Bohaterowie z Markowej

Zo­sta­li roz­strze­la­ni, po­nie­waż w swo­im do­mu ukry­wa­li ośmiu Ży­dów. Wie­dzie­li jed­nak, na co się de­cy­du­ją. Zna­li ka­rę za po­moc – śmierć ukry­wa­ją­cych i ukry­wa­nych.

24 mar­ca 1944. Mar­ko­wa, wio­ska w woj. pod­kar­pac­kim. Lu­dzie śpią, bo słoń­ce jesz­cze nie wze­szło. Przed sto­ją­cy na ubo­czu dom pod­jeż­dża­ją czte­ry fur­man­ki z nie­miec­ki­mi żan­dar­ma­mi i funk­cjo­na­riu­sza­mi po­li­cji gra­na­to­wej. Wpa­da­ją do środ­ka. Za­bi­ja­ją ośmiu Ży­dów, a na ko­niec przed do­mem do­ko­nu­ją mor­du na pol­skiej ro­dzi­nie Ulmów: Jó­ze­fie i Wik­to­rii oraz ich sied­mior­gu dzie­ciach: Ma­ry­si, An­to­siu, Fran­ku, Wła­dziu, Ba­si i Sta­si. Siód­me dziec­ko gi­nie w brzu­chu Wik­to­rii. Naj­młod­sza Ma­ry­sia ma pół­to­ra ro­ku, naj­star­sza Sta­sia ma la­tem iść do Pierw­szej Ko­mu­nii Świę­tej. Okru­cień­stwa po­ran­nej sce­nie do­da­je fakt, że naj­pierw gi­ną ro­dzi­ce. Pła­czą­ce, wo­ła­ją­ce ich dzie­ci Niem­cy za­bi­ja­ją póź­niej. Jo­seph Ko­kott, je­den z opraw­ców, za­bi­ja­jąc Po­la­ków tak krzy­czał: „Pa­trz­cie, jak gi­ną pol­skie świ­nie, któ­re prze­cho­wu­ją Ży­dów”. Cel mor­der­ców był pro­sty: od­stra­szyć in­nych miesz­kań­ców wio­ski od po­mo­cy Ży­dom. Po eg­ze­ku­cji wszyst­kie cia­ła zo­sta­ły za­ko­pa­ne w dwóch do­łach.

foto_01-03_08-2016

Nie jest to frag­ment sce­na­riu­sza fil­mo­we­go. To hi­sto­ria z ży­cia wzię­ta, a ro­dzi­na Ulmów to obec­nie Słu­dzy Bo­ży. Zo­sta­li roz­strze­la­ni, po­nie­waż w swo­im do­mu ukry­wa­li Ży­dów. Ulmo­wie miesz­ka­li bar­dzo bli­sko miej­sca, w któ­rym za­bi­ja­no Ży­dów, więc nie raz wi­dzie­li strasz­ne eg­ze­ku­cje. Mi­mo to ośmiu z nich przy­ję­li pod swój dach – do­słow­nie, bo ukry­li ich na stry­chu. Mo­gli li­czyć na po­moc naj­bliż­szych. Sa­mi Ży­dzi po­ma­ga­li Jó­ze­fo­wi w gar­bo­wa­niu i wy­ra­bia­niu skór. Co cie­ka­we, Ulmo­wie nie by­li je­dy­ną ro­dzi­ną, któ­ra zde­cy­do­wa­ła się na ta­ki czyn. W Mar­ko­wej zna­la­zły się in­ne ro­dzi­ny np. Ba­rów i Szy­la­rów, któ­re z na­ra­że­niem wła­sne­go ży­cia ra­to­wa­ły Ży­dów. Dzię­ki te­mu we­dług re­la­cji świad­ków do koń­ca woj­ny prze­ży­ło ich tam co naj­mniej 20.

Jó­zef był star­szy od Wik­to­rii o 12 lat, ale róż­ni­ca wie­ku im nie prze­szka­dza­ła. By­li zgod­ną, ko­cha­ją­cą się ro­dzi­ną. Z ra­do­ścią wi­ta­li na świe­cie ko­lej­ne dzie­ci. Jó­zef był rol­ni­kiem. Ukoń­czył czte­ry kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej i szko­łę rol­ni­czą. Nie był zwy­czaj­nym, pro­stym chło­pem, ale czło­wie­kiem wie­lu pa­sji. Bar­dzo lu­bił upra­wiać owo­ce i wa­rzy­wa. Za­kła­dał sa­dy. Fa­scy­no­wał się psz­cze­lar­stwem. Sam pro­jek­to­wał i bu­do­wał ule. Ho­do­wał je­dwab­ni­ki. Nie po­prze­sta­wał na do­tych­czas zdo­by­tej wie­dzy. Du­żo czy­tał i miał wła­sną bi­blio­tecz­kę. Opra­wiał książ­ki – nie tyl­ko swo­je. Du­żo fo­to­gra­fo­wał wła­sno­ręcz­nie zło­żo­nym apa­ra­tem! To dzię­ki nie­mu do dzi­siaj za­cho­wa­ły się licz­ne fo­to­gra­fie, do­ku­men­tu­ją­ce ży­cie je­go naj­bliż­szych i ca­łej wsi.

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Nie jestem z żelaza

Z Jaś­kiem Me­lą, zdo­byw­cą bie­gu­nów i za­ło­ży­cie­lem fun­da­cji, któ­ra wspie­ra oso­by po am­pu­ta­cjach, roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz.

Wie­rzy Pan w prze­zna­cze­nie?

– Ro­dzi­ce za­wsze uczy­li mnie, że każ­de do­świad­cze­nie ma sens. Dłu­go pod­cho­dzi­łem do te­go, jak do na­iw­nej fi­lo­zo­fii, któ­ra nie­wie­le zna­czy. Ob­wi­nia­łem świat, lu­dzi, Pa­na Bo­ga za to, jak wy­glą­da mo­je ży­cie. Do­pie­ro po la­tach za­czą­łem za­uwa­żać wię­cej plu­sów niż mi­nu­sów. Na po­cząt­ku bun­to­wa­łem się, że na­szą ro­dzi­nę spo­tka­ły trud­ne do­świad­cze­nia i trak­to­wa­łem to ja­ko okrut­ne zrzą­dze­nie lo­su. Naj­pierw w na­szym do­mu wy­buchł po­żar. By­ła zi­ma. Ma­ma zo­sta­wi­ła bu­ty do wy­schnię­cia przed ro­syj­ską fa­rel­ką. Za­snę­li­śmy. Obu­dzi­ły nas kłę­by dy­mu wy­peł­nia­ją­ce ca­ły dom. Wy­bie­gli­śmy na po­dwór­ko i ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak ca­ły do­ro­bek ro­dzi­ców zni­ka w cią­gu jed­nej no­cy. Mia­łem wte­dy 8 lat. Nie mo­głem po­jąć, co bę­dzie da­lej. Sko­ro nie ma­my już nic, czy jesz­cze coś mo­że­my stra­cić? Przy­szłość po­ka­za­ła, że tak, wciąż mo­że­my stra­cić wie­le. Dwa la­ta póź­niej wy­da­rzy­ła się ko­lej­na tra­ge­dia. Po­je­cha­li­śmy ca­łą ro­dzi­ną nad je­zio­ro. Mój młod­szy brat Pio­truś za­py­tał, czy mo­że ode mnie po­ży­czyć dmu­cha­ny pon­ton. Zgo­dzi­łem się. Po pew­nym cza­sie za­uwa­ży­łem, że tro­chę za da­le­ko od­pły­nął. Na­gle ze­śli­zgnął się z pon­to­nu i za­czął się to­pić. Krzy­cza­łem. Ta­ta po­biegł go ra­to­wać, a my z ma­mą pa­dli­śmy na ko­la­na i za­czę­li­śmy się mo­dlić, by Bóg nam go nie od­bie­rał. Ale naj­wi­docz­niej plan był in­ny. Po tej tra­ge­dii bar­dzo dłu­go nie mo­gli­śmy się po­zbie­rać. Za­da­wa­li­śmy so­bie py­ta­nia o sens te­go cier­pie­nia i o to, co jesz­cze nas spo­tka.

foto_01-02_08-2016

I przy­szedł 24 lip­ca 2002 r. Dzień, któ­ry od­mie­nił Pa­na ży­cie na za­wsze. Co się wte­dy sta­ło?

– Kie­dy mia­łem 13 lat, wy­da­rzył się mój wy­pa­dek. Ba­wi­łem się z ko­le­ga­mi na pla­cu za­baw. Obok był nie­wiel­ki bu­dy­nek sta­cji trans­for­ma­to­ro­wej, za­wsze za­mknię­ty na kłód­kę. Te­go dnia był jed­nak otwar­ty. Za­czę­ło pa­dać. Scho­wa­li­śmy się pod da­szek trans­for­ma­to­ra, ale deszcz nie usta­wał. Ko­le­dzy ro­ze­szli się do do­mów. Zo­sta­łem ja i Pa­tryk, mój ko­le­ga z kla­sy, któ­ry miesz­kał dość da­le­ko. Po­sta­no­wi­li­śmy wejść do środ­ka i prze­cze­kać. Sta­ną­łem pod ścia­ną. Mia­łem mo­kre ubra­nie, dla­te­go utwo­rzył się ob­wód elek­trycz­ny i przez mo­je cia­ło prze­pły­nę­ło 15 ty­się­cy wol­tów. Stra­ci­łem przy­tom­ność. Kie­dy się ock­ną­łem, by­łem sam. Nie czu­łem pra­wej rę­ki i le­wej no­gi, ale uda­ło mi się ja­koś dojść do do­mu. Po­wie­dzia­łem ta­cie, że mia­łem wy­pa­dek. Pierw­sze zda­nie, któ­re od nie­go usły­sza­łem, brzmia­ło: „Schrza­ni­łeś nam wa­ka­cje”.

Na po­go­to­wiu oka­za­ło się, że jest źle. Le­karz po­wie­dział mo­im ro­dzi­com, że ma­ją ty­dzień, aby się ze mną po­że­gnać. Ga­da­li­śmy o wszyst­kim. Mia­łem po­trze­bę oczysz­cze­nia, otwar­to­ści. Szo­ko­wa­ła mnie też szcze­rość mo­ich ro­dzi­ców, zwłasz­cza ma­my. Kie­dy za­py­ta­łem ją, czy umrę, od­po­wie­dzia­ła, że nie wia­do­mo, ale być mo­że tak. Po­my­śla­łem so­bie: jak to, prze­cież ma­ma po­win­na mnie po­cie­szyć, po­wie­dzieć, że wszyst­ko bę­dzie do­brze. Po­tem zda­łem so­bie spra­wę, że gdy­by tak po­wie­dzia­ła, to bym jej nie ufał. Dziś my­ślę, że to Pan Bóg mnie ura­to­wał, bo we­dług wie­dzy me­dycz­nej po­wi­nie­nem umrzeć.

 

Skan_do_czytelnikow

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Agenci Watykanu?

Ro­la Ko­ścio­ła Ka­to­lic­kie­go w na­szych dzie­jach by­wa re­du­ko­wa­na do in­sty­tu­cji re­pre­zen­tu­ją­cej ob­ce pań­stwo.

W ten spo­sób opi­sy­wa­ła go pro­pa­gan­da ko­mu­ni­stycz­na. Ko­ściół był dla Mo­skwy prze­szko­dą w bu­do­wa­niu ustro­ju ko­mu­ni­stycz­ne­go i for­ma­to­wa­niu umy­słów oby­wa­te­li. W po­ka­zo­wych pro­ce­sach w PRL-u ska­zy­wa­no du­chow­nych pod za­rzu­tem re­ali­za­cji po­li­ty­ki Sto­li­cy Apo­stol­skiej i „współ­pra­cy z wy­wia­dem ame­ry­kań­skim”, a pra­sa – pod­le­gła Par­tii – okre­śla­ła ich ja­ko „agen­tów Wa­ty­ka­nu”.

