Życiowa mądrość

Cho­ciaż za­sad­ni­czo poj­mu­je­my „na­ukę” ja­ko sie­dze­nie nad książ­ka­mi, jest to tyl­ko ma­leń­ki wy­ci­nek wiel­kiej ukła­dan­ki.

Ca­łe ży­cie się uczy­my. Od po­czę­cia od­bie­ra­my in­for­ma­cje z ota­cza­ją­ce­go nas świa­ta np. zmia­ny tem­pe­ra­tur, sma­ki, świa­tło, dźwię­ki, za­pa­chy, do­tyk. Do­cie­ra­ją one do nas od po­cząt­ku ist­nie­nia, że­by przy­go­to­wać nas do prze­trwa­nia w świe­cie „na ze­wnątrz”. In­for­ma­cje te bę­dą do nas na­pły­wać aż do śmier­ci.

Bóg wy­po­sa­żył nas w zdol­ność ucze­nia się, zdo­by­wa­nia umie­jęt­no­ści i lo­gicz­ne­go my­śle­nia, że­by­śmy ży­li szczę­śli­wie. Cza­sem sta­wia nas w sy­tu­acjach trud­nych, przy­krych, bo­le­snych, ale i ta­kie lek­cje są nam po­trzeb­ne – gdy na­uczy­ciel­ką jest co­dzien­ność.

foto_01-01_24-2017

Uczy­my się na wła­snych błę­dach

Ta­ki ob­ra­zek. Pew­ne­go dnia chcia­łam przez je­den z por­ta­li za­mó­wić dar­mo­wą prób­kę e-bo­oka na mój czyt­nik. Nie­ste­ty, po­spie­szy­łam się, nie po­cze­ka­łam, aż za­ła­du­je się stro­na i ta nie­cier­pli­wość kosz­to­wa­ła mnie 40 do­la­rów. Tyl­ko dla­te­go, że na oślep klik­nę­łam o je­den przy­cisk za wy­so­ko. Wszyst­ko uda­ło się od­krę­cić (wi­docz­nie nie tyl­ko ja się tak spie­szę…), z dość nie­wiel­ką stra­tą. Od tam­tej po­ry za­wsze cze­kam i spraw­dzam, co kli­kam.

In­na sy­tu­acja. Ja­dąc na wy­ciecz­kę ro­we­ro­wą, pierw­szą w se­zo­nie, nie spraw­dzi­łam ha­mul­ców mo­je­go jed­no­śla­du. Ja­kimś cu­dem prze­je­cha­łam 3 km, ale mu­sia­łam dzwo­nić po po­moc i ta­ki był jej ko­niec. Przy oka­zji zo­sta­wi­łam w miej­scu pu­blicz­nym ple­cak z port­fe­lem (cud od Mat­ki Bo­skiej, że był tam, gdzie go zo­stał). Te­raz za­wsze spraw­dzam ha­mul­ce (i wszyst­ko in­ne), a ple­ca­ka nie ścią­gam z ple­ców. Du­żo jest ta­kich „kwiat­ków” w mo­im bu­kie­cie, ale te dwa na­uczy­ły mnie, że war­to mieć wię­cej cier­pli­wo­ści i uważ­no­ści a mniej po­śpie­chu.

Uczy­my się przez świa­dec­two in­nych

Da­le­ko szu­kać nie trze­ba. Ro­dzi­na, na­uczy­cie­le, przy­ja­cie­le. Oni wszy­scy mo­gą nas cze­goś na­uczyć. Ro­dzi­ce da­ją ci okre­ślo­ną ilość kie­szon­ko­we­go. Je­śli wy­dasz wszyst­ko w pierw­szym dniu, do koń­ca mie­sią­ca masz pro­blem i mu­sisz so­bie ra­dzić sam. Z cza­sem wy­da­jesz pie­nią­dze bar­dziej roz­sąd­nie, że­by wy­star­czy­ło „do pierw­sze­go”; usta­lasz prio­ry­te­ty wy­dat­ków, za­czy­nasz li­czyć spraw­niej i oszczę­dzać na kon­kret­ny cel. Idzie ci co­raz le­piej i jest szan­sa, że w do­ro­słe ży­cie wkro­czysz mą­dry fi­nan­so­wo (po­czy­taj: Dzie­ci mą­dre fi­nan­so­wo, D. Ram­sey, R. Cru­ze).

