Dmucham na zimne

Już nie wal­czę o to, że­by cze­goś nie zro­bić. Dziś wal­czę o to, by do­świad­czać praw­dzi­wej mi­ło­ści.

Czy­stość przed­mał­żeń­ska – to ha­sło przez dłu­gi czas by­ło dla mnie wy­świech­ta­nym slo­ga­nem. Od dziec­ka an­ga­żo­wa­łam się w ruch oa­zo­wy i ży­cie Ko­ścio­ła, więc to, że pew­nych rze­czy nie wol­no, szyb­ko sta­ło się dla mnie oczy­wi­sto­ścią.

A po­tem przy­szedł czas za­ko­chi­wa­nia się i związ­ków. Przez pierw­sze la­ta przy­ka­za­nie na­dal by­ło pro­ste i oczy­wi­ste. Ale co­raz czę­ściej po­ja­wiał się pro­blem – cze­go tak na­praw­dę mi nie wol­no? Któ­re ge­sty są za­re­zer­wo­wa­ne dla mał­żon­ków? Gdzie jest gra­ni­ca, któ­rej nie po­win­nam prze­kra­czać? I na tym py­ta­niu w koń­cu po­le­głam. Ni­by ni­gdy nie współ­ży­łam i ni­by wszyst­ko by­ło w po­rząd­ku. Jed­nak do­pie­ro z per­spek­ty­wy cza­su wi­dzę, jak cien­ka jest gra­ni­ca chro­nią­ca nie­win­ność ser­ca i czy­stą, pięk­ną mi­łość. Jak ła­two na­wet nie za­uwa­żyć, że wła­śnie się ją prze­kro­czy­ło. I jak ła­two wma­wiać so­bie, że to wca­le nie tak źle.

Skut­ki ta­kie­go nie­pil­no­wa­nia sie­bie po­ja­wi­ły się szyb­ko. Za­zdrość, za­bor­czość, mnó­stwo nie­zro­zu­mie­nia. Nie wia­do­mo skąd i dla­cze­go. Bo po­zor­nie prze­cież wszyst­ko by­ło okej, nikt nie zro­bił nic złe­go…

Dziś czy­stość jest dla mnie wal­ką. Tak­że o to, co oglą­dam, czy­tam. To waż­na sfe­ra i bar­dzo za­gro­żo­na. I nie za­wsze uda­je się wy­grać. Cią­gle uczę się te­go, że le­piej dmu­chać na zim­ne, niż cze­kać, aż mo­je po­sta­no­wie­nie za­wa­li się cał­ko­wi­cie. Uczę się częst­szej spo­wie­dzi, szcze­ro­ści. To nie przy­cho­dzi sa­mo.

A w związ­ku? Dmu­cha­nie na zim­ne spraw­dza się tak­że tu­taj. Le­piej w ogó­le nie do­pusz­czać do sy­tu­acji, kie­dy trze­ba się za­sta­na­wiać nad swo­imi gra­ni­ca­mi. Cza­sem trze­ba umieć za­re­ago­wać i po­wie­dzieć „nie”. I le­piej zro­bić to za wcze­śnie, niż za póź­no – z mi­ło­ści do dru­giej oso­by i do sie­bie sa­mej. Sta­now­czość ab­so­lut­nie nie kłó­ci się z mi­ło­ścią! Nie mo­gę wyjść z za­chwy­tu, jak fan­ta­stycz­na mo­że być re­la­cja, w któ­rej wspól­ny czas wy­peł­nia­ją wie­lo­go­dzin­ne roz­mo­wy i tro­ska o sie­bie na­wza­jem. Nie trze­ba ca­ło­wać się „z nu­dów”, bo nie ma­my nic wię­cej do za­ofe­ro­wa­nia.

Klu­czem do prze­ży­wa­nia czy­sto­ści przed­mał­żeń­skiej sta­ło się dla mnie zro­zu­mie­nie te­go, po co ona jest. Do­pó­ki wi­dzia­łam w niej zwy­kły za­kaz, nie by­ła praw­dzi­wie mo­ją war­to­ścią. Nie by­ła czymś, o co chcia­łam wal­czyć za wszel­ką ce­nę. Na­to­miast dziś jest mo­ją war­to­ścią i dla­te­go trwa­jąc w czy­sto­ści, je­stem szczę­śli­wa. Już nie wal­czę o to, że­by cze­goś nie zro­bić. Dziś wal­czę o to, by kie­dyś wspól­nie z uko­cha­nym czło­wie­kiem do­świad­czać cze­goś nie­sa­mo­wi­te­go – by­cia dla sie­bie na­wza­jem na sto pro­cent. Wal­czę dla­te­go, że czu­ję się pięk­na, kie­dy je­stem czy­sta. Mu­szę so­bie o tym cią­gle przy­po­mi­nać. Zwłasz­cza wte­dy, gdy jest mi trud­no. Wów­czas się­gam po Urze­ka­ją­cą i czy­tam war­to­ścio­we stro­ny. Się­gam po mo­dli­twę i roz­mo­wę na „po­boż­ne” te­ma­ty. Na­wet po to za­ło­ży­łam z ko­le­żan­ka­mi blog o chrze­ści­jań­skiej ko­bie­co­ści – że­by w trud­nych chwi­lach nie tyl­ko in­nym, ale i so­bie przy­po­mnieć, kim jest w Bo­żych oczach czy­sta ko­bie­ta, Je­go uko­cha­na cór­ka. Wte­dy wiem, że war­to.

 

Mo­ni­ka Ziół­kow­ska – ma 21 lat i jest współ­au­tor­ką blo­ga www.kobietastworzylja.pl

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Połączyły nas zagadki

W do­bie sie­ci in­ter­ne­to­wej co­raz wię­cej rze­czy za­ła­twia­my dro­gą elek­tro­nicz­ną. Ale czy w ten spo­sób moż­na rów­nież zna­leźć przy­jaźń?

Mam swo­je miej­sce w wir­tu­al­nym świe­cie. Tu­taj po­zna­łam kil­ka bar­dzo wy­jąt­ko­wych i re­al­nie fan­ta­stycz­nych osób. Oto mo­ja hi­sto­ria.

Uwiel­biam książ­ki Mał­go­rza­ty Mu­sie­ro­wicz. W jed­nej z nich by­ła po­da­na stro­na in­ter­ne­to­wa au­tor­ki. We­szłam. Za­in­try­go­wa­ła mnie za­kład­ka „Księ­ga Go­ści”. Po­sty wpi­sy­wa­li róż­ni lu­dzie. Naj­wię­cej by­ło hym­nów po­chwal­nych dla pa­ni Mał­go­rza­ty. Po­ja­wia­ły się rów­nież żar­to­bli­we tek­ści­ki i alu­zje do róż­nych ksią­żek. To mnie za­cie­ka­wi­ło. Sa­ma nie pi­sa­łam, ale co­dzien­nie za­glą­da­łam na fo­rum. Trwa­ło to ja­kieś pół ro­ku. Pew­ne­go dnia jed­na z fo­ru­mo­wi­czek za­mie­ści­ła cy­tat z py­ta­niem, z któ­rej po­cho­dzi książ­ki. Cho­dzi­ło o Po­że­gna­nie z Afry­ką. Jed­nak za­nim pa­dła od­po­wiedź, od­by­ła się dłu­ga, na­pro­wa­dza­ją­ca dys­ku­sja, któ­ra na­praw­dę mnie wcią­gnę­ła. In­nym ra­zem fo­ru­mo­wicz­ka Lotta7 wrzu­ci­ła cy­tat z Wiel­kich na­dziei Dic­ken­sa. Nikt nie wie­dział, skąd po­cho­dzi, a ja go zna­łam! I cho­ciaż do tej po­ry by­łam bier­nym ob­ser­wa­to­rem fo­rum, tym ra­zem już nie mo­głam po­wstrzy­mać się od ko­men­ta­rza. Wpi­sa­łam nick Bab­cia Gą­ska i po­da­łam od­po­wiedź. „Sko­ro roz­wią­za­łaś, two­ja ko­lej, mu­sisz po­dać za­gad­kę” – na­pi­sa­ła jed­na z dziew­czyn. Wpi­sa­łam więc frag­ment książ­ki Przy­ślę Pa­nu list i klucz Ma­rii Prusz­kow­skiej. Za­gad­ka wi­sia­ła na stro­nie przez ca­łe... 7 mi­nut! Onie­mia­łam. Po­tem po­szło już la­wi­no­wo. Uczest­ni­cy fo­rum prze­rzu­ca­li się za­gad­ka­mi li­te­rac­ki­mi. Do za­ba­wy do­łą­czy­ła rów­nież MałgM, w któ­rej szyb­ko roz­po­zna­ły­śmy go­spo­dy­nię stro­ny.

Szcze­gól­nie przy­pa­dły mi do gu­stu trzy dziew­czy­ny: Jo­asia z War­sza­wy, Me­du­zia z Gdań­ska i Be­ata z Wro­cła­wia. Od­po­wia­dał mi ich spo­sób pi­sa­nia, ko­men­to­wa­nia i przede wszyst­kim do­bór lek­tur, z któ­rych wy­pi­sy­wa­ły za­gad­ko­we cy­ta­ty. Cho­ciaż wszyst­kie by­ły­śmy bar­dzo za­ję­te, za­wsze znaj­do­wa­ły­śmy czas, że­by do sie­bie pi­sać, py­tać, ra­dzić, wspie­rać, żar­to­wać, na­rze­kać i się po­cie­szać. Po­dob­ne gu­sta li­te­rac­kie spra­wi­ły, że pi­sa­ły­śmy do sie­bie co­raz czę­ściej i wię­cej na priv i po­sta­no­wi­ły­śmy spo­tkać się w re­alu.

Na­sza przy­jaźń trwa już od kil­ku lat. W mię­dzy­cza­sie zmie­nił się wy­gląd stro­ny musierowicz.com.pl, ko­men­ta­rze są mo­de­ro­wa­ne, a dru­ży­na za­gad­ko­wa się roz­wią­za­ła. Tro­chę szko­da.

