Życie do końca warte przeżycia

Śmierć bu­dzi lęk, bo ko­ja­rzy się z nie­pew­no­ścią i po­prze­dza­ją­cym ją cier­pie­niem. Stąd py­ta­nia: Czym jest upo­rczy­wa te­ra­pia? A mo­że eu­ta­na­zja to prze­jaw mi­ło­sier­dzia? Kres ży­cia wzbu­dza wie­le wąt­pli­wo­ści mo­ral­nych.

Mia­rą ja­ko­ści da­nej cy­wi­li­za­cji jest spo­sób, w ja­ki trak­tu­je ona swo­ich naj­słab­szych człon­ków” – pi­sał prof. Jérôme Le­jeu­ne, któ­ry od­krył przy­czy­nę wy­stę­po­wa­nia ze­spo­łu Do­wna. Czło­wiek jest naj­słab­szy na po­cząt­ku i u kre­su swo­je­go ży­cia, dla­te­go wła­śnie wte­dy za­słu­gu­je na naj­sta­ran­niej­szą ochro­nę.

Opie­ka pa­lia­tyw­na

Mó­wiąc o tro­sce o oso­by cho­re, star­sze, znie­do­łęż­nia­łe, uży­wa­my ter­mi­nu „opie­ka pa­lia­tyw­na”. Jej ce­lem jest po­pra­wa ja­ko­ści ży­cia umie­ra­ją­ce­go pa­cjen­ta, ła­go­dze­nie ob­ja­wów cho­ro­by, za­dba­nie o moż­li­wy kom­fort psy­chicz­ny. Le­karz, w po­ro­zu­mie­niu z pa­cjen­tem i je­go bli­ski­mi, de­cy­du­je o mo­men­cie, w któ­rym do­zna­wa­ne z po­wo­du le­cze­nia cier­pie­nia sta­ją się nie­współ­mier­ne do szans na wy­zdro­wie­nie. Mo­że wte­dy za­su­ge­ro­wać opie­kę pa­lia­tyw­ną, któ­rą za­pew­nia­ją m.in. ho­spi­cja. Jej waż­nym ele­men­tem jest uśmie­rza­nie bó­lu. W skraj­nych przy­pad­kach sto­su­je się sil­ne środ­ki prze­ciw­bó­lo­we, któ­rych po­śred­nim skut­kiem mo­że być przy­spie­sze­nie śmier­ci cho­re­go. Ta­kie po­stę­po­wa­nie jest mo­ral­nie go­dzi­we i nie ma nic wspól­ne­go z eu­ta­na­zją – je­go ce­lem jest zmniej­sze­nie cier­pie­nia a nie śmierć pa­cjen­ta.

foto_01-01_22-2017

Eu­ta­na­zja

Z ko­lei eu­ta­na­zja to świa­do­me dzia­ła­nie lub świa­do­me za­nie­cha­nie dzia­ła­nia z in­ten­cją spo­wo­do­wa­nia śmier­ci pa­cjen­ta. W Pol­sce eu­ta­na­zja jest za­bro­nio­na pod groź­bą ka­ry po­zba­wie­nia wol­no­ści. Tak­że Ko­deks Ety­ki Le­kar­skiej mó­wi, że „le­ka­rzo­wi nie wol­no sto­so­wać eu­ta­na­zji, ani po­ma­gać cho­re­mu w po­peł­nie­niu sa­mo­bój­stwa”. Nie jest to zresz­tą no­we sta­no­wi­sko, bo już w tek­ście sta­ro­żyt­nej przy­się­gi Hi­po­kra­te­sa czy­ta­my: „Ni­ko­mu, na­wet na żą­da­nie, nie po­dam śmier­cio­no­śnej tru­ci­zny, ani ni­ko­mu nie bę­dę jej do­ra­dzał”.

Jed­nym z ro­dza­jów eu­ta­na­zji jest tzw. wspo­ma­ga­ne sa­mo­bój­stwo po­le­ga­ją­ce na do­star­cze­niu pa­cjen­to­wi środ­ków far­ma­ko­lo­gicz­nych, któ­re umoż­li­wią mu ode­bra­nie so­bie ży­cia. W wie­lu kra­jach ta­kie roz­wią­za­nie sta­je się co­raz po­wszech­niej­sze, a je­go po­zor­na ła­twość spra­wia, że star­sze oso­by czu­ją się win­ne by­cia „cię­ża­rem dla spo­łe­czeń­stwa”.

Nie ma też róż­ni­cy mo­ral­nej mię­dzy eu­ta­na­zja czyn­ną (po­da­niem śmier­cio­no­śnej sub­stan­cji), a bier­ną (za­prze­sta­niem pod­sta­wo­wych czyn­no­ści pod­trzy­mu­ją­cych ży­cie cho­re­go ta­kich jak kar­mie­nie). W obu przy­pad­kach cel jest ten sam, a na­wet moż­na za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że eu­ta­na­zja bier­na jest jesz­cze bar­dziej okrut­na.

Ulga w cier­pie­niu?

Czymś nie­zwy­kle rzad­kim wśród cho­rych oto­czo­nych wła­ści­wą opie­ką i do­świad­cza­ją­cych mi­ło­ści jest wy­ra­ża­nie przez nich proś­by o śmierć” – to sło­wa prof. Lu­cie­na Izra­ëla, człon­ka Ame­ry­kań­skie­go To­wa­rzy­stwa On­ko­lo­gii Kli­nicz­nej i Aka­de­mii Na­uk w No­wym Jor­ku.

W 2007 r. gło­śna w Pol­sce by­ła spra­wa Ja­nu­sza Świ­ta­ja, któ­ry w wie­ku 18 lat uległ wy­pad­ko­wi mo­to­cy­klo­we­mu, w wy­ni­ku któ­re­go zo­stał spa­ra­li­żo­wa­ny i po­zba­wio­ny na­wet moż­li­wo­ści sa­mo­dziel­ne­go od­dy­cha­nia. Czu­jąc się ob­cią­że­niem dla swo­ich ro­dzi­ców, nie chciał już żyć i zło­żył do są­du wnio­sek o zgo­dę na eu­ta­na­zję. Jed­nak za­miast po­mo­cy w wy­ko­na­niu na so­bie „wy­ro­ku” śmier­ci otrzy­mał wspar­cie fun­da­cji „Mi­mo wszyst­ko”. Za­pew­nio­no mu spe­cja­li­stycz­ny wó­zek z re­spi­ra­to­rem i po­moc asy­sten­ta oraz wsz­cze­pio­no pom­pę ła­go­dzą­cą ból. Przede wszyst­kim po­da­ro­wa­no mu pew­ność, że nie jest w swo­im cier­pie­niu sam. Pan Ja­nusz od­zy­skał wo­lę dzia­ła­nia. Obec­nie stu­diu­je, pra­cu­je w fun­da­cji i po­ma­ga in­nym nie­peł­no­spraw­nym, po­nie­waż za­miast śmier­ci za­pro­po­no­wa­no mu ży­cie.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Freestyle o Bogu

Z Do­bro­mi­rem Ma­kiem” Ma­kow­skim roz­ma­wia Aga­ta Goł­da.

Na­pi­sał Pan książ­kę pt. „Wy­rwa­łem się z pie­kła”. Co by­ło ty­tu­ło­wym pie­kłem?

– Mo­ja prze­szłość. Skła­da­ło się na nią kil­ka czyn­ni­ków: dys­funk­cyj­na ro­dzi­na – ma­ma nas zo­sta­wi­ła, a ta­ta, któ­ry nad­uży­wał al­ko­ho­lu, był nad­po­bu­dli­wy i miał ogrom­ne pro­ble­my emo­cjo­nal­ne. Gdy po­pił, za­po­mi­nał, kim jest. Za­sy­piał na uli­cy. Bar­dzo czę­sto sto­so­wał prze­moc, po­ni­żał nas i za­my­kał w ła­zien­ce. W środ­ku no­cy wy­sy­łał nas po al­ko­hol. Do­pó­ki nie po­szli­śmy do szko­ły, my­śle­li­śmy, że wszyst­ko jest ok. Tam pierw­szy raz to­wa­rzy­stwo mnie wy­śmia­ło. Na­uczy­cie­le, są­dząc, że te­go nie sły­szy­my, mó­wi­li, że je­ste­śmy z pa­to­lo­gicz­nej ro­dzi­ny. To wszyst­ko kształ­to­wa­ło mo­ją oso­bo­wość. Spra­wia­ło, że co­raz bar­dziej się izo­lo­wa­łem.

