Różaniec i kiełbasą z dżemem

ŚDM w Kra­ko­wie już daw­no za na­mi, ale wspo­mnie­nia ra­do­snych, mo­dlą­cych się piel­grzy­mów są wciąż ży­we w ser­cach wie­lu star­szych osób.

Pierw­szy raz go­ści­łam piel­grzy­mów w cza­sie Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży w Czę­sto­cho­wie. By­li to trzej uro­czy, sym­pa­tycz­ni i we­se­li Fran­cu­zi. Bar­dzo mi­le ich wspo­mi­nam. W cza­sie ŚDM w Kra­ko­wie miesz­ka­li u mnie trzej Chiń­czy­cy. Za­sko­czy­ło mnie to, po­nie­waż mo­ja pa­ra­fia przyj­mo­wa­ła Bra­zy­lij­czy­ków. Moi go­ście róż­ni­li się pod wzglę­dem upodo­bań ku­li­nar­nych, ale wszy­scy mó­wi­li po an­giel­sku. Czu­li jed­ność na­ro­do­wą. Więź mię­dzy ni­mi by­ła bar­dzo moc­na, mi­mo że po­cho­dzi­li z róż­nych za­kąt­ków świa­ta. Je­den był z Ka­na­dy, dru­gi z Ma­le­zji a trze­ci z Chin. Dwaj pierw­si przy­wieź­li ze so­bą bar­dzo du­żo elek­tro­ni­ki i by­li ba­ła­ga­nia­rza­mi. By­li we­se­li, du­żo się śmia­li i kła­nia­li mi się, gdy spo­ty­ka­li­śmy się w no­cy po ich po­wro­cie z ŚDM. Je­den chciał cią­gle jeść pie­roż­ki, b o tak mu sma­ko­wa­ły.

Chiń­czyk z Szan­gha­ju był od nich zu­peł­nie in­ny: ogrom­nie cie­pły, cią­gle się do mnie przy­tu­lał, jak do ma­my. Po­dej­rze­wam, że był sie­ro­tą. Jadł kieł­ba­sę z dże­mem. Są­dzę, że był kle­ry­kiem lub chciał nim zo­stać. Dał mi bar­dzo ład­ny ob­ra­zek Mat­ki Bo­żej Tro­nu­ją­cej z Dzie­ciąt­kiem na wzór Tej, któ­ra uka­za­ła się w Szan­gha­ju w cza­sie wiel­kiej woj­ny chiń­sko-ja­poń­skiej. Ma­ry­ja oca­li­ła je­go ro­dzi­nę. Ofia­ro­wa­łam mu wi­ze­ru­nek „Je­zu, ufam To­bie”. Bar­dzo się wzru­szył i uca­ło­wał. Gdy wy­jeż­dża­li, bar­dzo pła­kał. Wszy­scy chłop­cy by­li bar­dzo ser­decz­ni, uczyn­ni, otwar­ci, szcze­rzy i zdy­scy­pli­no­wa­ni. Mi­le za­sko­czy­ło mnie, że mo­dli­li się na ró­żań­cu. Wi­dać by­ło, że są wie­rzą­cy i prak­ty­ku­ją­cy. To by­ła bar­dzo do­bra mło­dzież, peł­na ra­do­ści. W mo­im blo­ku wie­le osób przyj­mo­wa­ło piel­grzy­mów. Wszy­scy ma­ją bar­dzo po­zy­tyw­ne wspo­mnie­nia z ŚDM.

Ma­ria, 80 lat

foto_01-02_08-2017

Od wie­lu lat jeż­dżę do pra­cy au­to­bu­sem miej­skim, któ­ry do­wo­zi stu­den­tów na uczel­nie. Za­uwa­ży­łem, że ci mło­dzi lu­dzie za­raz po wej­ściu do au­to­bu­su szu­ka­ją miej­sca sie­dzą­ce­go. Są zmę­cze­ni. W cza­sie ŚDM ty­mi sa­my­mi au­to­bu­sa­mi jeź­dzi­li go­ście z za­gra­ni­cy. By­li uśmiech­nię­ci i ra­do­śni. Wi­dać by­ło, że prze­by­wa­nie w Pol­sce, kra­ju ka­to­lic­kim, spra­wia im wiel­ką przy­jem­ność. Pró­bo­wa­łem z kil­ko­ma z nich roz­ma­wiać oraz z ich opie­ku­na­mi. By­li za­sko­cze­ni na­szą go­ścin­no­ścią i tym, że pu­blicz­nie mo­gą oka­zy­wać swo­ją wia­rę.