Prze­ko­na­łam się, że to, jak pi­szesz, wie­le o to­bie mó­wi. Cza­sem wy­star­czy przy­pad­ko­wa roz­mo­wa na cza­cie czy fo­rum, by zna­leźć czło­wie­ka, któ­ry jest po­dob­ny do nas, ma ta­kie sa­me za­in­te­re­so­wa­nia, po­glą­dy, pro­ble­my... Na­wet nie wie­my, kie­dy więź sta­je się tak moc­na, że bez roz­mo­wy z da­ną oso­bą nie mo­że­my wy­trzy­mać ani jed­ne­go dnia.

Są oso­by, któ­re wo­lą po­zna­wać lu­dzi w tra­dy­cyj­ny spo­sób i to też jest ok. Ale mo­że cza­sem war­to spró­bo­wać mniej stan­dar­do­wych me­tod i po­znać ko­goś wy­jąt­ko­we­go?

 

nick: Bab­cia Gą­ska, oprac. jtć

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

56 płci

Wy­da­wa­ło­by się, że wła­ści­wie nie ma po co pi­sać te­go tek­stu. Płeć zo­sta­je zde­ter­mi­no­wa­na w mo­men­cie po­czę­cia: mo­że­my uro­dzić się al­bo ja­ko dziew­czyn­ka, któ­ra roz­wi­nie się w ko­bie­tę al­bo ja­ko chło­piec, któ­ry roz­wi­nie się w męż­czy­znę. Nie dla wszyst­kich jed­nak jest to ta­kie oczy­wi­ste.

Mod­ne ostat­nio sło­wo „gen­der” ozna­cza płeć spo­łecz­no-kul­tu­ro­wą, na któ­rą skła­da­ją się za­cho­wa­nia i ro­le uzna­wa­ne w spo­łe­czeń­stwie za przy­na­leż­ne do okre­ślo­nej płci. We­dług zwo­len­ni­ków ide­olo­gii gen­der, któ­ra za­kła­da m.in. że mał­żeń­stwo he­te­ro­sek­su­al­ne jest prze­żyt­kiem, na­sza toż­sa­mość płcio­wa jest nie ty­le uwa­run­ko­wa­na bio­lo­gicz­ne, co ukształ­to­wa­na przez oto­cze­nie. Co za tym idzie – mo­że być „płyn­na” i po­win­na zmie­niać się we­dług wła­snych upodo­bań. Dziś je­stem ko­bie­tą, ju­tro mo­gę być męż­czy­zną.

Co spra­wia, że je­ste­śmy męż­czy­zną lub ko­bie­tą?

Na­sze cia­ło skła­da się z bi­lio­nów ko­mó­rek. W ją­drze każ­dej ko­mór­ki so­ma­tycz­nej (czy­li każ­dej, któ­ra nie jest plem­ni­kiem lub ko­mór­ką ja­jo­wą) znaj­du­ją się 23 pa­ry (czy­li 46 po­je­dyn­czych) chro­mo­so­mów, w tym pa­ra XX dla ko­biet i XY dla męż­czyzn.

Plem­ni­ki i ko­mór­ki ja­jo­we róż­nią się od ko­mó­rek so­ma­tycz­nych i za­wie­ra­ją tyl­ko po­ło­wę chro­mo­so­mów. Za­tem ko­mór­ka ja­jo­wa za­wie­ra 22 chro­mo­so­my i je­den chro­mo­som X, a plem­nik 22 chro­mo­so­my i je­den chro­mo­som X lub Y. W mo­men­cie za­płod­nie­nia plem­nik (23 chro­mo­so­my) łą­czy się z ko­mór­ką ja­jo­wą (23 chro­mo­so­my). Je­śli plem­nik po­sia­dał chro­mo­som Y – po­wsta­je chło­piec, je­śli X – dziew­czyn­ka. Wszyst­kie ko­mór­ki no­we­go czło­wie­ka bę­dą mia­ły ten sam ge­no­typ, co pierw­sza ko­mór­ka. Ozna­cza to, że płeć za­pi­sa­na jest w każ­dej ko­mór­ce na­sze­go cia­ła.

Czy moż­na zmie­nić płeć?

Je­śli płeć ma­my za­pi­sa­ną w każ­dej ko­mór­ce na­sze­go cia­ła, to nie­moż­li­wa jest jej zmia­na, bo nie da się „wy­mie­nić” każ­dej ko­mór­ki or­ga­ni­zmu. Dzię­ki te­ra­pii hor­mo­nal­nej moż­li­we jest uzy­ska­nie pew­nych cech fi­zycz­nych prze­ciw­nej płci (np. męż­czy­znom mo­gą za­cząć ro­snąć pier­si), a dzię­ki ope­ra­cjom chi­rur­gicz­nym moż­na na­wet zmie­niać wy­gląd na­rzą­dów płcio­wych. Ta­kie in­ge­ren­cje po­wo­du­ją jed­nak je­dy­nie oka­le­cze­nie zdro­we­go cia­ła, a nie praw­dzi­wą „zmia­nę płci”. Krzyw­dzą też czło­wie­ka, któ­ry cier­pi na za­bu­rze­nia iden­ty­fi­ka­cji płcio­wej i za­miast po­mo­cy psy­cho­lo­gicz­nej otrzy­mu­je ope­ra­cję chi­rur­gicz­ną.

Czy dwie oso­by tej sa­mej płci mo­gą mieć dzie­ci?

Jest to ab­so­lut­nie nie­moż­li­we, aby dwie oso­by tej sa­mej płci do­pro­wa­dzi­ły do po­czę­cia dziec­ka. Na­wet je­śli ko­rzy­sta się z me­to­dy in vi­tro, jed­na ga­me­ta mu­si być żeń­ska, a dru­ga mę­ska. Je­śli pa­ry ho­mo­sek­su­al­ne de­cy­du­ją się na po­czę­cie dziec­ka dro­gą sztucz­ne­go za­płod­nie­nia, tyl­ko jed­no z nich mo­że być ro­dzi­cem bio­lo­gicz­nym. W ta­kim wy­pad­ku trze­ba li­czyć się z tym, że dziec­ko od po­cząt­ku bę­dzie po­zba­wio­ne wzor­ca mę­sko­ści lub ko­bie­co­ści, co mo­że skut­ko­wać ogrom­ny­mi trud­no­ścia­mi w iden­ty­fi­ka­cji z wła­sną płcią.

Czy 56 płci wy­star­czy?

Od kil­ku lat Fa­ce­bo­ok przy re­je­stra­cji ofe­ru­je użyt­kow­ni­kom ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych moż­li­wość wy­bo­ru spo­śród 56 płci. To jed­nak nie ko­niec, bo ka­ta­log opcji wciąż się po­sze­rza. Na­wet zwo­len­ni­cy ide­olo­gii gen­der zda­ją się nie­kie­dy za­uwa­żać, że sy­tu­acja już daw­no prze­kro­czy­ła gra­ni­cę ab­sur­du. W ser­wi­sie youtu­be moż­na obej­rzeć wy­po­wiedź nie­miec­kie­go po­sła Stef­fe­na Köni­ge­ra w bran­der­bur­skim par­la­men­cie, któ­ry po zwy­cza­jo­wym zwro­cie „pa­nie i pa­no­wie” za­czy­na iro­nicz­nie wy­mie­niać po­zo­sta­łe kil­ka­dzie­siąt płci – po to, aby ni­ko­go nie po­mi­nąć w swo­im prze­mó­wie­niu. Pro­wa­dzą­cy ob­ra­dy bez­sku­tecz­nie pró­bu­je mu prze­rwać, bo za­uwa­ża, że po­seł ob­na­ża śmiesz­ność pro­mo­wa­nej ide­olo­gii gen­der. Mo­że jed­nak le­piej by­ło zo­stać przy tra­dy­cyj­nym, ale ra­cjo­nal­nym „pa­nie i pa­no­wie”?

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak 25/2017

Magda Guziak NowakZ mo­je­go wcze­sne­go dzie­ciń­stwa pa­mię­tam pięk­ną pio­sen­kę na gi­ta­rę: „Pa­nie Je­zu, za­bie­rze­my Cię do do­mu, Pa­nie Je­zu, nie od­da­my Cię ni­ko­mu. Dniem i no­cą, Pa­nie Je­zu, bę­dziesz z na­mi, bo go­rą­co, Pa­nie Je­zu, Cię ko­cha­my!”. Na na na na…

A z mo­jej do­ro­sło­ści 🙂 pa­mię­tam spo­tka­nie z mi­sjo­nar­ką, któ­ra przy­je­cha­ła do na­szej pa­ra­fii. Opo­wia­da­ła o Ca­łu­nie Tu­ryń­skim, ale przy­wio­zła też ze so­bą pięk­ną rzeź­bę – no­wo­rod­ka Je­zu­sa mniej wię­cej rze­czy­wi­stych roz­mia­rów. Opo­wie­dzia­ła kil­ka cie­ka­wo­stek i… po­da­ła mi fi­gur­kę do rak, bo sie­dzia­łam w pierw­szej ław­ce. Za­chę­ci­ła, aby przy­tu­lić Dzie­ciąt­ko, po­gła­skać, szep­nąć coś do uszka i po­dać da­lej. By­łam w szo­ku! Ale… jak mam to zro­bić? Nor­mal­nie! Tak jak się tu­li ma­łe dziec­ko! Wow!

Ta pio­sen­ka i to spo­tka­nie spra­wi­ły, że w koń­cu to do mnie do­tar­ło. Re­al­nie, rze­czy­wi­ście, na­ma­cal­nie. Bóg się ro­dzi to zna­czy… BÓG SIĘ RODZI!

*

Niech na­ro­dzi się tak­że w Wa­szych do­mach. Choć ma­lut­ki, ma moc! Niech więc do­da ra­do­ści tam, gdzie jest jej już wie­le i ule­czy ra­ny. W imie­niu ze­spo­łu re­dak­cyj­ne­go ży­czę Wam wspa­nia­łe­go Bo­że­go Na­ro­dze­nia!

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny

Życiowa mądrość

Cho­ciaż za­sad­ni­czo poj­mu­je­my „na­ukę” ja­ko sie­dze­nie nad książ­ka­mi, jest to tyl­ko ma­leń­ki wy­ci­nek wiel­kiej ukła­dan­ki.

Ca­łe ży­cie się uczy­my. Od po­czę­cia od­bie­ra­my in­for­ma­cje z ota­cza­ją­ce­go nas świa­ta np. zmia­ny tem­pe­ra­tur, sma­ki, świa­tło, dźwię­ki, za­pa­chy, do­tyk. Do­cie­ra­ją one do nas od po­cząt­ku ist­nie­nia, że­by przy­go­to­wać nas do prze­trwa­nia w świe­cie „na ze­wnątrz”. In­for­ma­cje te bę­dą do nas na­pły­wać aż do śmier­ci.