Pew­ne­go ra­zu ta­ta pod wpły­wem al­ko­ho­lu po­wie­dział, że nas za­bi­je. Wie­dzia­łem, że w ta­kim sta­nie mo­że to zro­bić. Ucie­kłem do no­wo wy­bu­do­wa­ne­go do­mu. Stam­tąd tra­fi­łem do po­go­to­wia opie­kuń­cze­go, gdzie zo­ba­czy­łem po­tur­bo­wa­nych emo­cjo­nal­nie chło­pa­ków, któ­rzy sa­mi się­ga­li po prze­moc i wy­cho­waw­ców, któ­rzy dzia­ła­li ad­mi­ni­stra­cyj­nie a nie po ludz­ku. Oce­nia­li nas, oskar­ża­li lub przy­my­ka­li oko na na­sze dra­ma­ty, przez co jesz­cze bar­dziej się ba­li­śmy. Wte­dy się­gną­łem po roz­pusz­czal­nik. Przedaw­ko­wa­łem. Tra­fi­łem do szpi­ta­la i ośrod­ka dla uza­leż­nio­nych. Się­gną­łem po nar­ko­ty­ki. W wie­ku 19 lat by­łem bez­dom­ny.

foto_01-03_22-2017

Jak uda­ło się Pa­nu po­ko­nać uza­leż­nie­nie od nar­ko­ty­ków?

– Dzię­ki mo­dli­twie i Pa­nu Bo­gu, któ­ry użył kon­kret­nych na­rzę­dzi. Za­czą­łem się szcze­rze mo­dlić, gdy zo­ba­czy­łem, jak umie­ra­ją moi ko­le­dzy. Za­sta­na­wia­łem się, kim bę­dę i co bę­dzie z mo­im ży­ciem. Szu­ka­łem Pa­na Bo­ga, a on za­czął dzia­łać przez lu­dzi i na­ukę. Bar­dzo moc­no wal­czy­łem o swo­je ży­cie. Tra­fi­łem do szko­ły, w któ­rej spo­tka­łem ge­nial­nych na­uczy­cie­li. Pan Bóg cen­ty­metr po cen­ty­me­trze na­pra­wiał mo­ją oso­bo­wość i uczył mnie pra­cy. Spo­ty­kam te­raz lu­dzi, któ­rzy chcie­li­by na­tych­miast zmie­nić swo­je ży­cie. Tak się nie da. Oni wi­dzą owoc mo­jej pięt­na­sto­let­niej pra­cy i uwa­ża­ją, że mi się uda­ło. Bzdu­ra. Nie uda­ło mi się. Każ­de­mu mo­że się udać, ale Pan Bóg py­ta: Czy je­steś go­to­wy coś zro­bić ze swo­im ży­ciem? Trze­ba pod­jąć kon­kret­ne dzia­ła­nie i wy­si­łek, by coś w swo­im ży­ciu zmie­nić.

Ja­ko dziec­ko zu­peł­nie od­ciął się Pan od Bo­ga. Nie chciał Go znać. Co spo­wo­do­wa­ło, że za­czął Pan do Nie­go wra­cać?

– Po­zna­łem księ­dza, któ­ry opo­wie­dział mi o Je­zu­sie i o tym, że On mnie na­praw­dę ko­cha. To spo­tka­nie spo­wo­do­wa­ło, że za­czą­łem my­śleć o Pa­nu Bo­gu. Za­czą­łem Go szu­kać na po­waż­nie. Bar­dzo moc­no opar­łem swo­je ży­cie na Sło­wie Bo­żym. Za­uwa­ży­łem, że dzi­siaj lu­dzie słu­cha­ją Sło­wa Bo­że­go, ale nie wpro­wa­dza­ją go w ży­cie. A ja wie­rzę, że Ono jest ży­we, mo­że dzia­łać w na­szej sfe­rze du­cho­wej i zmie­niać to, co przez wie­le lat de­for­mo­wa­ły w nas ro­dzi­ny z pro­ble­mem al­ko­ho­lo­wym i róż­ny­mi dys­funk­cja­mi spo­łecz­ny­mi.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Podzielę na ka-wa-łecz-ki i… spełnię!

Po­go­da nie ta­ka, go­dzi­na za wcze­sna, bio­met nie­ko­rzyst­ny. Jak w ta­kiej sy­tu­acji my­śleć o speł­nia­niu po­sta­no­wień da­nych sa­me­mu so­bie? No wła­śnie...

