Podzielę na ka-wa-łecz-ki i… spełnię!

Po­go­da nie ta­ka, go­dzi­na za wcze­sna, bio­met nie­ko­rzyst­ny. Jak w ta­kiej sy­tu­acji my­śleć o speł­nia­niu po­sta­no­wień da­nych sa­me­mu so­bie? No wła­śnie...

Naj­pierw was zde­mo­ty­wu­ję: tyl­ko osiem pro­cent tych, któ­rzy coś so­bie obie­ca­li np. na po­cząt­ku ro­ku, po sze­ściu mie­sią­cach wciąż bę­dzie się te­go trzy­mać. Jak zna­leźć się w tej gru­pie?

Za­czy­na­my z im­pe­tem

Po­sta­no­wie­nia czę­sto są ob­ję­te klą­twą nie­speł­nie­nia. Spi­su­je­my na kart­ce pięć­dzie­siąt punk­tów, któ­re w wy­zna­czo­nym cza­sie chce­my od­ha­czyć. Sęk w tym, że więk­szość z nas za­miast sto­so­wać me­to­dę ma­łych kro­ków, któ­ra mo­że być nu­żą­ca ni­czym trans­mi­sja ob­rad sej­mu, ru­sza z ko­py­ta, za­po­mi­na­jąc, że w ten spo­sób naj­ła­twiej skrę­cić kost­kę. Przy­kład? Kto z was ma­rząc o szczu­płej syl­wet­ce, wy­ku­pił kar­net na si­łow­nię i sys­te­ma­tycz­nie uczęsz­czał na za­ję­cia przez pół ro­ku? Nie wi­dzę. Za­czy­na­my z im­pe­tem, po kil­ku dniach le­czy­my za­kwa­sy, a po­tem... już nam się nie chce. A prze­cież w wy­zna­cza­niu so­bie ce­lów i skła­da­niu obiet­nic cho­dzi o to, by je zre­ali­zo­wać, a nie tyl­ko po­sta­na­wiać. To nie sztu­ka za­pla­no­wać od­chu­dza­nie, oszczę­dza­nie czy na­ukę no­we­go ję­zy­ka. Sztu­ką jest rze­czy­wi­ście do­ko­nać zmia­ny. Tyl­ko jak to zro­bić?

foto_01-02_22-2017

– Obiet­ni­ca, któ­rą skła­da­my sa­me­mu so­bie, po­win­na być moż­li­wa do zre­ali­zo­wa­nia – mó­wi Kin­ga Swół, psy­cho­log szkol­ny i psy­cho­te­ra­peu­ta.

– Zbyt wy­so­kie po­sta­wie­nie po­przecz­ki już na star­cie mo­że ob­ni­żyć mo­ty­wa­cję. Obierz­my je­den cel, do któ­re­go bę­dzie­my dą­żyć. Gdy ko­niecz­nie chce­my za­jąć się kil­ko­ma spra­wa­mi na­raz, do­brze jest wy­zna­czyć so­bie prio­ry­te­ty al­bo re­ali­zo­wać usta­lo­ne ce­le po ko­lei – do­da­je.

Na­pisz na nie­bie

Co jesz­cze da­je mo­ty­wa­cyj­ne­go ko­pa? Pu­blicz­ne oświad­cze­nia na te­mat zło­żo­nych obiet­nic przy­no­szą lep­sze efek­ty. Mo­że war­to spró­bo­wać? Na­pisz na fej­sie, wy­ślij SMS-a do ko­le­żan­ki, po­wiedz chłopakowi/dziewczynie na rand­ce al­bo wy­kup sa­mo­lot i na­pisz na nie­bie o tym, co za­mie­rzasz osią­gnąć. Je­śli in­ni bę­dą wie­dzieć o two­im po­sta­no­wie­niu, ła­twiej bę­dzie je do­trzy­mać. Na przy­kład, je­śli chcesz schud­nąć, a na im­pre­zie się­gasz po ko­lej­ne ciast­ko, jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że ktoś za­py­ta: co z two­im po­sta­no­wie­niem? To­bie zro­bi się głu­pio, ale ptyś zo­sta­nie na ta­le­rzu. War­to? Pew­nie, że tak.

Za­miast sto­so­wać me­to­dę ma­łych kro­ków, któ­ra mo­że być nu­żą­ca ni­czym trans­mi­sja ob­rad sej­mu, ru­sza­my z ko­py­ta, za­po­mi­na­jąc, że w ten spo­sób naj­ła­twiej skrę­cić kost­kę.

– Ko­lej­ny krok to usta­le­nie pla­nu dzia­ła­nia, czy­li okre­śle­nie wa­run­ków i spo­so­bów re­ali­za­cji te­go, co za­pla­no­wa­li­śmy – mó­wi Kin­ga Swół. – Po­dzie­le­nie ce­lu na eta­py da­je ja­sny ob­raz te­go, co i jak ma zo­stać wy­ko­na­ne. Po­ma­ga tak­że za­uwa­żyć, kie­dy po­mniej­sze ce­le zo­sta­ły osią­gnię­te, da­jąc nam po­zy­tyw­ną in­for­ma­cję zwrot­ną o wy­ko­na­niu za­da­nia. To po­ma­ga w utrzy­ma­niu mo­ty­wa­cji i przy­bli­ża nas do re­ali­za­cji po­sta­no­wie­nia – prze­ko­nu­je Kin­ga Swół.

Za­dzia­ła­ło!

Pe­ter Gol­l­wit­zer, psy­cho­log z New York Uni­ver­si­ty ba­dał za­cho­wa­nia, któ­re nie­świa­do­mie od­twa­rza­my każ­de­go dnia. Je­śli pi­ję po­ran­ną her­ba­tę, to prze­glą­dam Fa­ce­bo­oka. Je­śli oglą­dam film, to mu­szę coś pod­ja­dać. Ta­kie dzia­ła­nia „je­śli – to” tkwią jak za­pro­gra­mo­wa­ne w na­szych umy­słach i uru­cha­mia­ją się au­to­ma­tycz­nie, gdy znaj­dzie­my się w sy­tu­acji, któ­ra sta­je się prze­łącz­ni­kiem. Prof. Gol­l­wit­zer na­ma­wiał stu­den­tów, by pod­czas prze­rwy świą­tecz­nej na­pi­sa­li pra­cę na za­li­cze­nie. Stu­den­ci z pierw­szej gru­py mie­li to so­bie po pro­stu po­sta­no­wić. Ci z dru­giej gru­py po­sta­na­wia­li: kie­dy zjem świą­tecz­ny obiad, zaj­mę się pi­sa­niem ese­ju. I co? Za­dzia­ła­ło! Ża­den stu­dent z pierw­szej gru­py nie od­dał pra­cy, w dru­giej z za­da­nia wy­wią­za­ło się 66 proc.

Sko­ro łyk po­ran­nej her­ba­ty skła­nia nas do te­go, by włą­czyć kom­pu­ter i po­grze­bać w ser­wi­sach spo­łecz­no­ścio­wych, po­dob­nie po­win­no za­dzia­łać na­sta­wie­nie: „Je­śli pi­ję her­ba­tę, to uczę się pię­ciu an­giel­skich słó­wek”. Czy za­dzia­ła? Sprawdź­cie sa­mi!

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 22/2017

Magda Guziak NowakObie­cu­ję, że w bie­żą­cym nu­me­rze „Dro­gi” znaj­dzie­cie in­te­re­su­ją­ce ar­ty­ku­ły. Obie­cu­ję, że przy­go­tu­je­my dla Was faj­ny nu­mer świą­tecz­ny. Obie­cu­ję, że oso­by, któ­re roz­wią­żą krzy­żów­kę, do­sta­ną od nas świet­ne na­gro­dy!

Ufff, ale na­obie­cy­wa­łam! Tym bar­dziej za­pra­szam Was do lek­tu­ry na­sze­go te­ma­tu nu­me­ru – wła­śnie o obiet­ni­cach. Je­śli zwy­kle obie­cu­je­cie z au­to­ma­tu, bez więk­szej re­flek­sji, zy­ska­cie no­we spoj­rze­nie. Mag­da Urlich po­ka­zu­je, że obiet­ni­ce mo­gą być jak pach­ną­cy kwia­tek w bu­kie­cie re­la­cji (ach!). To zna­czy – obie­cu­je­my, po­nie­waż za­le­ży nam na do­brym kon­tak­cie z dru­gą oso­bą, bo chce­my spra­wić jej ra­dość, po­móc, za­pew­nić swo­ją obiet­ni­cą: „je­steś dla mnie waż­na/-y”.

Hm… Czy już wie­cie, dla­cze­go tak wie­le Wam obie­ca­łam? Bo to dla Was sia­dam z ra­do­ścią do swo­je­go re­dak­tor­skie­go biur­ka. Se­rio, obie­cu­ję!

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny

Uczeń, stypendium i praca po nocy

Z 14-let­nim An­to­nim Dy­bow­skim, uczniem II kla­sy Gim­na­zjum STO w Cie­cha­no­wie, twór­cą apli­ka­cji mo­bil­nej „Know Your World – Znaj Swój Świat”, roz­ma­wia Aga­ta Goł­da

W ra­mach pro­jek­tu „Ma­zo­wiec­ki pro­gram sty­pen­dial­ny dla uczniów szcze­gól­nie uzdol­nio­nych” stwo­rzy­łeś apli­ka­cję mo­bil­ną „Know Your World – Znaj Swój Świat”. Skąd po­mysł?