A gdy­by nie mo­je bab­cie, ni­gdy nie na­uczy­ła­bym się le­pić pie­ro­gi ani pa­ko­wać ca­ły świat do wa­liz­ki tak, że­by jesz­cze zo­sta­ło miej­sce na pa­miąt­ki. Z ko­lei je­den z mo­ich przy­ja­ciół na­uczył mnie te­go, że mo­gę re­ali­zo­wać swo­je ma­rze­nia, choć lu­dzie do­ko­ła pró­bu­ją pod­ciąć mi skrzy­dła. Dzię­ki nie­mu dzi­siaj wy­ko­nu­ję swój za­wód, któ­ry ko­cham. Że­by na­uczyć się, jak żyć w zgo­dzie z sa­mym so­bą, dru­gim czło­wie­kiem i świa­tem, po­trzeb­na jest nam po­ko­ra i ktoś, kto po­ka­że, jak to dzia­ła, opo­wia­da­jąc hi­sto­rie i da­jąc świa­dec­two.

Za­wsze i od każ­de­go

W przy­po­wie­ści o nie­uczci­wym za­rząd­cy Je­zus udo­wad­nia, że od każ­de­go (na­wet nie­uczci­we­go!) moż­na się cze­goś na­uczyć (Łk 16,1–13). Ta­ka po­sta­wa – by od każ­de­go „wziąć” to, co ma do­bre­go – jest trud­na, ale to ona da­je szan­sę na zdo­by­cie ży­cio­wej mą­dro­ści.

 

Sa­ra Ry­now­ska

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Rachunek z miłością

Nie lu­bi­my być roz­li­cza­ni, szcze­gól­nie z te­go, co zro­bi­li­śmy źle. Le­piej jest my­śleć i mó­wić o tym, co po­zy­tyw­ne. I su­per! Jed­nak cza­sa­mi war­to zgo­dzić się na trud, a mo­że na­wet ból spoj­rze­nia na swo­je nie­do­cią­gnię­cia. Po to, by się roz­wi­jać i iść da­lej.

Na­rzę­dziem, któ­re mo­że nam po­móc w ta­kim roz­li­cze­niu, jest ra­chu­nek su­mie­nia. Do­brze prak­ty­ko­wa­ny po­ma­ga le­piej prze­żyć jed­ne z waż­niej­szych mo­men­tów, któ­re roz­wi­ja­ją na­szą wia­rę – spo­wie­dzi.

Se­zon gry­po­wy w peł­ni… Idąc do le­ka­rza po ja­ką­kol­wiek ra­dę czy re­cep­tę, mu­si­my naj­pierw po­wie­dzieć do­kład­nie o tym, co nam do­le­ga. Je­śli nie bę­dzie­my po­tra­fi­li do­kład­nie opi­sać to­wa­rzy­szą­cych cho­ro­bie ob­ja­wów, być mo­że nie prze­ka­że­my le­ka­rzo­wi wy­star­cza­ją­cych in­for­ma­cji, aby mógł nam po­móc. Ze spo­wie­dzią jest po­dob­nie.,

foto_01-03_24-2017

Co to jest?

Ra­chu­nek su­mie­nia jest spraw­dze­niem sta­nu na­szej du­szy. Nie po­le­ga on na su­biek­tyw­nym, wła­snym prze­gląd­nię­ciu te­go, co jest w po­rząd­ku, a co nie. Każ­dy z nas z ra­do­ścią uznał­by, że wszyst­ko jest ok. Na­sze su­mie­nie jest na­rzę­dziem słu­żą­cym do spraw­dza­nia słusz­no­ści na­szych de­cy­zji, ale nie mo­że ono być na­rzę­dziem osta­tecz­nym. Tak jak każ­de na­rzę­dzie (np. pi­ła, nóż) mo­że się stę­pić, tak i su­mie­nie mo­że ulec de­for­ma­cji. Jest więc ono skon­fron­to­wa­niem swo­ich wła­snych de­cy­zji z Ewan­ge­lią i na­uką Ko­ścio­ła. To Sło­wo Bo­ga i na­uka Ko­ścio­ła (a nie wła­sne wi­dzi­mi­się od­no­śnie te­go, co jest ok) mu­szą być lu­strem, w któ­rym po­win­ni­śmy się prze­glą­dać we­wnętrz­nie. Dla­te­go też stan na­szej wie­dzy i zna­jo­mość Sło­wa Bo­że­go jest nie­zwy­kle waż­na.