Bóg wy­po­sa­żył nas w zdol­ność ucze­nia się, zdo­by­wa­nia umie­jęt­no­ści i lo­gicz­ne­go my­śle­nia, że­by­śmy ży­li szczę­śli­wie. Cza­sem sta­wia nas w sy­tu­acjach trud­nych, przy­krych, bo­le­snych, ale i ta­kie lek­cje są nam po­trzeb­ne – gdy na­uczy­ciel­ką jest co­dzien­ność.

foto_01-01_24-2017

Uczy­my się na wła­snych błę­dach

Ta­ki ob­ra­zek. Pew­ne­go dnia chcia­łam przez je­den z por­ta­li za­mó­wić dar­mo­wą prób­kę e-bo­oka na mój czyt­nik. Nie­ste­ty, po­spie­szy­łam się, nie po­cze­ka­łam, aż za­ła­du­je się stro­na i ta nie­cier­pli­wość kosz­to­wa­ła mnie 40 do­la­rów. Tyl­ko dla­te­go, że na oślep klik­nę­łam o je­den przy­cisk za wy­so­ko. Wszyst­ko uda­ło się od­krę­cić (wi­docz­nie nie tyl­ko ja się tak spie­szę…), z dość nie­wiel­ką stra­tą. Od tam­tej po­ry za­wsze cze­kam i spraw­dzam, co kli­kam.

In­na sy­tu­acja. Ja­dąc na wy­ciecz­kę ro­we­ro­wą, pierw­szą w se­zo­nie, nie spraw­dzi­łam ha­mul­ców mo­je­go jed­no­śla­du. Ja­kimś cu­dem prze­je­cha­łam 3 km, ale mu­sia­łam dzwo­nić po po­moc i ta­ki był jej ko­niec. Przy oka­zji zo­sta­wi­łam w miej­scu pu­blicz­nym ple­cak z port­fe­lem (cud od Mat­ki Bo­skiej, że był tam, gdzie go zo­stał). Te­raz za­wsze spraw­dzam ha­mul­ce (i wszyst­ko in­ne), a ple­ca­ka nie ścią­gam z ple­ców. Du­żo jest ta­kich „kwiat­ków” w mo­im bu­kie­cie, ale te dwa na­uczy­ły mnie, że war­to mieć wię­cej cier­pli­wo­ści i uważ­no­ści a mniej po­śpie­chu.

Uczy­my się przez świa­dec­two in­nych

Da­le­ko szu­kać nie trze­ba. Ro­dzi­na, na­uczy­cie­le, przy­ja­cie­le. Oni wszy­scy mo­gą nas cze­goś na­uczyć. Ro­dzi­ce da­ją ci okre­ślo­ną ilość kie­szon­ko­we­go. Je­śli wy­dasz wszyst­ko w pierw­szym dniu, do koń­ca mie­sią­ca masz pro­blem i mu­sisz so­bie ra­dzić sam. Z cza­sem wy­da­jesz pie­nią­dze bar­dziej roz­sąd­nie, że­by wy­star­czy­ło „do pierw­sze­go”; usta­lasz prio­ry­te­ty wy­dat­ków, za­czy­nasz li­czyć spraw­niej i oszczę­dzać na kon­kret­ny cel. Idzie ci co­raz le­piej i jest szan­sa, że w do­ro­słe ży­cie wkro­czysz mą­dry fi­nan­so­wo (po­czy­taj: Dzie­ci mą­dre fi­nan­so­wo, D. Ram­sey, R. Cru­ze).

A gdy­by nie mo­je bab­cie, ni­gdy nie na­uczy­ła­bym się le­pić pie­ro­gi ani pa­ko­wać ca­ły świat do wa­liz­ki tak, że­by jesz­cze zo­sta­ło miej­sce na pa­miąt­ki. Z ko­lei je­den z mo­ich przy­ja­ciół na­uczył mnie te­go, że mo­gę re­ali­zo­wać swo­je ma­rze­nia, choć lu­dzie do­ko­ła pró­bu­ją pod­ciąć mi skrzy­dła. Dzię­ki nie­mu dzi­siaj wy­ko­nu­ję swój za­wód, któ­ry ko­cham. Że­by na­uczyć się, jak żyć w zgo­dzie z sa­mym so­bą, dru­gim czło­wie­kiem i świa­tem, po­trzeb­na jest nam po­ko­ra i ktoś, kto po­ka­że, jak to dzia­ła, opo­wia­da­jąc hi­sto­rie i da­jąc świa­dec­two.

Za­wsze i od każ­de­go

W przy­po­wie­ści o nie­uczci­wym za­rząd­cy Je­zus udo­wad­nia, że od każ­de­go (na­wet nie­uczci­we­go!) moż­na się cze­goś na­uczyć (Łk 16,1–13). Ta­ka po­sta­wa – by od każ­de­go „wziąć” to, co ma do­bre­go – jest trud­na, ale to ona da­je szan­sę na zdo­by­cie ży­cio­wej mą­dro­ści.

 

Sa­ra Ry­now­ska

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Rachunek z miłością

Nie lu­bi­my być roz­li­cza­ni, szcze­gól­nie z te­go, co zro­bi­li­śmy źle. Le­piej jest my­śleć i mó­wić o tym, co po­zy­tyw­ne. I su­per! Jed­nak cza­sa­mi war­to zgo­dzić się na trud, a mo­że na­wet ból spoj­rze­nia na swo­je nie­do­cią­gnię­cia. Po to, by się roz­wi­jać i iść da­lej.

Na­rzę­dziem, któ­re mo­że nam po­móc w ta­kim roz­li­cze­niu, jest ra­chu­nek su­mie­nia. Do­brze prak­ty­ko­wa­ny po­ma­ga le­piej prze­żyć jed­ne z waż­niej­szych mo­men­tów, któ­re roz­wi­ja­ją na­szą wia­rę – spo­wie­dzi.

Se­zon gry­po­wy w peł­ni… Idąc do le­ka­rza po ja­ką­kol­wiek ra­dę czy re­cep­tę, mu­si­my naj­pierw po­wie­dzieć do­kład­nie o tym, co nam do­le­ga. Je­śli nie bę­dzie­my po­tra­fi­li do­kład­nie opi­sać to­wa­rzy­szą­cych cho­ro­bie ob­ja­wów, być mo­że nie prze­ka­że­my le­ka­rzo­wi wy­star­cza­ją­cych in­for­ma­cji, aby mógł nam po­móc. Ze spo­wie­dzią jest po­dob­nie.,

foto_01-03_24-2017

Co to jest?

Ra­chu­nek su­mie­nia jest spraw­dze­niem sta­nu na­szej du­szy. Nie po­le­ga on na su­biek­tyw­nym, wła­snym prze­gląd­nię­ciu te­go, co jest w po­rząd­ku, a co nie. Każ­dy z nas z ra­do­ścią uznał­by, że wszyst­ko jest ok. Na­sze su­mie­nie jest na­rzę­dziem słu­żą­cym do spraw­dza­nia słusz­no­ści na­szych de­cy­zji, ale nie mo­że ono być na­rzę­dziem osta­tecz­nym. Tak jak każ­de na­rzę­dzie (np. pi­ła, nóż) mo­że się stę­pić, tak i su­mie­nie mo­że ulec de­for­ma­cji. Jest więc ono skon­fron­to­wa­niem swo­ich wła­snych de­cy­zji z Ewan­ge­lią i na­uką Ko­ścio­ła. To Sło­wo Bo­ga i na­uka Ko­ścio­ła (a nie wła­sne wi­dzi­mi­się od­no­śnie te­go, co jest ok) mu­szą być lu­strem, w któ­rym po­win­ni­śmy się prze­glą­dać we­wnętrz­nie. Dla­te­go też stan na­szej wie­dzy i zna­jo­mość Sło­wa Bo­że­go jest nie­zwy­kle waż­na.

Po­nad­to w ra­chun­ku su­mie­nia nie po­win­ni­śmy po­le­gać na na­szych wła­snych uczu­ciach. One rów­nież by­wa­ją złud­ne i ulot­ne. Po­tra­fią roz­myć ro­zu­mo­we pa­trze­nie na rze­czy­wi­stość. Przy­kła­dem mo­że być abor­cja. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że jest ona grze­chem. Jed­nak gdy do­wia­du­ję się, że roz­wa­ża ją kil­ku­na­sto­let­nia dziew­czy­na, przed któ­rą jest jesz­cze ca­łe ży­cie, bar­dzo szyb­ko i ła­two włą­cza­ją się emo­cje, któ­re za­ciem­nia­ją rze­czy­wi­stość. To, co do tej po­ry bez­dy­sku­syj­nie uzna­wa­li­śmy za za­bój­stwo, w tym kon­kret­nym przy­pad­ku mo­gło­by stać się kwe­stią dys­ku­sji.

Kie­dy i jak czę­sto?

Czę­sto by­wa tak, że ra­chu­nek su­mie­nia ro­bi­my przed sa­mą spo­wie­dzią. I słusz­nie, bo je­śli przy­stę­pu­je­my do niej re­gu­lar­nie (np. co mie­siąc), jest wiel­ka szan­sa, że o ni­czym waż­nym nie za­po­mni­my. Jed­nak że­by do­brze zro­bić ra­chu­nek su­mie­nia, war­to się uczyć czy­nić go co­dzien­nie. Naj­lep­szym na to mo­men­tem jest mo­dli­twa na za­koń­cze­nie dnia. Ta­kie pod­su­mo­wa­nie dnia po­mo­że nam po­dej­mo­wać kon­kret­ne de­cy­zje od­no­śnie te­go, co jesz­cze po­win­ni­śmy zmie­nić w na­szym po­stę­po­wa­niu, co za­nie­dba­li­śmy, a cze­go by­ło zwy­czaj­nie zbyt du­żo. Tak uczył swych bra­ci św. Igna­cy Loy­ola! Zna­nym i my­ślę, że sku­tecz­nym na­rzę­dziem do pra­cy nad so­bą, jest wła­śnie tzw. igna­cjań­ski ra­chu­nek su­mie­nia.

 

Ks. Ka­mil Go­łusz­ka

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Sienkiewicza historii malowanie

Na lek­tu­rze je­go po­wie­ści wy­cho­wa­li się ci, któ­rzy póź­niej wal­czy­li z za­bor­ca­mi i oku­pan­ta­mi. I choć nie­któ­rzy za­rzu­ca­ją Sien­kie­wi­czo­wi kre­owa­nie głu­piej bo­ha­tersz­czy­zny, on po­ka­zał naj­waż­niej­sze – że krwi nie prze­le­wa się mia­sta, zam­ki i go­spo­dy, ale za Pol­skę.

Sa­la wy­kła­do­wa peł­na uty­tu­ło­wa­nych hi­sto­ry­ków i li­te­ra­tu­ro­znaw­ców. Pre­le­gent ogła­sza szcze­gó­ły swo­jej pra­cy na te­mat szwedz­kie­go uzbro­je­nia pod­czas woj­ny z Pol­ską w XVII w. Ogól­ne po­ru­sze­nie wzbu­dza in­for­ma­cja, iż by­li nie­mal zu­peł­nie po­zba­wie­ni dział ob­lęż­ni­czych. Słu­cha­cze nie do­wie­rza­ją – i na­gle roz­le­ga się głos: „A ol­brzy­mia ko­lu­bry­na, któ­rą wy­sa­dził Kmi­cic?”

Na sa­li szmer po­ta­ki­wań, mą­dre gło­wy ki­wa­ją po­twier­dza­ją­co. Do­pie­ro po chwi­li wy­bu­cha grom­ki śmiech…

foto_01-02_24-2017

Kmi­ci­ce” i „Skrze­tu­scy”

Na lek­tu­rze je­go po­wie­ści wy­cho­wa­ły się ty­sią­ce mło­dych Po­la­ków, któ­rym przy­szło wal­czyć z za­bor­ca­mi i oku­pan­ta­mi. Wśród żoł­nie­rzy Le­gio­nów Pił­sud­skie­go, człon­ków Pol­skiej Or­ga­ni­za­cji Woj­sko­wej – a tak­że dwa­dzie­ścia lat póź­niej w cza­sie II woj­ny świa­to­wej w Ar­mii Kra­jo­wej czy Sza­rych Sze­re­gach – ro­iło się od „Bo­hu­nów”, „Kmi­ci­ców”, „Lon­gi­nu­sów”, „Ba­bi­ni­czów”, „Skrze­tu­skich”. Za­wsze wier­ny kul­tu­rze ła­ciń­skiej, Hen­ryk Sien­kie­wicz był za­żar­tym wro­giem roz­po­wszech­nia­ją­cych się za je­go ży­cia idei so­cja­li­stycz­nych. 112 lat te­mu, 10 grud­nia 1905 r., pi­sarz uosa­bia­ją­cy nie­ist­nie­ją­cą wów­czas na ma­pach Eu­ro­py oj­czy­znę uho­no­ro­wa­ny zo­stał li­te­rac­ką Na­gro­dą No­bla.

Umie­rał w 1916 r., za­le­d­wie dwa la­ta przed od­ro­dze­niem Rze­czy­po­spo­li­tej, ze sło­wa­mi: „Nie zo­ba­czę już wol­nej Pol­ski”. A prze­cież swo­imi książ­ka­mi wy­cho­wał po­ko­le­nie, któ­re Pol­skę wy­wal­czy­ło.

Ociec, prać?”

Sien­kie­wicz uro­dził się w 1846 r. na Pod­la­siu. Był sy­nem zu­bo­ża­łej ro­dzi­ny zie­miań­skiej, bie­do­wał na stu­diach. Po­pu­lar­ność zdo­by­wał twór­czo­ścią po­zy­ty­wi­stycz­ną: Szki­ca­mi wę­glem Jan­kiem Mu­zy­kan­tem, choć to nie ona jed­nak prze­są­dzi­ła o je­go wiel­ko­ści.

Idea, by bu­dzić pa­trio­tyzm po­wie­ścią hi­sto­rycz­ną, owład­nę­ła nim jesz­cze pod­czas stu­diów. Pierw­sza po­wsta­ła Nie­wo­la ta­tar­ska, wzo­ro­wa­na na XVII-wiecz­nej kro­ni­ce szla­chec­kiej. W 1883 r. w war­szaw­skim „Sło­wie” i kra­kow­skim „Cza­sie” roz­po­czął druk Ogniem i mie­czem – po­wie­ści, któ­rej ak­cja to­czy się pod­czas po­wsta­nia Chmiel­nic­kie­go w la­tach 1648–1651. „Sta­ło się to wy­da­rze­niem w ży­ciu zgnę­bio­ne­go ter­ro­rem na­ro­du pol­skie­go. Ta­kie­go utwo­ru spo­łe­czeń­stwo ocze­ki­wa­ło” – pi­sał po­eta Jó­zef Boh­dan Za­le­ski. Na­stęp­nie po­wstał Po­top po­świę­co­ny zma­ga­niom ze szwedz­kim na­jaz­dem w la­tach 1655– 1656 i po­wieść z cza­sów walk z Tur­cją Pan Wo­ło­dy­jow­ski, prze­tłu­ma­czo­na na po­nad 20 ję­zy­ków.

Pi­sarz stwo­rzył ga­le­rię po­sta­ci, któ­re za­do­mo­wi­ły się w pol­skiej zbio­ro­wej świa­do­mo­ści. Aż trud­no uwie­rzyć, że Jan Onu­fry Za­gło­ba to bo­ha­ter od po­cząt­ku do koń­ca fik­cyj­ny! Jesz­cze w la­tach 90. XX w. au­to­rzy te­le­wi­zyj­nej re­kla­my prosz­ku do pra­nia od­wo­ły­wa­li się do słów bra­ci Kiem­li­czów: „Ociec, prać?”.

Pod ostrza­łem kry­ty­ki

Po­czyt­ność Try­lo­gii bi­ła re­kor­dy, ale bu­dzi­ła też kry­ty­kę. Do dzi­siaj za­rzu­ca się au­to­ro­wi po­wierz­chow­ność, uprosz­cze­nia oraz kre­owa­nie głu­piej bo­ha­tersz­czy­zny. Pa­ła­ją­cy nie­chę­cią do je­go twór­czo­ści Wi­told Gom­bro­wicz na­zy­wał go „pierw­szo­rzęd­nym pi­sa­rzem dru­go­rzęd­nym” i pod­wa­żał cel przy­świe­ca­ją­cy pi­sa­niu Try­lo­gii – po­krze­pie­nie serc. Za­rzu­cał Sien­kie­wi­czo­wi, że za­gu­bił war­to­ści, a po­zo­sta­wił ich po­zo­ry, że od­dał się na usłu­gi prze­cięt­nej wy­obraź­ni. Na­zy­wał go ge­niu­szem – okrzyk­nię­tym tak przez prze­cięt­ność, któ­ra ku­pu­je pseu­do-pa­trio­tyzm. Suk­ces wy­daw­ni­czy tak­że przed­sta­wiał w krzy­wym zwier­cia­dle: in­te­li­gen­cja mia­ła go czy­tać, nie chwa­ląc się tym jed­nak przed in­ny­mi, do po­dusz­ki, tro­chę za­że­no­wa­na, że da­ła się po­nieść tak ni­skiej roz­ryw­ce.

 

An­na Ze­chen­ter

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak 24/2017

Magda Guziak NowakSer­ni­czek czy ma­ko­wiec? Ciek­nie Wam ślin­ka na myśl o świą­tecz­nych sma­ko­ły­kach? Mnie od ra­zu bur­czy w brzu­chu. I, co mniej ro­man­tycz­no– sen­ty­men­tal­ne, za­pa­la mi się w gło­wie po­ma­rań­czo­wa lamp­ka. Prze­sło­dzo­na lamp­ka. Za­nim od­da­cie się świą­tecz­ne­mu – za prze­pro­sze­niem – ob­żar­stwu, prze­czy­taj­cie tekst Ka­si Urban o cu­krze, któ­ry jest bar­dzo pod­stęp­nym wro­giem, rów­nie szko­dli­wym jak ty­toń i ra­ko­twór­czym. Udo­wod­nio­no to już w 1968 r., jed­nak wy­ni­ki eks­pe­ry­men­tu na­zwa­ne­go „Pro­jekt 259” by­ły tak nie­ko­rzyst­ne dla świa­to­wej bran­ży cu­krow­ni­czej, że ukry­wa­no je przez 50 lat! Nie chcę stra­szyć, nie chcę na­ma­wiać do re­zy­gna­cji z ka­wał­ka ulu­bio­ne­go bab­ci­ne­go wy­pie­ku. Na­ma­wiam za to do umiar­ko­wa­nia, któ­re jest kon­kret­nym wy­mia­rem mi­ło­ści do sa­me­go sie­bie. Mnie uda­ło się zmie­nić świą­tecz­ną tra­dy­cję – nie pie­kę pię­ciu ciast, ale dwa (wy­star­czą!). W tym ro­ku do­rzu­cę do nich pra­lin­ki, któ­re spe­cjal­nie dla Was prze­te­sto­wa­ła Ka­sia (str. 6–7). Mo­że i Wy się sku­si­cie na świą­tecz­ne słod­ko­ści bez cu­kru?

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny

Ucieczka nie jest rozwiązaniem

Po­sta­no­wi­łam prze­stać mó­wić ro­dzi­com co­kol­wiek o Jul­ce, jej przy­ja­cio­łach i tym, że zo­sta­łam za­pro­szo­na do ich gro­na. Mam 16 lat i sa­ma bę­dę de­cy­do­wać o tym, z kim się przy­jaź­nię i kto w mo­im ży­ciu jest na­praw­dę waż­ny.

Tak so­bie mó­wi­łam, ale czu­łam, że jest jesz­cze je­den po­wód, dla któ­re­go le­piej nie opo­wia­dać ro­dzi­com o no­wych zna­jo­mych. Czu­łam, że ich nie za­ak­cep­tu­ją. Więk­szość z nich pa­li pa­pie­ro­sy, cza­sem traw­kę, ubie­ra­ją się za­wsze na czar­no, a ży­cia nie ce­nią, bo jest głu­pie i ba­nal­ne. Po­za tym są na­praw­dę OK. Tak my­śla­łam i na­wet nie za­uwa­ży­łam, jak co­raz bar­dziej po­chła­nia­ło mnie to, co mó­wią, jak po­stę­pu­ją, co dla nich jest waż­ne.