– Ra­zem z pa­nem Pio­trem De­ską, na­uczy­cie­lem ję­zy­ka an­giel­skie­go, in­for­ma­ty­ki i mo­im by­łym wy­cho­waw­cą, mie­li­śmy kil­ka po­my­słów. Wy­bra­li­śmy ten, któ­ry wy­da­wał nam się naj­traf­niej­szy i naj­bar­dziej pa­su­ją­cy do na­szych cza­sów, czy­li apli­ka­cję. Co­dzien­nie ko­rzy­stam z róż­nych apli­ka­cji, po­dob­nie jak moi ró­wie­śni­cy. Uzna­łem więc, że stwo­rzę jed­ną z nich. Pan Piotr De­ska za­in­spi­ro­wał mnie do te­go i bar­dzo mi po­ma­gał. Na­sza apli­ka­cja po­sze­rza wie­dzę o pań­stwach an­glo­ję­zycz­nych, ich kul­tu­rze i po­pra­wia zna­jo­mość ję­zy­ka an­giel­skie­go.

Czy stro­na in­for­ma­tycz­na te­go pro­jek­tu by­ła dla Cie­bie wy­zwa­niem?

– Apli­ka­cja po­wsta­ła w MIT App In­ven­to­rze, na­rzę­dziu słu­żą­cym do two­rze­nia apli­ka­cji na plat­for­mę An­dro­id. Dzia­ła ono w opar­ciu o ję­zyk pro­gra­mo­wa­nia na ba­zie Ja­va (obiek­to­we­go ję­zy­ka pro­gra­mo­wa­nia). W uprosz­cze­niu pro­gra­mo­wa­nie w MIT App In­ven­to­rze po­le­ga na ukła­da­niu kloc­ków. Stro­na in­for­ma­tycz­na pro­jek­tu rze­czy­wi­ście by­ła dla mnie naj­trud­niej­sza. Je­śli cho­dzi o ję­zyk an­giel­ski, bez pro­ble­mu mo­głem wszyst­ko spraw­dzić w do­mu, w słow­ni­ku lub ko­goś za­py­tać.

foto_01-02_21-2017

Pra­ca nad apli­ka­cją za­ję­ła Ci ca­ły rok szkol­ny. Jak uda­ło Ci się po­go­dzić pra­cę z na­uką?

– Nie by­ło to trud­ne. Naj­czę­ściej spę­dza­łem nad nią oko­ło pół go­dzi­ny dzien­nie, co nie prze­szka­dza­ło mi ani w na­uce, ani w od­ra­bia­niu lek­cji. W szko­le co ty­dzień pra­co­wa­łem nad nią z pa­nem De­ską przez 40 mi­nut. Mój na­uczy­ciel przed­sta­wiał mi plan, a ja go re­ali­zo­wa­łem. W week­en­dy zda­rza­ło się, że sie­dzia­łem nad apli­ka­cją na­wet do pół­no­cy.

Cze­go na­uczy­łeś się, uczest­ni­cząc w pro­gra­mie sty­pen­dial­nym?

– Na­uczy­łem się wie­le o hi­sto­rii i kul­tu­rze kra­jów an­glo­ję­zycz­nych oraz pod­szko­li­łem swój an­giel­ski. Do­wie­dzia­łem się np. te­go, że Ti­ta­nic zo­stał zbu­do­wa­ny w Bel­fa­ście. To jed­na z licz­nych in­for­ma­cji, któ­re mi za­pa­dły w pa­mięć.

Jak Twoi ko­le­dzy i ko­le­żan­ki za­re­ago­wa­li na Twój suk­ces? By­li za­zdro­śni?

– Wy­da­je mi się, że ra­czej nie. Wie­le osób gra­tu­lo­wa­ło mi suk­ce­su. To by­ło bar­dzo mi­łe.

A co po­wie­dzie­li na­uczy­cie­le?

– Cie­szy­li się z te­go, że ma­ją ta­kie­go ucznia.

Czy masz jesz­cze ja­kieś szkol­ne osią­gnię­cia?

– Dwu­krot­nie otrzy­ma­łem na­gro­dę Pre­zy­den­ta Mia­sta za osią­gnię­cia w na­uce, od pią­tej kla­sy na­le­żę do pry­mu­sów, by­łem lau­re­atem oraz fi­na­li­stą kon­kur­su hi­sto­rycz­ne­go pt. „Lo­sy żoł­nie­rza i dzie­je orę­ża pol­skie­go”. W ubie­głym ro­ku by­łem lau­re­atem kon­kur­su po­wia­to­we­go z ma­te­ma­ty­ki.

Czym się pa­sjo­nu­jesz?

– Od lu­te­go gram na skrzyp­cach. Lu­bię czy­tać książ­ki i ar­ty­ku­ły na­uko­we w in­ter­ne­cie. Chęt­nie oglą­dam se­ria­le przy­go­do­we. Od cza­su do cza­su lu­bię grać w ja­kąś grę na kom­pu­te­rze. A gdy jest cie­pło, gry­wam w pił­kę noż­ną ze zna­jo­my­mi al­bo z mo­imi brać­mi.

Masz ko­lej­ne po­my­sły na pro­jek­ty do zre­ali­zo­wa­nia?

– Na ra­zie jesz­cze nie. Wiem jed­nak, że in­for­ma­ty­ka i pro­gra­mo­wa­nie ma­ją przy­szłość, więc war­to je znać. Lu­bię in­for­ma­ty­kę, ale mo­imi ulu­bio­ny­mi przed­mio­ta­mi w szko­le są che­mia, bio­lo­gia, hi­sto­ria i fi­zy­ka.

Ży­czę Ci dal­szych suk­ce­sów.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Dziecko na zamówienie

Do tej po­ry za­mó­wie­nie so­bie per­fek­cyj­ne­go po­tom­ka po­zo­sta­wa­ło w sfe­rze wy­obraź­ni. Dia­gno­sty­ka pre­im­plan­ta­cyj­na po­zwa­la na wy­bra­nie spo­śród po­wsta­łych em­brio­nów te­go, któ­ry wy­da­je się naj­bliż­szy ide­ało­wi. Czy pro­duk­cja per­fek­cyj­nych jed­no­stek uszczę­śli­wi ludz­kość?

Dia­gno­sty­ka pre­im­plan­ta­cy­na po­le­ga na dia­gno­zie i se­lek­cji em­brio­nów. Od­by­wa się w cza­sie mię­dzy za­płod­nie­niem in vi­tro a im­plan­ta­cją za­rod­ka w ma­ci­cy.

Na czym to po­le­ga?

Przy za­sto­so­wa­niu me­to­dy in vi­tro po­wsta­je kil­ka lub kil­ka­na­ście istot ludz­kich, któ­rym po­zwa­la się roz­wi­jać do mo­men­tu, gdy skła­da­ją się z ośmiu ko­mó­rek. Na­stęp­nie z każ­de­go em­brio­nu po­bie­ra się jed­ną lub dwie ko­mór­ki, któ­re zo­sta­ją pod­da­ne ba­da­niom pod ką­tem wy­stę­po­wa­nia okre­ślo­nej ce­chy lub cho­ro­by. Wresz­cie do­cho­dzi do naj­waż­niej­sze­go mo­men­tu – se­lek­cji. Speł­nia­ją­cy okre­ślo­ne kry­te­ria za­ro­dek (lub kil­ka z nich) zo­sta­nie prze­nie­sio­ny do ma­ci­cy ko­bie­ty. Bę­dzie miał szan­sę się uro­dzić. Po­zo­sta­łe – je­śli bę­dą zdro­we – zo­sta­ną naj­praw­do­po­dob­niej za­mro­żo­ne. Je­śli oka­żą się cho­re lub nie­przy­dat­ne z in­ne­go po­wo­du – zo­sta­ną znisz­czo­ne lub wy­ko­rzy­sta­ne do ba­dań.

foto_01-03_21-2017

Dziec­ko ge­ne­tycz­nie za­pro­jek­to­wa­ne?

Dia­gno­sty­ka pre­im­plan­ta­cyj­na ofe­ru­je – do pew­ne­go stop­nia – moż­li­wość ge­ne­tycz­ne­go „za­pro­jek­to­wa­nia” dziec­ka. To za­pro­jek­to­wa­nie po­le­ga jed­nak na za­bi­ciu tych dzie­ci w sta­nie em­brio­nal­nym, któ­re nie speł­nia­ją za­ło­żeń „pro­jek­tu”. Naj­czę­ściej cho­dzi o wy­eli­mi­no­wa­nie cho­rych za­rod­ków. Waż­ną ro­lę od­gry­wa­ją tak­że oso­bi­ste pre­fe­ren­cje ro­dzi­ców. Pol­skie pra­wo nie re­gu­lu­je kwe­stii dia­gno­sty­ki pre­im­plan­ta­cyj­nej.

Dziec­ko – le­kar­stwo?

W nie­któ­rych przy­pad­kach przy za­sto­so­wa­niu dia­gno­sty­ki pre­im­plan­ta­cyj­nej moż­li­we jest wy­se­lek­cjo­no­wa­nie za­rod­ka, któ­ry „po­słu­ży” póź­niej do wy­le­cze­nia star­sze­go ro­dzeń­stwa, do­tknię­te­go wa­dą ge­ne­tycz­ną. Po­zo­sta­łe zgi­ną, bo nie bę­dą wy­star­cza­ją­co uży­tecz­ne. Wy­bra­ne dziec­ko nie mo­że być no­śni­kiem da­nej wa­dy ge­ne­tycz­nej i mu­si cha­rak­te­ry­zo­wać się wy­so­ką zgod­no­ścią ge­ne­tycz­ną ze swo­im cho­rym bra­tem lub sio­strą. Je­go po­wsta­nie jest wów­czas środ­kiem do ce­lu (przy­szłe­go daw­stwa ko­mó­rek lub tka­nek), a nie ce­lem sa­mym w so­bie. W ten spo­sób jest chcia­ne tyl­ko ze wzglę­du na do­bro ko­goś in­ne­go, nie dla nie­go sa­me­go.