Po­nad­to w ra­chun­ku su­mie­nia nie po­win­ni­śmy po­le­gać na na­szych wła­snych uczu­ciach. One rów­nież by­wa­ją złud­ne i ulot­ne. Po­tra­fią roz­myć ro­zu­mo­we pa­trze­nie na rze­czy­wi­stość. Przy­kła­dem mo­że być abor­cja. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że jest ona grze­chem. Jed­nak gdy do­wia­du­ję się, że roz­wa­ża ją kil­ku­na­sto­let­nia dziew­czy­na, przed któ­rą jest jesz­cze ca­łe ży­cie, bar­dzo szyb­ko i ła­two włą­cza­ją się emo­cje, któ­re za­ciem­nia­ją rze­czy­wi­stość. To, co do tej po­ry bez­dy­sku­syj­nie uzna­wa­li­śmy za za­bój­stwo, w tym kon­kret­nym przy­pad­ku mo­gło­by stać się kwe­stią dys­ku­sji.

Kie­dy i jak czę­sto?

Czę­sto by­wa tak, że ra­chu­nek su­mie­nia ro­bi­my przed sa­mą spo­wie­dzią. I słusz­nie, bo je­śli przy­stę­pu­je­my do niej re­gu­lar­nie (np. co mie­siąc), jest wiel­ka szan­sa, że o ni­czym waż­nym nie za­po­mni­my. Jed­nak że­by do­brze zro­bić ra­chu­nek su­mie­nia, war­to się uczyć czy­nić go co­dzien­nie. Naj­lep­szym na to mo­men­tem jest mo­dli­twa na za­koń­cze­nie dnia. Ta­kie pod­su­mo­wa­nie dnia po­mo­że nam po­dej­mo­wać kon­kret­ne de­cy­zje od­no­śnie te­go, co jesz­cze po­win­ni­śmy zmie­nić w na­szym po­stę­po­wa­niu, co za­nie­dba­li­śmy, a cze­go by­ło zwy­czaj­nie zbyt du­żo. Tak uczył swych bra­ci św. Igna­cy Loy­ola! Zna­nym i my­ślę, że sku­tecz­nym na­rzę­dziem do pra­cy nad so­bą, jest wła­śnie tzw. igna­cjań­ski ra­chu­nek su­mie­nia.

 

Ks. Ka­mil Go­łusz­ka

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Sienkiewicza historii malowanie

Na lek­tu­rze je­go po­wie­ści wy­cho­wa­li się ci, któ­rzy póź­niej wal­czy­li z za­bor­ca­mi i oku­pan­ta­mi. I choć nie­któ­rzy za­rzu­ca­ją Sien­kie­wi­czo­wi kre­owa­nie głu­piej bo­ha­tersz­czy­zny, on po­ka­zał naj­waż­niej­sze – że krwi nie prze­le­wa się mia­sta, zam­ki i go­spo­dy, ale za Pol­skę.

Sa­la wy­kła­do­wa peł­na uty­tu­ło­wa­nych hi­sto­ry­ków i li­te­ra­tu­ro­znaw­ców. Pre­le­gent ogła­sza szcze­gó­ły swo­jej pra­cy na te­mat szwedz­kie­go uzbro­je­nia pod­czas woj­ny z Pol­ską w XVII w. Ogól­ne po­ru­sze­nie wzbu­dza in­for­ma­cja, iż by­li nie­mal zu­peł­nie po­zba­wie­ni dział ob­lęż­ni­czych. Słu­cha­cze nie do­wie­rza­ją – i na­gle roz­le­ga się głos: „A ol­brzy­mia ko­lu­bry­na, któ­rą wy­sa­dził Kmi­cic?”

