi­ce zmar­li na AIDS. Ko­lej­na dziew­czyn­ka z Gwa­te­ma­li, a jej imię Ma­tea zna­czy „dar od Bo­ga”. De­an­na na­zy­wa je swo­imi księż­nicz­ka­mi. Na­to­miast chło­piec Alec po­cho­dzi z Ukra­iny – tra­fił do sie­ro­ciń­ca ja­ko „ka­le­ka”.

Abor­cja nie da­je si­ły

De­an­na pra­cu­je nad książ­ką o Kop­ciusz­ku i praw­dzi­wym zna­cze­niu tej hi­sto­rii. Pod­kre­śla, że opo­wieść o ta­kiej księż­nicz­ce mo­że da­wać si­łę dziew­czy­nom, któ­rych war­tość nie jest do­ce­nia­na; tym wy­śmie­wa­nym i po­ni­ża­nym, któ­re nie wie­rzą, że za­słu­gu­ją na to, co naj­pięk­niej­sze. Chrze­ści­jan­ki wie­rzą, że ich Oj­cem jest wszech­mo­gą­cy Bóg, Król wszech­świa­ta, a więc po­win­ny za­wsze czuć się księż­nicz­ka­mi.

Abor­cja nie da­je si­ły. Być mo­że Plan­ned Pa­ren­tho­od chce na­pi­sać na no­wo hi­sto­rie księż­ni­czek, po­nie­waż hi­sto­rie złych cza­row­nic zaj­mu­ją­cych się za­bi­ja­niem pięk­nych księż­ni­czek zo­sta­ły już opo­wie­dzia­ne” – pi­sze De­ana.

Cóż, au­to­rzy twe­eta, któ­ry wzbu­dził ty­le emo­cji, za­pew­ne nie przy­pusz­cza­li, że znaj­dą księż­nicz­kę Di­sneya, któ­ra rze­czy­wi­ście do­ko­na­ła abor­cji, ale za­miast się z te­go cie­szyć – sta­je po stro­nie ży­cia.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Duch sprawia

O tym, że bez Du­cha Świę­te­go je­ste­śmy jak… ate­iści z o. Re­mi­giu­szem Re­cła­wem SJ, dusz­pa­ste­rzem wspól­not cha­ry­zma­tycz­nych Moc­ni w Du­chu oraz Zwia­sto­wa­nie, roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz.

W Bi­blii Duch Świę­ty przed­sta­wia­ny jest ja­ko Po­cie­szy­ciel, Duch Praw­dy, ogień, wo­da, wiatr... Któ­re wy­obra­że­nie jest Oj­cu naj­bliż­sze i dla­cze­go?

– Tchnie­nie, któ­re ko­ja­rzy się z wia­trem. Czę­sto do­świad­czam te­go w cza­sie oso­bi­stej mo­dli­twy. Duch Świę­ty wy­peł­nia mnie przez tchnie­nie. Bli­ski mi jest rów­nież Duch Po­cie­szy­ciel, dla­te­go że w ten spo­sób przy­cho­dzi moc Bo­ża – ja­ko moc Sło­wa. On jest Tym, któ­ry mnie pod­no­si w tru­dzie.

Czy do­świad­cza­nie Du­cha Świę­te­go jest nam po­trzeb­ne na co dzień?

– Bez do­świad­cze­nia Du­cha Świę­te­go wia­ra jest mar­twa. Moż­na być ate­istą i się mo­dlić, wy­po­wia­dać sło­wa, któ­re nie prze­ni­ka­ją do ser­ca. Aby mo­dli­twa by­ła sku­tecz­na, ko­niecz­na jest obec­ność Du­cha. On jest nie­zbęd­ny. To nie jest tyl­ko ja­kaś do­dat­ko­wa opcja.

Tym­cza­sem Duch Świę­ty ja­ko Trze­cia Oso­ba Bo­ska jest naj­bar­dziej ta­jem­ni­czy i nie­zna­ny. Z cze­go to wy­ni­ka?

