23 głosy za życiem

Po­ja­wił się no­wy po­mysł, by po­łą­czyć du­cha pro-li­fe z obo­wiąz­ka­mi na uczel­ni. W kwiet­niu roz­strzy­gnię­to pierw­szą edy­cję kon­kur­su na pra­ce ma­gi­ster­skie i li­cen­cjac­kie pro-li­fe. Or­ga­ni­za­to­rem by­ło Pol­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Obroń­ców Ży­cia Czło­wie­ka. Wpły­nę­ły dwa­dzie­ścia trzy pra­ce.

I na­gro­da za pra­cę ma­gi­ster­ską: Pro­blem dzie­cio­bój­stwa na te­re­nie wo­je­wódz­twa ślą­skie­go Iwo­na Stro­ka: Je­stem ab­sol­went­ką Uni­wer­sy­te­tu Ślą­skie­go na kie­run­kach: pe­da­go­gi­ka opie­kuń­czo-wy­cho­waw­cza oraz pe­da­go­gi­ka re­so­cja­li­za­cyj­na z pro­fi­lak­ty­ką spo­łecz­ną. Po­sta­no­wi­łam zba­dać pro­blem dzie­cio­bój­stwa na te­re­nie wo­je­wódz­twa ślą­skie­go. Wy­da­wa­ło mi się, że prze­stęp­stwo dzie­cio­bój­stwa do­ty­czy za­bój­stwa dziec­ka do 18. ro­ku ży­cia. Gdy za­czę­łam wgłę­biać się w kwa­li­fi­ka­cję praw­ną, oka­za­ło się, że o dzie­cio­bój­stwie w uję­ciu ko­dek­su kar­ne­go mo­że­my mó­wić tyl­ko wte­dy, gdy mat­ka za­bi­je dziec­ko w okre­sie po­ro­du pod wpły­wem je­go prze­bie­gu (art. 149 KK).

foto_01-03_12-2017

II na­gro­da za pra­cę li­cen­cjac­ką: Lob­bing abor­cyj­ny w pol­skich me­diach Do­mi­nik Cwi­kła: Te­mat wy­bra­łem z prze­ko­ry. Obro­ną ży­cia za­czą­łem się in­te­re­so­wać w li­ceum. Na stu­diach dzia­ła­łem w aka­de­mic­kim Ru­chu Obro­ny Ży­cia WSK­SiM. Co­raz gło­śniej wte­dy mó­wio­no o ak­cjach Fun­da­cji Pro – Pra­wo do Ży­cia, któ­ra zbie­ra­ła pod­pi­sy pod pro­jek­tem usta­wy chro­nią­cej ży­cie i po­ka­zy­wa­ła zdję­cia, jak fak­tycz­nie wy­glą­da abor­cja. Uzna­łem, że do­brze by by­ło przed­sta­wić w pra­cy i przy oka­zji sa­me­mu się do­wie­dzieć, jak wy­glą­da kwe­stia abor­cji w me­diach. W dzia­ła­nia pro-li­fe an­ga­żo­wa­łem się, dzia­ła­jąc w ROŻ oraz zbie­ra­jąc pod­pi­sy pod pro­jek­ta­mi pro-li­fe. Obec­nie po­ru­szam ten te­mat na ła­mach mo­je­go por­ta­lu Kontrrewolucja.net. Pod­pi­su­ję wszyst­kie pe­ty­cje i pro­jek­ty, do­ty­czą­ce obro­ny ży­cia.

Wy­róż­nie­nie za pra­cę li­cen­cjac­ką: Ro­la Te­re­sy Strzem­bosz w hi­sto­rii i roz­wo­ju do­mów sa­mot­nej mat­ki w Pol­sce Alek­san­dra Strze­lec­ka: W pra­cy przy­bli­ży­łam po­stać Te­re­sy Strzem­bosz, jej świa­dec­two i dzia­łal­ność. Te­re­sa an­ga­żo­wa­ła się w po­moc sa­mot­nym mat­kom i dziew­czy­nom, któ­re w War­sza­wie zo­sta­wa­ły pro­sty­tut­ka­mi. Po­śred­ni­czy­ła w ad­op­cjach dzie­ci. Przy­czy­ni­ła się do roz­wo­ju po­rad­nic­twa ro­dzin­ne­go. Po­świę­ci­ła się pra­cy z kard. Wy­szyń­skim i służ­bie ży­ciu. Pró­bu­ję dzie­lić się tym te­ma­tem z in­ny­mi i tym sa­mym włą­czać się w dzia­ła­nia pro-li­fe. Z Te­re­są Strzem­bosz ze­tknę­łam się przed pod­ję­ciem stu­diów. Bar­dzo mnie za­in­spi­ro­wa­ła. Chcia­łam do­tknąć te­go te­ma­tu, pó­ki jesz­cze ży­ją oso­by, któ­re ją zna­ły.

Wy­róż­nie­nie za pra­cę ma­gi­ster­ską: Abor­cja – do­bro czy zło dla pło­du z wa­dą wro­dzo­ną? Ana­li­za na pod­sta­wie ka­zu­su R.R. prze­ciw­ko Pol­sce Ka­ta­rzy­na Wa­li­czek: Za­ję­łam się pro­ble­mem oce­ny etycz­nej abor­cji eu­ge­nicz­nej z punk­tu wi­dze­nia do­bra pło­du. Sa­ma przy­szłam na świat z ze­spo­łem ge­ne­tycz­nym. Ze­spół Tur­ne­ra jest zwią­za­ny z bra­kiem lub uszko­dze­niem jed­ne­go z chro­mo­so­mów X u ko­bie­ty. Ob­ja­wia się pro­ble­ma­mi hor­mo­nal­ny­mi i wa­da­mi na­rzą­dów we­wnętrz­nych. Cha­rak­te­ry­stycz­ne dla ze­spo­łu Tur­ne­ra są: ni­ski wzrost, bez­płod­ność, pro­ble­my z ser­cem, ner­ka­mi, tar­czy­cą, ukła­dem kost­nym. W prak­ty­ce, ży­cie ko­biet z ZT wy­glą­da zwy­czaj­nie. Dziew­czy­ny koń­czą stu­dia i za­kła­da­ją ro­dzi­ny. Mi­mo wszyst­ko twier­dzi się, że to ży­cie jest niż­szej ja­ko­ści i do­pusz­cza się abor­cje w przy­pad­ku stwier­dze­nia u pło­du tej wa­dy ge­ne­tycz­nej.

 

Aga­ta Goł­da

 

Ter­min nad­sy­ła­nia prac do dru­giej edy­cji kon­kur­su mi­ja 31 paź­dzier­ni­ka 2017 ro­ku. Wię­cej: www.pro-life.pl

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Jak górnik na przodku

To by­ła nie­zwy­kła po­dróż – w cza­sie i prze­strze­ni. Wra­że­nia nie­sa­mo­wi­te. By po­czuć at­mos­fe­rę ko­pal­ni i pra­cy gór­ni­ków – wy­star­czy wi­zy­ta w Wie­licz­ce i przej­ście Tra­są Gór­ni­czą. By­łam. Po­le­cam.

Za­nim prze­wod­nik za­brał nas pod zie­mię, mu­sie­li­śmy po­brać od­po­wied­ni sprzęt: kom­bi­ne­zon, lam­pę gór­ni­czą, hełm i po­chła­niacz. Przy­znam, nie by­ło to ła­twe, ale ja­koś uda­ło nam się to za­ło­żyć. Tem­pe­ra­tu­ra w ko­pal­ni wa­ha się mię­dzy 14. a 16. stop­ni C, dla­te­go war­to na ta­ką wy­ciecz­kę od­po­wied­nio się ubrać. Po­tem od­by­ło się szko­le­nie: jak ko­rzy­stać z po­chła­nia­cza tlen­ku wę­gla oraz lam­py gór­ni­czej. Wresz­cie, od­po­wied­nio wy­po­sa­że­ni – zgod­nie z pra­wem gór­ni­czym – mo­gli­śmy roz­po­cząć na­szą przy­go­dę. Bez tłu­mów i mu­ze­al­nych eks­po­na­tów, za to pod okiem do­świad­czo­ne­go przo­dow­ni­ka – gór­ni­ka, któ­ry w ko­pal­ni spę­dził kil­ka­dzie­siąt lat ży­cia. Pan Wie­sław za­dbał, by zwie­dza­nie w ni­czym nie przy­po­mi­na­ło te­go, ja­kie zna­łam do tej po­ry... Emo­cje gwa­ran­to­wa­ne.

foto_01-02_12-2017

Ko­ry­ta­rze, dra­bi­ny i de­to­na­cja

Wraz z prze­wod­ni­kiem wsie­dli­śmy do win­dy, usły­sze­li­śmy na po­że­gna­nie tra­dy­cyj­ne „Szczęść Bo­że” i zje­cha­li­śmy 57 me­trów w dół naj­star­szym w Wie­licz­ce szy­bem Re­gis. Na­sza gru­pa nie­do­świad­czo­nych śle­prów (po­cząt­ku­ją­cych w za­wo­dzie gór­ni­ka) otrzy­my­wa­ła na tra­sie róż­no­rod­ne za­da­nia do wy­ko­na­nia: mu­si­my wy­ty­czyć tra­sę przy po­mo­cy ma­py gór­ni­czej, zmie­rzyć po­ziom me­ta­nu i ruch gó­ro­two­ru, upleść li­nę i spe­cjal­nym tłucz­kiem roz­kru­szyć bry­ły so­li. Przez trzy go­dzi­ny wę­drów­ki cze­ka­ło na nas wie­le wy­zwań i – wierz­cie mi – nie by­ło pro­sto. Prze­dzie­ra­li­śmy się przez cia­sne chod­ni­ki, pi­ło­wa­li­śmy gru­by drew­nia­ny bal, wę­dro­wa­li­śmy dłu­gi­mi ko­ry­ta­rza­mi. W za­byt­ko­wej ka­pli­cy prze­wod­nik po­le­cił, aby­śmy wy­łą­czy­li gór­ni­cze lamp­ki. Za­pa­dła to­tal­na ciem­ność. Przo­do­wy opo­wie­dział nam, jak kie­dyś pod­czas pra­cy miał awa­rię lamp­ki. Mu­siał sie­dzieć w ko­mo­rze i cze­kać na ko­le­gów.

Naj­wię­cej emo­cji wzbu­dzi­ła kon­tro­lo­wa­na de­to­na­cja. Pod­czas wy­bu­chu po­czu­li­śmy, jak za­trząsł się nie­rów­ny sol­ny spąg, usły­sze­li­śmy gło­śny wy­buch i ośle­pił nas blask.