Na sa­li szmer po­ta­ki­wań, mą­dre gło­wy ki­wa­ją po­twier­dza­ją­co. Do­pie­ro po chwi­li wy­bu­cha grom­ki śmiech…

foto_01-02_24-2017

Kmi­ci­ce” i „Skrze­tu­scy”

Na lek­tu­rze je­go po­wie­ści wy­cho­wa­ły się ty­sią­ce mło­dych Po­la­ków, któ­rym przy­szło wal­czyć z za­bor­ca­mi i oku­pan­ta­mi. Wśród żoł­nie­rzy Le­gio­nów Pił­sud­skie­go, człon­ków Pol­skiej Or­ga­ni­za­cji Woj­sko­wej – a tak­że dwa­dzie­ścia lat póź­niej w cza­sie II woj­ny świa­to­wej w Ar­mii Kra­jo­wej czy Sza­rych Sze­re­gach – ro­iło się od „Bo­hu­nów”, „Kmi­ci­ców”, „Lon­gi­nu­sów”, „Ba­bi­ni­czów”, „Skrze­tu­skich”. Za­wsze wier­ny kul­tu­rze ła­ciń­skiej, Hen­ryk Sien­kie­wicz był za­żar­tym wro­giem roz­po­wszech­nia­ją­cych się za je­go ży­cia idei so­cja­li­stycz­nych. 112 lat te­mu, 10 grud­nia 1905 r., pi­sarz uosa­bia­ją­cy nie­ist­nie­ją­cą wów­czas na ma­pach Eu­ro­py oj­czy­znę uho­no­ro­wa­ny zo­stał li­te­rac­ką Na­gro­dą No­bla.

Umie­rał w 1916 r., za­le­d­wie dwa la­ta przed od­ro­dze­niem Rze­czy­po­spo­li­tej, ze sło­wa­mi: „Nie zo­ba­czę już wol­nej Pol­ski”. A prze­cież swo­imi książ­ka­mi wy­cho­wał po­ko­le­nie, któ­re Pol­skę wy­wal­czy­ło.

Ociec, prać?”

Sien­kie­wicz uro­dził się w 1846 r. na Pod­la­siu. Był sy­nem zu­bo­ża­łej ro­dzi­ny zie­miań­skiej, bie­do­wał na stu­diach. Po­pu­lar­ność zdo­by­wał twór­czo­ścią po­zy­ty­wi­stycz­ną: Szki­ca­mi wę­glem Jan­kiem Mu­zy­kan­tem, choć to nie ona jed­nak prze­są­dzi­ła o je­go wiel­ko­ści.

Idea, by bu­dzić pa­trio­tyzm po­wie­ścią hi­sto­rycz­ną, owład­nę­ła nim jesz­cze pod­czas stu­diów. Pierw­sza po­wsta­ła Nie­wo­la ta­tar­ska, wzo­ro­wa­na na XVII-wiecz­nej kro­ni­ce szla­chec­kiej. W 1883 r. w war­szaw­skim „Sło­wie” i kra­kow­skim „Cza­sie” roz­po­czął druk Ogniem i mie­czem – po­wie­ści, któ­rej ak­cja to­czy się pod­czas po­wsta­nia Chmiel­nic­kie­go w la­tach 1648–1651. „Sta­ło się to wy­da­rze­niem w ży­ciu zgnę­bio­ne­go ter­ro­rem na­ro­du pol­skie­go. Ta­kie­go utwo­ru spo­łe­czeń­stwo ocze­ki­wa­ło” – pi­sał po­eta Jó­zef Boh­dan Za­le­ski. Na­stęp­nie po­wstał Po­top po­świę­co­ny zma­ga­niom ze szwedz­kim na­jaz­dem w la­tach 1655– 1656 i po­wieść z cza­sów walk z Tur­cją Pan Wo­ło­dy­jow­ski, prze­tłu­ma­czo­na na po­nad 20 ję­zy­ków.