Tak­że te­raz moż­na spo­tkać mło­dych gniew­nych, któ­rzy za­rzu­ca­ją księ­żom nie­lo­jal­ność – że słu­żą Wa­ty­ka­no­wi, dzia­ła­jąc na szko­dę Pol­ski. Po­pu­lar­ne sta­ły się ru­chy neo­po­gań­skie, uzna­ją­ce chrze­ści­jań­stwo za sprzecz­ne ze „sło­wiań­ską du­szą”. Nie­któ­rzy na­si ro­da­cy są skłon­ni wy­rzu­cić nie­mal 1000 lat hi­sto­rii Po­la­ków dla wy­obra­żeń o daw­nych, ple­mien­nych cza­sach.

foto_01-01_08-2016

Ko­ściół dro­gą Pol­ski

Nie da się roz­dzie­lić dzie­jów Pol­ski od dzie­jów Ko­ścio­ła. Zna­ne po­cząt ki pol­skiej pań­stwo­wo­ści wią­żą się z przy­ję­ciem chrztu przez Miesz­ka I i je­go pod­da­nych. De­cy­zja, by przy­jąć go z Rzy­mu, prze­są­dzi­ła o wy­jąt­ko­wo­ści na­szej kul­tu­ry, łą­czą­cej cha­rak­ter sło­wiań­ski z za­chod­nim. Obec­ność Ko­ścio­ła na zie­miach Po­lan wią­za­ła się z awan­sem księ­stwa, trak­to­wa­nym już przez Ot­to­na III na rów­ni z za­chod­ni­mi mo­car­stwa­mi. Pod­le­głe bez­po­śred­nio Rzy­mo­wi bi­skup­stwa pod­kre­śla­ły na­szą nie­za­leż­ność wo­bec star­szych państw chrze­ści­jań­skich.

Bar­dzo szyb­ko in­sty­tu­cja Ko­ścio­ła i pol­ska tra­dy­cja sta­ły się jed­no­ścią. Stąd póź­niej uku­to ste­reo­typ (czę­sto się spraw­dza­ją­cy) Po­la­ka-ka­to­li­ka – to wła­śnie ka­to­li­cyzm uzna­wa­no za gwa­ran­cję pol­sko­ści.

Wo­ła­nie o jed­ność

Re­for­ma­cja nie przy­nio­sła Rze­czy­po­spo­li­tej od­no­wy mo­ral­nej, za to spo­wo­do­wa­ła wiel­kie za­mie­sza­nie. W epo­ce nie­po­ko­jów re­li­gij­nych XVI w. ma­gna­ci, a za ni­mi (z mu­su) pod­da­ni, prze­cho­dzi­li od jed­nej z 30 sekt do dru­giej. Po­dzia­ły na „gó­rze” i roz­ru­chy na „do­le” spo­łe­czeń­stwa de­sta­bi­li­zo­wa­ły pań­stwo.

Ks. Piotr Skar­ga od­waż­nie przy­po­mi­nał wszyst­kim ma­ją­cym udział w rzą­dach, od kró­la po drob­ne­go szlach­ciu­rę, czym jest mi­łość Oj­czy­zny: „Do­brze mi­ło­wać są­sia­da, le­piej wszyst­kich, któ­rzy w mie­ście jed­nem są, a jesz­cze le­piej wszyst­kich oby­wa­te­li kró­le­stwa te­go...”. Po­tę­piał też he­re­zje, któ­re po­dzie­li­ły i osła­bi­ły pań­stwo.

Ko­ściół w Pol­sce nie chciał woj­ny re­li­gij­nej. Za Wła­dy­sła­wa IV Wa­zy bi­sku­pi za­pro­si­li pro­te­stan­tów do To­ru­nia na „bra­ter­ską roz­mo­wę”, chcąc uzy­skać jed­ność wia­ry i po­kój re­li­gij­ny. Choć spo­tka­nie nie mo­gło przy­nieść tak ide­ali­stycz­ne­go re­zul­ta­tu, to sta­ło się przy­kła­dem po­ko­jo­wej kon­fron­ta­cji – na tle Eu­ro­py po­grą­żo­nej w woj­nie trzy­dzie­sto­let­niej.

 

Mi­chał Nie­niew­ski 

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak

Magda Guziak-NowakPrzy­cho­dzi No­wak do Pa­na Bo­ga. – Bo­że, daj mi oku­la­ry, bo kiep­sko wi­dzę. – Oku­la­ry? – dzi­wi się Bóg. – Mo­gę dać ci zdro­we oczy, a ty chcesz tyl­ko no­we oku­la­ry…? To pa­ra­fra­za słów ks. Pio­tra Paw­lu­kie­wi­cza, mniej lub bar­dziej uda­na. Ra­czej mniej, bo dow­ci­pów to ja na pew­no opo­wia­dać nie umiem, ale wie­cie, o co cho­dzi.

Cho­dzę za­fa­scy­no­wa­na au­dio­bo­okiem zna­ko­mi­te­go pol­skie­go ka­zno­dziei. Ks. Paw­lu­kie­wicz wró­cił po wie­lu la­tach – ale w ja­kim sty­lu! Nie do­słu­cha­łam do koń­ca, więc po­dzie­lę się re­cen­zją w ko­lej­nym nu­me­rze. A te­raz wspo­mi­nam o tym dla­te­go, że aneg­dot­ka o oku­la­rach świet­nie pa­su­je do tek­stu, któ­ry MUSICIE prze­czy­tać. Od­sy­łam Was do ar­ty­ku­łu dk. Tom­ka Pod­lew­skie­go o mo­dli­twie przed i po ko­mu­nii św. To znak, że wra­ca nasz dział „szko­ła mo­dli­twy” – hu­ra!

Ale do rze­czy. Głu­pio się przy­znać, ale pi­sząc we wstę­pie o lu­dziach, któ­rzy la­ta­mi mo­dlą się wy­uczo­ną for­muł­ką, To­mek pi­sze o mnie. Przez dłu­uuuuugii czas od­ma­wia­łam po Ko­mu­nii św. mo­dli­twę z dru­giej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej. Ob­ciach, no nie…? Chy­ba naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie wie­dzia­łam, co in­ne­go mia­ła­bym ro­bić w tej sy­tu­acji. To­mek pod­po­wia­da: ad­o­ro­wać Je­zu­sa, któ­ry jest we mnie! Mó­wić, że Go ko­cham. Dzię­ko­wać za Je­go „od­wie­dzi­ny”. Al­bo po pro­stu za­mknąć dziób i uwiel­biać Go w ci­szy (kła­nia się ar­ty­kuł Jo­li Tę­czy-Ćwierz tak­że z te­go nu­me­ru – „Mów, Pa­nie. Słu­cham”).

A co ma do te­go dow­cip o oku­la­rach? Pan Bóg chce dać nam WSZYSTKO. Na­sza re­la­cja do Oj­ca w Nie­bie jest in­na, niż z na­szy­mi ziem­ski­mi ro­dzi­ca­mi. Tu, na zie­mi, za­zwy­czaj chce­my o wie­le wię­cej, niż oni nam po­zwa­la­ją. Mo­gli­by­śmy więc so­bie to „od­bić” na mo­dli­twie i pro­sić o WSZYSTKO, czy­li o ży­cie wiecz­ne. Ale my się za­do­wa­la­my in­ten­cja­mi w sty­lu: o zdro­wie, po­myśl­ność i zda­ną kla­sów­kę. Czy to efekt grze­chu pier­wo­rod­ne­go – wy­da­je nam się, że nie za­słu­gu­je­my na szczę­ście? Co za stra­ta Bo­że­go po­ten­cja­łu!

Plan na dwa ty­go­dnie jest więc ta­ki – nie pro­sić o oku­la­ry, ale o no­we, zdro­we oczy! Pro­ście ra­zem ze mną!

Po­zdro­wie­nia 🙂

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny

 

Najtrudniejsza podróż: Gabriel. Cud prawdziwy

Czas, któ­re­go tak się ba­li­śmy, nad­szedł nie­ubła­ga­nie. I oka­za­ło się, że wie­le z na­szych obaw by­ło zu­peł­nie nie­po­trzeb­nych. Nie, Ga­briel nie uro­dził się zdro­wy. Wszyst­ko, co po­ka­zy­wa­ły ba­da­nia, po­twier­dzi­ło się po je­go uro­dze­niu.

Ja­kub – ta­ta

Jed­ną z mo­ich obaw by­ło to, że nie wie­dzia­łem, jak za­re­agu­ję na je­go wi­dok. A gdy go zo­ba­czy­łem, to się po­pła­ka­łem. Ży­łem pa­ra­no­ją, że po od­cię­ciu pę­po­wi­ny on umrze. Po raz pierw­szy od­mó­wi­łem, nie chcia­łem do te­go przy­kła­dać rę­ki. Jesz­cze za­nim to na­stą­pi­ło, ochrzci­łem go wo­dą i by­ło to dla mnie jak po­że­gna­nie z mo­im syn­kiem.

Pierw­szy szok na­stą­pił, gdy le­karz po­wie­dział, że ser­ce mu wol­no bi­je. By­ło to zna­kiem, że od­cho­dzi. Jesz­cze nie wie­dzia­łem, co się póź­niej wy­da­rzy. A zda­rzy­ło się tak, że po chwi­li wy­lą­do­wa­li­śmy ra­zem w ład­nym, czy­ściut­kim po­ko­iku, z apa­ra­tu­rą wspo­ma­ga­ją­cą od­dy­cha­nie. Bo je­go ser­dusz­ko za­czę­ło szyb­ciej bić. Pur­pu­ra na twa­rzy zmie­ni­ła się w ład­ny ró­żo­wy ko­lor, jak u zdro­we­go no­wo­rod­ka. I wte­dy za­czę­ła się bi­twa z my­śla­mi, co da­lej. Co jest naj­lep­sze dla te­go dziec­ka? Jak dłu­go bę­dzie z na­mi? Cze­mu, a po co, czy to ma sens? Dla nas ma to ogrom­ny sens.

foto_01-03_07-2016

Te trzy dni ży­cia, któ­re otrzy­ma­li­śmy, że­by być ra­zem z Ga­brie­lem, oka­za­ły się cu­dem, o któ­ry mo­dli­ło się wie­le osób. Oka­za­ły się naj­wspa­nial­szy­mi trze­ma dnia­mi w mo­im ży­ciu. Nie wiem, co wnio­są, nie wiem, co zmie­nią. Ale by­ły naj­wspa­nial­sze. Wszyst­kie wa­dy, de­fek­ty syn­ka, ja­kie miał, gdzieś znik­nę­ły. Bo wszyst­ko to, co by­ło in­ne niż u zdro­wych dzie­ci, jak np. wy­krzy­wio­ne w sta­wach dło­nie, sześć pa­lusz­ków czy po­dwój­nie roz­sz­cze­pio­na war­ga, sta­ły się miej­sca­mi naj­czę­ściej ob­da­ro­wy­wa­ny­mi ca­łu­sa­mi. I one wca­le nie by­ły brzyd­kie, ale bar­dziej do­ty­ka­ły ser­ca, że­by bar­dziej o nie dbać i po­ko­chać. Gdy pa­trzy­łem na je­go rącz­ki, nie mo­głem wy­trzy­mać – nie da­ło ich się nie ca­ło­wać.

Ma­my trój­kę dzie­ci i nie wy­obra­ża­łem so­bie, że mo­gę po­ko­chać ko­goś bar­dziej niż je, a mi­łość do Ga­brie­la oka­za­ła się szcze­gól­na. In­na. Nie do opi­sa­nia. Tak moc­na, że nie da się te­go wy­ra­zić sło­wa­mi. Każ­da mi­nu­ta, go­dzi­na prze­by­wa­nia z nim oka­za­ła się bar­dzo waż­na i zbli­ży­ła nas do sie­bie. To ta­kie długie–krótkie ży­cie.

By­li­śmy ca­ły czas bli­sko z nim, ca­ły czas był u nas na rę­kach, za­po­mnia­łem o wszyst­kich in­nych spra­wach te­go świa­ta. By­ła też wal­ka. Wal­ka z my­śla­mi, gdy pa­trzy­łem, jak cięż­ko od­dy­cha i za­sta­na­wia­łem się, czy on cier­pi. Ale mi­mo to po­tra­fi­li­śmy żar­to­wać. Z je­go no­ska, że nie mo­że so­bie po­dłu­bać (bo go nie miał) i z te­go, że przy­naj­mniej nie wi­dzi, jak ta­ta dłu­bie w swo­im (nie wie­my, czy miał oczka, w każ­dym ra­zie nie otwo­rzył ich ani ra­zu).

Ża­ło­wa­łem bar­dzo wszyst­kich ne­ga­tyw­nych my­śli, któ­re mia­łem przed po­ro­dem. Dla mnie, dla nas abor­cja nie wcho­dzi­ła w grę. Ale cza­sem my­śla­łem, że le­piej bę­dzie, gdy Ka­sia po­ro­ni. I gdy go po­zna­łem, by­ło mi żal, że tak my­śla­łem i czu­łem ogrom­ny smu­tek z te­go po­wo­du. Bar­dzo go za to prze­pra­sza­łem.