Za­pach so­li i kieł­ba­sa

Czas zwie­dza­nia mi­nął jak krót­ka chwi­la. Dro­gę oświe­tla­li­śmy so­bie lam­pą gór­ni­czą. Że­by wejść do wy­ro­bisk, trze­ba by­ło al­bo czoł­gać się w wą­skich przej­ściach, al­bo wcho­dzić po sta­rych, roz­ko­ły­sa­nych dra­bi­nach. Czu­li­śmy za­pach so­li, chłód i wil­goć ko­pal­ni. Zo­ba­czy­li­śmy po­go­rze­li­sko po dra­ma­tycz­nym po­ża­rze ko­pal­ni w XVII w., któ­ry trwał kil­ka mie­się­cy. W pod­zie­miach za­cho­wa­ły się nad­pa­lo­ne stro­py. Ogrom­ne wra­że­nie zro­bił na nas wi­dok prze­pięk­nej ko­mo­ry, któ­rą po­dzi­wia­li­śmy, sto­jąc na... szkla­nej pół­ce. Zo­ba­czy­li­śmy rów­nież kie­rat sa­ski – ma­szy­nę słu­żą­cą do wy­do­by­wa­nia so­li na po­wierzch­nię. Prze­wod­nik po­ka­zał nam ru­cho­mą ma­kie­tę, w któ­rej wę­dro­wa­ły drew­nia­ne ko­nie. W jed­nej z ko­mór – Go­spo­dzie – mie­li­śmy wra­że­nie, że gór­ni­cy do­pie­ro co wsta­li od sto­łu po po­sił­ku, by udać się do pra­cy, po­zo­sta­wia­jąc nie­do­je­dzo­ną kieł­ba­sę, ser i ogór­ki. Cóż z te­go, że z gip­su...

Każ­dy, kto zwie­dzi Tra­sę Gór­ni­czą, mo­że prze­ko­nać się, jak wy­glą­da pra­ca w ko­pal­ni i zo­ba­czyć ory­gi­nal­ne zło­ża sol­ne.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Rok 2117 Świat komputerów i robotów

Po­bud­ka. Oli­wio, punk­tu­al­nie o siód­mej czter­dzie­ści pięć ma­szy­na do śnia­dań za­ser­wu­je to­sty z wo­do­ro­sta­mi i wi­ta­mi­no­wą ka­wę. O ósmej za­cznie się lek­cja ad­mi­ni­stra­cji sie­cio­wej, po­tem dwie go­dzi­ny teo­rii in­for­ma­cji, al­go­ryt­mi­ka i ar­chi­tek­tu­ra pro­ce­so­rów. Czter­na­sta – spa­cer z ro­dzi­ca­mi! Da­ne na ciąg dal­szy dnia prze­two­rzę póź­niej”. Oli­wia prze­cią­ga się, po czym za­kła­da srebr­ny uni­form, uszy­ty z od­por­nej na pla­my i za­gnie­ce­nia fo­lii. Kom­pu­ter po­ko­jo­wy nie da jej spo­ko­ju, a tyl­ko ro­dzi­ce zna­ją kod, któ­ry mógł­by go wy­łą­czyć. Ma­szy­na prze­ję­ła ich funk­cje. Po­noć jesz­cze ja­kieś sto lat te­mu to ro­dzi­ce bu­dzi­li dzie­ci, przy­go­to­wy­wa­li i po­da­wa­li im śnia­da­nia. Wspól­ne po­sił­ki i roz­mo­wa by­ły na po­rząd­ku dzien­nym. Te­raz nad­rzęd­ną ro­lę w ży­ciu czło­wie­ka peł­nią me­cha­ni­zmy elek­tro­nicz­ne! Oli­wia zja­da śnia­da­nie ze sma­kiem (ro­bo­ty do po­sił­ków za­pro­gra­mo­wa­ne są per­fek­cyj­nie). Na czas lą­du­je przed lap­to­pem lek­cyj­nym. Wir­tu­al­na komp-na­uczy­ciel­ka wi­ta kla­sę z ekra­nu. Ucznio­wie są re­al­ni, ale wi­du­ją się tyl­ko na mo­ni­to­rze kom­pu­te­ra. Kom­pu­ter na­czel­ny za­bra­nia re­la­cji mię­dzy­ludz­kich, któ­re od­ry­wa­ją od na­uki i pra­cy. Uzna­je tyl­ko te, któ­re są nie­zbęd­ne do prze­dłu­że­nia ga­tun­ku – ro­dzin­ne. Ale sku­tecz­nie dba o to, by lu­dzie za­po­mnie­li o uczu­ciach.

foto_01-01_12-2017

Lek­cje się skoń­czy­ły. Czas na spa­cer z ma­mą i ta­tą. Oliw­ka za­wsze po lek­cjach spo­ty­ka się z ni­mi na kil­ka mi­nut w le­sie. Wir­tu­al­nym! Ostat­nie drze­wo na ziem­skim glo­bie znik­nę­ło w 2089 ro­ku. Uni­ce­stwi­ły je za­nie­czysz­cze­nia śro­do­wi­ska. Zza okien czę­ścio­wo opusz­czo­ne­go blo­ko­wi­ska, w któ­rym miesz­ka dziew­czy­na, wy­zie­ra in­du­strial­na rze­czy­wi­stość – do­mi­nu­je prze­my­sło­wa ar­chi­tek­tu­ra.

Cześć, jak mi­ja dzień?” – pi­sze na mes­sen­ge­rze ta­ta. „Du­żo na­uki” – od­po­wia­da Oliw­ka. Ich awa­ta­ry prze­su­wa­ją się le­śną ścież­ką. Jest bez­wietrz­nie, świe­ci słoń­ce. Do­łą­cza po­stać ma­my: „Jak po­stę­py w na­uce teo­rii in­for­ma­cji?”. Au­to­ma­tycz­na wy­mia­na zdań. Bez­przed­mio­to­wa kon­wer­sa­cja, po­zba­wio­na emo­cji. W świe­cie kom­pu­te­rów i ro­bo­tów lu­dzie upodob­nia­ją się do ma­szyn…

Po spa­ce­rze czas na obiad – stek wo­ło­wy ste­ry­li­zo­wa­ny pro­mie­nio­wa­niem jo­ni­zu­ją­cym. Na­stęp­nie za­ję­cia do­dat­ko­we: ta­niec i gra w te­ni­sa. Oczy­wi­ście przed Play Sta­tion! Po­ra na krót­ką prze­rwę. Wyj­ście na ze­wnątrz – ze wzglę­du na rze­ko­me ska­że­nie pro­mie­nio­twór­cze – jest su­ro­wo za­bro­nio­ne. Oli­wia prze­cha­dza się po miesz­ka­niu. Nad pa­ne­lem ste­ru­ją­cym oświe­tle­niem znaj­du­je wnę­kę, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie za­uwa­ży­ła. Wy­cią­ga z niej za­ku­rzo­ną księ­gę. Za­glą­da do środ­ka i wi­dzi zu­peł­nie nie­zna­ne zna­ki. Jak je roz­szy­fro­wać? Z po­mo­cą przy­cho­dzi In­ter­net. To pi­smo od­ręcz­ne! Oka­za­ło się, że zna­la­zła pa­mięt­nik pra­bab­ci z 2017 ro­ku! „Nie ma nic pięk­niej­sze­go, niż gdy mię­dzy dwoj­giem lu­dzi bu­du­je się więź. Mo­że mieć róż­ny prze­bieg. Ser­decz­ne sto­sun­ki opar­te na wza­jem­nej życz­li­wo­ści – to przy­jaźń. Ist­nie­je też mi­łość. Kto jej do­świad­czy, bę­dzie wie­dział, że bez niej nic nie ma sen­su”. W oczach Oli­wii po­ja­wia­ją się łzy. Od­czu­wa sil­ną po­trze­bę kon­tak­tu z ludź­mi. Prze­pi­su­je pa­mięt­nik do kom­pu­te­ra i wy­ko­rzy­stu­jąc po­nad­prze­cięt­ne umie­jęt­no­ści in­for­ma­tycz­ne, wy­sy­ła tekst pra­bab­ki do ko­le­gów i ko­le­ża­nek z kla­sy. Szyb­ko do­sta­je pierw­szą od­po­wiedź: „Mia­łem wra­że­nie, że sys­tem kła­mie, in­for­mu­jąc o cał­ko­wi­tym ska­że­niu śro­do­wi­ska, by cze­goś waż­ne­go nas po­zba­wić. Za­ry­zy­kuj­my spo­tka­nie w re­alu. Thom­son”. Oli­wia pierw­szy raz w ży­ciu się uśmie­cha...

 

Iwo­na Biń­czyc­ka-Ko­łacz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 12/2017

Jola Tęcza-Ćwierz

Kie­dy by­łam w czwar­tej lub pią­tej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej, mie­li­śmy za za­da­nie prze­czy­tać lek­tu­rę pt. Ucznio­wie Spar­ta­ku­sa. Nie zro­bi­łam te­go. Nie pa­mię­tam, czy książ­ka mnie nie za­in­te­re­so­wa­ła, nie by­ła do­stęp­na w bi­blio­te­ce, a mo­że zwy­czaj­nie – nie chcia­ło mi się jej prze­czy­tać. Po­lo­nist­ka rze­tel­nie spraw­dzi­ła po­ziom wie­dzy w na­szej kla­sie na te­mat przy­gód trzy­na­sto­let­nie­go Ka­lia­sa i... po­sy­pa­ły się dwó­je. Dla mnie to by­ła na­ucz­ka tak do­tkli­wa, że od tam­tej po­ry czy­ta­łam nie tyl­ko lek­tu­ry szkol­ne, ale do­słow­nie wszyst­ko, co mi wpa­dło w rę­ce. Być mo­że to kiep­ska mo­ty­wa­cja. Jed­nak dzię­ki tej dwói od­kry­łam świat ksią­żek. Wręcz uwiel­bia­łam da­wać się po­nieść zwro­tom ak­cji i spę­dza­łam ca­łe go­dzi­ny, dzie­ląc przy­go­dy z bo­ha­te­ra­mi. Obec­nie zda­rza mi się to dość rzad­ko. Czę­ściej się de­kon­cen­tru­ję, gu­bię wą­tek, coś nie po­zwa­la mi się sku­pić. Mo­że zbyt wie­le cza­su spę­dzam w sie­ci?