– Ewan­ge­lia mó­wi o Je­zu­sie. Na­sza po­boż­ność jest chry­sto­cen­trycz­na (skon­cen­tro­wa­na na Chry­stu­sie), ewen­tu­al­nie ma­rio­lo­gicz­na (sku­pia­ją­ca się na Mat­ce Bo­żej). Do­świad­cze­nie Bo­ga Oj­ca rów­nież jest sła­be, ale dzię­ki mo­dli­twie „Oj­cze nasz” jest obec­ne w na­szej po­boż­no­ści. Obec­ność Du­cha Świę­te­go to czas po Ewan­ge­lii. To, że trud­no nam so­bie na­wet wy­obra­zić Du­cha Świę­te­go, wy­ni­ka z te­go, że On nie jest opi­sa­ny bez­po­śred­nio. Oczy­wi­ście są mo­men­ty, w któ­rych jest wspo­mi­na­ny, np. przy­szedł w cza­sie zwia­sto­wa­nia, zstą­pił na Ma­ry­ję czy na Apo­sto­łów w Wie­czer­ni­ku, jed­nak Ewan­ge­lia nie jest o Du­chu Świę­tym, ale o Je­zu­sie.

Św. Pa­weł pi­sze o da­rach i owo­cach Du­cha Świę­te­go. Jak otwo­rzyć się na te szcze­gól­ne ła­ski?

– Otwar­tość na ła­ski jest zwią­za­na z od­da­niem się. Je­stem go­to­wy ro­bić rze­czy, któ­re mnie prze­kra­cza­ją i któ­re bę­dą dla mnie w da­nym mo­men­cie nie­zro­zu­mia­łe. Otwo­rzę usta do ko­goś, cho­ciaż nie wi­dzę w tym sen­su. A po­tem się oka­zu­je, że te sło­wa go pod­nio­sły, ura­to­wa­ły mał­żeń­stwo, prze­mie­ni­ły ser­ce. Duch spra­wia, że są uzdro­wie­nia, uwol­nie­nia, od­bu­do­wa­ne re­la­cje. Z na­szej stro­ny po­trze­ba tyl­ko otwar­to­ści: po­słu­guj się mną. A to ozna­cza, że ja zro­bię wszyst­ko, co On w da­nym mo­men­cie po­wie. Nie otrzy­ma­my Du­cha Świę­te­go np. przez li­ta­nię, tyl­ko przez otwar­tość. I tu do­cho­dzi­my do ko­lej­nej kwe­stii, ja­ką jest ro­ze­zna­wa­nie. Nie wszyst­ko, co ma­my w gło­wie, po­cho­dzi od Bo­ga. Są tak­że na­sze ludz­kie róż­ne wy­obra­że­nia al­bo po­ku­sy. Trze­ba się uczyć gło­su Bo­ga, że­by umieć go roz­po­zna­wać. A póź­niej to we­ry­fi­ko­wać, opo­wia­dać o tym na spo­wie­dzi al­bo kie­row­ni­ko­wi du­cho­we­mu.

Z Du­chem Świę­tym ko­ja­rzy się też ta­kie ta­jem­ni­cze sło­wo: cha­ry­zmat.

– Bóg da­je nam cha­ry­zmat w da­nym mo­men­cie po to, aby w Je­go mo­cy coś ro­bić. Dar jest czymś, co moż­na po­sia­dać, np. dar ra­do­ści al­bo umia­ru. Cha­ry­zmat otrzy­mu­ję w da­nej chwi­li do kon­kret­ne­go dzia­ła­nia. Mo­że być da­wa­ny wie­lo­krot­nie, ale za każ­dym ra­zem trze­ba pa­trzeć na nie­go na no­wo. Ktoś ma cha­ry­zmat pro­roc­twa, ale to nie zna­czy, że każ­de sło­wo, któ­re po­wie, bę­dzie pro­ro­cze.

Czy miał Oj­ciec w ży­ciu do­świad­cze­nie Du­cha Świę­te­go, któ­re szcze­gól­nie za­pa­mię­tał?

– Nie chcę po­wie­dzieć: co­dzien­nie, ale ono jest pra­wie co­dzien­nie. Nie­daw­no pro­wa­dzi­łem pod­czas re­ko­lek­cji ad­o­ra­cje mał­żeń­skie. Ob­ser­wo­wa­łem, jak lu­dzie się prze­mie­nia­li, słu­cha­łem te­go, co mó­wi­li po mo­dli­twie – je­stem prze­ko­na­ny, że to jest dzia­ła­nie mo­cy Bo­żej, czy­li Du­cha Świę­te­go. Do­świad­czam te­go nie­ustan­nie i na­ma­cal­nie. Prze­mia­na ser­ca to dzia­ła­nie Du­cha Świę­te­go.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.