Szyb­ko po­ja­wi­ły się pierw­sze kon­flik­ty w do­mu i szko­le. Za­czę­ło się od ubie­ra­nia się na czar­no, po­tem po­szło o nie­dziel­ną Mszę św., wresz­cie o po­gar­sza­ją­ce się oce­ny. Ta­ta był zde­ner­wo­wa­ny, ma­ma smut­na, a ja przy­gnę­bio­na tym, że mnie nie ro­zu­mie­ją, nie ko­cha­ją i... nie zna­ją ży­cia. Gdy­by zna­li, wie­dzie­li­by, że nie mo­gę za­cho­wy­wać się ina­czej, je­śli nie chcę stra­cić no­wych przy­ja­ciół. Te­go, cze­go do­świad­cza­łam z ni­mi, nikt nie mógł mi dać. Na­wet ro­dzi­ce, choć czu­łam, że mnie ko­cha­ją, że im za­le­ży.

foto_01-03_23-2017

Naj­go­rzej by­ło, gdy wy­szło na jaw, że za­czę­łam cho­dzić na wa­ga­ry. Ba­łam się, że mnie uka­żą, za­bro­nią mi wy­cho­dzić z do­mu, że zro­bią awan­tu­rę. To, co się sta­ło, by­ło gor­sze niż wszel­kie ka­ry, ja­kie mo­głam prze­wi­dzieć. Po raz pierw­szy w ży­ciu wi­dzia­łam, że ma­ma prze­ze mnie pła­cze. Wie­dzia­łam, że to nie jest szan­taż emo­cjo­nal­ny. Ma­ma ni­gdy nie sto­so­wa­ła ta­kich me­tod.

Czu­łam się pod­le. Pra­gnę­łam coś zmie­nić, ale jed­no­cze­śnie nie chcia­łam stra­cić no­wych przy­ja­ciół. Czu­łam się we­wnętrz­nie roz­dar­ta. Gdy na­stęp­ne­go dnia za­pro­po­no­wa­li mi ko­lej­ne wa­ga­ry i wy­pad na sza­lo­ną im­pre­zę za mia­sto, pró­bo­wa­łam im tłu­ma­czyć, że nie mo­gę pójść, że wczo­raj ma­ma prze­ze mnie pła­ka­ła, że czu­ję się pod­le i że coś jest nie tak w tym, co ro­bi­my. By­ła pew­na, że mnie zro­zu­mie­ją. Za­wsze pod­kre­śla­li, że ro­zu­mie­ją, że je­stem su­per! Tym ra­zem wy­śmia­li mnie iro­nicz­nie i bo­le­śnie. Wy­śmia­li mo­ich ro­dzi­ców, ich tro­skę, szko­łę, to, że wciąż mi za­le­ży na oce­nach. Po­czu­łam, jak­by ktoś ze­rwał mi za­sło­nę z oczu, bo na­gle zo­ba­czy­łam ich w ca­łej ja­skra­wo­ści – tych, któ­rym tak za­ufa­łam, któ­ry­mi by­łam za­chwy­co­na, a któ­rym da­łam się zwieść. Oni nie mie­li nic wspól­ne­go ze świa­tem, któ­re­go uczy­li mnie ro­dzi­ce... Ode­szłam bez sło­wa, czu­jąc za ple­ca­mi ich po­gar­dli­we spoj­rze­nia i sły­sząc sło­wa peł­ne drwi­ny i po­gar­dy.

Zbie­ra­łam się w so­bie przez wie­le dni. Naj­trud­niej­szy był okres za­raz po roz­sta­niu z ni­mi. Czu­łam wiel­ką pust­kę i tę­sk­no­tę. Nie wie­dzia­łam, co ro­bić z cza­sem, któ­re­go na­gle mia­łam tak wie­le.

Po­wo­li wszyst­ko się we mnie uspo­ka­ja­ło, jak­bym wra­ca­ła z dłu­giej i nie­bez­piecz­nej po­dró­ży... Do do­mu.

 

Ada

oprac. jtć

 

Wa­ga­ry są „in­sty­tu­cją” sta­rą jak szko­ła. Przy­no­szą chwi­lo­wą ulgę, da­ją po­czu­cie swo­bo­dy i od­prę­że­nia. Za­miast na­uki mi­lej jest wy­brać ki­no, spa­cer, wi­zy­tę w cen­trum han­dlo­wym. Ta­kie spo­ra­dycz­ne, jed­no­dnio­we wa­ga­ry mo­gą po­zo­stać bez wpły­wu na na­ukę, zwłasz­cza zdol­ne­go ucznia. Z cza­sem jed­nak mo­gą prze­ro­dzić się w przy­zwy­cza­je­nie, nad któ­rym trud­no jest za­pa­no­wać. Uciecz­ka ze szko­ły nie jest roz­wią­za­niem pro­ble­mu, któ­ry po­wra­ca ze zdwo­jo­ną si­łą. Za­le­gło­ści po­głę­bia­ją się i wzra­sta oba­wa przed po­ka­za­niem się w szko­le. Ta­ka sy­tu­acja mo­że do­pro­wa­dzić do po­wsta­nia me­cha­ni­zmu błęd­ne­go ko­ła: im wię­cej wa­ga­ru­jesz, tym bar­dziej bo­isz się szko­ły, a im bar­dziej bo­isz się szko­ły, tym ła­twiej pod­jąć de­cy­zję o ko­lej­nej uciecz­ce z lek­cji.

Wan­da Li­be­radz­ka, pe­da­gog szkol­ny

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Rowerem przez Amazonkę

O za­dzi­wia­ją­cej po­dró­ży po naj­więk­szej rze­ce świa­ta z Da­wi­dem An­dre­sem roz­ma­wia Iwo­na Biń­czyc­ka-Ko­łacz.

Wraz ze swym bra­tem – Hu­ber­tem Ki­siń­skim po­ko­nał Pan rze­kę Ama­zon­kę ro­we­rem! Dla­cze­go wła­śnie to miej­sce wy­da­ło się Wam god­nym eks­plo­ra­cji?

– Bo Ama­zon­ka to naj­więk­sza rze­ka świa­ta! Od dziec­ka ma­rzy­łem o „wiel­kiej przy­go­dzie”, nie­zwy­kłej wy­pra­wie, o ja­kiej czy­ta się w książ­kach. Naj­pierw my­śla­łem o In­diach i Pa­ki­sta­nie, pla­no­wa­li­śmy z ko­le­ga­mi prze­jazd bu­sem przez te kra­je. Jed­nak kie­dy prze­czy­ta­łem Z nur­tem Ama­zon­ki Joe Kane’a o Pio­trze Chmie­liń­skim, pierw­szym w świe­cie czło­wie­ku, któ­ry prze­pły­nął pon­to­nem i ka­ja­kiem Ama­zon­kę, stwier­dzi­łem, że nie Azja, ale Ame­ry­ka Po­łu­dnio­wa jest mi pi­sa­na. I nie bus, ale... ro­wer.

foto_01-02_23-2017

To by­ła spon­ta­nicz­na eska­pa­da czy wręcz prze­ciw­nie – prze­my­śla­na, pla­no­wa­na la­ta­mi?

– Przy­go­to­wy­wa­łem się przez dwa la­ta. Du­żo czy­ta­łem o po­dob­nych eks­pe­dy­cjach, szu­ka­łem in­for­ma­cji o wszel­kich aspek­tach po­dró­ży po Ama­zo­nii, ku­po­wa­łem nie­zbęd­ne urzą­dze­nia ty­pu te­le­fon sa­te­li­tar­ny, GPS itp. I wal­czy­łem ze swo­imi wąt­pli­wo­ścia­mi. Nie­ustan­nie za­da­wa­łem so­bie py­ta­nie, dla­cze­go tak nie­wie­lu oso­bom w świe­cie uda­ło się prze­pły­nąć o wła­snych si­łach Ama­zon­kę, a przede wszyst­kim – czy uda się to mnie? Roz­ma­wia­łem z po­dróż­ni­ka­mi, któ­rzy mie­li wła­sne do­świad­cze­nia z tą rze­ką. Po­za tym du­żo tre­no­wa­łem, jeż­dżąc na ro­we­rze i bie­ga­jąc. W prze­ci­wień­stwie do mo­je­go bra­ta, któ­ry nie­mal z mar­szu ru­szył na wy­pra­wę, bez żad­ne­go przy­go­to­wa­nia. Ale on jest młod­szy i ma lep­szą kon­dy­cję (śmiech).

Do źró­deł Ama­zon­ki uda­ło się Pa­nom do­trzeć ro­we­ra­mi. Po­tem trze­ba by­ło je zmo­dy­fi­ko­wać, by mo­gły prze­miesz­czać się po rze­ce. Jak wy­glą­dał ama­zoń­ski ro­wer?