Po trud­nych mie­sią­cach ocze­ki­wa­nia, pa­ra­no­jach, wie­lu ne­ga­tyw­nych i nie­wie­lu po­zy­tyw­nych my­ślach oka­za­ło się, że to by­ły naj­pięk­niej­sze trzy dni w mo­im ży­ciu. Mo­że to wy­glą­dać dziw­nie z punk­tu wi­dze­nia osób, któ­re te­go nie prze­ży­ły, al­bo na­wet z per­spek­ty­wy mo­jej bli­skiej ro­dzi­ny, któ­ra by­ła z bo­ku. Te­raz czu­ję, że sam je­stem świa­dec­twem, jak lu­dzie, o któ­rych kie­dyś opo­wie­dzia­ła mi Ka­sia – kil­ka dni spę­dzo­nych z ich cho­rym dziec­kiem by­ło naj­wspa­nial­szy­mi w ich ży­ciu. Te­raz wiem, że to moż­li­we, sam to prze­ży­łem. I gdy­bym miał cof­nąć czas, to tyl­ko po to, by raz jesz­cze prze­żyć naj­pięk­niej­sze trzy dni z mo­im syn­kiem.

Ka­ta­rzy­na – ma­ma

Wresz­cie Cię po­zna­li­śmy, Ko­cha­ny Syn­ku. Tak bar­dzo ba­łam się mo­men­tu, kie­dy bę­dzie­my je­chać na po­ro­dów­kę. Tej dro­gi przy rze­ce i na­sze­go po­grą­żo­ne­go w smut­ku mil­cze­nia. My­śla­łam o tym wie­le ra­zy i wie­le ra­zy pła­ka­łam. Tym­cza­sem je­cha­li­śmy wy­lu­zo­wa­ni. Po­ród był szyb­ki. Nie wiem, czy mi­nę­ła go­dzi­na, a już by­łeś z na­mi, Ga­briel­ku. Ta­ki ma­lut­ki, że wła­ści­wie nie spra­wi­łeś mi cier­pie­nia. Ta­ki cho­ry, że obok ra­do­ści na Twój wi­dok po­czu­łam też ogrom­ny ból. Nie czu­łam się roz­cza­ro­wa­na, nie na­sta­wia­łam się na cud uzdro­wie­nia. Gdzieś po ci­chu chcia­łam w to wie­rzyć, ale nie da­wa­łam tej my­śli du­żo miej­sca. Wiem, że wie­le osób mo­dli­ło się za nas. Wie­le mo­dli­ło się o cud. Czu­łam, że on na­stą­pi tuż po na­ro­dzi­nach, ale nie mia­łam po­ję­cia, co by to mo­gło być.

W każ­dym ra­zie ty by­łeś już z na­mi. Cał­kiem bez­bron­ny i ma­leń­ki. Bar­dzo cho­ry, co by­ło wi­dać. Gdy od­cię­li Ci pę­po­wi­nę, zba­da­li ser­ce, ono wciąż bi­ło! Tro­chę zwol­ni­ło… A po­tem za­czę­ło dziel­nie wy­stu­ki­wać rytm Two­je­go ży­cia. Na­sze­go wspól­ne­go ży­cia.

Gdy Cię zo­ba­czy­łam, Sy­necz­ku, nie za­chwy­cił mnie Twój wy­gląd. Ale też nie prze­ra­ził. Po­ko­cha­łam Cię, to pew­ne. Czu­łam, że je­steś mo­im syn­kiem, a ja Two­ją ma­mą. Ale to wszyst­ko nie by­ło ła­twe.

A póź­niej przy­szedł ten cud. Tu­li­li­śmy Cię z ta­tą, dba­jąc o to, byś nie stra­cił od­de­chu. Tak ła­two za­po­mi­na­łeś o tym, że trze­ba od­dy­chać. Więc ca­ły czas trze­ba by­ło Cię trzy­mać na rę­kach i przy­po­mi­nać, gdy w naj­lep­sze so­bie mla­ska­łeś. Od­dech jest waż­ny, Ko­cha­nie. Dla Cie­bie był też trud­ny. Wkła­da­łeś w nie­go ca­łą swo­ją ener­gię. Z ru­chli­we­go pił­ka­rza, ja­kim by­łeś u mnie w brzusz­ku, za­mie­ni­łeś się w bar­dzo spo­koj­ne­go chłop­czy­ka. Więc Ty od­dy­cha­łeś, le­żąc na mo­ich ko­la­nach, a ja mia­łam czas się na Cie­bie na­pa­trzyć. Z każ­dą mi­nu­tą a po­tem go­dzi­ną Two­ja bu­zia sta­wa­ła się co­raz pięk­niej­sza i Two­je ma­łe dło­nie wy­krzy­wio­ne w sta­wach by­ły pięk­ne. To nie­sa­mo­wi­te, ale wła­śnie ta­kie by­ły. Ślicz­ne, ma­łe rącz­ki, któ­rych wi­dok roz­czu­lał mo­je ser­ce i nie po­tra­fi­łam się opa­no­wać, że­by ich nie po­ca­ło­wać. Mo­głam ca­ło­wać Two­je cie­płe, mię­ciut­kie ciał­ko. Ca­ły by­łeś pięk­ny, choć tak bar­dzo cho­ry. Ni­gdy nie wi­dzia­łam ni­ko­go tak cud­ne­go jak Ty. Two­ja twa­rzycz­ka z za­mknię­ty­mi oczka­mi, ustecz­ka, któ­re gdy pła­ka­łeś, wy­glą­da­ły jak u gą­sie­nicz­ki, po­licz­ki, czo­ło, wszyst­ko by­ło cud­ne. Za­ko­cha­łam się w To­bie bez pa­mię­ci. Po­ko­cha­łam Cię naj­moc­niej, jak moż­na. Do tej po­ry my­śla­łam, że nie da się ko­chać moc­niej, niż ko­cham Two­ją sio­strę i bra­ci. Tym­cza­sem mi­łość do Cie­bie prze­kro­czy­ła wszel­kie wy­obra­że­nia. Ty ca­ły, w swo­jej nie­win­no­ści, by­łeś mi­ło­ścią. Tak wiel­ką, że mo­je ser­ce aż drża­ło z ra­do­ści, kie­dy mo­głam na Cie­bie pa­trzeć, tu­lić Cię i ca­ło­wać. Strasz­nie chcia­łam za­cho­wać te chwi­le na wie­ki. Że­byś mógł le­żeć przy­tu­lo­ny do mnie na za­wsze.

To nie jest moż­li­we. Wie­dzia­łam o tym, a jesz­cze le­piej wie­dzie­li le­ka­rze. Ma­rzy­łam, byś mógł zo­stać z na­mi. Ale le­karz wy­tłu­ma­czył nam, w ja­ki spo­sób praw­do­po­dob­nie odej­dziesz. Za­pew­niał, że nic Cię nie bo­li. Że­gna­jąc się po ob­cho­dzie, ży­czył nam przy­jem­nych go­dzin z na­szym ma­lusz­kiem.

Jed­nak mi­nę­ła pierw­sza do­ba i Ty wciąż chcia­łeś od­dy­chać. Cza­sem mu­sie­li­śmy Ci przy­po­mi­nać, a Ty chęt­nie wra­ca­łeś do te­ma­tu. My­śla­łam, że mo­że w przy­szłym ty­go­dniu za­bie­rze­my Cię na chwi­lę do do­mu. Nie upie­ra­łam się przy tej my­śli. Ale zja­wia­ły się i in­ne, któ­re wy­bie­ga­ły do na­szej wspól­nej przy­szło­ści – kto wie, mo­że za dwa mie­sią­ce…? Two­ja bab­cia i ro­dzeń­stwo od­wie­dzi­li Cię dwa ra­zy. Wie­dzą, że je­steś ich bra­cisz­kiem. By­ła też cio­cia Da­ria, któ­ra od­ci­snę­ła śla­dy two­ich stó­pek i dło­ni.

By­łeś z na­mi trzy dni. Dni, dla któ­rych war­to by­ło prze­żyć wszyst­kie trud­ne chwi­le cią­ży, ocze­ki­wa­nia. Bo czas spę­dzo­ny z To­bą to cud. Da­łeś nam ta­kie szczę­ście i ty­le mi­ło­ści, że z ni­czym, co do tej po­ry prze­ży­łam, nie mo­że się to rów­nać. Wiem, że wie­le osób nas wspie­ra­ło i mo­dli­ło się za nas. I to dzię­ki nim mo­gli­śmy do­świad­czyć te­go cu­du, a te­raz ma­my w ser­cach po­kój. Dzię­ku­je­my.

 

Źró­dło: www.trzyimy.pl

 

Od re­dak­cji: Zmar­łe ma­łe dzie­ci są zba­wio­ne i... peł­no­spraw­ne. Na po­grze­bie swo­jej nie­peł­no­spraw­nej có­recz­ki Char­les de Gaul­le mó­wił, że je­go uko­cha­na cór­ka Ania jest te­raz zba­wio­nym i peł­no­spraw­nym ra­do­snym dziec­kiem.

 

Kronika małego ludzika

0

Hej! Co się dzie­je?! Je­stem? Je­stem! Czu­ję mi­łość i ra­dość! Cu­dow­nie jest być!

9 dzień

Uff, jak się cie­szę. Prze­ci­ska­łem się przez ja­kiś wą­ski ko­ry­tarz, te­raz wresz­cie do­tar­łem na miej­sce. Czu­ję, że po­sie­dzę tu dłu­żej. Jest mi wy­god­nie i bez­piecz­nie. Szczę­ście aż mnie roz­pie­ra! A mo­że... ro­snę?

3 ty­dzień

Na­gle za­czę­ło pu­kać: puk-puk, puk-puk. I pom­po­wać. Zdzi­wi­łem się, co to jest? Ale wi­docz­nie tak ma być, bo nie prze­sta­je ani na chwi­lę. Nie wiem skąd, ale wiem, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Ktoś bar­dzo mnie ko­cha. Nie wiem jesz­cze kto. Ale bar­dzo moc­no czu­ję tę mi­łość. Tak jak­by ota­cza­ła mnie ze wszyst­kich stron i nie do­pusz­cza­ła do mnie nic, co nią nie jest. Ko­cham żyć!

8 ty­dzień

Ale to przy­jem­ne móc się po­ru­szać! Mam 4 ma­łe wy­pust­ki, któ­re ro­bią się co­raz więk­sze i za­sta­na­wiam się, co z nich bę­dzie. Mo­gę ni­mi wy­ma­chi­wać. Prze­cią­gać się na bo­ki. Tro­chę prze­szka­dza mi tyl­ko gło­wa, jest ta­ka wiel­ka! Wi­docz­nie sie­dzi w niej coś waż­ne­go. Od­kry­łem, że jak otwo­rzę usta, wpa­da do nich ten płyn, w któ­rym je­stem. Umiem go po­ły­kać. Py­cho­ta!

foto_01-02_07-2016

10 ty­dzień

Znów uro­słem. Czu­ję, że mam już w środ­ku wszyst­ko, co naj­waż­niej­sze. Na ze­wnątrz chy­ba też. Twarz mam wresz­cie ca­łą. I mam na­dzie­ję, że nic mi już nie znik­nie tak jak ogon, bo bar­dzo lu­bię swo­je rę­ce i no­gi. Od­kry­łem dwie świet­ne za­ba­wy. Jed­na to wpa­ko­wać rę­kę do ust. To bar­dzo faj­ne. A dru­ga: zna­la­złem tu rur­kę, któ­ra bie­gnie od mo­je­go brzu­cha gdzieś do gó­ry. Moż­na ją chwy­tać, tar­mo­sić, pod­cią­gać się na niej. Cie­ka­we, do­kąd pro­wa­dzi? Mo­że do ma­my?

14 ty­dzień

Czu­ję ra­dość! Ktoś tak moc­no mnie ko­cha! Za­czą­łem ru­szać gło­wą, i na­resz­cie mo­gę po­ka­zać, jak się cie­szę! Zro­bi­łem praw­dzi­we­go fi­koł­ka! La­tam, fru­wam! To cu­dow­ne!

20 ty­dzień

Na­gle po­ja­wił się szum: szszszsz... I coś tak moc­no bi­je tuż na­de mną: bum-bum, bum-bum. Czu­łem to już wcze­śniej, a te­raz usły­sza­łem. Od tej po­ry sły­szę to bez prze­rwy. Od cza­su do cza­su od­zy­wa się cud­na me­lo­dia. By­wa bar­dzo róż­na. Cza­sem od­zy­wa się, jak ostro ko­pię. Wte­dy to tyl­ko kil­ka krót­kich dźwię­ków. Cza­sem otu­la mnie do­oko­ła i spra­wia, że mam chęć przy­tu­lić się do niej i za­snąć. A cza­sem roz­pry­sku­je się jak ty­siąc ma­łych kro­pel, ca­ły mój do­mek za­czy­na się trząść, a mi aż chce się ska­kać. Bar­dzo to lu­bię. Ale za każ­dym ra­zem to ten sam głos. Ma­ma?

22 ty­dzień

Dziś spo­tka­ło mnie coś nie­przy­jem­ne­go. Coś na mnie upar­cie na­ci­ska­ło, jeź­dzi­ło po ple­cach i gło­wie. Więc od­wró­ci­łem do gó­ry no­ga­mi. A to znów na­ci­ska, szu­ka gło­wy. Usły­sza­łem ja­kiś ob­cy głos, a po­tem po­czu­łem śmiech ma­my i jej me­lo­dię. By­ła ta­ka spo­koj­na, że chy­ba usną­łem…

26 ty­dzień

Ro­bi mi się tu co­raz cia­śniej. Chcia­łem tro­chę roz­pro­sto­wać ko­ści. Da­łem po­rząd­ne­go ko­pa. A tu czu­ję: puk-puk! W to miej­sce, gdzie kop­ną­łem! No to ja boks rę­ką, z dru­giej stro­ny. A tu znów: puk-puk. I tak się ba­wi­li­śmy. Ktoś tam jest na ze­wnątrz, już to do­brze wiem. Sły­szę te­raz róż­ne gło­sy prócz ma­my. Naj­czę­ściej je­den gru­by.

28 ty­dzień

Od dziś wiem, że ma­mie zda­rza się zjeść coś pa­skud­ne­go! Łyk­ną­łem so­bie tro­chę wo­dy, a tam fuj! Gorz­ko. Wiem też kie­dy ma­ma sprzą­ta, bo za­czą­łem czuć za­pa­chy. Nie­zbyt mi się po­do­ba­ją. Jak wy­cho­dzi gdzieś z ta­tą, to też ina­czej pach­nie. Przy­jem­nie. Ale nie je­stem pew­ny, czy naj­bar­dziej nie lu­bię jej sa­mej, bez żad­nych pach­ni­deł.

33 ty­dzień

Oto­czy­ła mnie ja­sność! Do tej po­ry nie ro­zu­mia­łem, po co mi te kul­ki w gło­wie. Te­raz wiem – do pa­trze­nia! Ob­ser­wu­ję róż­ne ro­dza­je ja­sno­ści, róż­ne od­cie­nie ciem­no­ści. Co­raz bar­dziej mnie za­sta­na­wia, co jest po dru­giej stro­nie. Tam gdzie ma­ma i ta­ta…

37 ty­dzień

Nie lu­bię na­rze­kać, ale je­stem już ta­ki du­ży, że pra­wie nie mo­gę się ru­szyć. Wi­szę gło­wą w dół, o fi­koł­kach mu­sia­łem za­po­mnieć. Ma­ma, ta­ta i gło­sik du­żo do mnie mó­wią. Opo­wia­da­ją mi, jak tam jest. Mó­wią mi, że mnie ko­cha­ją i że Pan Bóg mnie ko­cha. To Ktoś więk­szy od ma­my. Czu­łem od po­cząt­ku, że ta mi­łość do­oko­ła to coś wię­cej niż ma­ma. Mi­mo wszyst­ko jest mi tu bar­dzo do­brze i chy­ba jed­nak nie bę­dę się spie­szył, że­by wyjść. A te­raz się zdrzem­nę. Bo ostat­nio cią­gle chce mi się spać...

39, pra­wie 40 ty­dzień

Czu­ję, że mój czas w tym bez­piecz­nym miej­scu do­bie­ga koń­ca. Zro­bi­ło się już tak cia­sno… Mam już w so­bie wy­star­cza­ją­co si­ły i od­wa­gi! Na­resz­cie! Przede mną trud­na dro­ga, ale w koń­cu zo­ba­czę ma­mę! Więc ru­szam! Ma­mo, łap!

 

Mag­da Urlich

 

Mój resort – obrona życia

Z ks. To­ma­szem Kan­ce­lar­czy­kiem z Fun­da­cji Ma­łych Stó­pek roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz.

Dzień Świę­to­ści Ży­cia, jak ża­den in­ny, przy­po­mi­na o ko­niecz­no­ści dzia­ła­nia na rzecz naj­słab­szych i naj­bar­dziej bez­bron­nych. Ja­kie za­gro­że­nia wią­żą się z odej­ściem od sza­cun­ku do ży­cia i je­go war­to­ści?

– Brak sza­cun­ku do ży­cia wią­że się z go­dze­niem w war­tość ży­cia kon­kret­ne­go czło­wie­ka. Za­czy­na się od dzie­ci nie­na­ro­dzo­nych, a po­tem idzie w stro­nę cho­rych, nie­peł­no­spraw­nych fi­zycz­nie i in­te­lek­tu­al­nie, osób w po­de­szłym wie­ku. Kwe­stię obro­ny ży­cia mo­że­my tak­że prze­nieść w ob­szar dzia­łań mię­dzy­na­ro­do­wych. To bu­rze­nie re­la­cji mię­dzy gru­pa­mi spo­łecz­ny­mi, na­ro­do­wy­mi, ra­so­wy­mi itd. Nie by­ło­by kon­flik­tów zbroj­nych, gdy­by dla każ­de­go ży­cie sta­no­wi­ło nie­kwe­stio­no­wa­ną war­tość.

Sza­cu­nek do ży­cia czło­wie­ka ozna­cza tak­że bu­do­wa­nie wła­sne­go szczę­ścia. Po­zba­wie­ni tej umie­jęt­no­ści bę­dzie­my ota­czać się przed­mio­ta­mi, a to nie da nam ra­do­ści i speł­nie­nia. Przy­po­mi­na mi się roz­mo­wa z oso­bą bar­dzo roz­ża­lo­ną i roz­cza­ro­wa­ną swo­im ży­ciem. W sfe­rze ma­te­rial­nej osią­gnę­ła wszyst­ko: świet­nie pro­spe­ru­ją­ca fir­ma, wie­lu pra­cow­ni­ków, pięk­ny dom. Ale w ży­ciu te­go czło­wie­ka by­ła pust­ka, nie by­ło ni­ko­go, kto by po­wie­dział „ko­cham cię”, przy­tu­lił. Czło­wiek ten nie in­we­sto­wał w ży­cie, ale w ma­te­rię. Odej­ście od sza­cun­ku do ży­cia jest wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwem, jest utra­tą czło­wie­czeń­stwa. A w naj­bar­dziej od­czu­wal­nym wy­mia­rze ozna­cza ka­ta­stro­fę de­mo­gra­ficz­ną.

foto_01-01_07-2016

Ktoś ma dar gło­sze­nia ka­zań, in­ny – spo­wia­da­nia. Księ­dza „re­sort” to obro­na ży­cia. Jak za­czę­ła się Księ­dza dro­ga pro–life?

– Po­cząt­kiem by­ło spo­tka­nie z oso­ba­mi z nie­peł­no­spraw­no­ścią in­te­lek­tu­al­ną. By­łem wte­dy na dru­gim ro­ku se­mi­na­rium duchownego.Nigdy wcze­śniej nie mia­łem do czy­nie­nia z ta­ki­mi ludź­mi, by­ło to dla mnie coś nie­zwy­kłe­go. Spo­tka­łem ich w ka­te­drze. Sta­łem z bo­ku, wpa­trzo­ny w nie­peł­no­spraw­ność, któ­ra by­ła tak bar­dzo wi­docz­na na ich twa­rzach i cia­łach. Jed­na dziew­czy­na z ze­spo­łem Do­wna zwró­ci­ła na mnie uwa­gę, uśmiech­nę­ła się i po­de­szła. A po­tem bar­dzo moc­no mnie przy­tu­li­ła. To by­ło dla mnie do­świad­cze­nie trau­ma­tycz­ne, ogar­nął mnie strach, by­łem prze­ra­żo­ny. In­ność tych lu­dzi mnie od­stra­sza­ła. Mia­łem dwa­dzie­ścia kil­ka lat i ba­łem się dru­gie­go czło­wie­ka! Ta dziew­czy­na wy­czu­ła to, od­su­nę­ła się ode mnie i po­wie­dzia­ła: „głu­pi”. To by­ło sło­wo, któ­re wzią­łem so­bie do ser­ca. Po­sta­no­wi­łem coś z tym zro­bić. Po­je­cha­łem z ni­mi na wy­jazd wa­ka­cyj­ny. Czu­łem, że prze­bi­jam się do sa­mej war­to­ści ży­cia przez to, co w tych lu­dziach nie jest, po ludz­ku pa­trząc, ład­ne czy mą­dre. Nie moż­na wejść w od­kry­wa­nie czło­wie­czeń­stwa nie­na­ro­dzo­nych, nie od­kry­wa­jąc czło­wie­czeń­stwa w nie­peł­no­spraw­nych. Wy­da­je nam się, że je­śli ktoś jest pięk­ny, zdro­wy, spraw­ny, przy­dat­ny – to je­go ży­cie jest war­to­ścio­we. Ła­two moż­na wte­dy uza­leż­nić czło­wie­czeń­stwo od pew­nych funk­cji ży­cio­wych, a to jest bar­dzo nie­bez­piecz­ne.

Je­śli ktoś mó­wi o so­bie „obroń­ca ży­cia”, po­wi­nien przy­jąć ak­tyw­ną po­sta­wę. Ja­kie są Księ­dza kon­kret­ne dzia­ła­nia?

– Po pierw­sze – wej­ście w re­la­cje z oso­ba­mi nie­peł­no­spraw­ny­mi. Póź­niej przy­szedł czas na or­ga­ni­za­cję mar­szów dla ży­cia, pew­ną ma­ni­fe­sta­cję po­glą­dów na te­mat war­to­ści i obro­ny ży­cia. W Szcze­ciń­skim Mar­szu dla Ży­cia co ro­ku uczest­ni­czy na­wet 20 tys. osób. Z ko­lo­ro­wy­mi fla­ga­mi i śpie­wem na ustach nie­sie­my ręcz­nie prze­pi­sa­ne pa­pie­skie en­cy­kli­ki. I po trze­cie – kon­kret­na po­moc. Przed la­ty do­wie­dzia­łem się, że zna­na mi ko­bie­ta jest w cią­ży i chce do­ko­nać abor­cji far­ma­ko­lo­gicz­nej. Spra­wa oczy­wi­sta – trze­ba przy­jąć kon­kret­ną po­sta­wę i obro­nić po­czę­te ży­cie. Wy­da­wa­ło mi się, że wy­star­czy ja­kaś tam roz­mo­wa. Oka­za­ło się, że to pół­śro­dek, któ­ry trze­ba za­mie­nić na kon­kret. Mam rze­czy­wi­ście bro­nić ży­cia, a nie tyl­ko wy­ra­żać swój po­gląd na te­mat je­go war­to­ści. Zda­łem so­bie spra­wę, że nie pod­cho­dzę do tej spra­wy wy­star­cza­ją­co po­waż­nie, że mu­szę zin­ten­sy­fi­ko­wać dzia­ła­nia. Gdy­bym na­praw­dę bro­nił czło­wie­ka, zro­bił­bym wszyst­ko, co w mo­jej mo­cy. Je­śli ktoś uzna­je war­tość ży­cia tyl­ko tak so­bie, to w ten sam spo­sób, nie­zo­bo­wią­zu­ją­co, bę­dzie jej bro­nił. Zda­łem so­bie spra­wę, że aby wy­nieść ko­goś z po­ża­ru, rzu­cił­bym się w ogień, wsko­czył­bym do rze­ki na ra­tu­nek to­ną­ce­mu, od­dał­bym pie­nią­dze na le­ki dla cho­re­go. A po­tem przy­szła re­flek­sja: co ro­bię na rzecz po­czę­te­go dziec­ka, któ­re jest w nie­bez­pie­czeń­stwie?

Jak się skoń­czy­ła hi­sto­ria tam­tej ko­bie­ty?