Ide­al­ni lu­dzie?

Dia­gno­sty­ka pre­im­plan­ta­cyj­na jest czymś zu­peł­nie in­nym niż dia­gno­sty­ka pre­na­tal­na. Dia­gno­sty­ka pre­na­tal­na mo­że słu­żyć do­brym ce­lom – le­cze­niu nie­na­ro­dzo­ne­go pa­cjen­ta jesz­cze w ło­nie mat­ki lub lep­sze­mu przy­go­to­wa­niu się na przy­ję­cie cho­re­go dziec­ka. Ce­lem dia­gno­sty­ki pre­im­plan­ta­cyj­nej (do­ko­ny­wa­nej po­za or­ga­ni­zmem mat­ki) nie jest po­moc me­dycz­na, ale uśmier­ce­nie cho­rych lub z in­ne­go po­wo­du nie­do­sko­na­łych dzie­ci w sta­nie em­brio­nal­nym.

Być mo­że w dal­szej per­spek­ty­wie po­przez me­to­dę in vi­tro i moż­li­wość se­lek­cji za­rod­ków bę­dzie moż­li­wa pro­duk­cja lu­dzi (nie­mal) ide­al­nych. W przy­szło­ści po­win­ni­śmy być w sta­nie zi­den­ty­fi­ko­wać roz­ma­ite ce­chy uwa­run­ko­wa­ne ge­ne­tycz­nie, ta­kie jak: wzrost, ko­lor wło­sów i skó­ry, skłon­ność do ły­sie­nia a na­wet IQ. Za­tem, krok po kro­ku, osta­tecz­nym ce­lem dia­gno­sty­ki pre­im­plan­ta­cyj­nej mo­że być ujed­no­li­ce­nie ga­tun­ku – to sło­wa Jacques’a Co­he­na, pio­nie­ra w dzie­dzi­nie sztucz­ne­go za­płod­nie­nia.

Pró­by stwo­rze­nia ide­al­ne­go czło­wie­ka nie pro­wa­dzą do ide­al­ne­go, ale ra­czej prze­ra­ża­ją­ce­go świa­ta.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Polski fenomen

Ki­bi­ce z ło­pa­ta­mi po­rząd­ku­ją gro­by, przy­go­to­wu­ją pacz­ki dla Po­la­ków na Kre­sach i przy­po­mi­na­ją o Żoł­nier­zach Wy­klę­tych. Po­nie­waż są pa­trio­ta­mi.

Rzu­ca­ją się w oczy. Gdy na nich pa­trzysz, od ra­zu wiesz, że to oni. Twarz po­ma­lo­wa­na w bar­wy na­ro­do­we, bia­ło-czer­wo­ny sza­lik z or­łem i na­pi­sem: Pol­ska lub sza­lik z na­zwą klu­bu pił­kar­skie­go i ubra­nie w klu­bo­wych bar­wach. W cza­sie me­czu ich wzrok po­dą­ża za pił­ką. Uważ­nie śle­dzą każ­dy ruch na mu­ra­wie sta­dio­nu. Do­pin­gu­ją pił­ka­rzy, skan­du­jąc róż­ne ha­sła. Cie­szą się, gdy ich dru­ży­na zdo­bę­dzie go­la. Ro­bią to ca­ły­mi so­bą. Ra­do­sne okrzy­ki mi­le wi­dzia­ne. Z za­par­tym tchem wy­cze­ku­ją mo­men­tu, gdy mecz za­koń­czy się zwy­cię­stwem re­pre­zen­ta­cji na­ro­do­wej lub ich ulu­bio­ne­go klu­bu. A gdy zda­rzy się po­raż­ka, z ich ust pły­nie zna­na pio­sen­ka „Po­la­cy, nic się nie sta­ło”.

foto_01-01_21-2017

Ki­bi­ce nie próż­nu­ją

Czę­sto mó­wi się o pseu­do­ki­bi­cach, któ­rzy gło­śno i bru­tal­nie ma­ni­fe­stu­ją swo­ją obec­ność w śro­do­wi­sku spor­to­wym. Or­ga­ni­zu­ją ustaw­ki, w któ­rych dwie gru­py wal­czą ze so­bą, nie­rzad­ko uży­wa­jąc no­ży, ma­czet itp. Są aresz­to­wa­ni za po­sia­da­nie nar­ko­ty­ków, po­bi­cia i za­bój­stwa. O praw­dzi­wych ki­bi­cach jest ci­szej, bo nie są tak „me­dial­ni”. A to du­ży błąd, bo ki­bi­ce nie próż­nu­ją. Nie tyl­ko do­pin­gu­ją swo­je dru­ży­ny. Ro­bią du­żo, du­żo wię­cej.

Ki­bic pa­trio­tą

Ki­bic – ten praw­dzi­wy, fan swo­jej dru­ży­ny, to tak­że pa­trio­ta. – To wy­ni­ka z du­cha ki­bi­co­wa­nia. Już sa­mo ki­bi­co­wa­nie lo­kal­nej dru­ży­nie jest prze­ja­wem lo­kal­ne­go pa­trio­ty­zmu, a pra­wie każ­dy ki­bic jest ki­bi­cem re­pre­zen­ta­cji na­ro­do­wej – mó­wi ks. dr Ja­ro­sław Wą­so­wicz SDB, dusz­pa­sterz ki­bi­ców, zwią­za­ny z ru­chem ki­bi­cow­skim od lat 80. XX w. – Każ­dy mo­że i mu­si być pa­trio­tą, czy­li co­dzien­nie trosz­czyć się o Oj­czy­znę, o to, że­by się jej jak naj­le­piej wio­dło, kul­ty­wo­wać pa­mięć o bo­ha­te­rach na­ro­do­wych i przy­wo­ły­wać waż­ne hi­sto­rycz­ne wy­da­rze­nia. A to się wśród ki­bi­ców dzie­je. Oni są pa­trio­ta­mi – do­da­je.

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 21/2017

Agata Gołda

11 li­sto­pa­da jest co świę­to­wać! W 1918 r. na­si przod­ko­wie wy­wal­czy­li nie­pod­le­głość po 123 la­tach za­bo­rów. Wy­obraź­cie so­bie: Pol­ska przez po­nad wiek(!) by­ła pod rzą­da­mi oku­pan­tów. Gdy w tym szcze­gól­nym mie­sią­cu od­wie­dzam gro­by bli­skich osób, za­wsze za­pa­lam zni­cze na czę­sto bez­i­mien­nych gro­bach żoł­nie­rzy, któ­rzy w cza­sie wo­jen od­da­li ży­cie za to, że­by­śmy mo­gli żyć w wol­nej Oj­czyź­nie. Mo­dlę się za nich i od­da­ję im hołd. Chy­lę czo­ła przed ich bo­ha­ter­stwem, więk­szym niż mi­sje su­per­bo­ha­te­rów z ko­mik­sów i kre­skó­wek. To by­li lu­dzie nie­złom­ni, od­waż­ni, sil­ni a rów­no­cze­śnie ta­cy jak my. Le­ka­rze, pie­ka­rze, urzęd­ni­cy i na­uczy­cie­le. Czy by­ła­bym w sta­nie wal­czyć o wol­ność Oj­czy­zny do ostat­niej kro­pli krwi jak oni?

Nie­daw­no roz­ma­wia­łam z ko­le­gą o pa­trio­ty­zmie. Po­wie­dział, że pa­trio­tą jest tyl­ko ten, kto wal­czył za Oj­czy­znę. Nie zga­dzam się z nim. Moż­na być nim rów­nież w cza­sach po­ko­ju. Udo­wad­nia­ją to ki­bi­ce, któ­rzy nie tyl­ko do­pin­gu­ją swo­je ulu­bio­ne dru­ży­ny, ale też or­ga­ni­zu­ją prze­róż­ne ak­cje, np. kul­ty­wu­ją pa­mięć o Żoł­nier­zach Wy­klę­tych (patrz s. 3–5) a tak­że ro­dzi­na, któ­ra pa­trio­tyzm ma we krwi (patrz s. 7).

Bar­dzo po­do­ba mi się mo­dli­twa ks. Pio­tra Skar­gi za Oj­czy­znę. Szcze­gól­nie ten frag­ment bar­dzo mnie wzru­sza:

Wszech­mo­gą­cy wiecz­ny Bo­że,

spuść nam sze­ro­ką i głę­bo­ką mi­łość ku bra­ciom

i naj­mil­szej Mat­ce, Oj­czyź­nie na­szej,

by­śmy jej i lu­do­wi Twe­mu,

swo­ich po­żyt­ków za­po­mniaw­szy,

mo­gli słu­żyć uczci­wie.

 

Mam pra­gnie­nie, by tak żyć. A ty?

 

Aga­ta Goł­da

Projekt z pomysłem

Z Ja­gą Mącz­ką, gra­fi­kiem, roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz

Jak za­czę­ła się Pa­ni przy­go­da z gra­fi­ką kom­pu­te­ro­wą?