Naj­pierw was zde­mo­ty­wu­ję: tyl­ko osiem pro­cent tych, któ­rzy coś so­bie obie­ca­li np. na po­cząt­ku ro­ku, po sze­ściu mie­sią­cach wciąż bę­dzie się te­go trzy­mać. Jak zna­leźć się w tej gru­pie?

Za­czy­na­my z im­pe­tem

Po­sta­no­wie­nia czę­sto są ob­ję­te klą­twą nie­speł­nie­nia. Spi­su­je­my na kart­ce pięć­dzie­siąt punk­tów, któ­re w wy­zna­czo­nym cza­sie chce­my od­ha­czyć. Sęk w tym, że więk­szość z nas za­miast sto­so­wać me­to­dę ma­łych kro­ków, któ­ra mo­że być nu­żą­ca ni­czym trans­mi­sja ob­rad sej­mu, ru­sza z ko­py­ta, za­po­mi­na­jąc, że w ten spo­sób naj­ła­twiej skrę­cić kost­kę. Przy­kład? Kto z was ma­rząc o szczu­płej syl­wet­ce, wy­ku­pił kar­net na si­łow­nię i sys­te­ma­tycz­nie uczęsz­czał na za­ję­cia przez pół ro­ku? Nie wi­dzę. Za­czy­na­my z im­pe­tem, po kil­ku dniach le­czy­my za­kwa­sy, a po­tem... już nam się nie chce. A prze­cież w wy­zna­cza­niu so­bie ce­lów i skła­da­niu obiet­nic cho­dzi o to, by je zre­ali­zo­wać, a nie tyl­ko po­sta­na­wiać. To nie sztu­ka za­pla­no­wać od­chu­dza­nie, oszczę­dza­nie czy na­ukę no­we­go ję­zy­ka. Sztu­ką jest rze­czy­wi­ście do­ko­nać zmia­ny. Tyl­ko jak to zro­bić?

foto_01-02_22-2017

– Obiet­ni­ca, któ­rą skła­da­my sa­me­mu so­bie, po­win­na być moż­li­wa do zre­ali­zo­wa­nia – mó­wi Kin­ga Swół, psy­cho­log szkol­ny i psy­cho­te­ra­peu­ta.

– Zbyt wy­so­kie po­sta­wie­nie po­przecz­ki już na star­cie mo­że ob­ni­żyć mo­ty­wa­cję. Obierz­my je­den cel, do któ­re­go bę­dzie­my dą­żyć. Gdy ko­niecz­nie chce­my za­jąć się kil­ko­ma spra­wa­mi na­raz, do­brze jest wy­zna­czyć so­bie prio­ry­te­ty al­bo re­ali­zo­wać usta­lo­ne ce­le po ko­lei – do­da­je.

Na­pisz na nie­bie

Co jesz­cze da­je mo­ty­wa­cyj­ne­go ko­pa? Pu­blicz­ne oświad­cze­nia na te­mat zło­żo­nych obiet­nic przy­no­szą lep­sze efek­ty. Mo­że war­to spró­bo­wać? Na­pisz na fej­sie, wy­ślij SMS-a do ko­le­żan­ki, po­wiedz chłopakowi/dziewczynie na rand­ce al­bo wy­kup sa­mo­lot i na­pisz na nie­bie o tym, co za­mie­rzasz osią­gnąć. Je­śli in­ni bę­dą wie­dzieć o two­im po­sta­no­wie­niu, ła­twiej bę­dzie je do­trzy­mać. Na przy­kład, je­śli chcesz schud­nąć, a na im­pre­zie się­gasz po ko­lej­ne ciast­ko, jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że ktoś za­py­ta: co z two­im po­sta­no­wie­niem? To­bie zro­bi się głu­pio, ale ptyś zo­sta­nie na ta­le­rzu. War­to? Pew­nie, że tak.

Za­miast sto­so­wać me­to­dę ma­łych kro­ków, któ­ra mo­że być nu­żą­ca ni­czym trans­mi­sja ob­rad sej­mu, ru­sza­my z ko­py­ta, za­po­mi­na­jąc, że w ten spo­sób naj­ła­twiej skrę­cić kost­kę.