Ży­je­my w świe­cie, w któ­rym ota­cza nas ma­sa szcze­gó­ło­wych i ła­two do­stęp­nych in­for­ma­cji. Aby wie­dzieć, wy­star­czy mieć kom­pu­ter z do­stę­pem do in­ter­ne­tu. Tej wie­dzy jest tak du­żo, że nikt nie jest w sta­nie jej ska­ta­lo­go­wać ani przy­swo­ić. Sło­wo dru­ko­wa­ne jest in­ne. Dla mnie to prze­strzeń peł­na cie­pła i po­zy­tyw­nych emo­cji. Po­ma­ga od­po­cząć, za­sta­no­wić się, wy­ci­szyć. Nie umiem zre­lak­so­wać się przed kom­pu­te­rem. Mo­że dla­te­go, że zbyt­nio ko­ja­rzy mi się z pra­cą? 🙂

Świat wir­tu­al­ny jest cie­ka­wy, ku­szą­cy i wcią­ga, po­nie­waż stwa­rza wra­że­nie, że moż­na go kształ­to­wać we­dług wła­snych ma­rzeń i upodo­bań. Wy­bie­ram, co chcę i kie­dy chcę. Nikt mi ni­cze­go nie na­rzu­ca. Ale ta­ka rze­czy­wi­stość ma tak­że wa­dy. W tym nu­me­rze „Dro­gi” sta­ra­my się uświa­do­mić, że im czę­ściej ko­rzy­sta­my z in­ter­ne­tu, tym usil­niej mu­si­my wal­czyć o to, by sku­pić uwa­gę na dłuż­szych tek­stach. War­to zda­wać so­bie spra­wę z te­go, że sieć ma wie­le spo­so­bów na to, by od­cią­gnąć na­szą uwa­gę i czym ry­zy­ku­je­my, prze­sia­du­jąc go­dzi­na­mi przed kom­pu­te­rem. Wy­łą­cze­nie go na ja­kiś czas na rzecz spo­tka­nia ze zna­jo­my­mi (w re­alu!) lub się­gnię­cia po książ­kę z pew­no­ścią nie za­szko­dzi.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Przez morza i pustynie

Wszy­scy chy­ba sły­sze­li o gru­pie przy­ja­ciół, któ­ra prze­mie­rza świat ko­lo­ro­wym bu­si­kiem, od­wie­dza­jąc naj­pięk­niej­sze za­kąt­ki na­szej pla­ne­ty. Jak za­czę­ła się hi­sto­ria „Bu­sem przez świat”? Gru­pa stu­den­tów ku­pi­ła sta­re­go VW T3 i da­ła mu dru­gie ży­cie. Cho­ciaż bus był w opła­ka­nym sta­nie, eki­pa ob­ra­ła cel: Gi­bral­tar i Eu­ro­pa Za­chod­nia. W mie­siąc od­wie­dzi­li kil­ka­na­ście państw. Mie­li za­pał za­miast pie­nię­dzy, łą­kę za­miast łóż­ka i wiecz­nie psu­ją­cą się skrzy­nię bie­gów. Ucie­ka­li przed by­ka­mi i niedź­wie­dzia­mi, tra­fi­li do po­wie­ści Ste­phe­na Kin­ga, zo­sta­li aresz­to­wa­ni. Uda­ło im się wy­dać książ­kę pt. „Bu­sem przez świat. Wy­pra­wa pierw­sza”. Po­dró­żu­ją od po­nad sze­ściu lat ko­lo­ro­wym bu­si­kiem, od­wie­dzi­li 50 państw na pię­ciu kon­ty­nen­tach. Wa­ka­cje co­raz bli­żej, a eki­pa jest w trak­cie przy­go­to­wań do no­wej wy­pra­wy: „Bu­sem przez 3 Ame­ry­ki” i ma wol­ne miej­sca dla no­wych po­dróż­ni­ków. Nie cze­kaj­cie – speł­niaj­cie ma­rze­nia.

foto_01-03_11-2017

Pro­jekt 365

Ma na ce­lu fo­to­gra­ficz­ną do­ku­men­ta­cję zmian za­cho­dzą­cych w cią­gu ro­ku. Róż­ne ser­wi­sy in­ter­ne­to­we (np.„Flickr” czy„Tookapic”) da­ją ama­to­rom i pro­fe­sjo­na­li­stom za­da­nie, by każ­de­go dnia do­da­wać jed­no zdję­cie. Mo­że ono do­ty­czyć pa­sji, co­dzien­no­ści, dzia­łal­no­ści ar­ty­stycz­nej… Za­sa­dy są pro­ste: co­dzien­nie trze­ba do­dać jed­no zdję­cie, zro­bio­ne w tym dniu. Po za­koń­cze­niu pro­jek­tu gwa­ran­to­wa­ny roz­wój umie­jęt­no­ści, wspo­mnie­nia prze­cho­wa­ne w jed­nym miej­scu i sa­tys­fak­cja!

Hi­sto­ria Paw­ła – za­ło­ży­cie­la pol­skie­go od­po­wied­ni­ka In­sta­gra­ma, czy­li Toocapic’a – jest bar­dzo in­spi­ru­ją­ca. Pod­czas prze­pro­wadz­ki od­na­lazł sta­re­go Ca­no­na i po­sta­no­wił do­ku­men­to­wać no­wy etap w ży­ciu. O sprzę­cie wie­dział ty­le, że ro­bi zdję­cia. Po za­koń­cze­niu pro­jek­tu na wy­lot po­znał apa­rat i za­sa­dy fo­to­gra­fii. Oka­za­ło się, że przy­pad­ko­wy blog to nie jest do­bre miej­sce do te­go ty­pu przed­się­wzięć: bra­ko­wa­ło spo­łecz­no­ści, zro­zu­mie­nia, wspar­cia i mo­ty­wa­cji. W pierw­szym ro­ku w ser­wi­sie za­czę­to 740 pro­jek­tów, w trak­cie któ­rych użyt­kow­ni­cy do­da­li po­nad 28 tys. zdjęć. Po dwóch la­tach jest już 18 tys. użyt­kow­ni­ków i po­nad 170 tys. zdjęć.

To­oka­pic od po­cząt­ku był na­sta­wio­ny na mię­dzy­na­ro­do­we­go od­bior­cę. W pierw­szym ro­ku za­re­je­stro­wa­ły się oso­by ze… 184 kra­jów. Te­raz już 70 proc. użyt­kow­ni­ków to oso­by spo­za Pol­ski. Wia­do­mo, cel nie jest ła­twy. Pro­jekt koń­czy tyl­ko (al­bo aż) 9% użyt­kow­ni­ków. Ale je­śli szu­kasz no­we­go po­sta­no­wie­nia al­bo wy­zwa­nia – to bę­dzie do­bry strzał!

Z cze­go zna­my Ra­dom?

Ra­dom to mia­sto na pra­wach po­wia­tu w cen­tral­no- wschod­niej Pol­sce, w wo­je­wódz­twie ma­zo­wiec­kim, po­ło­żo­ne nad rze­ką Mlecz­ną. We­dług le­gen­dy „O srebr­no­pió­rym or­le i ra­dom­skim gro­dzie” pe­wien mło­dzie­niec tra­fił do pięk­nej, za­klę­tej wio­ski. Drze­wa, krze­wy i rze­ka szu­mia­ły, jak­by chcąc coś mu po­wie­dzieć. Ocza­ro­wa­ny po­wie­dział: „Rad dom bym tu­taj zbu­do­wał”. To od­cza­ro­wa­ło wio­skę. Jej miesz­kań­cy ugo­ści­li mło­dzień­ca, a w miej­scu spo­tka­nia wy­bu­do­wa­no gród „Ra­dom”. Czy wiesz, że to nie­wiel­kie pol­skie mia­sto ma po­wierzch­nię więk­szą niż sto­li­ca Fran­cji, mi­mo że na je­go te­re­nie miesz­ka 10 ra­zy mniej lu­dzi? Po­wierzch­nia Ra­do­mia wy­no­si 111,8 km2, na­to­miast Pa­ry­ża 105,4 km2.

 

oprac. Pa­weł Pi­wo­war­czyk

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Dokonałam aborcji. Proszę – nie dajcie się zwieść!

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy „Dro­gi”!

Nie­daw­no jesz­cze by­łam jed­ną z Was, by­łam w Wa­szym wie­ku!

Kie­dy się po­czę­łam, mo­ja ma­ma mia­ła 19 lat i nie by­ła za­męż­na. Mój ta­ta miał 20 lat. Ist­nia­ła jed­na rzecz, któ­rą wie­dzie­li obo­je: je­śli jest się w cią­ży, to po to, aby mo­gło się z niej na­ro­dzić dziec­ko. Po­bra­li się krót­ko po­tem.

Dwa­dzie­ścia lat póź­niej to ja by­łam nie­za­męż­ną, cię­żar­ną stu­dent­ką, roz­po­czy­na­ją­cą ko­lej­ny rok stu­diów. Ani ja, ani oj­ciec dziec­ka ani ra­zu nie po­my­śle­li­śmy o abor­cji. Ro­zu­mie­li­śmy, że jest się w cią­ży po to, aby uro­dzić dziec­ko. Wzię­li­śmy ślub i miesz­ka­li­śmy z ma­mą mo­je­go mę­ża do cza­su, aż skoń­czył się rok aka­de­mic­ki. Je­stem tak bar­dzo wdzięcz­na, że abor­cja nie by­ła wte­dy le­gal­na! Nie­wie­le związ­ków prze­trwa­ło ból, po­czu­cie wi­ny i wstyd z po­wo­du usu­nię­cia wła­sne­go dziec­ka.

foto_01-02_11-2017

Tro­je na­szych dzie­ci po­czę­ło się w prze­cią­gu trzech lat. Przy trze­cim z nich po­ród roz­po­czął się w siód­mym mie­sią­cu, a ma­leń­stwo by­ło jesz­cze bar­dzo nie­doj­rza­łe i zmar­ło te­go sa­me­go dnia. Pięć mie­się­cy po na­ro­dzi­nach czwar­te­go (pla­no­wa­ne­go) dziec­ka do­wie­dzie­li­śmy się, że spo­dzie­wa­my się pią­te­go.

Przed stycz­niem 1973 ro­ku, kie­dy to Sąd Naj­wyż­szy USA, w wy­ni­ku słyn­nej spra­wy Roe vs Wa­de, za­le­ga­li­zo­wał abor­cję, ni­gdy ta­kie roz­wią­za­nie nie przy­szło nam na myśl, ale po tym cza­sie słu­cha­li­śmy wraz z mę­żem wie­lu ar­gu­men­tów prze­my­słu abor­cyj­ne­go, zwłasz­cza kłam­stwa o tym, że „to jesz­cze nie jest dziec­ko”. W koń­cu mój mąż po­wie­dział, że w na­szej sy­tu­acji TO jest je­dy­ną rze­czą, ja­ką mo­że­my zro­bić. By­łam w ja­kiś spo­sób za­leż­na od te­go, co po­wie­dział. Czu­łam się słow­nie i emo­cjo­nal­nie na­kła­nia­na, że­by do­ko­nać abor­cji. Czu­łam, że nie mam wy­bo­ru.

Abor­cja, na któ­rą się zde­cy­do­wa­łam, znisz­czy­ła mo­je re­la­cje z dzieć­mi. Z po­wo­du ża­lu, wsty­du i wza­jem­ne­go ob­wi­nia­nia nie­mal znisz­czy­ła mo­je mał­żeń­stwo. Nie­wie­lu jest w sta­nie prze­trwać to wszyst­ko. My­ra Je­an My­ers

W kli­ni­ce abor­cyj­nej sie­ci Plan­ned Pa­ren­tho­od („Pla­no­wa­ne Ro­dzi­ciel­stwo”) nikt nie po­in­for­mo­wał mnie ani o roz­wo­ju dziec­ka w ło­nie mat­ki, ani o ry­zy­ku zdro­wot­nym zwią­za­nym z abor­cją. Pra­cow­nik po­wie­dział tyl­ko: „Je­śli po wszyst­kim bę­dziesz mia­ła ja­kiś pro­blem, mo­żesz zgło­sić się do na­sze­go do­radz­twa”. Za­sta­na­wia­łam się, dla­cze­go mia­ła­bym mieć ja­kiś pro­blem.