– Po Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych za­ję­łam się ma­lar­stwem. Mia­łam pra­cow­nię, a sztu­ka mnie po­chła­nia­ła. Cho­ro­ba mę­ża spo­wo­do­wa­ła, że mu­sia­łam zmo­bi­li­zo­wać się do bar­dziej kon­kret­nej pra­cy. W cza­sie stu­diów uni­ka­łam gra­fi­ki, ale los spra­wił, że sta­ła się mo­ją dru­gą pa­sją.

Ja­ka jest Pa­ni ulu­bio­na dzie­dzi­na gra­fi­ki kom­pu­te­ro­wej?

– Za­czę­łam od gra­fi­ki książ­ko­wej, pro­jek­to­wa­nia okła­dek, pla­ka­tów. Do dziś do­brze się w tym czu­ję. Lu­bię ro­bić fol­de­ry, ca­ło­ścio­we opra­co­wa­nia. Ta for­ma gra­fi­ki naj­bar­dziej mi od­po­wia­da. Ma­lar­stwo da­je wol­ność ab­so­lut­ną, jest sztu­ką sa­mą w so­bie. W niej moż­na się bez­gra­nicz­nie wy­po­wia­dać. Gra­fi­ka ogra­ni­cza. Kon­kret­ne te­ma­ty, lu­dzie, z któ­ry­mi pra­cu­ję, wy­daw­cy, au­to­rzy – wszyst­ko to w pew­nym sen­sie na­rzu­ca kie­ru­nek.

foto_01-03_20-2017

Czy trud­no by­ło po­znać taj­ni­ki te­go za­wo­du, np. pro­gra­my kom­pu­te­ro­we?

– Po­ru­szam się w nich od lat, jed­nak pro­gra­my nie­ustan­nie się ak­tu­ali­zu­ją i cią­gle mu­szę się do­kształ­cać, spe­cja­li­zo­wać, czy­tać i prze­glą­dać spe­cja­li­stycz­ne pe­rio­dy­ki, aby być w zgo­dzie z dru­kar­nia­mi, wy­daw­ca­mi, za­mó­wie­nia­mi i po­trze­ba­mi klien­tów.

Z ja­kich pro­jek­tów jest Pa­ni naj­bar­dziej dum­na?

– Ni­gdy nie czu­ję się dum­na z żad­ne­go pro­jek­tu. Je­stem bar­dziej lub mniej z nie­go za­do­wo­lo­na. Prze­ra­biam swo­je pra­ce do ostat­nie­go mo­men­tu. Za­wsze jest coś, co mo­gła­bym zmie­nić, udo­sko­na­lić, prze­ro­bić. Twór­ca two­rzy, czy­li wy­my­śla od no­wa. Ni­gdy nie uwa­ża­łam, że zro­bi­łam ja­kieś wiel­kie dzie­ło, po pro­stu od­ra­biam za­da­ną lek­cję.

Jak­by Pa­ni opi­sa­ła prze­bieg pra­cy nad pro­jek­tem?

– Bar­dzo róż­nie się to od­by­wa. Są klien­ci, z któ­ry­mi pra­cu­je się zna­ko­mi­cie i ta­cy, z któ­ry­mi współ­pra­ca jest trud­na. Lu­bię, gdy ma­te­riał ilu­stra­cyj­ny i me­ry­to­rycz­ny jest do­brze przy­go­to­wa­ny. Zdję­cia, ilu­stra­cje, fo­to­gra­fie od ra­zu usta­wia­ją pro­jekt, je­go ko­lor, po­mysł. Je­śli pra­cu­ję z oso­bą otwar­tą, wszyst­ko idzie zna­ko­mi­cie. Pro­jek­tu­jąc np. okład­kę książ­ki, mu­szę prze­czy­tać ja­kąś jej część. Tym bar­dziej, że ro­bię róż­ne książ­ki: na­uko­we, be­le­try­sty­kę, po­wie­ści. Mu­szę prze­czy­tać i zro­zu­mieć. Zda­rza się, że wy­daw­cy zo­sta­wia­ją mi wol­ną rę­kę, ale by­wa i tak, że mam kon­kret­ne wy­tycz­ne, któ­re mu­szę zre­ali­zo­wać. Czę­sto do­sta­ję tak­że uwa­gi au­to­rów, z któ­ry­mi wy­daw­ca kon­sul­tu­je mo­je po­my­sły.

Czy zda­rza się, że bra­ku­je Pa­ni in­spi­ra­cji? Czy ma Pa­ni ja­kieś spo­so­by na po­bu­dze­nie kre­atyw­no­ści?

– Nie cze­kam na we­nę, któ­ra przy­cho­dzi i roz­ja­śnia umysł. By­wa­ją pro­jek­ty, któ­re nie­ła­two ugryźć. Au­tor ma pew­ne ocze­ki­wa­nia, wy­daw­ca ma wy­ma­ga­nia, a te­mat jest skom­pli­ko­wa­ny al­bo de­li­kat­ny. Naj­waż­niej­sze w pro­jek­to­wa­niu jest by­cie so­bą. Na­wet je­śli zde­rza­ją się róż­ne wi­zje, po­my­sły. Nie ma zna­cze­nia to, jak my­śli­my, ale w ja­ki spo­sób do­cho­dzi­my do pew­nych rze­czy. Klient ocze­ku­je ode mnie pew­nej in­spi­ra­cji. Ona nie za­wsze tra­fia w gu­sta, ale mi­mo to sta­ram się coś su­ge­ro­wać, wy­cho­dzić z po­my­sła­mi. Naj­waż­niej­sze, by pro­jekt był ocze­ki­wa­ny. W pro­jek­to­wa­niu za­wsze idzie­my na kom­pro­mi­sy.

To pra­ca ze­spo­ło­wa.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

w skró­cie:

Pre­dys­po­zy­cje: otwar­tość, pa­sja i kre­atyw­ność. Gra­fik mu­si być so­bą i pro­po­no­wać in­no­wa­cyj­ne po­my­sły oraz je re­ali­zo­wać. Waż­ny jest zmysł ar­ty­stycz­ny, wy­obraź­nia i do­bry smak a tak­że umie­jęt­ność or­ga­ni­zo­wa­nia pra­cy.

Wy­kształ­ce­nie: stu­dia na kie­run­ku gra­fi­ka lub pro­jek­to­wa­nie gra­ficz­ne, kur­sy.

Obo­wiąz­ki: two­rze­nie pro­jek­tów gra­ficz­nych ksią­żek, ulo­tek, fol­de­rów, pla­ka­tów, cza­so­pism, al­bu­mów itp.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Program życia? Świętość!

W je­go ży­ciu by­ło wszyst­ko: mał­żeń­stwo, dzie­ci, pra­ca na­uko­wa, sport, za­gra­nicz­ne wy­jaz­dy, tu­ry­sty­ka, przy­ja­cie­le, mo­dli­twa… Z tych zwy­czaj­nych ele­men­tów inż. Je­rzy Cie­siel­ski zbu­do­wał dro­gę do Nie­ba.

Je­rzy Cie­siel­ski (1929–1970) był in­ży­nie­rem bu­dow­nic­twa i pro­fe­so­rem Po­li­tech­ni­ki Kra­kow­skiej. Pa­sjo­no­wał się spor­tem i tu­ry­sty­ką. Śpie­wał, grał na gi­ta­rze, do­sko­na­le tań­czył i or­ga­ni­zo­wał za­ba­wy. Dzia­łał w dusz­pa­ster­stwie aka­de­mic­kim, gdzie za­przy­jaź­nił się z Ka­ro­lem Woj­ty­łą. Si­łę czer­pał z co­dzien­nej mo­dli­twy i sa­kra­men­tów.

Bóg mi ją da­je

Świa­do­mą dro­gę do świę­to­ści roz­po­czął, ma­jąc 22 la­ta. W dzien­ni­ku du­cho­wym za­pi­sał: „Nie wol­no ni­gdy dzia­łać (prze­pę­dzać czas) bez pla­nu i Bo­ga. Rów­no­cze­śnie z uświa­do­mie­niem so­bie obec­no­ści Bo­ga trze­ba so­bie zda­wać spra­wę ze spę­dzo­ne­go cza­su”. Je­rzy wie­le roz­my­ślał, mo­dlił się, ana­li­zo­wał swo­je po­stę­po­wa­nie, by móc je ko­ry­go­wać. Po­ma­gał mu w tym m.in. ksiądz Ka­rol Woj­ty­ła – „Wu­jek”. Po la­tach Jan Pa­weł II w książ­ce „Prze­kro­czyć próg na­dziei” wspo­mi­nał: „Nie za­po­mnę ni­gdy te­go chłop­ca, stu­den­ta po­li­tech­ni­ki w Kra­ko­wie, o któ­rym wszy­scy wie­dzie­li, że zde­cy­do­wa­nie dą­ży do świę­to­ści. Miał ta­ki pro­gram ży­cia. Wie­dział, że jest ’stwo­rzo­ny do więk­szych rze­czy’, jak kie­dyś wy­ra­ził się św. Sta­ni­sław Kost­ka. A rów­no­cze­śnie nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści, że je­go po­wo­ła­niem nie jest ani ka­płań­stwo, ani ży­cie za­kon­ne. Wie­dział, że ma być świec­kim. Pa­sjo­no­wa­ła go pra­ca za­wo­do­wa, stu­dia in­ży­nier­skie. Szu­kał to­wa­rzysz­ki ży­cia i szu­kał jej na ko­la­nach, w mo­dli­twie. Nie za­po­mnę ni­gdy tej roz­mo­wy, w któ­rej po­wie­dział mi po spe­cjal­nym dniu sku­pie­nia: ’My­ślę, że to ta dziew­czy­na ma być mo­ją żo­ną, że Pan Bóg mi ją da­je’. Jak gdy­by nie szedł za gło­sem tyl­ko wła­snych upodo­bań, ale przede wszyst­kim za gło­sem Bo­ga sa­me­go. Wie­dział, że od Nie­go po­cho­dzi wszyst­ko do­bro, i wy­brał do­brze”.