– Z ro­we­ra­mi za­li­czy­li­śmy każ­dy ki­lo­metr na­szej po­dró­ży, na­wet je­śli tar­ga­nie ich na ple­cach na wy­so­kość po­nad 5000 m npm., do je­zior­ka Ticl­la Co­cha – sta­łe­go źró­dła Ama­zon­ki, wy­da­wa­ło się sza­leń­stwem i nie la­da wy­sił­kiem. Pierw­szy, gór­ski etap wy­pra­wy od­by­li­śmy ro­we­ra­mi tre­kin­go­wy­mi. Ru­szy­li­śmy znad Pa­cy­fi­ku, z miej­sco­wo­ści Ca­ma­na. Po­ko­na­li­śmy ok. 2000 ki­lo­me­trów, ja­dąc i pcha­jąc na­sze po­jaz­dy po dro­gach przez An­dy. Przez dwa mie­sią­ce dłu­gi­mi go­dzi­na­mi wspi­na­li­śmy się do gó­ry, by w cią­gu kil­ku chwil, przy­naj­mniej tak nam się zda­wa­ło, zje­chać na dół. A po­tem zno­wu do gó­ry i zno­wu w dół. Za­li­czy­li­śmy kil­ka­na­ście czte­ro­ty­sięcz­ni­ków i dwa pię­cio­ty­sięcz­ni­ki. Trzy­ma­li­śmy się dróg wio­dą­cych wzdłuż Ama­zon­ki, jak naj­bli­żej rze­ki. Na wo­dę we­szli­śmy w miej­sco­wo­ści Ata­laya. Tam od­pię­li­śmy ko­ła od ro­we­rów i do ram przy­mo­co­wa­li­śmy pon­to­no­we pło­zy. Ro­wer ama­zoń­ski wy­glą­dem przy­po­mi­na ka­ta­ma­ran. Po­ru­sza się za po­mo­cą na­pę­du zro­bio­ne­go ze szli­fier­ki ką­to­wej i po­łą­czo­ne­go łań­cu­chem z kor­bą. Na po­cząt­ku wo­da sa­ma nio­sła nas w dół rze­ki, ale im Ama­zon­ka sta­wa­ła się więk­sza, tym in­ten­syw­niej mu­sie­li­śmy pe­da­ło­wać, że­by pły­nąć z jej nur­tem.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Za cenę wygnania i tortur. Za cenę życia

Prze­śla­do­wa­ni chrze­ści­ja­nie uczą nas, że Je­zus nie jest mi­tem, ale ży­wą Oso­bą. Z mi­ło­ści do Nie­go moż­na od­dać wszyst­ko. Z ks. Ra­fa­łem Cyf­ką, dy­rek­to­rem Biu­ra Re­gio­nal­ne­go Pa­pie­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Po­moc Ko­ścio­ło­wi w Po­trze­bie, roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz.

Jak wy­glą­da sy­tu­acja chrze­ści­jan w Eu­ro­pie?

– Chrze­ści­ja­nom w Eu­ro­pie ży­je się róż­nie. Sy­tu­acja chrze­ści­jan w Pol­sce jest zu­peł­nie in­na niż np. we Fran­cji, Ho­lan­dii czy Bel­gii. My dzię­ki te­mu, że trzy­ma­my się tra­dy­cji, ma­my dość do­brą sy­tu­ację. Po­la­cy cie­szą się po­sza­no­wa­niem praw wol­no­ści re­li­gij­nej, cho­ciaż tak­że i u nas do­cho­dzi do sy­tu­acji, gdzie wy­ro­kiem są­do­wym ze­zwa­la się na ob­ra­zę uczuć re­li­gij­nych chrze­ści­jan. Mam tu na my­śli słyn­ną spra­wę Ada­ma Dar­skie­go – Ner­ga­la z 2010 r. Mu­zyk pu­blicz­nie po­darł Bi­blię i ob­ra­żał Bo­ga, ale sąd od­da­lił po­zew prze­ciw­ko nie­mu. Przy­po­mi­na mi się tak­że sztu­ka pt. „Klą­twa”, w któ­rej do­cho­dzi do pro­fa­na­cji krzy­ża i fi­gu­ry św. Ja­na Paw­ła II. Nie­daw­no je­den z wo­lon­ta­riu­szy mó­wiąc w Hisz­pa­nii o prze­śla­do­wa­niach chrze­ści­jan, usły­szał, że wi­docz­nie chrze­ści­ja­nie so­bie na to za­słu­ży­li. Jak to się ma do szczyt­nych ha­seł o wol­no­ści, rów­no­ści i bra­ter­stwie?

foto_01-01_23-2017

W ja­kich kra­jach jest dziś naj­trud­niej?

– Naj­trud­niej­sza sy­tu­acja pa­nu­je na Bli­skim Wscho­dzie. W 2003 r. w Ira­ku ży­ło pra­wie pół­to­ra mi­lio­na chrze­ści­jan a dzi­siaj nie­wie­le po­nad 150 tys. In­wa­zja za­chod­niej cy­wi­li­za­cji, kon­flik­ty we­wnętrz­ne, kon­flikt z Pań­stwem Is­lam­skim wy­czy­ści­ły ten kraj z chrze­ści­jań­stwa. Chrze­ści­ja­nie są mniej­szo­ścią, o któ­rą nikt tam nie wal­czy. Trud­na sy­tu­acja jest rów­nież w Ira­nie i Pa­ki­sta­nie. Tam za kil­ka lat mo­że nie być chrze­ści­jan w ogó­le. A ży­ją tam od I w.

250 mln – ty­lu chrze­ści­jan jest prze­śla­do­wa­nych (np. wię­zio­nych, tor­tu­ro­wa­nych, po­zba­wia­nych do­byt­ku)

350 mln – ty­lu chrze­ści­jan jest dys­kry­mi­no­wa­nych (np. po­zba­wia­nych pra­cy, wy­rzu­ca­nych ze stu­diów)

co czwar­ty chrze­ści­ja­nin cier­pi z po­wo­du wia­ry

Co to zna­czy, że chrze­ści­ja­nie są prze­śla­do­wa­ni? W ja­ki spo­sób się to prze­ja­wia?

– Spo­sób prze­śla­do­wa­nia jest za­leż­ny od re­gio­nu świa­ta. W kra­jach Bli­skie­go Wcho­du, Ni­ge­rii czy Pa­ki­sta­nie są to krwa­we prze­śla­do­wa­nia. Za trwa­nie przy Chry­stu­sie Je­go wy­znaw­cy pła­cą naj­wyż­szą ce­nę – ży­cie. Są wię­zie­ni, tor­tu­ro­wa­ni. Prze­śla­dow­cy wy­pę­dza­ją ich z do­mów, po­zba­wia­ją do­byt­ku. Licz­ba tych, któ­rzy ży­ją w ta­kiej sy­tu­acji, wy­no­si po­nad 250 mi­lio­nów! 350 mi­lio­nów to wier­ni dys­kry­mi­no­wa­ni, któ­rzy ze wzglę­du na wia­rę po­zba­wia­ni są pra­cy czy stu­diów. Łącz­nie ma­my 600 mi­lio­nów chrze­ści­jan, któ­rym od­ma­wia się pra­wa do wol­no­ści re­li­gij­nej. Wszyst­kich chrze­ści­jan na świe­cie jest tro­chę po­nad dwa mi­liar­dy, tak więc po­nad jed­na czwar­ta z nich cier­pi z po­wo­du wia­ry. Chrze­ści­jań­stwo jest dzi­siaj naj­bar­dziej prze­śla­do­wa­ną re­li­gią, a chrze­ści­ja­nie naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­ną spo­łecz­no­ścią.

 

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak 23/2017

Magda Guziak NowakZa chwi­lę Ad­went. A my za­miast pi­sać o pod­łaź­nicz­kach i in­nych sta­ro­pol­skich tra­dy­cjach z cho­in­ką w tle, da­je­my Wam trud­ne i smut­ne tek­sty o prze­śla­do­wa­niach chrze­ści­jan. Dłu­go dys­ku­to­wa­li­śmy w re­dak­cji, czy mo­że­my opi­sać dla Was te hi­sto­rie. Czy nie oka­żą się za moc­ne, czy je udźwi­gnie­cie, czy da­cie ra­dę prze­czy­tać. My­śli­my jed­nak, że mu­si­my o tym mó­wić – czę­sto i gło­śno. Świa­do­mość i wie­dza to nasz pierw­szy obo­wią­zek. Dru­gi – to kon­kret­na po­moc.

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny

Zawsze i wszędzie cieszyć się fotografią

Z Łu­ka­szem Gur­bie­lem, en­tu­zja­stą fo­to­gra­fii mo­bil­nej roz­ma­wia Ka­ta­rzy­na Urban

Je­steś do­ce­nia­nym fo­to­gra­fem, wie­lo­krot­nym lau­re­atem kon­kur­sów Mo­bi­le Pho­to­gra­phy Awards oraz MIRA Mo­bi­le Pri­ze a tak­że au­to­rem blo­ga fotokomorkomania.pl. Kie­dy roz­po­czę­ła się Two­ja pa­sja?

– Fo­to­gra­fo­wać uwiel­bia­łem od za­wsze. Mo­je „od za­wsze” ozna­cza ko­niec lat 80. ubie­głe­go wie­ku. Cho­dzi­łem wte­dy do pod­sta­wów­ki i uczy­łem się ro­bie­nia zdjęć w tech­ni­ce tra­dy­cyj­nej. Po la­tach fa­scy­na­cji fo­to­gra­fią za­uwa­ży­łem, że jak się nie jest fo­to­gra­fem za­wo­do­wym, to na co dzień nie ma się zbyt wie­lu oka­zji do ro­bie­nia zdjęć. Do­ro­słe ży­cie to rytm pra­ca-dom, pra­ca-dom, a w te tra­sy nie bie­rzesz lu­strzan­ki. Z go­ry­czą pa­trzy­łem, jak wie­le faj­nych fo­to­gra­ficz­nych sy­tu­acji mnie omi­ja­ło. I choć by­łem wów­czas prze­ciw­ni­kiem ro­bie­nia zdjęć te­le­fo­nem, do­ce­nia­jąc pięk­no chwi­li i nie po­sia­da­jąc przy so­bie lu­strzan­ki, zro­bi­łem kil­ka ko­mór­ką.

fot. Łukasz Gurbiel

Dla­cze­go prze­ciw­ni­kiem?

– Wy­da­wa­ło mi się to po pro­stu głu­pie. Wy­cho­dzi­łem z za­ło­że­nia, że te­le­fon nie słu­ży do ro­bie­nia zdjęć.

Co Cię prze­ko­na­ło, że jest ina­czej?

– Efek­ty. Zwłasz­cza po ob­ro­bie­niu zdjęć. Na­stęp­ny te­le­fon, ja­ki ku­pi­łem, miał już lep­szy apa­rat. Dzia­ła­łem. Za­czą­łem pro­wa­dzić blo­ga i stwo­rzy­łem ze zna­jo­my­mi Gru­pę En­tu­zja­stów Fo­to­gra­fii Mo­bil­nej „Mo­bil­ni” (grupamobilni.pl).

Co w tym lu­bisz?

– Lu­bię fakt, że apa­rat w te­le­fo­nie mam za­wsze przy so­bie. To jed­na z nie­wie­lu rze­czy, po któ­rą w ra­zie za­po­mnie­nia wra­cam do do­mu. Mo­gę za­wsze i wszę­dzie cie­szyć się fo­to­gra­fią. W każ­dym mo­men­cie. Fo­to­gra­fia mo­bil­na to tre­no­wa­nie oka fo­to­gra­ficz­ne­go. My­ślisz o uję­ciach za­wsze, bo za­wsze masz przy so­bie te­le­fon. Idę przez mia­sto i ca­ły czas szu­kam ka­drów, bo wiem, że za­wsze mo­gę wy­cią­gnąć apa­rat. To po­zwa­la my­śleć ca­ły czas o fo­to­gra­fo­wa­niu. Wpa­dam w tryb fo­to.