Noc przed abor­cją po­wie­dzia­łam gło­śno do Bo­ga: „Czy w tym, co ro­bię, jest co­kol­wiek złe­go? Prze­cież ten czło­wiek w kli­ni­ce po­wie­dział, że to na­wet jesz­cze nie jest ży­cie”. Ra­no za­dzwo­ni­ła pra­cow­ni­ca kli­ni­ki, mó­wiąc, że le­karz od­wo­łał za­bie­gi za­pla­no­wa­ne na dzi­siaj i spy­ta­ła mnie, co chcę zro­bić w tej sy­tu­acji. Za­po­mnia­łam o mo­im noc­nym py­ta­niu do Bo­ga, w ogó­le nie po­łą­czy­łam tych dwóch zda­rzeń, nie chcia­łam Go słu­chać. Mój mąż spy­tał, czy ko­lej­na so­bo­ta bę­dzie do­brym ter­mi­nem, a ja umó­wi­łam się na wi­zy­tę. W ten spo­sób sta­łam się od­po­wie­dzial­na za śmierć mo­je­go dziec­ka!

Pro­ce­du­ra abor­cyj­na jest sa­ma w so­bie nie­bez­piecz­na. Od­bie­ra ży­cie dziec­ku, ra­ni ko­bie­ty, męż­czyzn, ca­łe ro­dzi­ny. Abor­cja, na któ­rą się zde­cy­do­wa­łam, znisz­czy­ła mo­je re­la­cje z dzieć­mi. Z po­wo­du ża­lu, wsty­du i wza­jem­ne­go ob­wi­nia­nia nie­mal znisz­czy­ła mo­je mał­żeń­stwo. Nie­wie­lu jest w sta­nie prze­trwać to wszyst­ko. Abor­cja znisz­czy­ła też mo­je zdro­wie fi­zycz­ne i do­pro­wa­dzi­ła do pro­ble­mów hor­mo­nal­nych.

Abor­cja nie jest roz­wią­za­niem. Nie jest bez­piecz­na. Nie jest do­bra dla ko­biet, męż­czyzn, dzie­ci, ro­dzin. W USA, gdzie miesz­kam, co­dzien­nie gi­nie w wy­ni­ku tej pro­ce­du­ry ty­le osób, ile zgi­nę­ło 11 wrze­śnia 2001 r. w ata­ku ter­ro­ry­stycz­nym na World Tra­de Cen­ter.

Pro­szę, nie daj­cie się zwieść! Na­praw­dę mnie ob­cho­dzi­cie!

 

oprac. Ewa Rej­man

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

 

Planeta Amadeusz

Gó­ra śmie­chu

15 ma­ja

Dziś wy­cho­waw­czy­ni oznaj­mi­ła nam, że otrzy­ma­my świe­żą krew. Na chwi­lę za­pa­dła gro­bo­wa ci­sza, ja­kiej na ogół w na­szej kla­sie nie by­wa. Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li, gdy oka­za­ło się, że nie cho­dzi o żad­ną trans­fu­zję, znów za­pa­no­wa­ło roz­luź­nie­nie. „Świe­żą krwią” bę­dzie no­wy na­uczy­ciel od nie­miec­kie­go! Na­sza „Niem­ka” idzie na urlop ma­cie­rzyń­ski. Za­stą­pi ją pan Ku­ra. Po­noć do­pie­ro co skoń­czył stu­dia. Ta­ki mło­dy na­uczy­ciel to miód na ser­ce. Jest na­dzie­ja, że to my bę­dzie­my rzą­dzić! Na prze­rwie za­cho­dzi­li­śmy w gło­wę, ja­kie te­sty dla pa­na Ku­ry przy­go­to­wać na po­czą­tek. Nie cho­dzi oczy­wi­ście o te­sty ję­zy­ko­we, ale spraw­dzian je­go wy­trzy­ma­ło­ści. Trze­ba zba­dać, cze­go moż­na się spo­dzie­wać po no­wym na­byt­ku. Pierw­szy po­mysł pod­da­ła An­ka. Wszy­scy pod­chwy­ci­li go z wiel­kim en­tu­zja­zmem. Nikt nie słu­chał Zen­ka, któ­ry pró­bo­wał go wy­per­swa­do­wać, wo­ła­jąc na ca­ły re­gu­la­tor: „To prze­gię­cie”! Ania na­tych­miast prze­szła do re­ali­za­cji za­da­nia. Wraz z dwie­ma oso­ba­mi, któ­re sły­ną z ta­len­tu pla­stycz­ne­go, za­czę­ła ry­so­wać kur­nik. W koń­cu to naj­lep­sze lo­kum dla „Ku­ry”! Z mi­nu­ty na mi­nu­tę ta­bli­ca za­peł­nia­ła się grzę­da­mi z kwo­ka­mi. Ale ja­ja! Ja­ja też by­ły, rzecz ja­sna, na ry­sun­ku, ale i po­tem… Na­uczy­ciel wszedł do sa­li i zda­wał się nie ro­zu­mieć żar­tu. „Dzień do­bry. Na­zy­wam się Wi­told Gó­ra. Bę­dzie­my wspól­nie uczyć się ję­zy­ka nie­miec­kie­go”. I wte­dy by­ła gó­ra, ale śmie­chu!

foto_01-01_11-2017

Wa­ga­ry

16 ma­ja

W re­gu­la­mi­nie na­szej szko­ły jest za­pi­sa­ne, że mo­że­my mieć tyl­ko je­den spraw­dzian dzien­nie. Na dziś za­po­wie­dzia­no aż trzy! Przy czym pa­ni od geo­gra­fii twier­dzi, że u niej to tyl­ko kart­ków­ka. Pierw­szy raz sły­szę o kart­ków­ce, spraw­dza­ją­cej wia­do­mo­ści z ca­łe­go se­me­stru! Ale nic mnie już nie zdzi­wi! Kla­sa się zbun­to­wa­ła. Po pierw­szej lek­cji ma­my wy­ru­szyć na wa­ga­ry. Tro­chę się wa­ham. Bo­ję się, co po­wie­dzą ro­dzi­ce. Ma­ją do mnie ogrom­ne za­ufa­nie… An­ka, sły­sząc jak dzie­lę się wąt­pli­wo­ścia­mi z Tom­kiem, klep­nę­ła mnie w ra­mię i za­czę­ła na­ma­wiać do złe­go: „Ogar­nij się! To tyl­ko czte­ry go­dzi­ny! Je­śli pój­dzie­my ca­łą kla­są, to nic nam nie zro­bią. Prze­cież wszyst­kich nas ze szko­ły nie wy­rzu­cą! Na­uczy­cie­le do­sta­ną pstrycz­ka w nos za ła­ma­nie szkol­ne­go ko­dek­su”. Nie chcia­łem być okrzyk­nię­ty cy­ko­rem, dla­te­go w koń­cu zde­cy­do­wa­łem się na uciecz­kę z lek­cji. Trzy ku­jo­ny zo­sta­ły w kla­sie, a ca­ła resz­ta po­szła na spa­cer do po­bli­skie­go par­ku. Wró­ci­li­śmy na ostat­nią lek­cję, któ­ra i tak się nie od­by­ła, bo za­stą­pi­ła ją po­ga­dan­ka o skut­kach wa­ga­ro­wa­nia, któ­re de fac­to nie oka­za­ły się zbyt do­tkli­we: nie­uspra­wie­dli­wio­na obec­ność i na­ga­na. Wy­cho­waw­czy­ni po­in­for­mo­wa­ła nas, że wy­sła­ła już SMS-y do na­szych ro­dzi­ców! To by­ła dla mnie praw­dzi­wa ka­ra – świa­do­mość, że spra­wi­łem za­wód ma­mie.

 

Wsze­dłem tro­chę sko­ło­wa­ny do do­mu. Spoj­rza­łem na stół i oczom nie mo­głem uwie­rzyć! Le­ża­ła na nim ko­mór­ka ma­my. Aku­rat dziś jej za­po­mnia­ła! Nie­wie­le my­śląc, usu­ną­łem SMS-a od wy­cho­waw­czy­ni. Jed­nak wy­rzu­ty su­mie­nia nie po­zwa­la­ły mi za­snąć. Mu­sia­łem po­wie­dzieć ma­mie praw­dę. Jej re­ak­cja to­tal­nie mnie za­sko­czy­ła: „Sy­nu, ro­zu­miem, że nie chcia­łeś, by na­zwa­no cię tchó­rzem, nie chcia­łeś na­ra­zić się na śmiesz­ność. Nie prze­pra­szaj, tyl­ko nie rób te­go wię­cej. Przy­znam, że ja ni­gdy nie by­łam na wa­ga­rach i te­raz cza­sem mam ocho­tę so­bie je zro­bić… Ale w pra­cy nie jest to już, nie­ste­ty, moż­li­we”.

 

Iwo­na Biń­czyc­ka-Ko­łacz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak 11/2017

Jola Tęcza-Ćwierz

Oce­ny koń­co­we wy­sta­wio­ne, w szko­le pa­nu­je nie­mal lu­zac­ka at­mos­fe­ra. Nie mo­żesz się już do­cze­kać świa­dec­twa i wy­jaz­du na wa­ka­cje? Sło­necz­na Chor­wa­cja, Bał­tyk, bab­cia na wsi – każ­da wy­pra­wa mo­że oka­zać się po­dró­żą ży­cia! I na­wet je­śli ogra­ni­cza­ją Cię fun­du­sze, nie mu­sisz od ra­zu prze­kre­ślać wa­ka­cyj­nych pla­nów. Jak za­pla­no­wać wy­po­czy­nek, że­by nie wy­dać for­tu­ny?

War­to za­in­te­re­so­wać się co­uch­sur­fin­giem. W wol­nym tłu­ma­cze­niu ozna­cza to „szu­ka­nie ka­na­py”. Idea ak­cji jest bar­dzo pro­sta: lu­dzie z róż­nych za­kąt­ków świa­ta ofe­ru­ją so­bie na­wza­jem dar­mo­we noc­le­gi, wspól­ne zwie­dza­nie i po­zna­wa­nie no­wych miejsc. Po­myśl, wy­jeż­dżasz do Gre­cji i po Ate­nach opro­wa­dza Cię go­spo­darz, któ­ry zna mia­sto le­piej niż nie­je­den prze­wod­nik. Wy­star­czy chęć prze­ży­cia przy­go­dy. Nie bez zna­cze­nia jest rów­nież moż­li­wość po­zna­nia ję­zy­ków przez roz­mo­wę z tu­byl­ca­mi. Wię­cej o spo­łecz­no­ści co­uch­sur­fe­rów prze­czy­ta­cie na str. 7.

Ma­rzą Ci się Al­py fran­cu­skie? Chciał­byś zo­ba­czyć skan­dy­naw­skie fior­dy, wie­żę Eif­fe­la al­bo po­pły­nąć ka­na­ła­mi We­ne­cji? A mo­że wo­lisz wa­ka­cje w Chi­ca­go, Am­ster­da­mie lub pod Du­bli­nem? To wszyst­ko jest moż­li­we i w do­dat­ku bez opłat za noc­leg. Mo­żesz miesz­kać za dar­mo u Ame­ry­ka­ni­na, Ho­len­dra lub Ir­land­czy­ka pod wa­run­kiem, że Ty rów­nież po­zwo­lisz mu za­miesz­kać u sie­bie – po pro­stu wy­mie­ni­cie się miesz­ka­nia­mi. Ta­ką wy­mia­nę umoż­li­wia In­te­rvac. Wię­cej o tym sto­wa­rzy­sze­niu prze­czy­tasz tak­że na str. 7.

W tym nu­me­rze pi­sze­my rów­nież o pra­cy w wa­ka­cje. Gdzie szu­kać ofert? Ile moż­na za­ro­bić? Na co trze­ba uwa­żać? Zo­bacz­cie na str. 6. Kie­dy py­tam przy­ja­ciół, co by zro­bi­li, gdy­by wy­gra­li na lo­te­rii, naj­czę­ściej od­po­wia­da­ją: „Ku­pił­bym so­bie dom\ jacht\samochód\samolot – nie­po­trzeb­ne skre­ślić – i za­czął­bym zwie­dzać świat”. Są prze­ko­na­ni, że speł­nia­nie ma­rzeń o po­dró­żo­wa­niu wy­ma­ga nie wia­do­mo ja­kiej go­tów­ki. Jak się oka­zu­je, wca­le nie mu­si tak być – zwie­dza­nie nie­ko­niecz­nie ozna­cza wy­da­wa­nie hor­ren­dal­nych sum, ja­kich żą­da­ją biu­ra po­dró­ży czy ho­te­le. Ist­nie­je spo­sób na Po­dró­żo­wa­nie przez wiel­kie „P” za uła­mek ko­mer­cyj­nych kosz­tów (w od­róż­nie­niu od po­dró­żo­wa­nia przez ma­łe „p”, kie­dy je­ste­śmy prze­wo­że­ni au­to­ka­rem od punk­tu A do punk­tu B i ko­lej­ne atrak­cje „za­li­cza­my” z prze­wod­ni­kiem na czas). Ja­ką­kol­wiek for­mę wy­po­czyn­ku wy­bie­rzesz, ży­czę Ci wspa­nia­łych wa­ka­cji!

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Bóg znajdzie cię wszędzie

Re­gi­na Brett, ame­ry­kań­ska au­tor­ka książ­ki pt. „Bóg ni­gdy nie mru­ga”, opo­wia­da, jak przez dłu­gi czas uwa­ża­ła, że Bóg mu­siał mru­gnąć aku­rat w mo­men­cie, kie­dy się uro­dzi­ła. Przez tę chwi­lę Bo­żej nie­uwa­gi au­tor­ka mia­ła mieć rze­ko­mo nie­ła­twe ży­cie. Jed­nak póź­niej Re­gi­na zmie­nia zda­nie i stwier­dza, że On ni­gdy nie śpi, na­wet nie mru­gnie. Wi­dzi wszyst­ko. Wszę­dzie cię znaj­dzie. Trze­ba tyl­ko otwo­rzyć oczy i ro­zej­rzeć się wo­kół sie­bie. Cóż mo­gę do­dać? Zga­dzam się z pa­nią Brett w stu pro­cen­tach.

Nie­daw­no prze­by­wa­łam w szpi­ta­lu i mia­łam oka­zję uczest­ni­czyć w Eu­cha­ry­stii w szpi­tal­nej ka­pli­cy. Przy­znam, że by­ło to do­świad­cze­nie bar­dzo nie­ty­po­we. Na po­cząt­ku nie czu­łam się zbyt kom­for­to­wo. Jak na szpi­tal­ne wa­run­ki przy­sta­ło, uczest­ni­cy Mszy św. mie­li na so­bie dres al­bo szla­frok i kap­cie. Wy­szli pro­sto z łó­żek, co w po­rów­na­niu z tra­dy­cyj­nym nie­dziel­nym wy­szy­ko­wa­niem wy­pa­da ra­czej bla­do. W ma­leń­kiej sa­li z drew­nia­nym oł­ta­rzem sta­ło tyl­ko kil­ka krze­seł. Nie ma lek­to­rów, mi­ni­stran­tów – to cho­rzy czy­ta­ją czy­ta­nia, śpie­wa­ją psalm (w szla­fro­ku za­miast al­by). W tej sa­mej sa­li, wo­bec roz­czo­chra­nych lu­dzi w pie­le­szach, na oł­ta­rzu zja­wia się Chry­stus, wszech­mo­gą­cy Le­karz. Ja­skra­wy kon­trast. To by­ło bar­dzo wy­jąt­ko­we – mi­mo ogrom­nej pro­sto­ty ce­le­bra­cji. Bóg zna­lazł nas w cier­pie­niu, do­tknął i na­kar­mił wła­snym Cia­łem, że­by umoc­nić w cięż­kim cza­sie. Nie pa­trzył na dres, pa­trzył na ser­ce. Nie mru­gnął, nie prze­oczył nas. Nie mo­gli­śmy przyjść do Nie­go, więc On przy­szedł do nas.

foto_01-01_10-2017

Śnia­da­nie z Chle­bem

Ży­cia Ko­lej­ne­go ran­ka ka­płan z Je­zu­sem Eu­cha­ry­stycz­nym od­wie­dził nas w sa­lach, py­ta­jąc: „Czy ktoś tu­taj chciał­by przy­jąć Ko­mu­nię św.?”. Nie spo­dzie­wa­łam się te­go wi­do­ku. Je­zus mnie kom­plet­nie za­sko­czył! Bez­cen­ne prze­ży­cie, kie­dy On za­sta­je cię przy śnia­da­niu z Chle­bem Ży­cia. Nie ma lep­sze­go spo­so­bu na roz­po­czę­cie dnia.

Sęk w tym, że mo­głam nie do­strzec w tych zda­rze­niach nic wy­jąt­ko­we­go – ot, ksiądz wy­ko­nu­je swo­ją pra­cę, a ja idę na Mszę św., bo jest nie­dzie­la i to mój obo­wią­zek. W ten spo­sób mo­żesz po­trak­to­wać wszyst­ko w ży­ciu – ja­ko „nic spe­cjal­ne­go”, bez „dru­gie­go dna”. Mo­żesz też, jak ja, spoj­rzeć z in­nej per­spek­ty­wy – przez so­czew­kę spo­tka­nia. Wbrew po­zo­rom nie jest to trud­ne. Trze­ba po­pro­sić ra­no Je­zu­sa, że­by po­zwo­lił ci przez ca­ły dzień do­strze­gać Je­go obec­ność w każ­dym czło­wie­ku, w każ­dej sy­tu­acji. Po­proś, by dał ci swo­je­go Du­cha i ła­skę otwar­te­go ser­ca, otwar­tych oczu i uszu. Uwierz, że tak się sta­nie – patrz uważ­nie, szu­kaj Go. Nie trze­ba szu­kać da­le­ko, On – bę­dąc cią­gle obok nas – po­trze­bu­je być po pro­stu za­uwa­żo­nym. Kie­dy z kimś roz­ma­wiasz, za­sta­nów się, cze­go Bóg od cie­bie chce w tym spo­tka­niu. Mo­że Twój roz­mów­ca po­trze­bu­je po­mo­cy, al­bo to on ma dla cie­bie ja­kąś wia­do­mość?

Nie tyl­ko wy­so­ko w chmu­rach

Wie­rzę, że w ży­ciu nie ma przy­pad­ków, wszyst­ko ma swój sens i cel. Nie szu­kaj Bo­ga gdzieś wy­so­ko w chmu­rach. On nie miesz­ka tyl­ko w ma­je­sta­tycz­nych ko­ścio­łach. Znaj­dziesz Go wszę­dzie. W desz­czo­wy, po­nu­ry dzień na­ma­lu­je ci tę­czę na nie­bie, że­by je roz­ja­śnić. Kie­dy wy­da­je ci się, że je­steś w sy­tu­acji bez wyj­ścia, dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści na­gle znaj­du­je się roz­wią­za­nie pro­ble­mu. Kie­dy wal­czysz z sa­mym so­bą, ze swo­im grze­chem – Bóg da­je ci oka­zję do pie­lę­gno­wa­nia cnót. Po­trze­bu­jesz po­ra­dy i na­gle wpa­da ci w rę­ce bar­dzo przy­dat­ny ar­ty­kuł. Bra­ku­je ci drob­nych na bi­let – znaj­du­jesz zło­tów­kę na chod­ni­ku. Je­stem głę­bo­ko prze­ko­na­na, że Bóg ni­gdy nie mru­ga. Ty rów­nież nie mru­gaj, bądź czuj­ny!

 

Sa­ra Ry­now­ska

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Mózg jak lustro

Czy moż­na przej­rzeć się w mó­zgu in­nej oso­by jak w lu­strze? A ra­czej: od­zwier­cie­dlić? Moż­na, a na­wet jest to wska­za­ne, je­śli za­le­ży nam na stwo­rze­niu re­la­cji. Dzię­ki neu­ro­nom lu­strza­nym.

Neu­ro­ny lu­strza­ne to szcze­gól­ny ro­dzaj ko­mó­rek mó­zgo­wych. Uak­tyw­nia­ją się wte­dy, gdy do mó­zgu do­cho­dzą bez­po­śred­nie bodź­ce po­bu­dza­ją­ce go do re­ak­cji. Ale tak­że i pod­czas ob­ser­wa­cji dzia­ła­nia in­nej oso­by.