foto_01-02_20-2017

Gó­ry, ka­ja­ki i Pi­smo Świę­te

Je­rze­go i je­go przy­szłą żo­nę Da­nu­tę zbli­ży­ły mi­łość do Ko­ścio­ła, po­glą­dy na świę­tość ro­dzi­ny oraz wy­ciecz­ki w gó­ry i spły­wy ka­ja­ko­we. Je­rzy ni­gdy nie wąt­pił w to, że je­go ży­cio­wym po­wo­ła­niem jest mał­żeń­stwo i ro­dzi­na. Zwią­zek mał­żeń­ski z Da­nu­tą Ple­bań­czyk za­warł w czerw­cu 1957 r. By­li ro­dzi­ca­mi có­rek Ma­rii i Ka­ta­rzy­ny oraz sy­na Pio­tra. Od naj­młod­szych lat Je­rzy wpro­wa­dzał dzie­ci w war­to­ści chrze­ści­jań­skie, uczył prawd wia­ry, mo­dli­twy i lek­tu­ry Pi­sma Świę­te­go.

Moż­li­wo­ści są sze­ro­kie

W wie­ku 31 lat Je­rzy uzy­skał dok­to­rat z na­uk tech­nicz­nych, a osiem lat póź­niej ha­bi­li­to­wał się w dzie­dzi­nie kon­struk­cji żel­be­to­wych. Ze wzglę­du na swo­ją po­sta­wę miał złe no­to­wa­nia u władz ko­mu­ni­stycz­nych. Nie mógł więc uzy­skać ty­tu­łu do­cen­ta i wy­kła­dać na Po­li­tech­ni­ce. Z do­ku­men­tów służ­by bez­pie­czeń­stwa wy­ni­ka też, że był pod sta­łą ob­ser­wa­cją ube­ków. Jed­nak Cie­siel­ski był nie­złom­ny. „Przy­szłość jest nie­wia­do­ma. Bo co na­praw­dę mo­gę po­wie­dzieć, co bę­dzie ze mną za dzień, a za mie­siąc? Roz­pa­try­wa­nie prze­szło­ści – wąt­pli­we da­je ko­rzy­ści. Po­zo­sta­je te­raź­niej­szość. Wy­da­je mi się, że moż­li­wo­ści star­tu są sze­ro­kie. Obo­jęt­nie skąd się za­czy­na, by­le za­cząć iść” – czy­ta­my w je­go no­tat­ni­ku.

W 1969 r. ob­jął wy­kła­dy na Uni­wer­sy­te­cie w Char­tu­mie (Su­dan). Po ro­ku spro­wa­dził żo­nę i dzie­ci. W no­tat­kach pi­sał, że trze­ba zbie­rać za­słu­gi, ale też pa­mię­tać, że owo zbie­ra­nie w każ­dej chwi­li mo­że zo­stać prze­rwa­ne śmier­cią. Sło­wa te oka­za­ły się pro­ro­cze. 9 paź­dzier­ni­ka 1970 r. Je­rzy Cie­siel­ski za­to­nął wraz z dwój­ką dzie­ci w ka­ta­stro­fie stat­ku na Ni­lu. Miał 41 lat.

Cy­ta­ty za: ks. Jan Mach­niak, Słu­ga Bo­ży Je­rzy Cie­siel­ski, Wyd. Św. Sta­ni­sła­wa BM, Kra­ków 2007.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstawiam się za alkoholikami

Wśród człon­ków KWC znaj­dziesz wie­lu ró­wie­śni­ków. Do­strze­ga­ją oni owo­ce mo­dli­twy i cie­szą się, że ro­bią coś dla in­nych.

Faj­na ini­cja­ty­wa

Do Kru­cja­ty Wy­zwo­le­nia Czło­wie­ka (KWC) do­łą­czy­łam rok te­mu na Oa­zie No­wej Dro­gi I stop­nia (re­ko­lek­cjach oa­zo­wych dla gim­na­zja­li­stów). Pod­pi­sa­łam wte­dy zo­bo­wią­za­nie abs­ty­nenc­kie na je­den rok. Po tym cza­sie po­sta­no­wi­łam kon­ty­nu­ować dzie­ło. Stwier­dzi­łam, że sko­ro i tak nie pi­ję al­ko­ho­lu ze wzglę­du na wiek, to przy oka­zji mo­gę dać coś in­nym. Tym czymś jest mo­dli­twa.

Wsta­wiam się za al­ko­ho­li­ka­mi u Pa­na Bo­ga. Bez żad­ne­go uszczerb­ku dla sie­bie – po­ma­gam in­nym. Gdy bę­dę peł­no­let­nia, bę­dę mo­gła zo­stać człon­kiem Kru­cja­ty Wy­zwo­le­nia Czło­wie­ka na ca­łe ży­cie. My­ślę, że tak wła­śnie zro­bię. To na­praw­dę faj­na ini­cja­ty­wa! Nie afi­szu­ję się ze swo­ją przy­na­leż­no­ścią do KWC. Gdy jed­nak ktoś pro­po­nu­je mi al­ko­hol, wte­dy od­ma­wiam i mó­wię o kru­cja­cie. Ko­le­dzy i ko­le­żan­ki w ta­kich sy­tu­acjach są za­sko­cze­ni. Py­ta­ją, czym jest kru­cja­ta. Ni­gdy jed­nak nie spo­tka­łam się z sy­tu­acją, w któ­rej ktoś by się ze mnie wy­śmie­wał lub nie po­tra­fił usza­no­wać mo­jej de­cy­zji. Je­śli ko­goś do­brze znam, wiem, że ma ta­kie sa­me po­glą­dy jak ja i wi­dzę, że te­mat al­ko­ho­li­zmu go in­te­re­su­je – wte­dy pro­po­nu­ję do­łą­cze­nie do KWC. Tym spo­so­bem uda­ło mi się za­chę­cić do przy­stą­pie­nia do kru­cja­ty kil­ko­ro mo­ich zna­jo­mych.

Bar­dzo się cie­szę, że mo­gę uczest­ni­czyć w ta­kim dzie­le i że mo­gę dać coś z sie­bie, nie ocze­ku­jąc nic w za­mian. Dzię­ki KWC do­wie­dzia­łam się, że są in­ne oso­by w mo­im wie­ku, któ­re wy­zna­ją ta­kie sa­me war­to­ści jak ja. Wi­dzę owo­ce mo­jej mo­dli­twy. Je­den z mo­ich zna­jo­mych wy­rwał się z nie­wo­li al­ko­ho­li­zmu i bar­dzo mnie to pod­bu­do­wa­ło. Da­ło mi ogrom­ną mo­ty­wa­cję i po­tęż­ne­go ko­pa. Wspa­nia­le jest wi­dzieć re­al­ne owo­ce mo­dli­twy. To jest pięk­ne.

Kla­ra, 15 lat

foto_01-01_20-2017

Zna­jo­my wy­rwał się z nie­wo­li al­ko­ho­li­zmu. Da­ło mi to po­tęż­ne­go ko­pa. Wspa­nia­le jest wi­dzieć re­al­ne owo­ce mo­dli­twy.

Je­stem dum­na ze swo­jej de­cy­zji

Do­łą­czy­łam do Kru­cja­ty Wy­zwo­le­nia Czło­wie­ka trzy la­ta te­mu. Po­wie­dzia­ła mi o niej bab­cia, któ­ra do niej na­le­ży. Od te­go cza­su co ro­ku pod­pi­su­ję ko­lej­ne rocz­ne zo­bo­wią­za­nia. Zro­bi­łam to głów­nie dla­te­go, że w mo­jej ro­dzi­nie był pro­blem al­ko­ho­lo­wy. Po­sta­no­wi­łam się mo­dlić o to, że­by moi bli­scy wy­trwa­li w abs­ty­nen­cji. Wie­dzia­łam, że ta de­cy­zja po­mo­że mi w ży­ciu. W mo­im to­wa­rzy­stwie jest du­żo osób, któ­re spo­ży­wa­ją al­ko­hol, więc kru­cja­ta uła­twi­ła mi od­ma­wia­nie pi­cia. Wy­star­czy­ło, że po­wie­dzia­łam, że mam pod­pi­sa­ną kru­cja­tę, a swo­ją abs­ty­nen­cję i mo­dli­twę ofia­ro­wu­ję za oso­bę, któ­ra ma cho­ro­bę al­ko­ho­lo­wą.

Na po­cząt­ku nie do­strze­ga­łam wie­lu po­zy­ty­wów swo­jej de­cy­zji. Za­czy­nam je za­uwa­żać do­pie­ro te­raz. Mo­ja ro­dzi­na trwa w abs­ty­nen­cji już pią­ty rok i od kil­ku lat na­le­ży do Kru­cja­ty. Po­mo­gła jej mo­ja mo­dli­twa. W Kru­cja­cie zna­la­złam też przy­ja­ciół, któ­rzy lu­bią mnie za to, ja­ka je­stem, a nie za to, że wyj­dę się z ni­mi na­pić.