Na­wet w ko­lej­ce do le­ka­rza?

– Też! Gdy za­czy­na­łem przy­go­dę z fo­to­gra­fią, kadr był dla mnie waż­niej­szy niż ob­rób­ka. Dziś bar­dzo lu­bię ob­ra­biać fo­to­gra­fie na te­le­fo­nie. W kil­ka mi­nut mo­gę osią­gnąć za­do­wa­la­ją­ce efek­ty: bez kom­pa, ka­bli, biur­ka. Wła­śnie w ko­lej­ce do le­ka­rza.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

 

Ja­ki te­le­fon ku­pić, by fo­to­gra­fo­wać?

Wła­ści­wie każ­dym do­stęp­nym smart­fo­nem moż­na zro­bić faj­ne zdję­cie. Trwa wy­ścig pro­du­cen­tów, któ­rzy in­sta­lu­ją w te­le­fo­nach naj­lep­sze mo­du­ły fo­to­gra­ficz­ne. By­wa, że te­le­fon kosz­tu­je ty­le, ile bar­dzo do­bry apa­rat fo­to­gra­ficz­ny.

Oto kil­ka prak­tycz­nych spo­strze­żeń: Im ja­śniej­szy obiek­tyw, tym le­piej.

  • Im wię­cej świa­tła wpusz­cza obiek­tyw, tym mniej jest „szu­mów”.
  • Roz­dziel­czość ma­try­cy – wy­star­czy 12–16 mln pik­se­li.
  • War­to za­sta­no­wić się nad sta­bi­li­za­cją optycz­ną, do­stęp­ną w apa­ra­tach ze śred­niej i wyż­szej pół­ki ce­no­wej. To me­cha­nizm, któ­ry sta­bi­li­zu­je ob­raz, gdy np. drży nam rę­ka. Obiek­tyw jest wy­po­sa­żo­ny w ma­leń­kie si­łow­ni­ki, któ­re prze­su­wa­ją je­go czę­ści w kie­run­ku prze­ciw­nym do drgań.
  • Do nie­daw­na w te­le­fo­nach był do­stęp­ny tyl­ko tryb au­to­ma­tycz­ny. Od ja­kie­goś cza­su te­le­fo­ny udo­stęp­nia­ją ręcz­ne na­sta­wy, moż­na np. usta­wić czu­łość czy czas na­świe­tla­nia. Da­je to du­że moż­li­wo­ści: przede wszyst­kim po­zwa­la, aby fo­to­gra­fu­ją­cy w więk­szym stop­niu de­cy­do­wał, jak bę­dzie wy­glą­dać zdję­cie.
  • Wiel­kość? Lu­bię te­le­fo­ny śred­nich roz­mia­rów, z roz­dziel­czo­ścią ekra­nu mi­ni­mum Full HD. W fo­to­gra­fii mo­bil­nej te­le­fon jest ca­łym stu­diem fo­to­gra­ficz­nym, w któ­rym ob­ra­bia­my zdję­cie. Im więk­szy ekran, tym wy­god­niej­szy. Za­ło­że­niem fo­to­gra­fii mo­bil­nej jest: „Nie wi­dzę kom­pu­te­ra”. Wszyst­ko dzie­je się w smart­fo­nie. War­to jed­nak pa­mię­tać, że mniej­sze smart­fo­ny da­ją in­ne moż­li­wo­ści – są bar­dziej dys­kret­ne.
  • Pa­mięć nie jest pro­ble­mem, za­wsze (no, pra­wie za­wsze) moż­na do­ku­pić kar­tę pa­mię­ci.
  • Ba­te­rie – do­brze jest wy­po­sa­żyć się w po­wer bank, że­by móc na bie­żą­co do­ła­do­wy­wać te­le­fon.

 

fot. Łukasz Gurbiel

To przy­kład „ka­łu­żo­gra­fii”, czy­li zdję­cie przed­sta­wia­ją­ce od­bi­cie od ta­fli wo­dy. Cza­sa­mi wy­star­cza przy­sło­wio­wa szklan­ka wo­dy. Te­le­fon moż­na przy­ło­żyć bar­dzo bli­sko po­wierzch­ni, co jest czę­sto nie­moż­li­we lub bar­dzo utrud­nio­ne przy tra­dy­cyj­nym apa­ra­cie.

fot. Łukasz Gurbiel

Apa­ra­ty w te­le­fo­nach cha­rak­te­ry­zu­je du­ża głę­bia ostro­ści. Ozna­cza to, że pra­wie wszyst­kie pla­ny są ostre. To jed­no­cze­śnie wa­da i za­le­ta. Na tym zdję­ciu – za­le­ta. Wszyst­kie pla­ny są pięk­nie ostre: od pierw­szej mo­der­ni­stycz­nej ba­rier­ki aż po sa­mo dno. Nie by­ło­by ła­two zro­bić to zdję­cie zwy­kłym apa­ra­tem. Wte­dy wy­ma­ga­ło­by to dłu­gie­go cza­su na­świe­tla­nia, był­by po­trzeb­ny sta­tyw. A tu opar­łem po pro­stu te­le­fon o ba­rier­kę. To przy­kład wy­go­dy, zwią­za­nej z fo­to­gra­fi­ką mo­bil­ną. Na­wet gdy­bym miał przy so­bie zwy­kły apa­rat, bez sta­ty­wu nie zro­bił­bym te­go zdję­cia.

fot. Łukasz Gurbiel

Du­ża głę­bia ostro­ści w apa­ra­tach w te­le­fo­nach cza­sem po­ma­ga, ale mo­że też prze­szka­dzać. Pra­ca głę­bią ostro­ści jest dla fo­to­gra­fa jed­nym z pod­sta­wo­wych spo­so­bów utrzy­ma­nia po­rząd­ku w ka­drze. Tym­cza­sem w fo­to­gra­fii mo­bil­nej naj­czę­ściej wszyst­ko jest jed­na­ko­wo ostre. Nie jest tu moż­li­we usta­wie­nie ostro­ści na twarz, tak aby resz­ta by­ła roz­my­tym tłem. Więc w mo­bil­nej fo­to­gra­fii trze­ba mieć na uwa­dze, że w ka­drze wszyst­ko bę­dzie ostre i jed­na­ko­wo wy­raź­ne. Że­by nie by­ło oczo­plą­su czy efek­tu za­śmie­ce­nia ka­dru, do­brze iść w kie­run­ku mi­ni­ma­li­zmu. Na tym zdję­ciu mgła spo­wo­do­wa­ła, że wi­docz­ne są tyl­ko trzy ele­men­ty: most, od­bi­cie, czło­wiek. Ta fo­to­gra­fia uczy, że trze­ba szu­kać od­po­wied­nich wa­run­ków po­go­do­wych. Mgła na­da­je zdję­ciu spo­kój, per­spek­ty­wę. Spra­wia, że resz­ta ele­men­tów zdję­cia jest roz­my­ta. Do­ce­niam ro­lę wa­run­ków po­go­do­wych. W po­łu­dnie zdję­cia wy­cho­dzą pła­skie. Trze­ba wyjść na zdję­cia o świ­cie, kie­dy cie­nie są dłu­gie, a świa­tło mięk­kie i o pięk­niej bar­wie.

fot. Łukasz Gurbiel

Ta fo­to­gra­fia jest przy­kła­dem, że współ­cze­sne te­le­fo­ny da­ją ra­dę na­wet w trud­nych wa­run­kach. Był za­chód słoń­ca, wie­czór, fo­to­gra­fo­wa­łem pod świa­tło. Pa­rę lat te­mu to zdję­cie nie mia­ło­by pra­wa po­wstać. Apa­ra­ty w te­le­fo­nach bar­dzo szyb­ko się zmie­nia­ją.

 

Wię­cej na te­mat fo­to­gra­fii mo­bil­nej na fotokomorkomania.pl

Życie do końca warte przeżycia

Śmierć bu­dzi lęk, bo ko­ja­rzy się z nie­pew­no­ścią i po­prze­dza­ją­cym ją cier­pie­niem. Stąd py­ta­nia: Czym jest upo­rczy­wa te­ra­pia? A mo­że eu­ta­na­zja to prze­jaw mi­ło­sier­dzia? Kres ży­cia wzbu­dza wie­le wąt­pli­wo­ści mo­ral­nych.

Mia­rą ja­ko­ści da­nej cy­wi­li­za­cji jest spo­sób, w ja­ki trak­tu­je ona swo­ich naj­słab­szych człon­ków” – pi­sał prof. Jérôme Le­jeu­ne, któ­ry od­krył przy­czy­nę wy­stę­po­wa­nia ze­spo­łu Do­wna. Czło­wiek jest naj­słab­szy na po­cząt­ku i u kre­su swo­je­go ży­cia, dla­te­go wła­śnie wte­dy za­słu­gu­je na naj­sta­ran­niej­szą ochro­nę.