Em­pa­tia i na­uka

W 2004 r. na­ukow­cy z Uni­ver­si­ty Col­le­ge of Lon­don pod kie­row­nic­twem nie­miec­kiej neu­ro­bio­log Ta­ni Sin­ger do­wie­dli, że te sa­me struk­tu­ry w mó­zgu re­agu­ją na ból od­czu­wa­ny przez nas sa­mych i na ból, któ­ry ob­ser­wu­je­my u in­nej oso­by. Dzia­ła­niu neu­ro­nów lu­strza­nych przy­pi­su­je się więc ludz­ką zdol­ność współ­od­czu­wa­nia i em­pa­tii. Ale tak­że wy­ja­śnia­ją one, dla­cze­go zie­wa­nie jest tak za­raź­li­we. Oraz dla­cze­go krzy­wi­my się z bó­lu, gdy np. oglą­da­my w te­le­wi­zji ko­goś, kto cier­pi. Now­sze ba­da­nia wska­zu­ją jed­nak, że neu­ro­ny lu­strza­ne to nie tyl­ko zdol­ność do em­pa­tii – w sen­sie ro­zu­mie­nia te­go, co czu­ją in­ni i od­czy­ty­wa­nia ich emo­cji. We­dług nie­miec­kie­go neu­ro­bio­lo­ga, Jo­achi­ma Bau­era, od­gry­wa­ją też bar­dzo waż­ną ro­lę w pro­ce­sie ucze­nia się. Na­uka prze­bie­ga przez ob­ser­wa­cję i na­śla­do­wa­nie, na­stęp­nie po sa­mo­dziel­nych pró­bach przy­cho­dzi czas na wła­sne twór­cze roz­wią­za­nia. W tym pro­ce­sie two­rzą się no­we po­łą­cze­nia neu­ro­nal­ne. Dzie­je się to au­to­ma­tycz­nie i spon­ta­nicz­nie u ma­łych dzie­ci. Gdy je­ste­śmy star­si, za­sia­da­my w szkol­nych ław­kach i do­sta­je­my prze­kaz głów­nie za po­mo­cą słów. A mo­że i nam przy­da­ło­by się wię­cej ak­tyw­no­ści? Moż­na spró­bo­wać al­ter­na­tyw­nych me­tod w do­mu. Pa­mię­tam, jak mu­sia­łam po­pra­wić spraw­dzian z cy­to­lo­gii. Nie wie­dzia­łam już, jak się te­go uczyć, i z sio­strą zbu­do­wa­łam w po­ko­ju ogrom­ny mo­del ludz­kiej ko­mór­ki. Do dziś pa­mię­tam, z cze­go się skła­da;)

foto_01-03_10-2017

Na tej sa­mej fa­li

Dzię­ki neu­ro­nom lu­strza­nym moż­li­we są trzy nie­zwy­kłe pro­ce­sy: współ­brz­mie­nie, od­zwier­cie­dle­nie i do­stra­ja­nie. Są one bar­dzo waż­ne w na­szym funk­cjo­no­wa­niu, a jed­no­cze­śnie tak wszech­obec­ne, że trud­no je by­ło zo­ba­czyć i do­pie­ro nie­daw­no sta­ły się przed­mio­tem za­in­te­re­so­wa­nia na­ukow­ców. Ich zro­zu­mie­nie wy­ja­śnia, jak na­wza­jem na sie­bie wpły­wa­my. Współ­brz­mie­nie to wza­jem­ne od­czu­cie: ro­zu­miem i je­stem ro­zu­mia­ny. Dzię­ki nie­mu lu­dzie za­ra­ża­ją się en­tu­zja­zmem al­bo złym hu­mo­rem. Od­zwier­cie­dle­nie to me­cha­nizm, któ­ry uru­cha­mia się w cza­sie ob­ser­wa­cji in­nych lu­dzi lub zwie­rząt. Po­le­ga on na na­śla­do­wa­niu mi­mi­ki czy ge­stów waż­nych dla nas osób. Do­stra­ja­nie to pro­ces, w cza­sie któ­re­go dziec­ko chło­nie z oto­cze­nia do­stęp­ne mu wzor­ce za­cho­wa­nia. Wsku­tek te­go przej­mu­je kon­wen­cje i kod kul­tu­ro­wy, pa­nu­ją­cy w da­nym spo­łe­czeń­stwie. Tak two­rzy się wspól­na dla człon­ków da­nej gru­py toż­sa­mość spo­łecz­na.

Zna­cie uczu­cie, że ktoś was nie lu­bi, cho­ciaż nie pa­dły mię­dzy wa­mi żad­ne nie­przy­jem­ne sło­wa? To wła­śnie efekt dzia­ła­nia tych trzech me­cha­ni­zmów. Dzię­ki nim na­sze mó­zgi od­bie­ra­ją mnó­stwo po­za­wer­bal­nych (nie wy­ra­ża­nych sło­wa­mi) sy­gna­łów, prze­twa­rza­ją je i po­da­ją nam in­for­ma­cje.

Zwie­rzę­ta spo­łecz­ne

Neu­ro­ny lu­strza­ne po­ka­zu­ją, jak waż­ne są dla nas re­la­cje spo­łecz­ne. Dziec­ko, aby wzra­stać, po­trze­bu­je opie­ku­na, któ­ry na­wią­że z nim kon­takt wzro­ko­wy, za­uwa­ży je, od­czy­ta je­go emo­cje i za­spo­koi po­trze­by. Z ko­lei ba­da­nia do­ty­czą­ce efek­tyw­no­ści ucze­nia się wy­ka­zu­ją, że klu­czo­we są war­to­ści, któ­re rzad­ko bie­rze się pod uwa­gę – ta­kie jak za­ufa­nie i re­la­cja z na­uczy­cie­lem czy at­mos­fe­ra bez­pie­czeń­stwa emo­cjo­nal­ne­go w kla­sie. Fun­da­men­tem są więc re­la­cje i za­ufa­nie.

I co cie­ka­we, aby po­bu­dzić mózg do ak­tyw­no­ści, trze­ba ob­ser­wo­wać czło­wie­ka lub zwie­rzę w re­alu. Ob­ser­wa­cja ma­szy­ny czy ro­bo­ta lub oglą­da­nie lu­dzi na ekra­nie wy­łą­cza­ją mózg!

 

Mag­da­le­na Urlich

Ko­rzy­sta­łam z książ­ki M. Ży­liń­skiej pt. Neu­ro­dy­dak­ty­ka. Na­ucza­nie i ucze­nie się przy­ja­zne mó­zgo­wi

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Kościołowa mowa

Każ­da gru­pa lu­dzi mo­że wy­two­rzyć wła­sny ję­zyk. Czę­sto jest po­trzeb­ny, by­wa za­baw­ny, a je­go waż­ną funk­cją jest, że łą­czy człon­ków gru­py. Pro­blem z „ko­ścio­ło­wym” ję­zy­kiem po­ja­wia się wte­dy, gdy za­czy­na­my uży­wać słów wy­try­chów, za któ­ry­mi nie wia­do­mo, co się kry­je. Kie­dy sta­je­my się nie­zro­zu­mia­li dla wszyst­kich prócz swo­jej wspól­no­ty. Al­bo kie­dy wpa­da­my w pa­tos, bo w nie­ade­kwat­nej sy­tu­acji to naj­prost­szy prze­pis na śmiesz­ność. Oto wy­bra­ni przed­sta­wi­cie­le re­li­gij­ne­go slan­gu.

foto_01-02_10-2017

Omo­dlić – to sło­wo wy­stę­pu­je w słow­ni­ku, uży­wał go sam Nor­wid. Je­go sens jest pięk­ny: oto­czyć mo­dli­twą. Jed­nak czę­sto­tli­wość uży­cia i róż­no­rod­ność wa­rian­tów by­wa przy­tła­cza­ją­ca. Spra­wy we wspól­no­cie są oma­dla­ne, ktoś mu­si coś prze­mo­dlić. Pod­kre­śla to wa­gę mo­dli­twy. Ale czy nie wy­star­czy­ło­by: mo­dlić się?

Ubo­ga­cać – uży­wa­ne, gdy ktoś chce pod­kre­ślić wa­gę ja­kie­goś do­świad­cze­nia i to, ile zy­skał. Co to wła­ści­wie zna­czy? Je­śli mó­wisz o tym, co za­wdzię­czasz np. re­ko­lek­cjom, to cen­niej­szy był­by przy­kład. Wy­ra­że­nie to brzmi pre­ten­sjo­nal­nie. Ma­ło mnie ubo­ga­ca, gdy je sły­szę.

Poc hy­lać się nad – zna­czy po­świę­cać cze­muś uwa­gę, ale nie tak zwy­czaj­nie, tyl­ko bar­dziej uro­czy­ście. Mo­im zda­niem, to nie­po­trzeb­ny pa­tos. Ale we­dług nie­któ­rych ład­nie brzmi. Tak pod­nio­śle.

Win­ni­śmy – po­ja­wia się na ka­za­niach. Moż­na wy­mie­niać, co ko­mu je­ste­śmy win­ni. Ale czy o to cho­dzi Pa­nu Bo­gu, by­śmy ba­zo­wa­li na po­czu­ciu wi­ny? On sza­nu­je na­szą wol­ność do te­go stop­nia, że wy­dał na śmierć Sy­na. Ale nie po to, że­by­śmy czu­li się win­ni. Że­by­śmy zo­ba­czy­li, jak nas ko­cha.

Otwórz­my Łu­ka­sza – brzmi jak wy­ję­te ze slan­gu chi­rur­gów. Lek­tu­ra Ewan­ge­lii wpraw­dzie by­wa cza­sem jak ope­ra­cja na otwar­tym ser­cu. Aby unik­nąć nie­po­ro­zu­mień i aby oko­licz­ni Łu­ka­sze nie czu­li się za­gro­że­ni, po­le­cam otwie­rać Ewan­ge­lię świę­te­go Łu­ka­sza.

Brud­ne – mo­gą być my­śli al­bo czy­ny. Naj­czę­ściej jest to sło­wo-wy­trych, zwią­za­ne ze sfe­rą sek­su­al­ną. Ra­zi mnie z trzech po­wo­dów. Po pierw­sze, czy­stość po chrze­ści­jań­sku ma o wie­le szer­sze zna­cze­nie. Brud bar­dzo spły­ca rów­na­nie: czy­stość kon­tra nie­czy­stość. Po dru­gie, do­brze jest na­zy­wać rze­czy po imie­niu, za­miast cho­wać się za słow­ny­mi wy­try­cha­mi. Po trze­cie, do sfe­ry sek­su­al­nej przy­kle­ja się ety­kiet­ka: brud­ne. A to cał­kiem nie tak.

 

oprac. mu

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak 10/2017

Jola Tęcza-Ćwierz

Wy­słu­cha­łam w ży­ciu wie­lu ka­zań. Mia­łam szczę­ście i tra­fia­łam ra­czej na do­brych mów­ców. Nie­któ­re z ho­mi­lii pa­mię­tam do dziś. Lu­bię zwłasz­cza, kie­dy księ­ża od­wo­łu­ją się do li­te­ra­tu­ry. Po­do­ba mi się rów­nież wy­ja­śnia­nie re­aliów, w ja­kich ży­li bi­blij­ni bo­ha­te­ro­wie. Pe­wien ksiądz gło­sił ho­mi­lię na pod­sta­wie przy­po­wie­ści o ta­len­tach. Wy­ja­śnił, że współ­cze­snym ta­len­ty ko­ja­rzą się z umie­jęt­no­ścia­mi czy zdol­no­ścia­mi. Kie­dy jej słu­cha­my, sym­pa­ty­zu­je­my ze słu­gą, któ­ry do­stał tyl­ko je­den ta­lent, po­nie­waż we­dług nas zo­stał nie­spra­wie­dli­wie po­trak­to­wa­ny – in­ni do­sta­li wię­cej. Tym­cza­sem w cza­sach Pa­na Je­zu­sa ta­lent był mia­rą wa­gi. Je­śli weź­mie­my pod uwa­gę, że był to od­po­wied­nik 33–34 kg zło­ta, zmie­nia się na­sza per­spek­ty­wa. Bo czy ten słu­ga do­stał ma­ło? Ależ nie! Je­go pro­blem po­le­gał na tym, że po­rów­ny­wał się z in­ny­mi. Ta­kie od­kry­cie pod­czas naj­zwy­czaj­niej­sze­go w świe­cie nie­dziel­ne­go ka­za­nia!