– Uro­dzi­ła. Jed­nak za­nim pod­ję­ła tę de­cy­zję, trwa­ła w upo­rze i po­sta­no­wie­niu, że chce za­bić swo­je dziec­ko. Zro­zu­mia­łem, że to jest nie ty­le kwe­stia ar­gu­men­tów lo­gicz­nych, ile spraw du­cho­wych. „Są ta­kie złe du­chy, któ­re moż­na po­ko­nać tyl­ko mo­dli­twą i po­stem” – mó­wi Chry­stus. Je­śli ktoś na­sta­je na ży­cie czło­wie­ka, jest pod wpły­wem bar­dzo złych du­chów, de­mo­nów. To one po­dej­mu­ją dzia­ła­nia prze­ciw­ko kon­kret­ne­mu ży­ciu. Roz­po­czą­łem więc szturm mo­dli­tew­ny. Pro­si­łem wiel­ką rze­szę lu­dzi, aby mo­dli­li się za tę dziew­czy­nę. Mi­nął nie­ca­ły ty­dzień, kie­dy uśmiech­nię­ta przy­szła do mnie na ple­ba­nię i po­wie­dzia­ła, że uro­dzi dziec­ko.

Czy­li mo­dli­twa.

– Tak. Ta sy­tu­acja utwier­dzi­ła mnie w prze­świad­cze­niu, że naj­waż­niej­szym dzia­ła­niem w obro­nie ży­cia jest mo­dli­twa. W Fun­da­cji Ma­łych Stó­pek kła­dzie­my ogrom­ny na­cisk na pro­pa­go­wa­nie du­cho­wej ad­op­cji dziec­ka po­czę­te­go. Przez dzie­więć mie­się­cy każ­dy obej­mu­je mo­dli­twą kon­kret­ne, za­gro­żo­ne abor­cją dziec­ko. W tym ro­ku wy­pro­du­ku­je­my 300 tys. fol­de­rów nt. du­cho­wej ad­op­cji. Przy­go­to­wa­li­śmy tak­że ty­sią­ce mo­de­li 10-ty­go­dnio­we­go nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka i ma­leń­kich stó­pek.

Co po­za tym?

– Oprócz mo­dli­twy, ko­bie­ty ocze­ku­ją­ce dziec­ka i bę­dą­ce na dro­dze do abor­cji, po­trze­bu­ją kon­kret­nej, ma­te­rial­nej po­mo­cy. Pro­po­nu­je­my ze­staw pie­luch dla dziec­ka (to pra­wie 1500 sztuk), wó­zek, łó­żecz­ko, ko­sme­ty­ki pie­lę­gna­cyj­ne, ubran­ka. To nie jest ku­po­wa­nie ży­cia, ale prze­ko­na­nie ko­bie­ty, że ma z gło­wy spra­wy ma­te­rial­ne i nie mu­si się o nie mar­twić. Wciąż po­zo­sta­je wie­le pro­ble­mów: brak mi­ło­ści, wspar­cia ro­dzi­ny, cza­sem brak oj­ca dziec­ka. Ale z za­ple­czem ma­te­rial­nym jest już tro­chę ła­twiej. Ofe­ru­je­my tak­że do­stęp do le­ka­rza gi­ne­ko­lo­ga, po­moc w za­ku­pie le­karstw, wy­ży­wie­niu, je­śli trze­ba – po­szu­ka­my miesz­ka­nia. Li­czy się każ­da po­moc i każ­de wspar­cie na­szej Fun­da­cji. Pro­sty prze­licz­nik: po­da­ruj nam 10 zł, a my ku­pi­my za to 22 pie­lu­chy, któ­re wy­star­czą dziec­ku na trzy dni.

Ile dzie­ci Ksiądz ura­to­wał?

– Nie je­stem w sta­nie po­dać kon­kret­nej licz­by. Tyl­ko Pan Bóg to wie.

Ka­na­dyj­ska obroń­czy­ni ży­cia Ma­ry Wa­gner zo­sta­ła ska­za­na na wię­zie­nie za pi­kie­tę w obro­nie ży­cia nie­na­ro­dzo­nych przed kli­ni­ką abor­cyj­ną i roz­mo­wy z ko­bie­ta­mi, któ­re wcho­dzi­ły tam, aby do­ko­nać abor­cji. Czy Księ­dza spo­ty­ka­ją szy­ka­ny za po­dej­mo­wa­ne dzia­ła­nia?

– Nie mam się co mie­rzyć z Ma­ry Wa­gner. Ow­szem, do­ty­ka mnie wy­ra­ża­na wer­bal­nie lub ge­stem nie­chęć pew­nych osób, któ­re są wro­gie wo­bec ży­cia. Ma to miej­sce zwłasz­cza pod­czas Mar­szu dla Ży­cia w Ber­li­nie. Ma­ry Wa­gner idzie na ca­łość, ona „jest nie­na­ro­dzo­nym”. Mil­czy pod­czas roz­praw, bo nie­na­ro­dze­ni tak­że nie mo­gą mó­wić, by się obro­nić. Wszyst­kim, któ­rzy bro­nią ży­cia, sta­wia wy­so­ko po­przecz­kę: aby nie tyl­ko mó­wić, ale dzia­łać na rzecz tych naj­mniej­szych.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

 

Wstępniak

Magda Guziak-NowakTo mo­je pierw­sze go­dzi­ny

Je­stem naj­młod­szy z ca­łej ro­dzi­ny

Je­stem jak ma­łe zia­ren­ko

Czu­ję, że ży­ję, uro­snę wam pręd­ko!

Ja je­stem, ja czu­ję, ja ży­ję, mo­je ser­ce bi­je...

 

Na na na... Nu­cę so­bie pio­sen­kę... Ar­ki No­ego z głę­bo­kim prze­sła­niem o ży­ciu. Stwier­dzam, że jesz­cze nie je­stem za sta­ra na ta­kie mu­zycz­ne kli­ma­ty.:) Bie­żą­cy nu­mer „Dro­gi” jest – cóż – mo­no­te­ma­tycz­ny. Mo­że my­śli­cie te­raz tak: „A o Bo­żym Na­ro­dze­niu to nie zro­bi­li 28 stron. Al­bo Wiel­ka­noc! Po­dob­no naj­waż­niej­sze świę­to...”. Pew­nie, że naj­waż­niej­sze, to ja­sne jak „Amen” w pa­cie­rzu. Ale pi­sa­nie o spra­wach pro–life to nasz mo­ral­ny obo­wią­zek.

Za­brzmia­ło po­waż­nie i w isto­cie to jest bar­dzo po­waż­na spra­wa. Jan Pa­weł II mó­wił, że – pa­ra­fra­zu­ję – sto­su­nek do da­ru ży­cia jest oce­ną z czło­wie­czeń­stwa. Czy­li po­wiedz mi, czy je­steś go­tów bro­nić ży­cia po­czę­tych dzie­ci, a po­wiem ci, kim je­steś.

A co to zna­czy „bro­nić ży­cia”? Mam am­bi­cję, aby po prze­czy­ta­niu „Dro­gi” to ha­sło już ni­gdy nie by­ło dla nas pu­stym slo­ga­nem. „Bro­nić ży­cia” to mieć wie­dzę, by dys­ku­to­wać na ar­gu­men­ty. Po swo­jej stro­nie ma­my na­ukę i twar­de do­wo­dy – to du­żo. „Bro­nić ży­cia” to mieć więź z Je­zu­sem, któ­ry jest je­go Daw­cą. „Bro­nić ży­cia” to też umac­niać się świa­dec­twa­mi o mi­ło­ści, któ­ra wy­da­je się mi­ło­ścią nie­moż­li­wą, a jed­nak się wy­da­rza. To wszyst­ko znaj­dzie­cie w tym nu­me­rze: por­cję wie­dzy, ar­gu­men­ty „za” i wzru­sza­ją­ce hi­sto­rie.

A je­śli sa­mi dzia­ła­cie w ja­kiejś pro–life’owej gru­pie, ko­niecz­nie się ode­zwij­cie.

Chęt­nie o Was na­pi­sze­my!:) Po­zdro­wie­nia!

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny

 

Wymieniam się z uczniami doświadczeniem wiary

Z Re­na­tą Urba­nik, ka­te­chet­ką, roz­ma­wia Aga­ta Goł­da.

By­cie ka­te­che­tą to po­wo­ła­nie, za­wód, mi­sja…?

– Ka­te­che­ta za swo­ją pra­cę do­sta­je wy­na­gro­dze­nie, wy­ko­nu­je okre­ślo­ne w umo­wie czyn­no­ści, więc jest to je­go za­wód. Jest do te­go przy­go­to­wa­ny po­przez pię­cio­let­nie stu­dia. Jed­nak wy­bie­ra­jąc ka­te­che­ty­kę ja­ko dru­gi kie­ru­nek, nie my­śla­łam, że bę­dę uczyć re­li­gii. By­łam wte­dy na dru­gim ro­ku stu­diów pe­da­go­gicz­nych.

W Dusz­pa­ster­stwie Aka­de­mic­kim prze­ży­wa­li­śmy Se­mi­na­rium Od­no­wy w Du­chu Świę­tym i mój wy­bór był owo­cem tych re­ko­lek­cji. Or­ga­ni­zo­wa­li­śmy z dusz­pa­ster­stwem re­ko­lek­cje ewan­ge­li­za­cyj­ne i po­my­śla­łam so­bie, że ka­te­che­ty­ka mo­że się przy­dać. Skoń­czy­łam stu­dia i nie mo­głam zna­leźć pra­cy. Mo­dli­łam się i na ko­lej­nych re­ko­lek­cjach ksiądz mó­wił, że oprócz mo­dli­twy na­le­ży też ba­dać, czy „po ludz­ku” wy­ko­rzy­sta­li­śmy wszyst­kie moż­li­wo­ści. Przy­po­mnia­łam so­bie, że skoń­czy­łam ka­te­che­ty­kę… Po po­wro­cie zna­jo­my ksiądz po­pro­sił o za­stęp­stwo, póź­niej zło­ży­łam po­da­nie o pra­cę i tak już zo­sta­ło. Ta­ka jest dro­ga mo­je­go po­wo­ła­nia.

foto_01-03_06-2016

Czy trud­no mó­wi się o Pa­nu Bo­gu?

– To za­le­ży od wie­lu czyn­ni­ków. Pan Bóg jest nie­zgłę­bio­ną ta­jem­ni­cą. Te­mat Bo­ga do­ty­ka bar­dzo de­li­kat­nej i in­tym­nej sfe­ry ży­cia czło­wie­ka. Nie za­wsze jest ła­two w tę sfe­rę wcho­dzić, na­ru­szać in­tym­ną więź, ja­ką Bóg ma z każ­dym z nas od mo­men­tu Chrztu św. Do te­go do­cho­dzą ludz­kie ogra­ni­cze­nia i rze­czy­wi­stość szkol­na. Przy­cho­dzą ucznio­wie po spraw­dzia­nie np. z fi­zy­ki i klops, na nic nie ma­ją si­ły. Cza­sem ja mam trud­niej­szy dzień al­bo „wio­dę spór z Pa­nem Bo­giem” i nie mó­wi mi się ła­two, nie mo­gę prze­ka­zać te­go, co za­pla­no­wa­łam. Ale są też lek­cje, na któ­rych od­kry­cia uczniów kom­plet­nie mnie za­ska­ku­ją, a na­wet bu­dzą za­chwyt. Ta­ka wy­mia­na do­świad­cze­nia wia­ry, któ­re bu­du­je więź.

Nie my­ślisz, że ła­twiej uczy­ło­by się in­ne­go przed­mio­tu?

– Ja w ogó­le nie chcia­łam pra­co­wać w szko­le… Nie pla­no­wa­łam być na­uczy­cie­lem, więc nie roz­wa­ża­łam in­nej ewen­tu­al­no­ści. Nie chcia­ła­bym uczyć cze­goś in­ne­go. Nie po­tra­fię po­wie­dzieć, czy by­ło­by mi ła­twiej.

Lek­cja re­li­gii nie mu­si być nud­na. Co moż­na zro­bić, by ją uatrak­cyj­nić?

– Dziś pra­wie każ­dy na­uczy­ciel ko­rzy­sta z mul­ti­me­diów i sto­su­je me­to­dy ak­ty­wi­zu­ją­ce. To po­zwa­la uatrak­cyj­nić lek­cję. Ale jest to po­wszech­ne i nie mu­si „chwy­tać”. Ja naj­bar­dziej lu­bię, gdy ucznio­wie py­ta­ją, gdy te­mat wy­wo­łu­je w nich za­cie­ka­wie­nie. Ostat­nio ucznio­wie po­pro­si­li, aby im po pro­stu opo­wia­dać. To by­ło dla nich cie­ka­we, a wia­ra, jak wia­do­mo, ro­dzi się ze słu­cha­nia.

Co naj­bar­dziej lu­bisz w swo­jej pra­cy?

– Kon­takt z dru­gim czło­wie­kiem i moż­li­wość po­dzie­le­nia się do­świad­cze­niem wia­ry.