Tam, gdzie miesz­kam, by­ło du­żo piel­grzy­mów z Bra­zy­lii, Uru­gwa­ju i Hisz­pa­nii. Za­cho­wy­wa­li się bar­dzo ży­wio­ło­wo i kul­tu­ral­nie. Nie go­ści­łem ni­ko­go, ale wi­dy­wa­łem się z ni­mi pra­wie co­dzien­nie po po­łu­dniu. Do­ku­men­to­wa­łem fo­to­gra­ficz­nie ich po­byt w na­szej pa­ra­fii i w Kra­ko­wie. By­łem uczest­ni­kiem wie­lu na­bo­żeństw z ich udzia­łem. Pod­czas ka­te­chez i ho­mi­lii na ich twa­rzach wi­dać by­ło wiel­kie sku­pie­nie. Nie da się te­go za­po­mnieć. Za­ska­ki­wa­li wie­dzą re­li­gij­ną i teo­lo­gicz­ną.

Kil­ka ra­zy by­łem też pod oknem pa­pie­skim. Za­uwa­ży­łem jed­ność i wspól­no­tę wia­ry lu­dzi z róż­nych za­kąt­ków świa­ta. Wszy­scy czu­li się zwią­za­ni z Je­zu­sem Chry­stu­sem i nie wsty­dzi­li się te­go oka­zy­wać. Zmu­sza­li do uśmie­chu i po­go­dy du­cha. Ża­łu­ję, że ci mło­dzi lu­dzie nie zo­sta­li na dłu­żej w Pol­sce, że­by tro­chę wpły­nąć na tę część pol­skiej mło­dzie­ży, któ­ra jest da­le­ko od Pa­na Bo­ga.

Wo­lon­ta­riu­sze z na­szej pa­ra­fii mie­li przy­go­dę. Nie zdo­ła­li do­trzeć na spo­tka­nie z pa­pie­żem Fran­cisz­kiem w TAURON Are­nie. Po kil­ku mie­sią­cach gru­pa po­nad 30 osób po­sta­no­wi­ła od­wie­dzić Oj­ca Świę­te­go w Rzy­mie. Uda­ło im się! Wie­lu z wo­lon­ta­riu­szy ŚDM pi­sze ar­ty­ku­ły do na­sze­go pa­ra­fial­ne­go mie­sięcz­ni­ka i zaj­mu­je się je­go roz­pro­wa­dza­niem.

Zdzi­sław, 71 lat

 

oprac. Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Nie da się przekroczyć wszystkich granic

Z ks. Ar­ka­diu­szem Pa­śni­kiem roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz Nie­czę­sto się zda­rza, aby ksiądz pi­sał po­wie­ści...

– Kie­dy po­czu­łem po­wo­ła­nie, bar­dzo mnie urze­kło, że Pan Je­zus nie ma go­to­we­go po­my­słu na dru­gie­go czło­wie­ka. Ta­kie­go po­my­słu ad hoc: żyj tak, rób to, po­stę­puj w ten spo­sób. Pan Bóg bar­dziej za­pra­sza niż na­ka­zu­je. Wpro­wa­dza nas w ta­ką prze­strzeń, aby­śmy Mu to­wa­rzy­szy­li w zu­peł­nej wol­no­ści. Mo­je pi­sa­nie jest za­pro­sze­niem in­nych, aby mo­gli się w tej opo­wie­ści przej­rzeć. A po­tem zro­bić z tym, co chcą. Wie­rzę, że na­wet bo­le­sne i trud­ne wy­da­rze­nia nie dzie­ją się przy­pad­ko­wo. Mam 50 lat i wi­dzę głę­bo­ki sens w tym, co prze­ży­wam i cze­go do­świad­czam.

foto_01-03_08-2017

Jest Ksiądz au­to­rem trzech ksią­żek: „Obiet­ni­ca”, „Zna­mię” i „Dar”. Po­mów­my o pierw­szej. Wy­ru­szył Ksiądz w po­dróż, by po­móc speł­nić przy­rze­cze­nie, któ­re bab­cia zło­ży­ła nad gro­bem oj­ca. Cze­go do­ty­czy­ło?

– Przed la­ty po­pro­si­łem, aby bab­cia Hen­ry­ka opo­wie­dzia­ła mi o cza­sach ze­sła­nia. Zgo­dzi­ła się od ra­zu. Czu­łem, że po­trze­bo­wa­ła po­dzie­lić się z kimś ty­mi wspo­mnie­nia­mi...

Hi­sto­ria za­czy­na się w 1940 ro­ku. Pew­ne­go dnia do wsi, w któ­rej miesz­ka­ła, wtar­gnę­li So­wie­ci. Za­ła­do­wa­li wszyst­kich na wo­zy a po­tem upchnę­li w by­dlę­cych wa­go­nach. Ca­ły­mi ty­go­dnia­mi wieź­li ich, głod­nych i zmar­z­nię­tych, na Sy­bir. Hen­ry­ka spę­dzi­ła tam po­nad rok, pra­cu­jąc przy wy­rę­bie la­su w czter­dzie­sto­stop­nio­wym mro­zie. Do­świad­czy­ła upo­ko­rzeń, gło­du i prze­śla­do­wań. W 1941 ro­ku prze­sie­dlo­no jej oj­ca i pię­cio­ro młod­sze­go ro­dzeń­stwa do Ka­zach­sta­nu w oko­li­ce mia­sta Szu. Zma­ga­li się z nie­ludz­ki­mi wa­run­ka­mi, pra­cą po­nad moż­li­wo­ści czło­wie­ka, nie­ustan­nym gło­dem i wal­ką o prze­ży­cie. Pró­bo­wa­no ich zmu­sić do przy­ję­cia ro­syj­skie­go oby­wa­tel­stwa. Za od­mo­wę bab­cia by­ła bi­ta na so­wiec­kich prze­słu­cha­niach i ska­za­na na dwa la­ta wię­zie­nia i cięż­kich ro­bót. Kie­dy wró­ci­ła do koł­cho­zu, do­wie­dzia­ła się, że jej oj­ciec nie ży­je. Mo­dląc się nad je­go gro­bem, zło­ży­ła obiet­ni­cę: „Wró­cę po cie­bie, ta­to, i za­bio­rę cię do Oj­czy­zny”.

W 1945 ro­ku bab­cia wy­szła za mąż za Gri­go­ri­ja Oga­ni­sja­na – Or­mia­ni­na z Ere­wa­nia. By­ła w siód­mym mie­sią­cu cią­ży, gdy do­wie­dzie­li się, że bę­dą mo­gli wró­cić do Pol­ski. Uda­li się na dwo­rzec. Tam bru­tal­nie ich roz­dzie­lo­no. Bab­cia by­ła wol­na, mo­gła wra­cać. Gri­sza był oby­wa­te­lem Związ­ku Ra­dziec­kie­go, więc nie by­ło mo­wy o je­go wy­jeź­dzie. Wte­dy zło­żył mło­dej żo­nie obiet­ni­cę: Od­naj­dę Cię na­wet na koń­cu świa­ta. A po­tem się roz­sta­li. Jak się oka­za­ło – na za­wsze...

Pod­ją­łem de­cy­zję, że ja­ko wnuk zro­bię, ile się da, by od­na­leźć miej­sce po­chów­ku mo­je­go pra­dziad­ka An­drze­ja Świ­der­skie­go i do­wie­dzieć się cze­goś o lo­sach dziad­ka Gri­go­ri­ja Oga­ni­sja­na.

Wy­ru­szy­łem Ko­le­ją Trans­sy­be­ryj­ską w po­dróż, któ­ra trwa­ła ty­dzień. Chcia­łem cho­ciaż w nie­wiel­kim stop­niu do­świad­czyć te­go, co prze­ży­ła bab­cia, któ­ra je­cha­ła po­cią­giem przez trzy mie­sią­ce, po­nad pięć ty­się­cy ki­lo­me­trów. W cza­sie po­dró­ży czy­ta­łem „Ar­chi­pe­lag Gu­łag” Alek­san­dra Soł­że­ni­cy­na. Kie­dy do­tar­łem na miej­sce, oka­za­ło się, że cmen­tarz zo­stał zrów­na­ny z zie­mią. By­ło wi­dać tyl­ko nie­wiel­kie za­głę­bie­nia – mo­gi­ły, oto­czo­ne śla­dem po ogro­dze­niu. W 1955 r. So­wie­ci ka­za­li za­orać ła­gry, by za­trzeć po nich wszel­kie śla­dy. Po­czu­łem smu­tek i gniew wo­bec za­tar­tych śla­dów prze­szło­ści. Roz­grze­ba­łem zie­mię i zło­ży­łem w przy­go­to­wa­nym wcze­śniej pu­deł­ku. Po­wie­dzia­łem mo­je­mu prze­wod­ni­ko­wi, że tu­taj żył mój dzia­dek Gri­go­rij Oga­ni­sjan. I... oka­za­ło się, że w są­sied­niej wio­sce ży­je je­go ro­dzi­na! Co wię­cej: oca­la­ły zdję­cia mo­je­go dziad­ka. Na jed­nej fo­to­gra­fii by­ło na­pi­sa­ne: „Na pa­miąt­kę ko­cha­nej żo­nie He­ni od mę­ża Gri­go­ri­ja. Pa­mię­taj i nie za­po­mnij o mnie (…). 10 III 1949 ro­ku”.

Moż­na so­bie wy­obra­zić, co czu­ły mo­ja bab­cia i ma­ma, kie­dy wró­ci­łem z tak nie­zwy­kłą pa­miąt­ką i zie­mią z gro­bu dziad­ka i pra­dziad­ka. Mąż Gri­go­rij po pra­wie 70 la­tach od­na­lazł swo­ją żo­nę Hen­ry­kę. Wie­rzę, że wy­peł­ni­ły się obiet­ni­ce. Zło­żo­na przez bab­cię: „Wró­cę po cie­bie, ta­to” i przez Gri­szę na dwor­cu w Szu: „Od­naj­dę cię”.

Nie­zwy­kłą hi­sto­rię na­pi­sa­ło ży­cie... W książ­ce pt. „Zna­mię” wspo­mi­na Ksiądz z ko­lei swo­je dzie­ciń­stwo. Nie by­ło ła­twe, ale: „uda­ło się prze­kuć krzyw­dę w dar, a stra­tę w zysk”. Co ozna­cza­ją te sło­wa?

– „Zna­mię” to książ­ka o mo­jej ma­mie, któ­ra z ko­goś, kto był za­gu­bio­ny i ra­nił, prze­obra­zi­ła się w oso­bę, któ­ra wy­ba­czy­ła so­bie i in­nym. Ta opo­wieść jest jak po­da­nie rę­ki tym, któ­rzy nas zra­ni­li. Nie po to, by za­po­mnieć, ale by prze­ba­czyć. Nie cho­dzi o to, aby przez ca­łe ży­cie pie­lę­gno­wać w so­bie ra­nę, za­skle­pić się w swo­jej krzyw­dzie, ale by iść do przo­du. I wy­cią­gnąć rę­kę do te­go, kto nas skrzyw­dził.

Książ­ka pt. „Dar” to hi­sto­ria wraż­li­we­go i po­kor­ne­go księ­dza, któ­ry uczci­wie stwier­dza, że nie uda­ło mu się ni­ko­go uzdro­wić. To nie­zwy­kłe opo­wie­ści o lu­dziach, w któ­rych ży­ciu Ksiądz uczest­ni­czył. Był Ksiądz przy chłop­cu cho­rym na bia­łacz­kę, któ­ry umarł na­za­jutrz po przy­ję­ciu pierw­szej Ko­mu­nii świę­tej. Któ­ra hi­sto­ria jest dla Księ­dza szcze­gól­na?

– Bar­dzo prze­ży­łem hi­sto­rię czte­ro­let­nie­go dziec­ka, któ­re­mu po­wie­dzia­no, że ta­ta wy­je­chał, a w rze­czy­wi­sto­ści po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Nie­zwy­kła by­ła kon­fron­ta­cja te­go chłop­ca ze śmier­cią. Ma­ma nie wie­dzia­ła, jak mu to wy­tłu­ma­czyć. Po­sze­dłem dro­gą ser­ca – słu­cha­łem. Pa­mię­tam też hi­sto­rię mło­de­go kle­ry­ka. Uczest­ni­czył wraz ze mną w po­grze­bie no­wo­rod­ka, któ­re­go ro­dzi­ce nie przy­szli na po­grzeb. Kle­ryk pła­kał. Nie dla­te­go, że dziec­ko umar­ło, ale dla­te­go, że w tej ro­dzi­nie nie by­ło żad­nych wię­zi. Ro­dzi­ce nie chcie­li dziec­ka. Ta hi­sto­ria jest smut­na, ale po­tra­fi­li­śmy do­strzec w niej wa­gę ka­płań­stwa. Je­go isto­tą jest obec­ność i to­wa­rzy­sze­nie.

foto_02-03_08-2017

Dar – to sło­wo ko­ja­rzy się jed­no­znacz­nie z do­brem. Jed­nak co zro­bić, je­śli nie zo­sta­li­śmy ob­da­ro­wa­ni tak, jak by­śmy chcie­li? Je­śli za­miast mi­ło­ści po­ja­wia się prze­moc? Je­śli ra­ny cią­gle krwa­wią?

– W Wiel­ki Pią­tek za­mor­do­wa­no Chry­stu­sa. Jed­nak gdy­by Mat­ka Bo­ża oce­ni­ła hi­sto­rię Zba­wie­nia te­go dnia – po­peł­ni­ła­by błąd. Trze­ba po­cze­kać. To jest bar­dzo trud­ne. W Wiel­ki Pią­tek ła­two oce­niać, ale Ewan­ge­lia na tym się nie koń­czy. Po­trze­bu­je­my Wiel­kiej So­bo­ty, aby coś w nas umar­ło, zbu­rzy­ło się, aby­śmy od­ro­dze­ni do­cze­ka­li Wiel­ka­noc­ne­go Po­ran­ka. W nie­któ­rych prze­strze­niach ży­cia wciąż je­stem w Wiel­kiej So­bo­cie. Nie wiem, co bę­dzie. Ale wiem, że Ktoś wie. I wie­rzę głę­bo­ko, że Ktoś czu­wa nad po­rząd­kiem wszyst­kie­go. Wszyst­ko, co nas spo­ty­ka, nie dzie­je się bez przy­czy­ny. Je­stem da­le­ki od nada­wa­nia sztucz­ne­go sen­su i do­ra­bia­nia pro­te­zy do ży­cia. Po pro­stu idę z ludź­mi. To­wa­rzy­szę im. A oni uświa­da­mia­ją mi sens mo­je­go cier­pie­nia.

Pi­sze Ksiądz: „Cza­sa­mi wy­da­je mi się, że ro­zu­miem dru­gie­go czło­wie­ka. Jed­nak od­czu­wam, że ist­nie­je nie­wi­dzial­na gra­ni­ca, któ­rej nie da się prze­sko­czyć”. Czy czę­sto na­po­ty­ka Ksiądz ta­kie gra­ni­ce?

– Tak. Wciąż. Czło­wiek jest nie­by­wa­łą ta­jem­ni­cą.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

 

Książ­ki ks. Ar­ka­diu­sza Pa­śni­ka do­stęp­ne w Edy­cji Świę­te­go Paw­ła – www.edycja.pl

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Ja nadaję kierunek. Idziemy wspólnie

Z o. Mar­kiem Roz­pło­chow­skim OP, pro­wa­dzą­cym dusz­pa­ster­stwo mło­dzie­ży szkół śred­nich „Przy­stań”, roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz

Opie­ku­jąc się dusz­pa­ster­stwem mło­dzie­ży, spo­ty­ka Oj­ciec za­pew­ne wspa­nia­łych mło­dych lu­dzi, któ­rzy się mo­dlą i cho­dzą do ko­ścio­ła. Czy to zna­czy, że wszy­scy są grzecz­ni? Ja­ka mło­dzież przy­cho­dzi do dusz­pa­ster­stwa?

Róż­na. Na szczę­ście. Gdy­by wszy­scy by­li su­per­grzecz­ni, to bym strasz­nie się z ni­mi nu­dził. Grzecz­ny to ktoś nie­mra­wy, ni­ja­ki, ane­micz­ny. Oni są grzecz­ni w tym sen­sie, że szu­ka­ją do­brych rze­czy, ale jed­no­cze­śnie ma­ją w so­bie du­żo ener­gii. Kie­dyś, bę­dąc w gó­rach, za­cze­pi­li­śmy gru­pę stu­den­tów i ob­rzu­ci­li­śmy ich śnie­giem. Grzecz­na mło­dzież ni­gdy nie za­cho­wa­ła­by się w ten spo­sób.

Czy ma­ją wąt­pli­wo­ści w wie­rze?

Oczy­wi­ście. Kto nie ma? Kie­dy ktoś ży­je wia­rą i chce ją prze­ży­wać świa­do­mie – mu­si mieć wąt­pli­wo­ści. I bar­dzo do­brze, że one są. Na każ­dym spo­tka­niu przed bierz­mo­wa­niem sły­szę wie­le py­tań. To mnie ogrom­nie cie­szy, po­nie­waż po­ka­zu­je, że uczest­ni­cy spo­tkań za­sta­na­wia­ją się nad wia­rą. Kie­dy św. To­masz z Akwi­nu pi­sał „Su­mę teo­lo­gicz­ną” – jed­no z głów­nych dzieł śre­dnio­wiecz­nej fi­lo­zo­fii i teo­lo­gii – naj­pierw wy­no­to­wał wszyst­kie wąt­pli­wo­ści a po­tem na nie od­po­wia­dał.

foto_01-01_08-2017

Cze­go Oj­ciec uczy mło­dych lu­dzi?

Nie je­stem na­uczy­cie­lem. Spo­ty­kam się z ni­mi i wspól­nie mo­dli­my się, al­bo zaj­mu­je­my ja­kimś te­ma­tem.

Ja­ka jest więc Oj­ca ro­la? Je­śli nie na­uczy­ciel to...?

Dusz­pa­sterz. To ktoś wię­cej niż na­uczy­ciel. Ka­te­che­ta przy­cho­dzi na lek­cję, wy­ło­ży te­mat, wra­ca do do­mu i się nie przej­mu­je. (Al­bo się przej­mu­je – to za­le­ży od ka­te­che­ty). Dusz­pa­sterz to ktoś, kto ra­zem z ni­mi idzie. Mu­szę wie­dzieć, do­kąd mam dojść. Mo­im ce­lem jest świę­tość. Idzie­my ra­zem, ale to jest pew­na wy­mia­na. Ja nie tyl­ko coś da­ję, ale też otrzy­mu­ję. Ma­my ta­ką gru­pę „Jaś­ki”, w któ­rej od­by­wa­ją się spo­tka­nia mo­dli­tew­ne. Spo­tka­nia pro­wa­dzi mło­dzież. Dzie­li­my się Sło­wem. Ich świa­dec­two jest dla mnie umoc­nie­niem. Wia­ra ro­dzi się ze słu­cha­nia. Mo­ja wia­ra też, po­nie­waż ja tak­że ich słu­cham. Ja na­da­ję kie­ru­nek, w któ­rym idzie­my, ale idzie­my ra­zem, wspól­nie.

Od­wróć­my py­ta­nie. Cze­go Oj­ciec uczy się od mło­dych lu­dzi?

Róż­nych rze­czy. Wczo­raj się do­wie­dzia­łem, że w Chi­nach są pie­ro­gi, tyl­ko in­ne niż na­sze. Pew­nie z ry­żem. Ktoś in­ny mi po­wie­dział, jak się ukła­da kost­kę Ru­bi­ka. Oni ma­ją mnó­stwo pa­sji i za­in­te­re­so­wań. To nie­sa­mo­wi­te bo­gac­two. I świad­czą o wie­rze – a ja po­trze­bu­ję świad­ków. To mnie umac­nia.

Cze­go mło­dzi szu­ka­ją w Ko­ście­le?

Bo­ga. Wspól­no­ty in­nych osób, z któ­ry­mi moż­na dzie­lić wia­rę. Na co dzień są w róż­nych śro­do­wi­skach, w któ­rych wia­ry nie ma lub jest ata­ko­wa­na, wy­śmie­wa­na. Tu­taj mo­gą otwar­cie mó­wić o swo­jej wie­rze w Bo­ga, mo­gą py­tać, dzie­lić się do­świad­cze­niem wia­ry. Przy oka­zji ro­bi­my mnó­stwo in­nych rze­czy. Nie da się tyl­ko sie­dzieć i roz­ma­wiać, bo by­śmy się za­nu­dzi­li.

Co mło­dym prze­szka­dza w po­szu­ki­wa­niach Bo­ga w Ko­ście­le?

Mam na­dzie­ję, że nie ja! Naj­czę­ściej prze­szka­dza nie­wie­dza. Ma­ją obie­go­we opi­nie o Ko­ście­le, o na­ucza­niu Ko­ścio­ła. Zda­rzy­ło się np., że ktoś za­py­tał: dla­cze­go Ko­ściół uwa­ża, że wszy­scy sa­mo­bój­cy bę­dą po­tę­pie­ni? Tym­cza­sem to stwier­dze­nie nie jest zgod­ne z na­uką Ko­ścio­ła. War­to stwo­rzyć ta­ką prze­strzeń, w któ­rej mło­dzi bę­dą mo­gli za­py­tać o to, co ich nur­tu­je, nie­po­koi. Zwłasz­cza ci, któ­rzy ma­ją wąt­pli­wo­ści, trud­no­ści, zma­ga­ją się. Tyl­ko nie­wie­rzą­cy nie ma pro­ble­mów z wia­rą i nie mu­si so­bie sta­wiać py­tań.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 08/2017

Jola Tęcza-Ćwierz

Wi­dzia­łam w in­ter­ne­cie ta­ki mem. Dwóch chło­pa­ków sie­dzi na ka­na­pie. Wo­kół po­roz­rzu­ca­ne pa­pie­ro­sy, na sto­le pusz­ka z pi­wem. Pa­no­wie ubra­ni nie­chluj­nie, wy­da­ją się zbla­zo­wa­ni i bar­dzo znu­dze­ni. Ten w dre­sie mó­wi do kum­pla: – Ej, Ku­ba, zrób­my coś sza­lo­ne­go! – Ok, chodź­my do ko­ścio­ła – od­po­wia­da dru­gi.

Je­steś ochrzczona/y. Je­steś ka­to­li­kiem. Wie­lu z nas sys­te­ma­tycz­nie uczest­ni­czy we Mszy św., spo­wia­da się, na­le­ży do wspól­no­ty, oa­zy. Czy to­wa­rzy­szy ci świa­do­mość, że oprócz „by­cia” w ko­ście­le, war­to też Ko­ściół two­rzyć? Ja­ki masz ob­raz Ko­ścio­ła? Cze­go w nim szu­kasz? Do­bre­go, mą­dre­go księ­dza, któ­ry mógł­by cię po­pro­wa­dzić? Gru­py otwar­tych i ser­decz­nych przy­ja­ciół? Wspar­cia w sła­bo­ściach i pro­ble­mach? Miej­sca, w któ­rym w ci­szy moż­na po­my­śleć o tym, o co tak na­praw­dę cho­dzi w ży­ciu? A mo­że po pro­stu... Bo­ga?

Co to zna­czy: two­rzyć Ko­ściół? Przede wszyst­kim an­ga­żo­wać się. Nie stać z bo­ku i kry­ty­ko­wać, ale świa­do­mie roz­wi­jać ży­cie du­cho­we. Co mo­żesz ro­bić? Wy­ko­rzy­staj ener­gię oraz en­tu­zjazm i za­an­ga­żuj się w li­tur­gię. Mo­żesz dzia­łać na rzecz po­trze­bu­ją­cych w wo­lon­ta­ria­cie al­bo uczest­ni­czyć w dzie­łach mi­syj­nych. Ro­zej­rzyj się: z pew­no­ścią w oko­li­cy dzia­ła dusz­pa­ster­stwo mło­dzie­żo­we. W ta­kim miej­scu mo­żesz zna­leźć Bo­ga, przy­ja­ciół a na­wet mę­ża czy żo­nę.:) An­ga­żu­jąc się w je­go dzia­łal­ność, mo­żesz stra­cić kil­ka ki­lo­gra­mów al­bo kil­ka go­dzin snu, ale na pew­no nie stra­cisz cza­su. Na po­cząt­ku li­ceum tra­fi­łam do ta­kiej gru­py. Od­tąd ży­łam od czwart­ku do czwart­ku, bo wte­dy od­by­wa­ły się spo­tka­nia. By­ła moż­li­wość po­głę­bie­nia wia­ry, wspól­nej mo­dli­twy i ad­o­ra­cji. Nie bra­ko­wa­ło wspól­nych wy­jaz­dów, wyjść do ki­na czy po pro­stu po­sie­dze­nia przy her­ba­cie. W ta­kich gru­pach są nor­mal­ni lu­dzie. Nie­ko­niecz­nie ta­cy, któ­rzy mo­dlą się na­wet przed otwar­ciem pacz­ki orzesz­ków. Tu nikt ni­cze­go nie uda­je.

Nie­waż­ne, jak od­po­wiesz na py­ta­nie: być w Ko­ście­le czy two­rzyć Ko­ściół? W koń­cu naj­waż­niej­sze jest dal­sze po­zna­wa­nie Pa­na Bo­ga, że­by Go le­piej ro­zu­mieć i po pro­stu bar­dziej ko­chać.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go