Nie­któ­rzy obu­rza­ją się, gdy sły­szą z am­bo­ny np. ko­men­ta­rze do­ty­czą­ce sy­tu­acji spo­łecz­nej pań­stwa. Tym­cza­sem mia­rą sku­tecz­no­ści ho­mi­lii nie jest to, czy po­pra­wia nam hu­mor, ale czy po wyj­ściu z ko­ścio­ła mo­ty­wu­je nas do dzia­ła­nia i prze­mia­ny ser­ca. Nie cho­dzi też o to, by za­pa­mię­tać usły­sza­ne ka­za­nie sło­wo w sło­wo. Nie bę­dzie z nie­go żad­nej kart­ków­ki ani te­stu. 🙂 Spró­buj ra­czej wy­brać choć jed­no zda­nie i je prze­my­śleć. Po­módl się do Du­cha Świę­te­go, by uzdol­nił two­je ser­ce do przy­ję­cia Bo­że­go sło­wa. A je­śli chcesz po­głę­bić in­te­re­su­ją­cy cię te­mat, się­gnij do in­ter­ne­tu. Po­pu­lar­no­ścią cie­szą się roz­wa­ża­nia ks. Pio­tra Paw­lu­kie­wi­cza, o. Ada­ma Szu­sta­ka, ks. Mi­cha­ła Ol­szew­skie­go, ks. Mi­ro­sła­wa Ma­liń­skie­go i in­nych.

Ję­zyk Ko­ścio­ła nie jest ła­twy. Dla­te­go nie­ła­two zna­leźć od­po­wiedź na py­ta­nie z okład­ki: jak opi­sać nie­opi­sa­ne? Czy­li: ja­kim ję­zy­kiem mó­wić o Bo­gu i Ko­ście­le? Naj­le­piej pro­sto i ja­sno, tak jak nam ser­ce dyk­tu­je. Św. Am­bro­ży pi­sał: „Bo­żym sło­wem od­dy­cha ten, kto gło­si Je­go sło­wa i roz­my­śla nad ni­mi. Mów­my o Pa­nu za­wsze”. I o to wła­śnie cho­dzi.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Tylko ja i tory przede mną

Z Alek­san­drą Płu­są, pierw­szą ko­bie­tą ma­szy­ni­stą w PKP In­ter­ci­ty, roz­ma­wia Aga­ta Goł­da.

Dla­cze­go wy­bra­ła Pa­ni za­wód ma­szy­ni­sty?

– Do­ra­sta­łam w ko­le­jo­wej at­mos­fe­rze. Mój ta­ta jest ma­szy­ni­stą od po­nad 35 lat. Za­wsze fa­scy­no­wa­ła mnie je­go pra­ca, w któ­rej każ­dy dzień wy­da­wał się in­ny. Gdy wra­cał ze służ­by, wy­py­ty­wa­łam o wszyst­kie szcze­gó­ły. In­te­re­so­wa­ły mnie też lo­ko­mo­ty­wy. Bar­dzo lu­bię pro­wa­dzić róż­ne po­jaz­dy. Sie­dze­nie za kół­kiem sa­mo­cho­du za­wsze spra­wia­ło mi ogrom­ną przy­jem­ność.

foto_01-03_09-2017

W dro­dze do speł­nie­nia ma­rzeń po­ko­na­ła Pa­ni wie­lu kan­dy­da­tów. W re­kru­ta­cji bra­ło udział ty­siąc osób, ma­szy­ni­sta­mi zo­sta­ło osiem­dzie­się­ciu. Jak wy­glą­da na­uka za­wo­du?

– Naj­pierw jest dwu­mie­sięcz­ne szko­le­nie z za­sad funk­cjo­no­wa­nia ko­lei i prze­pi­sów ru­chu. Koń­czy się eg­za­mi­nem, po któ­rym moż­na uzy­skać li­cen­cję ma­szy­ni­sty. Ko­lej­nym eta­pem jest szko­le­nie, któ­re trwa do pół­to­ra ro­ku. Zdo­by­wa się m.in. wie­dzę z za­kre­su bu­do­wy ma­szyn ko­le­jo­wych. Póź­niej, pod okiem in­struk­to­ra, uczy się ob­słu­gi ta­bo­ru, w tym tak­że lo­ko­mo­tyw spa­li­no­wych. Na ko­niec jest eg­za­min, po któ­rym uzy­sku­je się świa­dec­two ma­szy­ni­sty. Po­zwa­la ono na pra­cę w za­wo­dzie i upraw­nia do pro­wa­dze­nia da­ne­go ty­pu po­jaz­du na wy­bra­nych tra­sach.

Jak na co dzień wy­glą­da pra­ca ma­szy­ni­sty?

– Każ­dy dzień jest in­ny, choć wy­ko­nu­je się mniej wię­cej te sa­me czyn­no­ści. Jed­ne­go dnia ra­no je­stem w Ło­dzi, a po po­łu­dniu w Kra­ko­wie. Ko­lej­ne­go w Po­zna­niu, a na­stęp­ne­go w War­sza­wie. Zmie­nia­ją się miej­sca i lu­dzie. Za­wsze znaj­dzie się ktoś, z kim mo­gę po­roz­ma­wiać o bie­żą­cych wy­da­rze­niach. Po­zwa­la to spoj­rzeć na wie­le spraw z róż­nej per­spek­ty­wy. Jed­no jest nie­zmien­ne. W cza­sie jaz­dy mu­szę być ca­ły czas bar­dzo skon­cen­tro­wa­na, gdyż ja­ko ma­szy­ni­sta od­po­wia­dam za bez­pie­czeń­stwo pa­sa­że­rów.

Co w tej pra­cy jest naj­trud­niej­sze?

– Pra­ca jest bar­dzo nie­re­gu­lar­na. Nie trwa od po­nie­dział­ku do piąt­ku od 8.00 do 16.00. Cza­sa­mi służ­ba wy­pa­da w week­en­dy i świę­ta. Po­cią­gi wy­jeż­dża­ją w tra­sę bez wzglę­du na wa­run­ki at­mos­fe­rycz­ne. Jest to uciąż­li­we, ale wszyst­ko da się po­ukła­dać i zna­leźć czas dla ro­dzi­ny, na pa­sje i roz­wój. Ostat­nio wró­ci­łam na stu­dia na kie­run­ku trans­port.

Co spra­wia Pa­ni naj­więk­szą ra­dość?

– Ma­rzy­łam, by zo­stać ma­szy­ni­stą. Gdy pro­wa­dzę po­ciąg, je­stem tyl­ko ja i to­ry przede mną.

Jak się Pa­ni pra­cu­je z sa­my­mi męż­czy­zna­mi?

– Na po­cząt­ku moż­na by­ło wy­czuć lek­ki dy­stans. Po ja­kimś cza­sie uda­ło mi się zy­skać sza­cu­nek ko­le­gów, głów­nie za od­wa­gę. Za­sko­czy­łam ich tym, że zła­ma­ny pa­zno­kieć czy po­bru­dze­nie sma­rem nie są mi strasz­ne. Po­za tym do­syć du­żo wiem o elek­tro­tech­ni­ce. Pod­czas kur­su zo­sta­łam po­wo­ła­na na sta­ro­stę gru­py. My­ślę, że prze­tar­łam szla­ki przy­szłym ko­le­żan­kom. Gdy zo­sta­łam ma­szy­ni­stą, na po­cząt­ku my­lo­no mnie z dru­ży­ną kon­duk­tor­ską, ale rów­nież wśród za­ło­gi szyb­ko uda­ło mi się zdo­być uzna­nie. Ko­le­dzy przy­zna­li, że po­tra­fię ich „po­sta­wić do pio­nu”.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

JA mam rację!

Nie ustę­pu­jesz w dys­ku­sjach ani na krok? Two­je za­wsze mu­si być na wierz­chu? Sztu­ka nie po­le­ga na tym, że­by za wszel­ką ce­nę udo­wad­niać dru­giej stro­nie błąd. Ale na tym, by wy­słu­chać jej zda­nia i zro­zu­mieć jej punkt wi­dze­nia.

Wie­lu z nas są­dzi, że ma ra­cję we wszyst­kim – od po­my­słów na re­for­mę szkol­nic­twa po me­dy­cy­nę. Tym­cza­sem my­lą się na­wet eks­per­ci. Na po­cząt­ku XX wie­ku fran­cu­ski mar­sza­łek Fer­di­nand Foch na­zwał sa­mo­lo­ty za­baw­ka­mi bez zna­cze­nia dla woj­ska. Zaś Bry­tyj­czyk Wil­liam Pre­ece z rów­ną mo­cą za­pew­niał, że „Ame­ry­ka­nie po­trze­bu­ją te­le­fo­nu, my nie. Ma­my mnó­stwo po­słań­ców”.

Mó­wi się, że umie­jęt­ność przy­zna­wa­nia się do wła­snych błę­dów to ce­cha lu­dzi wiel­kich. Dla­cze­go tak bar­dzo lu­bi­my mieć ra­cję?

foto_01-02_09-2017

Eks­pert od wszyst­kie­go

Maj­ka jest zwa­rio­wa­ną, in­te­li­gent­ną na­sto­lat­ką. Osią­ga suk­ce­sy w spo­rcie, świet­nie się uczy, jest prze­wod­ni­czą­cą sa­mo­rzą­du. Umie­jęt­nie or­ga­ni­zu­je róż­ne pro­jek­ty w szko­le. Jest do­ce­nia­na. Jed­nak ma po­czu­cie osa­mot­nie­nia, nie­zro­zu­mie­nia i po­raż­ki w re­la­cjach z bli­ski­mi. Za­uwa­ży­ła też, że jej ko­le­dzy z kla­sy i dru­ży­ny trak­tu­ją ją z dy­stan­sem, jak­by się jej oba­wia­li. Maj­ka jest oso­bą, któ­ra zna się nie­mal na wszyst­kim. Każ­de­mu mo­że do­ra­dzić w róż­nych kwe­stiach, uwa­ża się za eks­pert­kę w każ­dej dzie­dzi­nie. Są­dzi, że za­wsze wie le­piej. Nie mo­że tyl­ko zro­zu­mieć, dla­cze­go oto­cze­nie te­go nie do­ce­nia.