W ja­ki spo­sób moż­na się do­sko­na­lić, pra­cu­jąc już w swo­im za­wo­dzie?

– Są róż­ne for­my do­sko­na­le­nia na­uczy­cie­li, obo­wią­zu­ją­ce rów­nież ka­te­che­tów np. szko­le­nio­we ra­dy pe­da­go­gicz­ne. O ka­te­che­tów dba też Wy­dział Ka­te­che­tycz­ny, któ­ry or­ga­ni­zu­je dni sku­pie­nia, re­ko­lek­cje i sym­po­zja ka­te­che­tycz­ne. Do­sko­na­le­nie to tak­że dba­nie o re­la­cję z Bo­giem po­przez oso­bi­stą mo­dli­twę i lek­tu­rę Pi­sma Świę­te­go, bo ka­te­che­za ma roz­brzmie­wać z gó­ry, od Bo­ga.

Co już te­raz mo­gę zro­bić, je­śli chcę zo­stać ka­te­che­tą?

– Mo­żesz py­tać Bo­ga, czy to two­je miej­sce w Ko­ście­le. Je­śli masz ta­kie pra­gnie­nie, opo­wiedz o nim Je­zu­so­wi, a for­mal­nie za­in­te­re­suj się stu­dia­mi z teo­lo­gii.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

 

W PIGUŁCE:

PREDYSPOZYCJE: em­pa­tia, pa­sja, od­po­wie­dzial­ność, pew­ność sie­bie, za­an­ga­żo­wa­nie, cier­pli­wość, wraż­li­wość, ła­twy kon­takt z dzieć­mi i mło­dzie­żą, by­cie kon­se­kwent­nym i spra­wie­dli­wym.

SZKOŁA/WYKSZTAŁCENIE: trze­ba ukoń­czyć stu­dia wyż­sze z teo­lo­gii oraz kurs lub stu­dia pe­da­go­gicz­ne.

OBOWIĄZKI: pro­wa­dze­nie lek­cji, spraw­dza­nie wie­dzy uczniów (kart­ków­ki, kla­sów­ki, od­py­ty­wa­nie), przy­go­to­wy­wa­nie się do każ­dej lek­cji, bra­nie udzia­łu w ra­dach pe­da­go­gicz­nych i… pra­ca w do­mu. Ka­te­che­ta ma obo­wią­zek współ­pra­co­wać z pa­ra­fią oraz brać udział w sym­po­zjach ka­te­che­tycz­nych, dniach sku­pie­nia i re­ko­lek­cjach.

 

Polski dzień pierwszy

Akt do­ko­na­ny w 966 ro­ku jest po dziś dzień naj­waż­niej­szym i naj­bar­dziej de­cy­du­ją­cym po­su­nię­ciem po­li­tycz­no- -kul­tu­ro­wym w ca­łej hi­sto­rii Pol­ski” – na­pi­sał przed la­ty w swym „Ka­len­da­rzu hi­sto­rycz­nym”, wy­bit­ny hi­sto­ryk Je­rzy Ło­jek. Przy­ję­cie Chrztu św. przez księ­cia Miesz­ka I, mi­mo iż wy­da­rzy­ło się przed 1050 la­ty, ma swe kon­se­kwen­cje do dziś. I bę­dzie je mia­ło, do­pó­ki bę­dzie ist­nieć Pol­ska.

Rok 966 jest uwa­ża­ny za po­czą­tek pań­stwa pol­skie­go, któ­re dzię­ki od­waż­nej de­cy­zji Miesz­ka I zna­la­zło się w krę­gu za­chod­niej kul­tu­ry ła­ciń­skiej, nie tyl­ko przyj­mu­jąc jej du­cho­we, kul­tu­ro­we, spo­łecz­ne i go­spo­dar­cze osią­gnię­cia, ale z cza­sem wno­sząc w nie swój wkład.

foto_01-02_06-2016

W mo­rzu po­gań­stwa

Dla­cze­go pierw­szy hi­sto­rycz­ny ksią­żę Po­lan zde­cy­do­wał się na przy­ję­cie Chrztu św.? Naj­now­sze ba­da­nia hi­sto­rycz­ne wska­zu­ją, iż naj­praw­do­po­dob­niej skło­ni­ło go do te­go oso­bi­ste na­wró­ce­nie – uwie­rzył, iż chrze­ści­jań­ski Bóg jest po­tęż­niej­szy od tych po­gań­skich, któ­rym od­da­wa­no cześć od po­ko­leń. W krót­kiej per­spek­ty­wie wię­cej ry­zy­ko­wał niż zy­ski­wał, ale jed­nak pod­jął tę de­cy­zję – jak dzi­siaj już wie­my, opatrz­no­ścio­wą dla na­szych dzie­jów, co pod­kre­ślił św. Jan Pa­weł II: „Ko­ściół przy­niósł Pol­sce Chry­stu­sa – to zna­czy klucz do ro­zu­mie­nia tej wiel­kiej i pod­sta­wo­wej rze­czy­wi­sto­ści, ja­ką jest czło­wiek”.

Miesz­ko I roz­po­czął swe rzą­dy za­pew­ne ok. ro­ku 960. W tym cza­sie naj­więk­sze i naj­sil­niej­sze pań­stwa w Eu­ro­pie by­ły już chrze­ści­jań­skie, ale zie­mie Miesz­ka I wciąż ota­cza­ły głów­nie kra­je i lu­dy po­gań­skie. Wia­ry w Chry­stu­sa nie wy­zna­wa­li są­sia­du­ją­cy z Po­la­na­mi Pru­so­wie, Wie­le­ci a tak­że Ruś i Wę­gry. Chrze­ści­jań­skie Ce­sar­stwo Nie­miec­kie do­pie­ro zbli­ża­ło się do na­szych gra­nic i za rzą­dów Miesz­ka nie za­gra­ża­ło Pol­sce, a sto­sun­ki z nim do koń­ca pa­no­wa­nia księ­cia ukła­da­ły się do­brze.

Ksią­żę Po­lan wi­dział jed­nak, że pań­stwa po­gań­skie uwa­ża­ne są w Eu­ro­pie za gor­sze. Wład­cy ta­cy jak on nie mo­gli się rów­nać nie tyl­ko z ce­sa­rzem, ale i z nie­miec­ki­mi ksią­żę­ta­mi, a tak­że np. z księ­ciem Cze­chów. Chrze­ści­jań­stwo nio­sło ze so­bą no­we war­to­ści i tra­dy­cje, ale i ry­zy­ko. Wia­ra w je­dy­ne­go Bo­ga mo­gła bo­wiem z cza­sem zjed­no­czyć i umoc­nić mło­de pań­stwo Po­lan, ale wpro­wa­dze­nie re­li­gii Chry­stu­sa w ca­łym kra­ju nie by­ło ła­twe. Lu­dzie, od po­ko­leń od­da­ją­cy cześć po­gań­skim bo­gom, mo­gli bać się ich ze­msty, a ka­pła­ni nie chcieć stra­cić swo­jej uprzy­wi­le­jo­wa­nej po­zy­cji, co wy­wo­ła­ło­by bunt prze­ciw­ko no­wej re­li­gii. Jed­nak ksią­żę i je­go oto­cze­nie pod­ję­li to wy­zy­wa­nie. Mu­sia­ły na tym za­wa­żyć ich oso­bi­ste prze­ko­na­nia i wia­ra, że to Chry­stus jest praw­dzi­wym Bo­giem i dla­te­go zwy­cię­ży wszel­kie prze­ciw­no­ści.

Wiel­ka So­bo­ta 14 kwiet­nia 966 r.

W 965 r. do Miesz­ka przy­by­ła chrze­ści­jań­ska księż­nicz­ka cze­ska, Do­bra­wa, któ­rą ksią­żę chciał po­ślu­bić. Nie by­ło żad­nych trud­no­ści w po­ro­zu­mie­niu się, po­nie­waż w tam­tym cza­sie ję­zyk pol­ski i cze­ski brzmia­ły nie­mal jed­na­ko­wo. Róż­ni­ce po­ja­wi­ły się do­pie­ro kil­ka wie­ków póź­niej – Do­bra­wa i przy­by­li z nią du­chow­ni mo­gli mieć co naj­wy­żej nie­co in­ny ak­cent. To oni ja­ko pierw­si prze­ka­zy­wa­li na­sze­mu księ­ciu i je­go lu­do­wi praw­dy wia­ry. Ak­cję chry­stia­ni­za­cyj­ną po­prze­dzi­ły przy­go­to­wa­nia. W każ­dą śro­dę i so­bo­tę ksią­żę brał udział w Mszach św. od­pra­wia­nych tyl­ko dla nie­go i słu­chał na­uk o za­sa­dach chrze­ści­jań­stwa. Du­ży wpływ na po­zna­nie przez nie­go Ewan­ge­lii mia­ła sa­ma Do­bra­wa.

Co do miej­sca i dzien­nej da­ty chrztu Pol­ski ist­nie­ją wąt­pli­wo­ści. Naj­mniej­sze wy­wo­łu­je sa­ma da­ta – naj­praw­do­po­dob­niej by­ło to w Wiel­ką So­bo­tę, czy­li 14 kwiet­nia 966 r. Wte­dy cze­scy du­chow­ni trzy­krot­nie za­nu­rzy­li Miesz­ka i wy­bra­nych człon­ków z je­go oto­cze­nia w wo­dzie świę­co­nej w chrzciel­ni­cy. Po­waż­niej­szy spór wio­dą hi­sto­ry­cy o miej­sce Chrztu – czy był to Ostrów Led­nic­ki, Po­znań a mo­że Gnie­zno? Tu nie ma jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi. Dwa la­ta póź­niej w 968 r. Jor­dan zo­stał usta­no­wio­ny pierw­szym mi­syj­nym bi­sku­pem w Po­zna­niu, choć nie­któ­rzy wska­zu­ją też na pierw­szą sto­li­cę bi­sku­pią w Gnieź­nie. Bi­skup Jor­dan bez­po­śred­nio pod­le­gał Rzy­mo­wi.

 

Ja­ro­sław Sza­rek

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Szokująca miłość Boga

Nie by­ło ła­two. W 1959 r. na proś­bę pol­skich bi­sku­pów (!) Ko­ściół za­ka­zał kul­tu Bo­że­go Mi­ło­sier­dzia. Na szczę­ście hi­sto­ria się od­wró­ci­ła i dziś ca­ły świat czy­ta za­pi­ski nie­wy­kształ­co­nej za­kon­ni­cy.

Kto mógł prze­wi­dzieć, że ma­ła He­len­ka, po­cho­dzą­ca z ubo­giej pol­skiej ro­dzi­ny (dzie­wię­cio­ro ro­dzeń­stwa!), zo­sta­nie zna­ną na ca­łym świe­cie świę­tą? Tyl­ko Pan Bóg. Świę­ta Fau­sty­na, bo o niej mo­wa, uro­dzi­ła się w 1905 r. Już w wie­ku 7 lat wie­dzia­ła, że chce wstą­pić do klasz­to­ru i do­pię­ła swe­go. Wstą­pi­ła do Zgro­ma­dze­nia Sióstr Mat­ki Bo­żej Mi­ło­sier­dzia. Choć umar­ła, ma­jąc za­le­d­wie 33 la­ta, po­zo­sta­wi­ła po so­bie coś nie­zwy­kłe­go. To dzię­ki niej ca­ły świat zna na­bo­żeń­stwo do Mi­ło­sier­dzia Bo­że­go, słyn­ny ob­raz z na­pi­sem „Je­zu, ufam To­bie” i co­raz wię­cej osób za­czy­tu­je się w na­pi­sa­nym przez nią Dzien­nicz­ku. – Nie wy­obra­żam so­bie świa­ta bez mi­ło­sier­dzia Bo­że­go – mó­wi s. M. Elż­bie­ta Sie­pak, rzecz­nik pra­so­wy Zgro­ma­dze­nia Sióstr Mat­ki Bo­żej Mi­ło­sier­dzia i Sank­tu­arium w Kra­ko­wie- Ła­giew­ni­kach. – Świat bez nie­go by nie ist­niał. Ani anio­ło­wie, ani czło­wiek. Wszyst­ko, co jest do­bre w świe­cie i w czło­wie­ku, jest moż­li­we wła­śnie dzię­ki Bo­że­mu mi­ło­sier­dziu. To mi­łość mi­ło­sier­ne­go Bo­ga nie­sie czło­wie­ka – do­da­je sio­stra.

foto_01-01_06-2016

 