Opie­ka pa­lia­tyw­na

Mó­wiąc o tro­sce o oso­by cho­re, star­sze, znie­do­łęż­nia­łe, uży­wa­my ter­mi­nu „opie­ka pa­lia­tyw­na”. Jej ce­lem jest po­pra­wa ja­ko­ści ży­cia umie­ra­ją­ce­go pa­cjen­ta, ła­go­dze­nie ob­ja­wów cho­ro­by, za­dba­nie o moż­li­wy kom­fort psy­chicz­ny. Le­karz, w po­ro­zu­mie­niu z pa­cjen­tem i je­go bli­ski­mi, de­cy­du­je o mo­men­cie, w któ­rym do­zna­wa­ne z po­wo­du le­cze­nia cier­pie­nia sta­ją się nie­współ­mier­ne do szans na wy­zdro­wie­nie. Mo­że wte­dy za­su­ge­ro­wać opie­kę pa­lia­tyw­ną, któ­rą za­pew­nia­ją m.in. ho­spi­cja. Jej waż­nym ele­men­tem jest uśmie­rza­nie bó­lu. W skraj­nych przy­pad­kach sto­su­je się sil­ne środ­ki prze­ciw­bó­lo­we, któ­rych po­śred­nim skut­kiem mo­że być przy­spie­sze­nie śmier­ci cho­re­go. Ta­kie po­stę­po­wa­nie jest mo­ral­nie go­dzi­we i nie ma nic wspól­ne­go z eu­ta­na­zją – je­go ce­lem jest zmniej­sze­nie cier­pie­nia a nie śmierć pa­cjen­ta.

foto_01-01_22-2017

Eu­ta­na­zja

Z ko­lei eu­ta­na­zja to świa­do­me dzia­ła­nie lub świa­do­me za­nie­cha­nie dzia­ła­nia z in­ten­cją spo­wo­do­wa­nia śmier­ci pa­cjen­ta. W Pol­sce eu­ta­na­zja jest za­bro­nio­na pod groź­bą ka­ry po­zba­wie­nia wol­no­ści. Tak­że Ko­deks Ety­ki Le­kar­skiej mó­wi, że „le­ka­rzo­wi nie wol­no sto­so­wać eu­ta­na­zji, ani po­ma­gać cho­re­mu w po­peł­nie­niu sa­mo­bój­stwa”. Nie jest to zresz­tą no­we sta­no­wi­sko, bo już w tek­ście sta­ro­żyt­nej przy­się­gi Hi­po­kra­te­sa czy­ta­my: „Ni­ko­mu, na­wet na żą­da­nie, nie po­dam śmier­cio­no­śnej tru­ci­zny, ani ni­ko­mu nie bę­dę jej do­ra­dzał”.

Jed­nym z ro­dza­jów eu­ta­na­zji jest tzw. wspo­ma­ga­ne sa­mo­bój­stwo po­le­ga­ją­ce na do­star­cze­niu pa­cjen­to­wi środ­ków far­ma­ko­lo­gicz­nych, któ­re umoż­li­wią mu ode­bra­nie so­bie ży­cia. W wie­lu kra­jach ta­kie roz­wią­za­nie sta­je się co­raz po­wszech­niej­sze, a je­go po­zor­na ła­twość spra­wia, że star­sze oso­by czu­ją się win­ne by­cia „cię­ża­rem dla spo­łe­czeń­stwa”.

Nie ma też róż­ni­cy mo­ral­nej mię­dzy eu­ta­na­zja czyn­ną (po­da­niem śmier­cio­no­śnej sub­stan­cji), a bier­ną (za­prze­sta­niem pod­sta­wo­wych czyn­no­ści pod­trzy­mu­ją­cych ży­cie cho­re­go ta­kich jak kar­mie­nie). W obu przy­pad­kach cel jest ten sam, a na­wet moż­na za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że eu­ta­na­zja bier­na jest jesz­cze bar­dziej okrut­na.

Ulga w cier­pie­niu?

Czymś nie­zwy­kle rzad­kim wśród cho­rych oto­czo­nych wła­ści­wą opie­ką i do­świad­cza­ją­cych mi­ło­ści jest wy­ra­ża­nie przez nich proś­by o śmierć” – to sło­wa prof. Lu­cie­na Izra­ëla, człon­ka Ame­ry­kań­skie­go To­wa­rzy­stwa On­ko­lo­gii Kli­nicz­nej i Aka­de­mii Na­uk w No­wym Jor­ku.

W 2007 r. gło­śna w Pol­sce by­ła spra­wa Ja­nu­sza Świ­ta­ja, któ­ry w wie­ku 18 lat uległ wy­pad­ko­wi mo­to­cy­klo­we­mu, w wy­ni­ku któ­re­go zo­stał spa­ra­li­żo­wa­ny i po­zba­wio­ny na­wet moż­li­wo­ści sa­mo­dziel­ne­go od­dy­cha­nia. Czu­jąc się ob­cią­że­niem dla swo­ich ro­dzi­ców, nie chciał już żyć i zło­żył do są­du wnio­sek o zgo­dę na eu­ta­na­zję. Jed­nak za­miast po­mo­cy w wy­ko­na­niu na so­bie „wy­ro­ku” śmier­ci otrzy­mał wspar­cie fun­da­cji „Mi­mo wszyst­ko”. Za­pew­nio­no mu spe­cja­li­stycz­ny wó­zek z re­spi­ra­to­rem i po­moc asy­sten­ta oraz wsz­cze­pio­no pom­pę ła­go­dzą­cą ból. Przede wszyst­kim po­da­ro­wa­no mu pew­ność, że nie jest w swo­im cier­pie­niu sam. Pan Ja­nusz od­zy­skał wo­lę dzia­ła­nia. Obec­nie stu­diu­je, pra­cu­je w fun­da­cji i po­ma­ga in­nym nie­peł­no­spraw­nym, po­nie­waż za­miast śmier­ci za­pro­po­no­wa­no mu ży­cie.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Freestyle o Bogu

Z Do­bro­mi­rem Ma­kiem” Ma­kow­skim roz­ma­wia Aga­ta Goł­da.

Na­pi­sał Pan książ­kę pt. „Wy­rwa­łem się z pie­kła”. Co by­ło ty­tu­ło­wym pie­kłem?

– Mo­ja prze­szłość. Skła­da­ło się na nią kil­ka czyn­ni­ków: dys­funk­cyj­na ro­dzi­na – ma­ma nas zo­sta­wi­ła, a ta­ta, któ­ry nad­uży­wał al­ko­ho­lu, był nad­po­bu­dli­wy i miał ogrom­ne pro­ble­my emo­cjo­nal­ne. Gdy po­pił, za­po­mi­nał, kim jest. Za­sy­piał na uli­cy. Bar­dzo czę­sto sto­so­wał prze­moc, po­ni­żał nas i za­my­kał w ła­zien­ce. W środ­ku no­cy wy­sy­łał nas po al­ko­hol. Do­pó­ki nie po­szli­śmy do szko­ły, my­śle­li­śmy, że wszyst­ko jest ok. Tam pierw­szy raz to­wa­rzy­stwo mnie wy­śmia­ło. Na­uczy­cie­le, są­dząc, że te­go nie sły­szy­my, mó­wi­li, że je­ste­śmy z pa­to­lo­gicz­nej ro­dzi­ny. To wszyst­ko kształ­to­wa­ło mo­ją oso­bo­wość. Spra­wia­ło, że co­raz bar­dziej się izo­lo­wa­łem.

Pew­ne­go ra­zu ta­ta pod wpły­wem al­ko­ho­lu po­wie­dział, że nas za­bi­je. Wie­dzia­łem, że w ta­kim sta­nie mo­że to zro­bić. Ucie­kłem do no­wo wy­bu­do­wa­ne­go do­mu. Stam­tąd tra­fi­łem do po­go­to­wia opie­kuń­cze­go, gdzie zo­ba­czy­łem po­tur­bo­wa­nych emo­cjo­nal­nie chło­pa­ków, któ­rzy sa­mi się­ga­li po prze­moc i wy­cho­waw­ców, któ­rzy dzia­ła­li ad­mi­ni­stra­cyj­nie a nie po ludz­ku. Oce­nia­li nas, oskar­ża­li lub przy­my­ka­li oko na na­sze dra­ma­ty, przez co jesz­cze bar­dziej się ba­li­śmy. Wte­dy się­gną­łem po roz­pusz­czal­nik. Przedaw­ko­wa­łem. Tra­fi­łem do szpi­ta­la i ośrod­ka dla uza­leż­nio­nych. Się­gną­łem po nar­ko­ty­ki. W wie­ku 19 lat by­łem bez­dom­ny.

foto_01-03_22-2017

Jak uda­ło się Pa­nu po­ko­nać uza­leż­nie­nie od nar­ko­ty­ków?

– Dzię­ki mo­dli­twie i Pa­nu Bo­gu, któ­ry użył kon­kret­nych na­rzę­dzi. Za­czą­łem się szcze­rze mo­dlić, gdy zo­ba­czy­łem, jak umie­ra­ją moi ko­le­dzy. Za­sta­na­wia­łem się, kim bę­dę i co bę­dzie z mo­im ży­ciem. Szu­ka­łem Pa­na Bo­ga, a on za­czął dzia­łać przez lu­dzi i na­ukę. Bar­dzo moc­no wal­czy­łem o swo­je ży­cie. Tra­fi­łem do szko­ły, w któ­rej spo­tka­łem ge­nial­nych na­uczy­cie­li. Pan Bóg cen­ty­metr po cen­ty­me­trze na­pra­wiał mo­ją oso­bo­wość i uczył mnie pra­cy. Spo­ty­kam te­raz lu­dzi, któ­rzy chcie­li­by na­tych­miast zmie­nić swo­je ży­cie. Tak się nie da. Oni wi­dzą owoc mo­jej pięt­na­sto­let­niej pra­cy i uwa­ża­ją, że mi się uda­ło. Bzdu­ra. Nie uda­ło mi się. Każ­de­mu mo­że się udać, ale Pan Bóg py­ta: Czy je­steś go­to­wy coś zro­bić ze swo­im ży­ciem? Trze­ba pod­jąć kon­kret­ne dzia­ła­nie i wy­si­łek, by coś w swo­im ży­ciu zmie­nić.

Ja­ko dziec­ko zu­peł­nie od­ciął się Pan od Bo­ga. Nie chciał Go znać. Co spo­wo­do­wa­ło, że za­czął Pan do Nie­go wra­cać?

– Po­zna­łem księ­dza, któ­ry opo­wie­dział mi o Je­zu­sie i o tym, że On mnie na­praw­dę ko­cha. To spo­tka­nie spo­wo­do­wa­ło, że za­czą­łem my­śleć o Pa­nu Bo­gu. Za­czą­łem Go szu­kać na po­waż­nie. Bar­dzo moc­no opar­łem swo­je ży­cie na Sło­wie Bo­żym. Za­uwa­ży­łem, że dzi­siaj lu­dzie słu­cha­ją Sło­wa Bo­że­go, ale nie wpro­wa­dza­ją go w ży­cie. A ja wie­rzę, że Ono jest ży­we, mo­że dzia­łać w na­szej sfe­rze du­cho­wej i zmie­niać to, co przez wie­le lat de­for­mo­wa­ły w nas ro­dzi­ny z pro­ble­mem al­ko­ho­lo­wym i róż­ny­mi dys­funk­cja­mi spo­łecz­ny­mi.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.