Gdy moi zna­jo­mi do­wia­du­ją się, że pod­pi­sa­łam ta­ką de­kla­ra­cję, to za­czy­na­ją py­tać: po co?, dla­cze­go?, co mi to da­je? Mó­wią, że prze­cież to nie jest nic złe­go i że w tak mło­dym wie­ku się nie uza­leż­nię. Tłu­ma­czę im wte­dy, że to jest mo­ja świa­do­ma de­cy­zja i że le­piej się czu­ję sa­ma z so­bą, gdy nie spo­ży­wam al­ko­ho­lu. Mó­wię, że po­tra­fię się ba­wić bez nie­go i że je­stem dzię­ki te­mu szczę­śli­wa. Zna­jo­mi naj­czę­ściej ro­zu­mie­ją mo­ją ar­gu­men­ta­cję, ale zda­rza­ją się oso­by, któ­re nie mo­gą te­go po­jąć i śmie­ją się ze mnie. Na­uczy­łam się jed­nak ni­mi nie przej­mo­wać.

Był czas, że wsty­dzi­łam się przy­na­leż­no­ści do KWC. Za­sta­na­wia­łam się, czy mó­wić o tym zna­jo­mym. Te­raz je­stem dum­na ze swo­jej de­cy­zji. Cie­szę się, że za­pi­su­jąc się do KWC, sprze­ci­wi­łam się spo­ży­wa­niu al­ko­ho­lu przez nie­let­nich i uza­leż­nie­niu od nie­go. Za­chę­cam in­nych do przy­stą­pie­nia do niej, zwłasz­cza je­śli ma­ją pi­ją­ce to­wa­rzy­stwo lub pro­ble­my ro­dzin­ne zwią­za­ne z bli­ską oso­bą, któ­ra jest uza­leż­nio­na od al­ko­ho­lu.

 

Ali­na, 17 lat

oprac. Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 20/2017

Jola Tęcza-Ćwierz

30 lat te­mu pol­scy bi­sku­pi usta­no­wi­li sier­pień mie­sią­cem abs­ty­nen­cji od al­ko­ho­lu. Tym­cza­sem Po­la­cy pi­ją dziś wię­cej niż w cza­sach PRL-u. Ma­my pra­wie mi­lion osób uza­leż­nio­nych od al­ko­ho­lu, a ko­lej­ne kil­ka mi­lio­nów pi­je w spo­sób ry­zy­kow­ny i szko­dli­wy. Pro­du­cen­ci i sprze­daw­cy osią­ga­ją mi­liar­do­we zy­ski. Me­dia bo­ga­cą się na re­kla­mie a po­li­ty­cy nie chcą się na­ra­żać wpły­wo­we­mu lob­by. Spe­cja­li­ści od mar­ke­tin­gu kreu­ją prze­kaz, z któ­re­go wy­ni­ka, że tyl­ko al­ko­hol jest gwa­ran­tem do­brej za­ba­wy, fun­da­men­tem przy­jaź­ni, zna­kiem do­bre­go gu­stu czy też wzbo­ga­ce­niem emo­cji spor­to­wych. Ta­ki prze­kaz wy­wie­ra sil­ny wpływ na po­sta­wy wo­bec al­ko­ho­lu.

Czy da się iść pod prąd tej źle ro­zu­mia­nej „wol­no­ści”? Tak! Prze­ko­nu­je o tym wie­lu wa­szych ró­wie­śni­ków, któ­rzy włą­cza­ją się w Kru­cja­tę Wy­zwo­le­nia Czło­wie­ka (czy­taj­cie na s. 7). Jej za­ło­ży­cie­lem był Fran­ci­szek Blach­nic­ki. Nie­zwy­kły ka­płan, re­wo­lu­cjo­ni­sta, wi­zjo­ner i „gwał­tow­nik Kró­le­stwa Bo­że­go”. Po­do­ba mi się jesz­cze jed­no okre­śle­nie: „czło­wiek wia­ry kon­se­kwent­nej” (jest na­wet książ­ka pod ta­kim ty­tu­łem). Bo wszyst­kie wy­bo­ry ks. Fran­cisz­ka by­ły kon­se­kwen­cją je­go wia­ry w Pa­na Bo­ga. Co nie od po­cząt­ku by­ło ta­kie oczy­wi­ste…

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Sztuka kompromisu

Na kom­pro­mis pa­trzę z nie­chę­cią i mam z nim ewi­dent­ny pro­blem. Bo czym on jest? Po­ło­wicz­nym za­do­wo­le­niem? Od­pusz­cza­niem dla świę­te­go spo­ko­ju? A mo­że du­sze­niem w so­bie zło­ści, by­le­by ja­koś by­ło?

Gdzieś prze­czy­ta­łam, że kom­pro­mis to spo­tka­nie na mo­ście, a nie na jed­nym z brze­gów rze­ki, któ­ra dzie­li obie stro­ny. Kom­pro­mis jest sztu­ką, któ­ra po­zwa­la za­cho­wać rów­no­wa­gę w sto­sun­kach mię­dzy ludź­mi. I wszyst­ko do­brze, do­pó­ki nie zda­rzy się, że obie stro­ny pra­gną cze­goś in­ne­go, np. jed­na chce iść do ki­na, dru­ga obej­rzeć film w do­mu. Zna­le­zie­nie roz­wią­za­nia wy­ma­ga pój­ścia na ustęp­stwo, dzię­ki cze­mu każ­dy bę­dzie za­do­wo­lo­ny. Ale rów­no­cze­śnie każ­dy z cze­goś zre­zy­gnu­je...

foto_01-02_19-2017

Wilk sy­ty...

Kom­pro­mis to opty­mal­ne roz­wią­za­nie kon­flik­tu, pro­wa­dzą­ce do te­go, że wszyst­kie stro­ny są za­do­wo­lo­ne. W rze­czy­wi­sto­ści kom­pro­mi­sy nie­ko­niecz­nie ma­ją co­kol­wiek wspól­ne­go z uda­ną współ­pra­cą. Bo czy moż­na mó­wić o suk­ce­sie, sko­ro część ocze­ki­wań zo­sta­ła po­grze­ba­na? Kom­pro­mis to po­zor­nie do­bra ugo­da, któ­ra nie jest ani spra­wie­dli­wa, ani sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca dla ni­ko­go. Przy­kład: je­dzie­my z ko­le­żan­ką na wy­ciecz­kę. Ro­bię her­ba­tę do ter­mo­su. Ja pi­ję bez cu­kru, ona sło­dzi dwie ły­żecz­ki. Idę na kom­pro­mis – do­da­ję jed­ną ły­żecz­kę. Świet­ne roz­wią­za­nie, tyl­ko ta­kiej her­ba­ty ja­koś nikt nie chce pić... Oka­zu­je się, że sto­so­wa­nie za­sa­dy „po po­ło­wie” nie­ko­niecz­nie się spraw­dza.

...i owca ca­ła

Róż­ni­my się. Trud­no o peł­ną jed­no­myśl­ność we wszyst­kim. Dla­te­go roz­ma­wia­my, szu­ka­my roz­wią­zań i al­ter­na­tyw. Kom­pro­mis jest za­wsze pój­ściem na ustęp­stwo. Z cze­goś trze­ba zre­zy­gno­wać. Py­ta­nie: jak wie­le się na tym roz­wią­za­niu tra­ci i co do­sta­je­my w za­mian. W efek­cie kom­pro­mi­su żad­na ze stron nie re­ali­zu­je swo­ich pla­nów w stu pro­cen­tach, a prze­cież nikt nie lu­bi, gdy spra­wy nie ukła­da­ją się po je­go my­śli. Nie­chęć do kom­pro­mi­sów bie­rze się za­zwy­czaj z te­go, że trak­tu­je się je ja­ko po­raż­kę. Ni­by nie po­le­gło się z kre­te­sem, ale nie wró­ci­ło się z tar­czą. Nie osią­gnę­ło się wy­ma­rzo­ne­go ce­lu. Kom­pro­mi­sa­mi gar­dzą lu­dzie po­rwa­ni przez wiel­ką ideę, któ­rej nie wol­no zdra­dzić za żad­ną ce­nę i ra­dy­ka­ło­wie, dla któ­rych roz­wią­za­nia po­śred­nie to klę­ska. W ich mnie­ma­niu na kom­pro­mi­sy go­dzą się sła­bi. Praw­dzi­wy wo­jow­nik nie co­fa się na­wet o krok.

Bój na ar­gu­men­ty

Jak bez kom­pro­mi­sów pro­wa­dzić po­li­ty­kę? Za­wie­rać umo­wy han­dlo­we? Utrzy­mać w ry­zach cy­wi­li­zo­wa­ny ład? Są jed­nak dzie­dzi­ny, w któ­rych kom­pro­mis jest nie­moż­li­wy, np. kwe­stia za­sad mo­ral­nych, pod­sta­wo­wych war­to­ści czy wia­ry.

Kom­pro­mis przed­sta­wia­ny jest ja­ko sztu­ka ne­go­cja­cji. Osią­ga­ny na dro­dze dys­ku­sji, nie wal­ki. Ty­le że po­szu­ki­wa­nia kom­pro­mi­su cza­sem przy­po­mi­na­ją dzia­ła­nia wo­jen­ne. Bój nie na mie­cze lecz na sło­wa, za któ­ry­mi nie­rzad­ko kry­ją się groź­by, pró­by szan­ta­żu, gra na emo­cjach. Nie ma to zbyt wie­le wspól­ne­go z rze­czo­wą roz­mo­wą i osią­gnię­ciem po­ro­zu­mie­nia. Ta­ki kom­pro­mis przy­po­mi­na ra­czej zło ko­niecz­ne, w efek­cie któ­re­go wilk jest cią­gle głod­ny, a z owcy pra­wie już zdar­to skó­rę.

Cie­kaw­szą i bez­piecz­niej­szą al­ter­na­ty­wą jest współ­pra­ca. Jed­nak nie za­wsze moż­na na nią li­czyć, zwłasz­cza gdy do po­go­dze­nia są cał­kiem roz­bież­ne in­te­re­sy. Wte­dy zo­sta­je kom­pro­mis, któ­ry mi­mo wad i tak bę­dzie lep­szy od krwa­wej woj­ny na wy­nisz­cze­nie wro­ga.

By­wa, że po­ro­zu­mie­nie osią­gnię­te na dro­dze kom­pro­mi­su jest po pro­stu nie­zbęd­ne. Rzecz w tym, jak czę­sto trze­ba je za­wie­rać i ja­ki jest osta­tecz­ny bi­lans zy­sków i strat.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Chuligani Jezusa

Ro­bią ra­ban na osie­dlach i ryn­kach miast. Ufa­ją Bo­gu. Mo­dlą się o kieł­ba­sę… i do­sta­ją jej ca­łą skrzyn­kę.

Pu­sty­nia Miast jest ru­chem mło­dzie­ży ka­to­lic­kiej, któ­ra czyn­nie włą­cza się w No­wą Ewan­ge­li­za­cję. Pu­sty­nie Miast dzia­ła­ją przy pa­ra­fiach w ca­łej Pol­sce w ra­mach Sa­le­zjań­skiej Wspól­no­ty Ewan­ge­li­za­cyj­nej. Każ­dą opie­ku­je się ksiądz. Spo­tka­nia for­ma­cyj­ne od­by­wa­ją się co ty­dzień. Głów­nym wy­da­rze­niem każ­de­go ro­ku jest wa­ka­cyj­na wę­drów­ka po mia­stach Pol­ski, że­by gło­sić Do­brą No­wi­nę. Ak­cje ewan­ge­li­za­cyj­ne od­by­wa­ją się na ryn­kach miast, w szpi­ta­lach, do­mach dziec­ka a na­wet wię­zie­niach. Do te­go wy­da­rze­nia każ­da lo­kal­na wspól­no­ta przy­go­to­wu­je się ca­ły rok, or­ga­ni­zu­jąc na swo­im „po­dwór­ku” mniej­sze wy­da­rze­nia ewan­ge­li­za­cyj­ne. Przy­kład: pro­po­no­wa­nie mo­dli­twy na­po­tka­nym prze­chod­niom.

foto_01-01_19-2017

Punkt kul­mi­na­cyj­ny

Każ­dy uczest­nik z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka na dwa ty­go­dnie wa­ka­cji, któ­re gru­pa spę­dza w wy­bra­nych miej­sco­wo­ściach. – Do po­łu­dnia (za zgo­dą dy­rek­cji) cho­dzi­my do lo­kal­nych do­mów po­mo­cy spo­łecz­nej lub in­nych ośrod­ków. Tam śpie­wa­my, pro­wa­dzi­my tań­ce in­te­gra­cyj­ne. Gdy prze­ła­mie­my ba­rie­ry, za­czy­na się wła­ści­wa ka­te­che­za. Gło­si­my ją ję­zy­kiem mło­dzie­żo­wym, ję­zy­kiem ży­cia. Świa­dec­twa­mi dzie­lą się kle­ry­cy i człon­ko­wie wspól­no­ty – opo­wia­da ks. Bar­tło­miej Przy­byl­ski, mo­de­ra­tor Pu­sty­ni Miast. En­tu­zjazm i ra­dość udzie­la­ją się słu­cha­czom. Zda­rza­ją się łzy wzru­sze­nia. – Bar­dzo czę­sto mło­dzi wi­dzą, że ich ży­cie i pro­ble­my, któ­re prze­ży­wa­ją z Pa­nem Bo­giem, ma­ją sens – wy­ja­śnia ks. Bar­tło­miej. – Obie stro­ny się ewan­ge­li­zu­ją. Jed­ni na­bie­ra­ją więk­szej od­wa­gi do gło­sze­nia Do­brej No­wi­ny, bo wi­dzą, że Pan Bóg chce przez nich dzia­łać. Dru­dzy dzię­ki na­szej gru­pie wi­dzą, że Ko­ściół jest pięk­ny. Wi­dzą, że są wspa­nia­li, mło­dzi lu­dzie, któ­rzy pod­pi­su­ją się pod war­to­ścia­mi i chcą o nich mó­wić w miej­scach pu­blicz­nych – do­da­je.

Ra­ban

Po wie­czor­nej Mszy św. roz­po­czy­na się szu­ka­nie miej­sca, w któ­rym moż­na roz­sta­wić sprzęt na­gła­śnia­ją­cy. Za­czy­na się ra­ban, o któ­rym mó­wił pa­pież Fran­ci­szek. – Je­ste­śmy ofi­cjal­ny­mi chu­li­ga­na­mi Je­zu­sa Chry­stu­sa. Czy lu­dziom się to po­do­ba czy nie, ro­bi­my swo­je. Bar­dzo czę­sto spo­ty­ka­my się z po­zy­tyw­ny­mi re­ak­cja­mi – mó­wi ks. Bar­tło­miej. Na po­czą­tek są mu­zy­ka i za­ba­wy dla dzie­ci. To wstęp do dzie­le­nia się świa­dec­twa­mi ży­cia. Na ko­niec Apel Ja­sno­gór­ski. – W mia­stecz­kach, któ­re od­wie­dza­li­śmy, z po­cząt­ku prze­ga­nia­no nas. Lu­dzie chy­ba my­śle­li, że je­ste­śmy sek­tą. Póź­niej... za­pra­sza­li nas na ko­la­cje. Pa­mię­tam, że przy­szli do nas też ro­bot­ni­cy i dzień za­koń­czył się kil­ko­ma „gru­by­mi” spo­wie­dzia­mi – opo­wia­da ks. Bar­tło­miej.

Lek­cja za­ufa­nia Bo­gu

– Uczy­my mło­dzież zda­nia się na Bo­żą opatrz­ność. Za wy­jazd nie bie­rze­my od nich pie­nię­dzy. W ze­szłym ro­ku je­den trans­port kosz­to­wał mnie czte­ry ty­sią­ce zło­tych. Nie mia­łem w port­fe­lu ani zło­tów­ki. Pan Bóg się o nas za­trosz­czył. Pie­nią­dze się zna­la­zły – mó­wi ks. Bar­tło­miej. Znaj­du­je się tak­że je­dze­nie. Zda­rzy­ło się kie­dyś, że lu­dzie przy­no­si­li wspól­no­cie du­żo na­bia­łu. W cza­sie wie­czor­nej mo­dli­twy je­den z uczest­ni­ków po­pro­sił Bo­ga o kieł­ba­sę. Na­stęp­ne­go dnia go­spo­darz przy­niósł… skrzyn­kę kieł­ba­sy. Gdy wie­czo­ra­mi gru­pa dzie­li się tym, co im po­ka­zał Duch Świę­ty, wie­le osób mó­wi, że Pan Bóg jest cu­dow­ny.

Po­czą­tek: for­ma­cja

Każ­dy, kto chce do­łą­czyć do Pu­sty­ni Miast, mu­si być go­to­wy na pra­cę nad so­bą i wyj­ście do lu­dzi, by mó­wić im o Bo­gu. – Nie cze­ka­my, aż ktoś przyj­dzie do nas. Je­ste­śmy na­sta­wie­ni na ewan­ge­li­za­cję ulicz­ną – mó­wi ks. Bar­tło­miej. Wstę­pem i spraw­dzia­nem go­to­wo­ści do wa­ka­cyj­ne­go wy­jaz­du jest uczest­nic­two w co­ty­go­dnio­wych spo­tka­niach lo­kal­nej gru­py.

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

To tylko narzędzie

Dia­gno­sty­ka pre­na­tal­na, czy­li róż­ne me­to­dy ba­da­nia dziec­ka w ło­nie mat­ki, sa­ma w so­bie nie jest ani do­bra, ani zła. Wszyst­ko za­le­ży od te­go, w ja­ki spo­sób wy­ko­rzy­sta­my uzy­ska­ne dzię­ki niej in­for­ma­cje.

Dia­gno­sty­ka pre­na­tal­na po­zwa­la na stwier­dze­nie lub wy­klu­cze­nie wad roz­wo­jo­wych u roz­wi­ja­ją­ce­go się dziec­ka. Nie­któ­re wa­dy moż­na le­czyć już w ło­nie mat­ki. Nie­ste­ty, czę­sto wy­kry­cie cho­ro­by na tak wcze­snym eta­pie roz­wo­ju pro­wa­dzi do pod­su­wa­nia ro­dzi­com wyj­ścia, któ­re myl­nie wy­da­je się naj­ła­twiej­sze – abor­cji.

foto_01-03_19-2017

Co moż­na zba­dać?

Ba­da­nie pre­na­tal­ne dzie­lą się na nie­in­wa­zyj­ne (wy­ko­ny­wa­ne ru­ty­no­wo) i in­wa­zyj­ne, wy­ko­ny­wa­ne wte­dy, kie­dy ist­nie­je po­dej­rze­nie cho­ro­by dziec­ka. Te ostat­nie mo­gą zwięk­szyć ry­zy­ko po­ro­nie­nia. Do me­tod nie­in­wa­zyj­nych na­le­ży ba­da­nie USG i ba­da­nie su­ro­wi­cy krwi mat­ki. Do me­tod in­wa­zyj­nych za­li­cza­my am­nio­punk­cję (po­le­ga­ją­cą na po­bra­niu nie­wiel­kiej ilo­ści pły­nu owo­dnio­we­go i zba­da­niu obec­nych w niej ko­mó­rek pło­du wraz z okre­śle­niem ka­rio­ty­pu – ze­sta­wu chro­mo­so­mów – u dziec­ka), biop­sję ko­smów­ki (po­bra­nie frag­men­tu tkan­ki ło­ży­ska i po­zna­nie dzię­ki te­mu ka­rio­ty­pu dziec­ka), punk­cję pę­po­wi­ny (po­bra­nie prób­ki krwi z ży­ły pę­po­wi­no­wej) i ba­da­nia prze­sie­wo­we w kie­run­ku wy­kry­cia ze­spo­łu Do­wna.

Ko­mu przy­słu­gu­ją?

Zgod­nie z pol­skim pra­wem, le­karz ma obo­wią­zek udzie­le­nia in­for­ma­cji o moż­li­wych ba­da­niach pre­na­tal­nych i zwią­za­nym z ni­mi ry­zy­ku. Je­że­li pod wpły­wem ba­dań ko­bie­ta de­cy­du­je się na abor­cję, le­karz mo­że sko­rzy­stać z klau­zu­li su­mie­nia i od­mó­wić wy­ko­na­nia za­bie­gu. Ko­bie­ta nie ma jed­nak obo­wiąz­ku ko­rzy­sta­nia z ba­dań pre­na­tal­nych. Pod­sta­wo­wa dia­gno­sty­ka jest re­fun­do­wa­na przez Na­ro­do­wy Fun­dusz Zdro­wia dla wszyst­kich ko­biet, ba­da­nia nie­stan­dar­do­we re­fun­do­wa­ne są tym z gru­py pod­wyż­szo­ne­go ry­zy­ka (np. w wie­ku po­wy­żej 35 lat czy z ob­cią­że­nia­mi ge­ne­tycz­ny­mi).

Na Is­lan­dii od pię­ciu lat nie uro­dzi­ło się dziec­ko z ze­spo­łem Do­wna. Wszyst­kie zo­sta­ły abor­to­wa­ne przed na­ro­dze­niem.

Ba­da­nia pre­na­tal­ne umoż­li­wia­ją wcze­śniej­sze le­cze­nie nie­któ­rych cho­rób. Da­ją też czas ro­dzi­com na oswo­je­nie się z sy­tu­acją i przy­go­to­wa­nie się na przy­ję­cie cho­re­go no­wo­rod­ka. Wie­lo­krot­nie jed­nak pro­wa­dzą do de­cy­zji o abor­cji eu­ge­nicz­nej, któ­ra jest w Pol­sce do­zwo­lo­na. Dzie­le­nie lu­dzi na lep­szych (zdro­wych, czy­li ma­ją­cych pra­wo do ży­cia) i gor­szych (cho­rych, po­zba­wio­nych bez­względ­ne­go pra­wa do ży­cia) stoi w jaw­nej sprzecz­no­ści z ide­ami rów­no­ści i nie­dy­skry­mi­na­cji.

Wal­czyć z cho­ro­bą, nie z cho­rym

W 1999 r. w USA le­ka­rze prze­pro­wa­dzi­li ope­ra­cję we­wnątrz­ma­cicz­ną na Sa­mu­elu – dziec­ku z roz­sz­cze­pem krę­go­słu­pa w 21. ty­go­dniu cią­ży. W cza­sie ope­ra­cji chłop­czyk wy­cią­gnął rącz­kę i zła­pał chi­rur­ga za pa­lec. Zro­bio­na w tym mo­men­cie fo­to­gra­fia obie­gła świat i prze­szła do hi­sto­rii ja­ko „rę­ka na­dziei”. W tym przy­pad­ku dia­gno­sty­ka pre­na­tal­na i wcze­sne le­cze­nie po­zwo­li­ło na po­lep­sze­nie sta­nu zdro­wia Sa­mu­ela.

Na Is­lan­dii od pię­ciu lat nie uro­dzi­ło się dziec­ko z ze­spo­łem Do­wna. Wszyst­kie zo­sta­ły abor­to­wa­ne przed na­ro­dze­niem. Tym­cza­sem ba­da­nia po­ka­zu­ją, że 99 proc. osób z tym ze­spo­łem uwa­ża się za szczę­śli­we, to znacz­nie wyż­szy wskaź­nik niż w przy­pad­ku lu­dzi zdro­wych. Prof. Jérôme Le­jeu­ne, od­kryw­ca przy­czy­ny ze­spo­łu Do­wna, miał na­dzie­ję, że je­go osią­gnie­cie po­zwo­li na szyb­szą po­moc dzie­ciom do­tknię­tym tą cho­ro­bą, a w przy­szło­ści na zu­peł­ne ich wy­le­cze­nie przez „wy­ci­sze­nie” do­dat­ko­we­go chro­mo­so­mu. Sta­ło się ina­czej. Nie­po­myśl­na dia­gno­za pre­na­tal­na za­czę­ła ozna­czać wy­rok śmier­ci. Prze­sta­no wal­czyć z cho­ro­bą, za­czę­to wal­czyć z cho­rym.

Ba­da­nia pre­na­tal­ne są tyl­ko na­rzę­dziem. O tym, czy do­brym czy złym de­cy­du­ją lu­dzie.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak 19/2017

Jola Tęcza-Ćwierz

Mat­ka Bo­ża wy­bie­ra róż­ne for­my kon­tak­tu z ludź­mi. Czę­sto po­słu­gu­je się wi­ze­run­ka­mi, któ­re krwa­wią lub pła­czą. Cza­sem świad­ko­wie ob­ja­wień sły­szą głos we­wnętrz­ny, jak np. w Aki­cie. Nie­któ­rzy nic nie wi­dzą, ma­ją je­dy­nie prze­świad­cze­nie obec­no­ści Ma­ryi. In­ni wi­dzą tyl­ko świa­tłość, jesz­cze in­ni za­rys po­sta­ci. Są wresz­cie ta­cy, któ­rzy wi­dzą Mat­kę Bo­żą w spo­sób bar­dzo rze­czy­wi­sty.

W bie­żą­cym ro­ku przy­pa­da set­na rocz­ni­ca ob­ja­wień Mat­ki Bo­żej w Fa­ti­mie i sto czter­dzie­sta rocz­ni­ca ob­ja­wień w Gie­trz­wał­dzie. Po co nam ob­ja­wie­nia? Czy nie wy­star­czy Do­bra No­wi­na i sło­wa, któ­re zo­sta­wił Chry­stus? Przez Ma­ry­ję Bóg prze­ma­wia do każ­de­go z nas, wska­zu­jąc ko­niecz­ność na­wró­ce­nia i po­ku­ty, prze­mia­ny ser­ca i ży­cia. Ob­ja­wie­nie to wi­zja i głę­bo­kie prze­ży­cie re­li­gij­ne, któ­re naj­czę­ściej słu­ży te­mu, aby nas na­wró­cić, po­głę­bić na­szą więź z Bo­giem i umoc­nić na dro­dze wia­ry. To po­moc, któ­rą otrzy­mu­je­my z nie­ba. Spójrz­cie na ma­pę (s. 6–7) i prze­czy­taj­cie, o co pro­si Ma­ry­ja, ob­ja­wia­jąc się w róż­nych miej­scach na świe­cie.

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Wstępniak 18/2017

Agata Gołda

Roz­po­czę­cie ro­ku szkol­ne­go już daw­no za na­mi. Skoń­czy­ła się wa­ka­cyj­na la­ba. Czas po­wró­cić do szkol­nej rze­czy­wi­sto­ści. Wdro­żyć się w od­py­ty­wa­nie, kart­ków­ki i kla­sów­ki. Pa­mię­tać o od­ra­bia­niu za­dań do­mo­wych. W tym nu­me­rze pi­sze­my o re­la­cjach w kla­sie. W szko­le spę­dza­cie więk­szość dnia. Po­my­śl­cie o ko­le­gach i ko­le­żan­kach. Ma­cie ko­goś, kto zna od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia i zdo­by­wa sa­me piąt­ki? A co z oso­bą, któ­ra nie po­tra­fi usie­dzieć na miej­scu i za­cze­pia ko­le­gów? Pierw­szej z nich na­uczy­ciel nada „łat­kę” pry­mu­sa, a dru­giej roz­ra­bia­ki. Ety­kie­ty spra­wia­ją, że oso­bom, któ­re je do­sta­ły, prze­sta­je się chcieć. Prze­czy­ta­cie o tym w ar­ty­ku­le „Ety­kie­ty, któ­re bo­lą”. Czy jest ja­kaś szan­sa na zmia­nę? Oczy­wi­ście! Pi­sze­my o tym w ar­ty­ku­le „Em­pa­tycz­na kla­sa”, bo zmia­na za­czy­na się… od cie­bie.

 

Aga­ta Goł­da

se­kre­tarz re­dak­cji