Oso­by po­dob­ne do Maj­ki z im­pe­tem prą do przo­du w po­go­ni za suk­ce­sa­mi, tak jak­by cią­gle chcia­ły udo­wod­nić, że są cze­goś war­te. Nie­pew­ne swo­jej war­to­ści, dzię­ki suk­ce­som na­uko­wym i spor­to­wym chcą prze­ko­nać oto­cze­nie (i sie­bie), że du­żo zna­czą, że mo­gą zro­bić coś na­praw­dę do­brze. Do­kucz­li­wa nie­pew­ność i brak po­czu­cia wła­snej war­to­ści ka­żą Maj­ce ry­wa­li­zo­wać z in­ny­mi, ści­gać się i usta­wiać na wyż­szej po­zy­cji. Maj­ka bar­dzo ner­wo­wo re­agu­je na od­mien­ne zda­nie. Czu­je się wte­dy za­gro­żo­na i na­tych­miast mu­si udo­wod­nić roz­mów­cy, że ma ra­cję.

Twier­dza nie do zdo­by­cia

Do­brze jest znać swo­ją war­tość i umieć ar­ty­ku­ło­wać po­glą­dy. Ce­ni­my prze­cież lu­dzi, któ­rzy ma­ją wła­sne zda­nie. Po­strze­ga­my ich ja­ko sil­nych, od­waż­nych, bez­kom­pro­mi­so­wych. Mo­że dla­te­go, kie­dy ustę­pu­je­my w dys­ku­sji lub przy­zna­je­my ko­muś ra­cję, bo­imy się, że na­sze za­cho­wa­nie zo­sta­nie od­czy­ta­ne ja­ko sła­bość, któ­rą bę­dzie moż­na póź­niej wy­ko­rzy­stać. Bro­ni­my więc swo­je­go zda­nia. Jak twier­dzy. Czy to spra­wa cech cha­rak­te­ru? Kom­plek­sów? A mo­że wy­cho­wa­nia? Za­pew­ne wszyst­kie­go po tro­chu. Ale rów­nież trud­nych prze­żyć, fru­stra­cji, nie­speł­nio­nych ma­rzeń, nad­mier­nych am­bi­cji, nie­ła­twe­go dzie­ciń­stwa. Lu­bi­my czuć się lep­si. Od­czu­wa­my po­trze­bę, aby prze­ko­nać do na­sze­go zda­nia in­nych. Dla­cze­go? Po­nie­waż nie wy­star­cza nam świa­do­mość wła­snej nie­omyl­no­ści – mu­si­my ogło­sić ją świa­tu. To da­je nam po­czu­cie by­cia kimś waż­nym.

Nie za wszel­ką ce­nę

Ja­kie są owo­ce prze­ko­na­nia o tym, że za­wsze mam ra­cję? Trwa­nie w błę­dzie i po­wie­la­nie ko­lej­nych. Nisz­cze­nie re­la­cji i za­ufa­nia. Dla­te­go, na­wet je­śli je­steś prze­ko­na­ny, że masz ra­cję, trak­tuj roz­mów­cę z sza­cun­kiem i po­zwól mu na wy­po­wiedź. Nie prze­ry­waj. Słu­chaj. Nie oce­niaj. Nie ata­kuj. Na­rzu­ca­nie wła­sne­go zda­nia i udo­wad­nia­nie swo­jej wyż­szo­ści nie sprzy­ja­ją re­ali­za­cji po­trze­by bli­sko­ści, przy­jaź­ni i mi­ło­ści. Chy­ba, że dla ko­goś li­czy się tyl­ko bu­do­wa­nie wła­sne­go ja. Nie war­to psuć re­la­cji w ten spo­sób. War­to za to wy­tę­żyć umysł i dys­ku­to­wać w umie­jęt­ny spo­sób.

Ży­je­my w świe­cie, w któ­rym na­sze mu­si być na wierz­chu. Każ­da wy­mia­na po­glą­dów to w po­wszech­nym mnie­ma­niu gra o su­mie ze­ro­wej, w któ­rej zwy­cię­stwo jed­nych przy­no­si uj­mę dru­gim. Dla­te­go ni­gdy dość po­wta­rza­nia, że moż­na róż­nić się pięk­nie.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Lider doskonały

Po­trzeb­ne: ener­gia, chęć do pra­cy i po­mysł na ini­cja­ty­wę w oko­li­cy. Re­zul­tat przej­dzie two­je naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia.

Aka­de­mia Li­de­rów dzia­ła w ra­mach Fun­da­cji Świę­te­go Mi­ko­ła­ja. – Jest skie­ro­wa­na do mło­dzie­ży w wie­ku 16–19 lat, chcą­cej roz­wi­jać się i zmie­niać swo­je lo­kal­ne śro­do­wi­sko – wy­ja­śnia Ka­ro­li­na Ka­zu­ła, od­po­wie­dzial­na za pu­blic re­la­tions w Fun­da­cji Świę­te­go Mi­ko­ła­ja. Każ­dy chęt­ny mo­że zgło­sić pro­jekt spo­łecz­ny lub hi­sto­rycz­ny, któ­ry zak­ty­wi­zu­je miesz­kań­ców. – Wie­my, że ta­kie od­dol­ne ini­cja­ty­wy prze­kła­da­ją się na to, jak się ży­je lu­dziom i jak do­brze się oni zna­ją – mó­wi Ka­ro­li­na.

Od środ­ka

Wy­bra­ne oso­by za­pra­sza­ne są na bez­płat­ne dzie­się­cio­dnio­we wy­jaz­do­we warsz­ta­ty w wa­ka­cje. Do­wia­du­ją się na nich, jak zre­ali­zo­wać pro­jekt. Pro­fe­sjo­nal­ni tu­to­rzy i tre­ne­rzy uczą m.in. po­zy­ski­wa­nia part­ne­rów i fun­du­szy, za­rzą­dza­nia ze­spo­łem wo­lon­ta­riu­szy, two­rze­nia har­mo­no­gra­mów i bu­dże­tów. Po­tem przy­cho­dzi czas na wdro­że­nie po­my­słów. Fi­nał to gru­dnio­we spo­tka­nie wszyst­kich uczest­ni­ków. Pre­zen­tu­ją efek­ty dzia­łań, mó­wią o suk­ce­sach, po­raż­kach i za­sko­cze­niach. Zna­jo­mo­ści z Aka­de­mii prze­ra­dza­ją się w trwa­łe przy­jaź­nie.

foto_01-01_09-2017

Do­bry start

Kin­ga Ra­dom­ska z ko­le­żan­ką w ra­mach Aka­de­mii Li­de­rów zre­ali­zo­wa­ła w Mał­ki­ni Gór­nej pro­jekt spo­łecz­ny „Start do przy­szło­ści”. Prze­pro­wa­dzi­ła dla gim­na­zja­li­stów warsz­ta­ty do­radz­twa edu­ka­cyj­no-za­wo­do­we­go, po­łą­czo­ne z wy­jaz­dem do du­żej fir­my. Zor­ga­ni­zo­wa­ła też dwa in­spi­ru­ją­ce spo­tka­nia. Stu­dent­ka dzien­ni­kar­stwa opo­wia­da­ła o swo­jej pa­sji i pra­cy. Stu­dent in­for­ma­ty­ki dzie­lił się do­świad­cze­niem pro­wa­dze­nia wła­snej fir­my. Ce­lem by­ło po­ka­za­nie mło­dzie­ży przy­kła­do­wych ście­żek ka­rie­ry. Uczest­ni­cy warsz­ta­tów do­wie­dzie­li się, ja­kich wy­bo­rów do­ko­ny­wać, aby w do­ro­słym ży­ciu zdo­być wy­ma­rzo­ną pra­cę. Po­zna­li tak­że moż­li­wo­ści roz­wo­ju za­wo­do­we­go. Dziew­czy­ny prze­wi­dzia­ły też część dla przed­szko­la­ków, któ­rym stra­ża­cy opo­wie­dzie­li o swo­im za­wo­dzie. – Dzię­ki Aka­de­mii do­wie­dzia­łam się, jak za­rzą­dzać pro­jek­tem i jak po­zy­skać środ­ki na je­go re­ali­za­cję. Mo­głam uczyć się od eks­per­tów i wy­mie­nić się do­świad­cze­niem z po­zo­sta­ły­mi uczest­ni­ka­mi. By­ło bar­dzo du­żo prak­tycz­nej wie­dzy. To by­ło nie­sa­mo­wi­te – opo­wia­da Kin­ga.

Suk­ces hi­sto­rii

Ma­te­usz Wró­blew­ski, uczeń szko­ły śred­niej, stwo­rzył pro­jekt hi­sto­rycz­ny „Pa­mięć w lu­dziach i przez lu­dzi utrwa­lo­na, czy­li hi­sto­ria wo­jen­na Brod­ni­cy”. Chciał, by miesz­kań­cy do­wie­dzie­li się o lo­kal­nych wy­da­rze­niach z II woj­ny świa­to­wej. Cel osią­gnął po­przez grę miej­ską „Kryp­to­nim Pa­mięć”. – To by­ła pierw­sza te­go ty­pu ini­cja­ty­wa w Brod­ni­cy. Chcia­łem prze­ka­zać wie­dzę hi­sto­rycz­ną w cie­ka­wy spo­sób. Po­łą­czy­łem przy­jem­ne z po­ży­tecz­nym – tłu­ma­czy Ma­te­usz. Uda­ło się. Zgło­si­ło się 17 ze­spo­łów. Uczest­ni­cy po­ko­ny­wa­li wy­zna­czo­ną tra­sę, za­trzy­mu­jąc się w róż­nych punk­tach, zwią­za­nych z wy­da­rze­nia­mi wo­jen­ny­mi i lo­kal­ny­mi bo­ha­te­ra­mi. Pod­czas gry trze­ba by­ło wy­ko­ny­wać prze­róż­ne za­da­nia, np. de­ko­do­wa­nie mel­dun­ków nada­wa­nych te­le­gra­fem. Pla­no­wa­na jest dru­ga edy­cja wy­da­rze­nia. Ma­te­usz zno­wu zaj­mie się or­ga­ni­za­cją. My­śli już o trze­ciej edy­cji – ro­we­ro­wej grze miej­skiej.

Miej­sce dla cie­bie

Wszy­scy uczest­ni­cy Aka­de­mii Li­de­rów to lu­dzie z ogrom­nym po­ten­cja­łem, by w przy­szło­ści zo­stać lo­kal­ny­mi li­de­ra­mi. Do tej po­ry wy­da­li to­mik po­ezji, zor­ga­ni­zo­wa­li pik­ni­ki dla miesz­kań­ców, udzie­li­li po­mo­cy se­nio­rom i nie­peł­no­spraw­nym. A ty, ja­ki masz po­mysł? Na zgło­sze­nie jest czas do 15 ma­ja. Nie wa­haj się. – To przy­go­da ży­cia – za­chę­ca Ma­te­usz.

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.