Pi­sarz stwo­rzył ga­le­rię po­sta­ci, któ­re za­do­mo­wi­ły się w pol­skiej zbio­ro­wej świa­do­mo­ści. Aż trud­no uwie­rzyć, że Jan Onu­fry Za­gło­ba to bo­ha­ter od po­cząt­ku do koń­ca fik­cyj­ny! Jesz­cze w la­tach 90. XX w. au­to­rzy te­le­wi­zyj­nej re­kla­my prosz­ku do pra­nia od­wo­ły­wa­li się do słów bra­ci Kiem­li­czów: „Ociec, prać?”.

Pod ostrza­łem kry­ty­ki

Po­czyt­ność Try­lo­gii bi­ła re­kor­dy, ale bu­dzi­ła też kry­ty­kę. Do dzi­siaj za­rzu­ca się au­to­ro­wi po­wierz­chow­ność, uprosz­cze­nia oraz kre­owa­nie głu­piej bo­ha­tersz­czy­zny. Pa­ła­ją­cy nie­chę­cią do je­go twór­czo­ści Wi­told Gom­bro­wicz na­zy­wał go „pierw­szo­rzęd­nym pi­sa­rzem dru­go­rzęd­nym” i pod­wa­żał cel przy­świe­ca­ją­cy pi­sa­niu Try­lo­gii – po­krze­pie­nie serc. Za­rzu­cał Sien­kie­wi­czo­wi, że za­gu­bił war­to­ści, a po­zo­sta­wił ich po­zo­ry, że od­dał się na usłu­gi prze­cięt­nej wy­obraź­ni. Na­zy­wał go ge­niu­szem – okrzyk­nię­tym tak przez prze­cięt­ność, któ­ra ku­pu­je pseu­do-pa­trio­tyzm. Suk­ces wy­daw­ni­czy tak­że przed­sta­wiał w krzy­wym zwier­cia­dle: in­te­li­gen­cja mia­ła go czy­tać, nie chwa­ląc się tym jed­nak przed in­ny­mi, do po­dusz­ki, tro­chę za­że­no­wa­na, że da­ła się po­nieść tak ni­skiej roz­ryw­ce.

 

An­na Ze­chen­ter

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 24/2017

Magda Guziak NowakSer­ni­czek czy ma­ko­wiec? Ciek­nie Wam ślin­ka na myśl o świą­tecz­nych sma­ko­ły­kach? Mnie od ra­zu bur­czy w brzu­chu. I, co mniej ro­man­tycz­no– sen­ty­men­tal­ne, za­pa­la mi się w gło­wie po­ma­rań­czo­wa lamp­ka. Prze­sło­dzo­na lamp­ka. Za­nim od­da­cie się świą­tecz­ne­mu – za prze­pro­sze­niem – ob­żar­stwu, prze­czy­taj­cie tekst Ka­si Urban o cu­krze, któ­ry jest bar­dzo pod­stęp­nym wro­giem, rów­nie szko­dli­wym jak ty­toń i ra­ko­twór­czym. Udo­wod­nio­no to już w 1968 r., jed­nak wy­ni­ki eks­pe­ry­men­tu na­zwa­ne­go „Pro­jekt 259” by­ły tak nie­ko­rzyst­ne dla świa­to­wej bran­ży cu­krow­ni­czej, że ukry­wa­no je przez 50 lat! Nie chcę stra­szyć, nie chcę na­ma­wiać do re­zy­gna­cji z ka­wał­ka ulu­bio­ne­go bab­ci­ne­go wy­pie­ku. Na­ma­wiam za to do umiar­ko­wa­nia, któ­re jest kon­kret­nym wy­mia­rem mi­ło­ści do sa­me­go sie­bie. Mnie uda­ło się zmie­nić świą­tecz­ną tra­dy­cję – nie pie­kę pię­ciu ciast, ale dwa (wy­star­czą!). W tym ro­ku do­rzu­cę do nich pra­lin­ki, któ­re spe­cjal­nie dla Was prze­te­sto­wa­ła Ka­sia (str. 6–7). Mo­że i Wy się sku­si­cie na świą­tecz­ne słod­ko­ści bez cu­kru?

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny