Jak powstała szkoła, którą znamy?

Wy­obraź so­bie świat bez szko­ły. Świat, w któ­rym nie trze­ba się przej­mo­wać spraw­dzia­nem czy za­da­niem do­mo­wym. Świat, w któ­rym nie ma wy­wia­dó­wek. Ta­ki świat ist­niał jesz­cze 400 lat te­mu, kie­dy nikt so­bie nie wy­obra­żał po­wszech­ne­go szkol­nic­twa. No pra­wie nikt, bo zna­lazł się ta­ki je­den czło­wiek, któ­ry o tym po­my­ślał.

Mo­że spo­ty­ka­łeś się kie­dyś z opi­nią, że naj­więk­szym ha­mul­cem w roz­wo­ju na­uki był i jest Ko­ściół ka­to­lic­ki. Tym­cza­sem jest to je­den z naj­więk­szych mi­tów, ja­kie stwo­rzy­ła ludz­kość. To wła­śnie Ko­ściół i lu­dzie z nim zwią­za­ni zna­czą­co przy­czy­ni­li się do roz­wo­ju na­uki.

foto_01-03_03-2017

Szko­ła tyl­ko dla bo­ga­tych

XVI wiek to czas wiel­kich zmian w Eu­ro­pie. W od­po­wie­dzi na re­for­ma­cję Ko­ściół pod­jął dzia­ła­nia uzdra­wia­ją­ce wła­sne struk­tu­ry. Kontr­re­for­ma­cja mia­ła ob­jąć ca­łą rze­czy­wi­stość, w któ­rej ży­li wie­rzą­cy. Kon­se­kwen­cją So­bo­ru Try­denc­kie­go był en­tu­zjazm zwią­za­ny z od­no­wą Ko­ścio­ła. Po­wsta­wa­ło wie­le no­wych, świet­nych po­my­słów. Je­den z nich zro­dził się w gło­wie 35-let­nie­go hisz­pań­skie­go ka­pła­na, któ­ry w 1592 r. przy­był do Rzy­mu, by za­ła­twić coś w ku­rii pa­pie­skiej. Je­go po­byt w Rzy­mie znacz­nie się prze­dłu­żył, bo – jak się oka­za­ło – po­zo­stał tam do koń­ca swe­go ży­cia, czy­li do 1648 r.

Jó­zef Ka­la­san­cjusz (Jo­sé de Ca­la­sanz) ma­jąc du­żo cza­su, krę­cił się to tu, to tam po ca­łym Rzy­mie. Za­wę­dro­wał do naj­uboż­szej dziel­ni­cy – na Za­ty­brze, gdzie ze­tknął się z ca­łą nę­dzą ludz­kie­go ży­cia. Zo­ba­czył tam wie­le dzie­ci, któ­re nie mu­sia­ły się uczyć, mar­twić za­da­nia­mi do­mo­wy­mi czy wy­wia­dów­ka­mi. Nie mu­sia­ły, bo nie cho­dzi­ły do szko­ły. Nie cho­dzi­ły, po­nie­waż ich ro­dzi­ców nie by­ło na to stać. Szko­ła by­ła tyl­ko dla bo­ga­tych.

Wia­ra i wie­dza

Dziec­ko, któ­re się nu­dzi i spę­dza więk­szość cza­su z kum­pla­mi na uli­cy, ra­czej nie sta­nie się do­brym czło­wie­kiem. I to wła­śnie uświa­do­mił so­bie Jó­zef Ka­la­san­cjusz. A po­nie­waż był czło­wie­kiem bar­dzo prak­tycz­nym, ko­lej­nym kro­kiem by­ła pró­ba roz­wią­za­nia za­ob­ser­wo­wa­ne­go pro­ble­mu. Uznał, że ko­rzyst­ną dro­gą dla mło­dych jest dro­ga wie­dzy i po­boż­no­ści. Za­czął ich uczyć i wy­cho­wy­wać. Naj­pierw po­ma­gał w róż­nych ist­nie­ją­cych już in­sty­tu­cjach. Po­tem sa­mo­dziel­nie roz­po­czął edu­ka­cję mło­dych. Wkrót­ce do­łą­czy­li do nie­go in­ni, któ­rzy by­li peł­ni po­dzi­wu dla je­go wy­trwa­ło­ści w re­ali­za­cji ce­lu, ja­kim by­ło do­pro­wa­dze­nie dzie­ci do świa­ta wia­ry i wie­dzy. W 1597 r. utwo­rzył pierw­szą kla­sę, w któ­rej me­to­dą prób i błę­dów po­szu­ki­wał naj­lep­sze­go spo­so­bu na­ucza­nia. Wkrót­ce wieść o je­go wy­sił­kach roz­nio­sła się po ca­łym Rzy­mie. Sta­le przy­by­wa­ło uczniów, mu­siał więc szu­kać co­raz więk­szych po­miesz­czeń. Przy­by­wa­ło rów­nież tych, któ­rzy wraz z nim chcie­li sze­rzyć wia­rę i na­ukę. Tak zro­dzi­ło się no­wo­żyt­ne szkol­nic­two. Ta­kie po­cząt­ki miał za­kon pi­ja­rów, któ­ry swe praw­ne ra­my otrzy­mał w 1617 r.

Jó­zef sta­le udo­sko­na­lał swój po­mysł i do­pro­wa­dził do te­go, że dziś pra­wo do edu­ka­cji jest pra­wem czło­wie­ka i trud­no so­bie wy­obra­zić ży­cie bez szko­ły. On sam zaś przez szko­łę i na­ucza­nie do­szedł do świę­to­ści, co Ko­ściół po­twier­dził ak­tem ka­no­ni­za­cyj­nym w ro­ku 1767. Ży­cie i dzie­ło św. Jó­ze­fa Ka­la­san­cju­sza, jak rów­nież je­go na­śla­dow­ców, jest do­wo­dem na to, że na­uka po­łą­czo­na z wia­rą mo­że być jed­ną z dróg pro­wa­dzą­cych do Bo­ga i świę­to­ści, a Ko­ściół nie boi się wie­dzy na­uko­wej.

 

Adam Lan­gham­mer SchP

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Moja żona jest najlepszą mamą na świecie!

Tak roz­po­czy­na swój wpis na blo­gu mu­zyk Matt We­ssell. Wie­lu czy­tel­ni­ków my­śli, że „naj­lep­sza ma­ma” mu­si mieć kil­ko­ro dzie­ci i wy­cho­wy­wać je z po­świę­ce­niem przez sze­reg lat. W przy­pad­ku Ka­tie – żo­ny Mat­ta – ozna­cza to jed­nak coś zu­peł­nie in­ne­go.

Ich je­dy­ny sy­nek – Ran­dol Tho­mas – po uro­dze­niu żył tyl­ko kil­ka go­dzin. Kie­dy Ka­tie by­ła w 18. ty­go­dniu cią­ży, roz­po­czął się po­ród. Prze­ra­że­ni ro­dzi­ce na­tych­miast po­je­cha­li do szpi­ta­la. Le­ka­rzom uda­ło się za­trzy­mać ak­cje po­ro­do­wą. Jed­nak szan­se na do­no­sze­nie ma­leń­stwa do mo­men­tu, gdy by­ło­by zdol­ne do ży­cia po­za ło­nem mat­ki, okre­śli­li ja­ko mi­ni­mal­ne. Za­su­ge­ro­wa­li abor­cję, sko­ro „dziec­ko i tak nie prze­ży­je”. Ani Ka­tie, ani Matt na­wet przez chwi­lę nie bra­li ta­kiej moż­li­wo­ści pod uwa­gę. Po­sta­no­wi­li ze wszyst­kich sił za­wal­czyć o ży­cie syn­ka. A je­śli się nie uda – ochrzcić go i po­zwo­lić mu na­tu­ral­nie odejść.

foto_01-02_03-2017

War­to!

Wal­ka o ży­cie Ran­do­la Tho­ma­sa ozna­cza­ła dla Ka­tie le­że­nie ca­ły czas w łóż­ku, prak­tycz­nie bez ru­chu. Mu­sia­ła za wszel­ką ce­nę uni­kać ja­kich­kol­wiek in­fek­cji, któ­re mo­gły­by za­gro­zić jej nie­na­ro­dzo­ne­mu dziec­ku. Z te­go po­wo­du ogra­ni­czy­ła na­wet wi­zy­ty przy­ja­ciół. Dni za­mie­nia­ły się w ty­go­dnie, od cią­głe­go le­że­nia bo­la­ły ją ple­cy, no­gi, ca­łe cia­ło, ale py­ta­ją­ce­mu ją o sa­mo­po­czu­cie mę­żo­wi za każ­dym ra­zem od­po­wia­da­ła z uśmie­chem: „war­to!”.

W 23. ty­go­dniu wró­ci­ła do szpi­ta­la, gdzie mia­ła spę­dzić resz­tę cią­ży. Każ­dy dzień – mi­mo cier­pie­nia – był dla niej ra­do­ścią, bo po­zwa­lał ma­leń­stwu roz­wi­jać się bez­piecz­nie przez ko­lej­ne, bez­cen­ne go­dzi­ny. „Je­śli je­steś naj­lep­szą ma­mą na świe­cie, cie­szysz się każ­dym osią­gnię­ciem two­je­go dziec­ka, na­wet je­śli to osią­gnie­cie jest po pro­stu ko­lej­nym dniem spę­dzo­nym w two­im ło­nie” – pi­sał na blo­gu Matt. Ka­tie wy­ko­rzy­sty­wa­ła każ­dą oka­zję, aby pod­py­tać le­ka­rzy i pie­lę­gniar­ki o moż­li­we me­to­dy le­cze­nia i opie­ki nad wcze­śnia­kiem. O to, cze­go mo­że się spo­dzie­wać po po­ro­dzie. O przy­pad­ki, z któ­ry­mi spo­tka­li się do­tych­czas w swo­jej pra­cy. „Je­śli je­steś naj­lep­szą ma­mą na świe­cie, chcesz wie­dzieć wszyst­ko, co ma zwią­zek z ży­ciem two­je­go dziec­ka”.

Za­wsze bę­dzie ma­mą

Nie­ste­ty, w 26. ty­go­dniu roz­wią­za­nia nie da­ło się już po­wstrzy­mać. Po­ród na­tu­ral­ny mógł­by wią­zać się z cier­pie­niem dla dziec­ka, więc Ka­tie zde­cy­do­wa­ła się na ce­sar­skie cię­cie. Ozna­cza­ło to, że z ko­lej­ną cią­żą bę­dą mu­sie­li z mę­żem dłu­żej za­cze­kać. Zmniej­sza­ło to tak­że szan­se na na­tu­ral­ny po­ród przy dru­gim dziec­ku. „Ale je­śli je­steś naj­lep­szą ma­mą na świe­cie, je­steś też go­to­wa po­świę­cić się dla swo­je­go dziec­ka” – pi­sał Matt.

Ma­leń­stwo uro­dzi­ło się z nie­do­ro­zwi­nię­ty­mi płu­ca­mi. Ta wa­da praw­do­po­dob­nie by­ła przy­czy­ną wszyst­kich pro­ble­mów w cią­ży. Ka­tie ko­niecz­ne chcia­ła zo­ba­czyć syn­ka i to­wa­rzy­szyć mu, gdy bę­dzie od­cho­dził. Tuż po ope­ra­cji upro­si­ła le­ka­rzy, że­by – mi­mo bó­lu, to­wa­rzy­szą­ce­mu jej po ce­sar­skim cię­ciu – za­wieź­li ją do Ran­do­la Tho­ma­sa. Sie­dzia­ła przy nim, trzy­ma­ła go za rącz­kę i śpie­wa­ła mu pio­sen­ki. Za­trosz­czy­ła się też o we­zwa­nie księ­dza, któ­ry ochrzcił dziec­ko na kil­ka se­kund przed je­go odej­ściem. „Bo je­śli je­steś naj­lep­szą ma­mą na świe­cie, pa­mię­tasz o tym, o czym in­ni w mo­men­tach cha­osu za­po­mi­na­ją” – pi­sał Matt. I skoń­czył sło­wa­mi: „W przy­szłym ro­ku, 11 ma­ja (Dzień Mat­ki w Sta­nach Zjed­no­czo­nych) pla­nu­ję przy­tu­lić Ka­tie, uśmiech­nąć się i po­wie­dzieć jej: »Wspa­nia­łe­go Dnia Mat­ki!«. Cho­ciaż nasz syn fi­zycz­nie nie bę­dzie z na­mi już ni­gdy wię­cej, nie zmie­nia to fak­tu, że mo­ja żo­na jest te­raz ma­mą. I już za­wsze bę­dzie ma­mą. Na­praw­dę, naj­lep­szą ma­mą na świe­cie”.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

 

Nie jesteś w stanie sprawić, by kochał cię mniej

Bar­dzo Cię ko­cham! To nie żart. Tak, wła­śnie Cie­bie! Ko­cham Cię tak moc­no, że bar­dziej już się nie da! Twój Bóg”. Co po­wiesz na ta­ką wa­len­tyn­kę?

Alek­san­dra Bie­lak jesz­cze trzy la­ta te­mu pew­nie nie po­wie­dzia­ła­by nic. Ale 21 stycz­nia 2014 r. wszyst­ko się zmie­ni­ło. – By­łam w ogrom­nym do­le. Mo­głam stwier­dzić, że prze­gra­łam ży­cie. Wró­ci­łam z Ho­lan­dii, gdzie ra­zem z chło­pa­kiem ro­bi­li­śmy in­te­re­sy, prze­my­ca­li­śmy nar­ko­ty­ki. Kie­dy za­wio­dło mnie wszyst­ko, łącz­nie z mi­ło­ścią te­go fa­ce­ta, za­wo­ła­łam Bo­ga. Te­go dnia po­szłam do spo­wie­dzi. Był wie­czór. Po po­wro­cie do do­mu pierw­szy raz w ży­ciu usły­sza­łam głos Bo­ga. My­śla­łam, że zwa­rio­wa­łam, ale ta roz­mo­wa się nie skoń­czy­ła. Za­da­wa­łam Bo­gu py­ta­nia, On od­po­wia­dał. Mó­wił, że na­pra­wi wszyst­ko, co uda­ło mi się ze­psuć. Tej no­cy, kie­dy uzna­łam Je­zu­sa Pa­nem i Zba­wi­cie­lem, po­czu­łam szczę­ście, ja­kie­go ni­gdy wcze­śniej nie czu­łam.

foto_01-01_03-2017

Mi­chał Rajs prze­szedł in­ną dro­gę: – Po­cho­dzę z ro­dzi­ny wie­rzą­cej, ale wia­ra nie by­ła mo­im oso­bi­stym wy­bo­rem. Pierw­szy mo­ment, kie­dy przy­ją­łem ja­ko coś swo­je­go to, co zna­łem z do­mu, przy­szedł w gim­na­zjum. To by­ło emo­cjo­nal­ne do­świad­cze­nie, ale my­ślę, że te­go nam wła­śnie czę­sto bra­ku­je. Na po­zio­mie ro­zu­mu ma­my du­żo wie­dzy na te­mat Bo­ga, prze­sią­ka­my nią w do­mu, przez ka­te­che­zę, ale nic w związ­ku z tym nie czu­je­my.

Ko­cha od za­wsze na za­wsze

Dziś Ola opo­wia­da in­nym o mi­ło­ści Pa­na Bo­ga we wspól­no­cie Głos na Pu­sty­ni i wszę­dzie tam, gdzie ktoś chce po­słu­chać hi­sto­rii jej na­wró­ce­nia. Mi­chał jest li­de­rem wspól­no­ty Ko­ino­nia, współ­or­ga­ni­za­to­rem wie­lu spo­tkań ewan­ge­li­za­cyj­nych.

Ola: – Za­czę­ło się od te­go, że mia­łam ogrom­ny głód po­zna­wa­nia Bo­ga. Pierw­szy kon­kret: Ktoś zro­bił dla mnie ab­so­lut­nie wszyst­ko, za­nim by­łam te­go świa­do­ma. Zro­bił to ab­so­lut­nie za dar­mo. Póź­niej za­czę­łam zgłę­biać ta­jem­ni­cę krzy­ża. Na krzy­żu zo­ba­czy­łam, że na­gle Ktoś re­zy­gnu­je ze wszyst­kie­go, co ma, i wy­bie­ra – nic. Kie­dy za­czę­łam się mo­dlić, do­świad­cze­nie Bo­żej mi­ło­ści przy­cho­dzi­ło w Je­go obec­no­ści. To mnie po­cią­gnę­ło do re­la­cji z Nim. Po­wa­la­ło mnie na ło­pat­ki, że po­tęż­ny Bóg chce dać mi swo­ją obec­ność. I to wte­dy, kie­dy to ja znaj­du­ję czas.

Mi­chał opo­wia­da, że wciąż od­kry­wa, jak Bóg go ko­cha. Od cza­su gim­na­zjum, gdy po raz pierw­szy świa­do­mie od­krył Bo­żą mi­łość i od­po­wie­dział na nią, do dzi­siaj, gdy za­ło­żył już wła­sną ro­dzi­nę. – Pan Bóg da­je mi każ­dy od­dech, pod­trzy­mu­je mo­je ist­nie­nie – mó­wi. – Ist­nie­ję, bo stwo­rzył mnie z mi­ło­ści. Prze­ma­wia do mnie przez mo­ją co­dzien­ność. Przez to, cze­go do­świad­czam w do­mu: mi­łość żo­ny, zdro­wie dziec­ka, wier­ność przy­ja­ciół. Wi­dzę tę mi­łość w dzia­ła­niu, gdy ktoś się na­wra­ca, przy­cho­dzi do wspól­no­ty. Bóg ni­gdy nie wy­co­fu­je swo­jej mi­ło­ści, nie prze­sta­je da­wać ła­ski, bło­go­sła­wień­stwa. To my mo­że­my Go igno­ro­wać, od­wra­cać się od Nie­go, grze­szyć. Pro­blem po­le­ga na tym, że On nie tup­nie no­gą i nie po­wie: „Dość te­go, ży­jesz beze mnie. Ja ci po­ka­żę!”. On ko­cha nas od za­wsze na za­wsze. Bo­ża mi­łość jest nie­za­leż­na od na­szej od­po­wie­dzi – nie je­ste­śmy w sta­nie zro­bić nic, by nas ko­chał mniej.

 

Mag­da­le­na Urlich

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

I trze­ba umieć cie­szyć się słoń­cem, desz­czem, wia­trem, je­sie­nią, zi­mą, la­tem, wio­sną. Trze­ba umieć się cie­szyć pięk­nem, stwa­rza­nym przez czło­wie­ka. A na­de wszyst­ko trze­ba cie­szyć się Je­zu­sem Chry­stu­sem. Bo to jest ra­dość z obec­no­ści Bo­ga. On mó­wi do nas wciąż. W każ­dym ka­wa­łecz­ku dnia. W każ­dym ka­wa­łecz­ku rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej uczest­ni­czy­my, w któ­rą je­ste­śmy za­nu­rze­ni” – te sło­wa na­pi­sał w dniu śmier­ci ks. Mie­czy­sław Ma­liń­ski, pi­sarz, pu­bli­cy­sta i wie­lo­let­ni przy­ja­ciel św. Ja­na Paw­ła II.

Ten nu­mer „Dro­gi” za­ty­tu­ło­wa­li­śmy „Wa­len­tyn­ka od Pa­na Bo­ga”. Ja­ka jest Bo­ża mi­łość? Po czym ją po­znać? Czy Bóg ko­cha mnie tak­że wte­dy, gdy jest trud­no i pię­trzą się pro­ble­my? Gdy wca­le te­go nie czu­ję?

Mar­ga­ret Fi­sh­back Po­wers na­pi­sa­ła: „Pew­ne­go dnia śni­ło mi się, że spa­ce­ro­wa­łam pla­żą z Pa­nem. Na ciem­nym nie­bie roz­bły­ski­wa­ły sce­ny z me­go ży­cia. Po każ­dej z nich na pia­sku po­ja­wia­ły się dwie pa­ry stóp: jed­ne na­le­ża­ły do mnie a dru­gie do Pa­na. Kie­dy bły­snę­ła przede mną ostat­nia sce­na, spoj­rza­łam zno­wu za sie­bie. Nie za­uwa­ży­łam śla­dów stóp Pa­na. Uświa­do­mi­łam so­bie, że był to naj­gor­szy i naj­smut­niej­szy czas w mo­im ży­ciu. »Pa­nie – rze­kłam – kie­dy po­sta­no­wi­łam iść za To­bą, po­wie­dzia­łeś mi, że za­wsze bę­dziesz przy mnie. Jed­nak w naj­trud­niej­szych chwi­lach mo­je­go ży­cia na pia­sku wid­nia­ły śla­dy tyl­ko jed­nych stóp. Pa­nie, dla­cze­go, gdy naj­bar­dziej Cię po­trze­bu­ję, Ty mnie zo­sta­wiasz?«. »Mo­je dro­gie dziec­ko – wy­szep­tał – ko­cham cię i ni­gdy cię nie opusz­czę, ni­gdy i ni­gdzie w chwi­lach prób i do­świad­czeń. Gdy wi­dzia­łaś śla­dy tyl­ko jed­nych stóp to znak, że cię nio­słem«.

Każ­dy z nas nie­stru­dze­nie szu­ka mi­ło­ści. Ma­rzy­my, by być ko­cha­nym, ce­nio­nym, sza­no­wa­nym, po­trzeb­nym. Bo­ża mi­łość jest in­na. Bóg nie sta­wia czło­wie­ka w cen­trum uwa­gi, tak jak to ro­bią oso­by za­ko­cha­ne czy za­pa­trzo­ne w sie­bie na­wza­jem. Uczy nas mi­ło­ści bez ocze­ki­wa­nia cze­goś w za­mian, bez pra­gnie­nia po­sia­da­nia cze­goś lub ko­goś dla sie­bie. Je­śli za­ko­chasz się w Bo­gu, wte­dy za­znasz praw­dzi­we­go szczę­ścia. Je­go mi­łość nie ma koń­ca, jest sza­leń­cza, po­nad wszyst­ko, po­nie­waż tyl­ko ta­ka mi­łość da­je peł­nię. 14 lu­te­go przy­pa­da świę­to za­ko­cha­nych. Ży­czę Ci, abyś wśród wie­lu in­nych odnalazł/ a rów­nież wa­len­tyn­kę od Pa­na Bo­ga i uwierzył/a w Je­go wiel­ką mi­łość.
Jo­la Tę­cza-Ćwierz p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go