Wi­ze­ru­nek mi­ło­sier­dzia

22 lu­te­go 1931 s. Fau­sty­nie ob­ja­wił się Pan Je­zus. „Wie­czo­rem, kie­dy by­łam w ce­li, uj­rza­łam Pa­na Je­zu­sa ubra­ne­go w sza­cie bia­łej. Jed­na rę­ka wznie­sio­na do bło­go­sła­wień­stwa, a dru­ga do­ty­ka­ła sza­ty na pier­siach. Z uchy­le­nia sza­ty na pier­siach wy­cho­dzi­ły dwa wiel­kie pro­mie­nie, je­den czer­wo­ny, a dru­gi bla­dy. W mil­cze­niu wpa­try­wa­łam się w Pa­na, du­sza mo­ja by­ła prze­ję­ta bo­jaź­nią, ale i ra­do­ścią wiel­ką. – Po chwi­li po­wie­dział mi Je­zus: Wy­ma­luj ob­raz we­dług ry­sun­ku, któ­ry wi­dzisz, z pod­pi­sem: Je­zu, ufam To­bie. Pra­gnę, aby ten ob­raz czczo­no naj­pierw w ka­pli­cy wa­szej i na ca­łym świe­cie” – tak opi­sa­ła to ob­ja­wie­nie (Dzien­ni­czek, 47). Po­słusz­na po­le­ce­niu Pa­na Je­zu­sa, s. Fau­sty­na oso­bi­ście pil­no­wa­ła, by zo­stał On moż­li­wie jak naj­wier­niej od­da­ny na ob­ra­zie. Pierw­szą „wer­sję” na­ma­lo­wał Eu­ge­niusz Ka­zi­mi­row­ski i dzie­ło to znaj­du­je się w Wil­nie. Na­to­miast wi­ze­ru­nek Je­zu­sa Mi­ło­sier­ne­go, któ­ry wszy­scy zna­my, to wo­tum Adol­fa Hy­ły za oca­le­nie ro­dzi­ny w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. Hy­ła ofia­ro­wał go do ka­pli­cy klasz­tor­nej ła­giew­nic­kie­go Sank­tu­arium Bo­że­go Mi­ło­sier­dzia. Na nim speł­ni­ły się sło­wa Je­zu­sa. Ob­raz jest bo­wiem czczo­ny w ka­pli­cy sióstr i na ca­łym świe­cie. Jest wi­zu­al­nym zna­kiem orę­dzia Mi­ło­sier­dzia: uka­zu­je mi­ło­sier­dzie Bo­ga i mó­wi o na­szej od­po­wie­dzi na nie, któ­ra stresz­cza się w uf­no­ści wo­bec Bo­ga i mi­ło­sier­dziu dla bliź­nich.

Na­rzę­dzia w ludz­kich rę­kach

Naj­krót­szą mo­dli­twą do Mi­ło­sier­dzia Bo­że­go jest akt: „Je­zu, ufam To­bie”. Po­za nią Pan Je­zus zo­sta­wił s. Fau­sty­nie coś spe­cjal­ne­go – ko­ron­kę do Mi­ło­sier­dzia Bo­że­go. Jej sło­wa przy­szła świę­ta usły­sza­ła pod­czas ko­lej­nej wi­zji. Ob­ja­wił jej się anioł, któ­ry przy­szedł uka­rać zie­mię za grze­chy. Fau­sty­na usły­sza­ła i za­czę­ła po­wta­rzać sło­wa ko­ron­ki. To oca­li­ło zie­mię przed Bo­żym gnie­wem. Ko­lej­ne­go dnia sam Pan Je­zus prze­ka­zał za­kon­ni­cy szcze­gó­ło­we wy­tycz­ne od­no­śnie do tej mo­dli­twy, któ­ra po­tem zo­sta­ła prze­tłu­ma­czo­na na wie­le ję­zy­ków, w tym na na­rze­cza afry­kań­skie!

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak

Magda Guziak-NowakDro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Gdy pla­no­wa­li­śmy te­mat nu­me­ru o Bo­żym Mi­ło­sier­dziu, nie przy­szło mi do gło­wy, że sta­nie się on dla mnie in­spi­ra­cją do do­bre­go prze­ży­cia koń­ców­ki Wiel­kie­go Po­stu. A te­raz, kie­dy oglą­dam prób­ne wy­dru­ki, kłu­ją mnie w oczy pu­ste li­nij­ki na str. 6–7, za­re­zer­wo­wa­ne na „mój uczy­nek”. Ko­lej­ne wy­ma­ga­nie, ko­lej­na po­przecz­ka. Po pro­stu ide­al­ny „tre­ning” na pod­su­mo­wa­nie wiel­ko­post­nych wy­rze­czeń. Ale uwa­ga! To nie jest bieg na czas – kto szyb­ciej za­li­czy 14 uczyn­ków – lecz eg­za­min z mi­ło­ści.

Dla­cze­go z mi­ło­ści? Bo im dłu­żej o tym my­ślę, tym bar­dziej utwier­dzam się w prze­ko­na­niu, że speł­nia­nie uczyn­ków mi­ło­sier­dzia co do du­szy i cia­ła jest mi bar­dzo po­trzeb­ne. To prze­strzeń, w któ­rej mo­gę wy­pró­bo­wać mo­ją mi­łość na wszyst­kich fron­tach: czy trosz­czę się o cho­rych, czy się mo­dlę, czy po­tra­fię po­cie­szyć, czy chęt­nie dzie­lę się swo­imi pie­niędz­mi, czy je­stem cier­pli­wa i wy­ro­zu­mia­ła, kie­dy do­świad­czam zra­nie­nia, czy…? Uff. Kie­dy pa­trzę na uczyn­ki z tej per­spek­ty­wy, je­stem tro­chę… prze­ra­żo­na? Tak, to do­bre sło­wo, bo prze­cież cią­gle nie do­ra­stam Je­zu­so­wi do pięt! Ale obok prze­ra­że­nia czu­ję też ulgę – do­bry Bóg po­wie­dział nam, co ro­bić, aby dojść do zba­wie­nia. Kon­kret­nie, ka­wa to na ła­wę.

To lu­bię.:) A gdy już przy zba­wie­niu je­ste­śmy, przyj­mij­cie naj­ser­decz­niej­sze ży­cze­nia! Zbli­ża­ją się naj­wspa­nial­sze świę­ta w ro­ku. Oby w każ­de­go smu­ta­sa wla­ły na­dzie­ję i praw­dzi­wą ra­dość! Po­zdro­wie­nia!

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny

 

Bóg dał mi znak. Świadectwo

JOASIA: Na dwa ty­go­dnie przed kon­cer­tem je­den z głów­nych so­li­stów się roz­cho­ro­wał. Szu­ka­li­śmy za­stęp­stwa. Od­po­wie­dział Łu­kasz, ale mógł do­łą­czyć do­pie­ro po ty­go­dniu. Zgo­dzi­łam się. Nie wie­dzia­łam, dla­cze­go nie mo­że wcze­śniej. Za­ufa­łam.

ŁUKASZ: Mia­łem za­pla­no­wa­ne week­en­do­we re­ko­lek­cje w mil­cze­niu. Nie chcia­łem z nich re­zy­gno­wać.

JOASIA: Od pierw­sze­go spo­tka­nia, czu­łam, że mu się po­do­bam. Pró­bo­wał się do mnie zbli­żyć. Był do­brym so­li­stą, cie­szy­łam się, że zgo­dził się na to za­stęp­stwo, ale nie od­po­wia­dał mi je­go spo­sób by­cia. Mia­łam go za za­du­fa­ne­go. Nie chcia­łam, że­by od­czy­ty­wał mo­ją życz­li­wość ja­ko ozna­ki za­in­te­re­so­wa­nia. Po­za tym mia­łam za­sa­dę: nie wią­zać się z ludź­mi z bran­ży.

foto_03-01_05-2016

ŁUKASZ: Zo­ba­czy­łem Jo­asię. Za­in­te­re­so­wa­ła mnie. Atrak­cyj­na ko­bie­ta, do te­go pew­na sie­bie, zde­cy­do­wa­na, jak to dy­ry­gent­ka. By­ła nie­do­stęp­na, co krok to ścia­na, ale fa­cet mu­si mieć wy­zwa­nie, mu­si się po­sta­rać.

JOASIA: Dwa ty­go­dnie po kon­cer­cie do­sta­łam smsa, że jest w mo­im ro­dzin­nym mie­ście, bę­dzie miał tro­chę wol­ne­go cza­su, ni­ko­go tu nie zna, mo­że zgo­dzi­ła­bym się na wspól­ny obiad? Oba­wia­łam się, że spo­tka­nie bę­dzie przy­kre, bę­dę mu­sia­ła po­wie­dzieć: „Sor­ry, ale nie je­stem za­in­te­re­so­wa­na”. Jed­nak czło­wiek, któ­ry przy­szedł na spo­tka­nie, to nie ten, ja­kie­go zna­łam. Był ra­do­sny i bez­po­śred­ni. Gdy kel­ner przy­niósł da­nie, naj­pierw się prze­że­gnał. Po­my­śla­łam: „Co z te­go, że jest z bran­ży waż­ne, że ser­ce ma we wła­ści­wym miej­scu”. Bóg dał mi sy­gnał, aby dać mu szan­sę. Miał być obiad, a skoń­czy­ło się rand­ką do póź­na. Opro­wa­dza­łam go po mo­ich ulu­bio­nych miej­scach, pod­czas dłu­gich roz­mów oka­za­ło się, że ma­my te sa­me war­to­ści, pra­gnie­nia.

ŁUKASZ: Jo­asia po­czu­ła się w obo­wiąz­ku by­cia prze­wod­nicz­ką, jeź­dzi­li­śmy po War­sza­wie, aż skoń­czy­li­śmy na łód­kach przy Pa­ła­cu w Wi­la­no­wie.

JOASIA: Ty­dzień póź­niej urzą­dza­łam uro­dzi­ny. Od­rzu­ci­łam je­go ofer­tę po­mo­cy. Ale on i tak uparł się mi po­móc.

ŁUKASZ: Mia­łem do­syć tej skrom­no­ści, te­go uda­wa­nia, po­wie­dzia­łem: „Przy­jeż­dżam”.

JOASIA: No­sił za mną za­ku­py, prze­su­wał me­ble, a w kuch­ni czuł się tak swo­bod­nie, jak­by był ide­al­nie pa­su­ją­cym ele­men­tem jej wy­po­sa­że­nia. Gdy wszy­scy wy­szli, przy ro­man­tycz­nym szu­mie zmy­war­ki, za­czę­li­śmy mó­wić o swo­ich uczu­ciach i po­sta­no­wi­li­śmy spró­bo­wać być ra­zem, mi­mo że miesz­ka­my w dwóch róż­nych mia­stach. Po pię­ciu mie­sią­cach Łu­kasz się oświad­czył i pod­jął de­cy­zję o prze­pro­wadz­ce.

ŁUKASZ: Ślub pla­no­wa­li­śmy od ra­zu. De­cy­zja pod­ję­ta, na co cze­kać?

JOASIA: Prze­szli­śmy pró­bę, bo cze­ka­jąc na miesz­ka­nie, któ­re mia­ło zwol­nić się la­da dzień, a dzień ten się od­su­wał, na­rze­czo­ny miesz­kał u mnie. Pod­jął już za­wo­do­we zo­bo­wią­za­nia. Był tro­chę jak przy­gar­nię­ty bez­dom­ny, dwa mie­sią­ce na wa­liz­kach. Bar­dzo nas to zbli­ży­ło, choć dla lu­dzi po­sta­na­wia­ją­cych czy­stość przed­mał­żeń­ską, to du­że wy­zwa­nie.

ŁUKASZ: Miesz­ka­nie ra­zem przed ślu­bem jest po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nie wy­god­ne. Pra­gnie się tej uko­cha­nej oso­by i moż­na ją ła­two skrzyw­dzić. Ale przy­go­to­wa­ło to nas na okre­sy wstrze­mięź­li­wo­ści w mał­żeń­stwie. Mo­dli­twa da­wa­ła nam si­łę, ale jak coś ku­si, to nie oszu­kuj­my się, że je­ste­śmy sil­ni. Z grze­chem się nie wal­czy, przed grze­chem się ucie­ka.

JOASIA: Przy ni­kim in­nym nie czu­łam się tak do­brze. Nikt nie da­wał mi ta­kie­go po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Nie je­ste­śmy zgod­ni we wszyst­kim, ale w klu­czo­wych spra­wach – tak. Wie­dzia­łam od po­cząt­ku, że je­śli dzie­ci, to z tym czło­wie­kiem, a rok od za­rę­czyn już spo­dzie­wa­li­śmy się dziec­ka.

ŁUKASZ: Kie­dy spo­ty­ka się dwo­je lu­dzi, któ­rzy chcą być ra­zem, myśl o dziec­ku na­su­wa się sa­ma, pra­gną prze­ka­zy­wać ży­cie. Za­wsze chcia­łem być ta­tą.

 

oprac. Do­mi­ni­ka Pu­ty­ra

 

Historia wielkiego kłamstwa

Hi­sto­ria le­ga­li­za­cji abor­cji w USA to hi­sto­ria wiel­kie­go kłam­stwa i wiel­kiej ludz­kiej krzyw­dy. Hi­sto­ria tra­ge­dii, któ­ra po­chło­nę­ła wię­cej ist­nień ludz­kich niż II woj­na świa­to­wa.

21-let­nia roz­wie­dzio­na, bez­dom­na, prze­ra­żo­na dziew­czy­na za­cho­dzi w trze­cią cią­żę. Dwo­je wcze­śniej na­ro­dzo­nych dzie­ci prze­ka­za­ła ro­dzi­nom za­stęp­czym, to sa­mo pla­nu­je zro­bić z ma­leń­stwem, któ­re no­si pod ser­cem. Kon­tak­tu­je się z agen­cją ad­op­cyj­ną, a ta prze­ka­zu­je jej spra­wę dwóm mło­dym i sza­le­nie am­bit­nym praw­nicz­kom, któ­re wła­śnie szu­ka­ją spra­wy, od któ­rej mo­gły­by za­cząć swo­ją ka­rie­rę. Pa­nie dwu­krot­nie za­pra­sza­ją Nor­mę McCo­rvey – tak na­zy­wa­ła się dziew­czy­na – na pi­wo i piz­zę. Pod­su­wa­ją jej do pod­pi­sa­nia oświad­cze­nie, że cią­ża by­ła wy­ni­kiem gwał­tu, a Nor­ma do­ma­ga­ła się abor­cji. Dziew­czy­na pod­pi­su­je, na­wet go nie czy­ta­jąc, szczę­śli­wa, że w koń­cu ktoś się nią za­in­te­re­so­wał i obie­cał po­moc. Nie wie na­wet, na czym do­kład­nie po­le­ga abor­cja. Mó­wią jej, że to usu­nię­cie zlep­ka ko­mó­rek, nic nie­zna­czą­cej ma­sy. Od tej po­ry ma wy­stę­po­wać w pra­sie pod pseu­do­ni­mem Ja­ne Roe i po­wta­rzać to, co po­wie­dzą jej praw­nicz­ki. Tak roz­po­czy­na się spra­wa Roe vs. Wa­de, na mo­cy któ­rej za­le­ga­li­zo­wa­no abor­cję w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

foto_02-01_05-2016

22 stycz­nia 1973 r. Sąd Naj­wyż­szy USA wy­dał wy­rok oba­la­ją­cy obo­wią­zu­ją­ce do­tąd pra­wo chro­nią­ce ży­cie. Swo­ją de­cy­zję uza­sad­nił ko­niecz­no­ścią prze­strze­ga­nia czter­na­stej po­praw­ki do kon­sty­tu­cji, mó­wią­cej o pra­wie do pry­wat­no­ści, i przy­znał Nor­mie McCo­rvey pra­wo do do­ko­na­nia abor­cji. Na szczę­ście, w jej przy­pad­ku by­ło już za póź­no na ta­ką de­cy­zję – kil­ku­let­nie ży­we i zdro­wie dziec­ko tra­fi­ło do ko­cha­ją­cej ro­dzi­ny ad­op­cyj­nej.

Jed­nak w USA obo­wią­zu­je pra­wo pre­ce­den­su tzn. je­śli w jed­nej spra­wie sę­dzia Są­du Naj­wyż­sze­go orzek­nie w da­ny spo­sób, ża­den in­ny sę­dzia nie mo­że w ta­kiej sa­mej spra­wie orzec ina­czej. Cór­ka Nor­my by­ła bez­piecz­na, ale de­cy­zja są­du oka­za­ła się brze­mien­na w skut­kach. Od 1973 r. w Sta­nach Zjed­no­czo­nych za­bi­to w wy­ni­ku abor­cji 50 mi­lio­nów dzie­ci nie­na­ro­dzo­nych.

W „na­gro­dę” za­pro­po­no­wa­no Nor­mie pra­cę w kli­ni­ce abor­cyj­nej. Choć osta­tecz­nie sa­ma ni­gdy nie do­ko­na­ła abor­cji, po­cząt­ko­wo nie mia­ła mo­ral­nych opo­rów przed te­go ro­dza­ju dzia­ła­nia­mi. Li­czy­ły się dla niej tyl­ko pie­nią­dze, któ­re mo­gła za­ro­bić. Wkrót­ce jed­nak pew­ne prak­ty­ki zwią­za­ne z abor­cją wy­da­ły się jej nie­tycz­ne. Wspo­mi­na­ła o przy­pad­ku, kie­dy abor­ter uda­wał, że prze­pro­wa­dza abor­cję u dziew­czy­ny, któ­ra wca­le nie by­ła w cią­ży, tyl­ko po to, aby otrzy­mać od niej pie­nią­dze. In­nym ra­zem ka­za­no jej zło­żyć w ca­łość roz­czło­no­wa­ne cia­ło dziec­ka, po­cho­dzą­ce z póź­nej abor­cji, aby upew­nić się, że żad­ne frag­men­ty nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka nie po­zo­sta­ły w ma­ci­cy mat­ki. Nie trze­ba do­da­wać, że „za­da­nie” moc­no ją zszo­ko­wa­ło. Cza­rę go­ry­czy prze­la­ło coś in­ne­go. Nor­ma przez przy­pa­dek zaj­rza­ła do za­mra­żal­ni­ka, w któ­rym prze­cho­wy­wa­no czę­ści cia­ła za­bi­tych dzie­ci. Rzu­ci­ła pra­cę w kli­ni­ce. Mia­ła już dość te­go, że głów­nym ce­lem jej dzia­łań by­ło za­ro­bie­nie mi­ni­mum 40 tys. do­la­rów co week­end. Za­wsze się uda­wa­ło.

Obec­nie Nor­ma McCo­rvey dzia­ła w ru­chu pro-li­fe, a swo­ją zgo­dę na uczest­ni­cze­nie w abor­cyj­nym pro­ce­sie uwa­ża za naj­więk­szą ży­cio­wą po­mył­kę. Czu­je się oszu­ka­na przez praw­nicz­ki, któ­rym za­le­ża­ło je­dy­nie na pre­sti­żu, ja­ki mo­gły zy­skać dzię­ki pre­ce­den­so­wej spra­wie i przez lu­dzi pra­cu­ją­cych w prze­my­śle abor­cyj­nym, któ­rym za­le­ża­ło je­dy­nie na pie­nią­dzach, ja­kie za­ro­bią dzię­ki wy­ro­ko­wi są­du. Przy­ję­ła Chrzest św. w Ko­ście­le ka­to­lic­kim i za­ufa­ła Chry­stu­so­wi, któ­ry jest Bo­giem Mi­ło­sier­dzia. Każ­de­go ro­ku 22 stycz­nia, w rocz­ni­cę za­koń­cze­nia spra­wy Roe vs. Wa­de, przed bu­dyn­kiem Są­du Naj­wyż­sze­go w Wa­szyng­to­nie gro­ma­dzą się set­ki ty­się­cy Ame­ry­ka­nów i uczest­ni­czą w naj­więk­szym na świe­cie mar­szu dla ży­cia. Więk­szość z nich to lu­dzie bar­dzo mło­dzi, ma­ją­cy po kil­ka­na­ście lat. Nio­są trans­pa­ren­ty z na­pi­sa­mi: „Mo­je po­ko­le­nie po­wstrzy­ma abor­cję”.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Szukaj i eksperymentuj

Kim bę­dziesz, gdy do­ro­śniesz?” – py­ta­li ro­dzi­ce i dziad­ko­wie. „Pio­sen­kar­ką, kwia­ciar­ką al­bo ste­war­de­są” – od­po­wia­da­łam. Osta­tecz­nie zo­sta­łam… bio­lo­giem i dzien­ni­kar­ką. Mo­gę te­raz świa­do­mie na­pi­sać: war­to do­brze wy­brać, bo etat na osiem go­dzin to nie­mal dwa ty­sią­ce go­dzin w pra­cy rocz­nie!

To bę­dą ba­na­ły, ale praw­dzi­we. Wy­bór za­wo­du to de­cy­zja, któ­rą mu­sisz pod­jąć. Pra­ca po­win­na być nie tyl­ko źró­dłem do­cho­du, ale tak­że sa­tys­fak­cji. To waż­ny krok w przy­szłość, dla­te­go nie po­wi­nien być sta­wia­ny po­chop­nie. Uff…

foto_01-01_05-2016

Na ca­łe ży­cie?

W Pol­sce do nie­daw­na wy­bór za­wo­du uwa­ża­ny był za de­cy­zję po­dej­mo­wa­ną raz w ży­ciu. Jesz­cze na­si dziad­ko­wie pra­co­wa­li w jed­nej fir­mie 40 lat. To się zmie­ni­ło i pod wzglę­dem za­trud­nie­nia upo­dab­nia­my się do kra­jów Eu­ro­py Za­chod­niej, gdzie pra­cow­nik nie tyl­ko czę­sto zmie­nia miej­sce pra­cy, ale tak­że zmu­szo­ny jest do zmia­ny za­wo­du. Obec­nie je­dy­nym pew­ni­kiem na ryn­ku pra­cy jest zmia­na. Aby zna­leźć za­trud­nie­nie, trze­ba prze­kwa­li­fi­ko­wy­wać się na­wet kil­ka ra­zy. Czy moż­na się do te­go przy­go­to­wać?

– War­to roz­wi­jać róż­no­rod­ne za­in­te­re­so­wa­nia – ra­dzi psy­cho­log pa­ni Ewa Ko­siń­ska. – Ogrom­ną ro­lę do speł­nie­nia ma tu dom ro­dzin­ny. W jed­nych ro­dzi­nach ma­łym dzie­ciom czy­ta się ksią­żecz­ki, star­szym pod­su­wa się sa­mo­dziel­ną lek­tu­rę, do­bie­ra od­po­wied­nie pro­gra­my w te­le­wi­zji, da­je ma­te­riał do le­pie­nia, wy­ci­na­nia, ry­so­wa­nia. W in­nych dziec­ko jest pusz­czo­ne sa­mo­pas lub dla „świę­te­go spo­ko­ju” sa­dza­ne jest przed te­le­wi­zo­rem lub kom­pu­te­rem. Ta­kie mar­no­wa­nie cza­su ni­cze­mu nie słu­ży – prze­strze­ga pa­ni Ewa.

Waż­ne jest więc od­po­wied­nie wy­ko­rzy­sta­nie wol­ne­go cza­su. Moż­na go prze­zna­czyć np. na na­ukę ję­zy­ków ob­cych, roz­wi­ja­nie ta­len­tów ar­ty­stycz­nych, spor­to­wych i kom­pu­te­ro­wych. Kształ­to­wa­niu za­in­te­re­so­wań sprzy­ja rów­nież udział w kół­kach szkol­nych, har­cer­stwie, sa­mo­rzą­dzie. Róż­no­rod­ne za­in­te­re­so­wa­nia plus wia­do­mo­ści i umie­jęt­no­ści bar­dzo po­ma­ga­ją, gdy trze­ba pod­jąć de­cy­zję o wy­bo­rze za­wo­du lub prze­kwa­li­fi­ko­wa­niu się.

Co brać pod uwa­gę?

Róż­ne za­wo­dy i spe­cjal­no­ści sta­wia­ją pra­cow­ni­kom od­mien­ne wy­ma­ga­nia zdro­wot­ne, psy­chicz­ne i spo­łecz­ne. Dla­te­go przed wy­bo­rem za­wo­du i dro­gi kształ­ce­nia war­to za­sta­no­wić się nad swo­im sta­nem zdro­wia i kon­dy­cją fi­zycz­ną. Elek­tro­mon­te­ro­wi i kar­dio­chi­rur­go­wi po­trzeb­ny jest do­bry wzrok, den­ty­sta i fry­zjer­ka po­win­ni mieć zdro­we no­gi. Pra­cow­ni­cy bu­dow­nic­twa mu­szą być od­por­ni na zmien­ne wa­run­ki po­go­do­we, a przy­szli na­uczy­cie­le mieć spraw­ne gar­dła. Pra­ca w py­le al­bo z che­mi­ka­lia­mi jest nie­wska­za­na przy uczu­le­niach i aler­giach.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.