– Ko­lej­ny krok to usta­le­nie pla­nu dzia­ła­nia, czy­li okre­śle­nie wa­run­ków i spo­so­bów re­ali­za­cji te­go, co za­pla­no­wa­li­śmy – mó­wi Kin­ga Swół. – Po­dzie­le­nie ce­lu na eta­py da­je ja­sny ob­raz te­go, co i jak ma zo­stać wy­ko­na­ne. Po­ma­ga tak­że za­uwa­żyć, kie­dy po­mniej­sze ce­le zo­sta­ły osią­gnię­te, da­jąc nam po­zy­tyw­ną in­for­ma­cję zwrot­ną o wy­ko­na­niu za­da­nia. To po­ma­ga w utrzy­ma­niu mo­ty­wa­cji i przy­bli­ża nas do re­ali­za­cji po­sta­no­wie­nia – prze­ko­nu­je Kin­ga Swół.

Za­dzia­ła­ło!

Pe­ter Gol­l­wit­zer, psy­cho­log z New York Uni­ver­si­ty ba­dał za­cho­wa­nia, któ­re nie­świa­do­mie od­twa­rza­my każ­de­go dnia. Je­śli pi­ję po­ran­ną her­ba­tę, to prze­glą­dam Fa­ce­bo­oka. Je­śli oglą­dam film, to mu­szę coś pod­ja­dać. Ta­kie dzia­ła­nia „je­śli – to” tkwią jak za­pro­gra­mo­wa­ne w na­szych umy­słach i uru­cha­mia­ją się au­to­ma­tycz­nie, gdy znaj­dzie­my się w sy­tu­acji, któ­ra sta­je się prze­łącz­ni­kiem. Prof. Gol­l­wit­zer na­ma­wiał stu­den­tów, by pod­czas prze­rwy świą­tecz­nej na­pi­sa­li pra­cę na za­li­cze­nie. Stu­den­ci z pierw­szej gru­py mie­li to so­bie po pro­stu po­sta­no­wić. Ci z dru­giej gru­py po­sta­na­wia­li: kie­dy zjem świą­tecz­ny obiad, zaj­mę się pi­sa­niem ese­ju. I co? Za­dzia­ła­ło! Ża­den stu­dent z pierw­szej gru­py nie od­dał pra­cy, w dru­giej z za­da­nia wy­wią­za­ło się 66 proc.

Sko­ro łyk po­ran­nej her­ba­ty skła­nia nas do te­go, by włą­czyć kom­pu­ter i po­grze­bać w ser­wi­sach spo­łecz­no­ścio­wych, po­dob­nie po­win­no za­dzia­łać na­sta­wie­nie: „Je­śli pi­ję her­ba­tę, to uczę się pię­ciu an­giel­skich słó­wek”. Czy za­dzia­ła? Sprawdź­cie sa­mi!

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 22/2017

Magda Guziak NowakObie­cu­ję, że w bie­żą­cym nu­me­rze „Dro­gi” znaj­dzie­cie in­te­re­su­ją­ce ar­ty­ku­ły. Obie­cu­ję, że przy­go­tu­je­my dla Was faj­ny nu­mer świą­tecz­ny. Obie­cu­ję, że oso­by, któ­re roz­wią­żą krzy­żów­kę, do­sta­ną od nas świet­ne na­gro­dy!

Ufff, ale na­obie­cy­wa­łam! Tym bar­dziej za­pra­szam Was do lek­tu­ry na­sze­go te­ma­tu nu­me­ru – wła­śnie o obiet­ni­cach. Je­śli zwy­kle obie­cu­je­cie z au­to­ma­tu, bez więk­szej re­flek­sji, zy­ska­cie no­we spoj­rze­nie. Mag­da Urlich po­ka­zu­je, że obiet­ni­ce mo­gą być jak pach­ną­cy kwia­tek w bu­kie­cie re­la­cji (ach!). To zna­czy – obie­cu­je­my, po­nie­waż za­le­ży nam na do­brym kon­tak­cie z dru­gą oso­bą, bo chce­my spra­wić jej ra­dość, po­móc, za­pew­nić swo­ją obiet­ni­cą: „je­steś dla mnie waż­na/-y”.

Hm… Czy już wie­cie, dla­cze­go tak wie­le Wam obie­ca­łam? Bo to dla Was sia­dam z ra­do­ścią do swo­je­go re­dak­tor­skie­go biur­ka. Se­rio, obie­cu­ję!

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny