Zabiłam swoje dziecko. Żałuję

Od kil­ku lat miesz­kam w Wiel­kiej Bry­ta­nii, gdzie abor­cja jest po­wszech­nie do­stęp­na. Ni­gdy nie my­śla­łam, że bę­dę ko­rzy­stać z tej moż­li­wo­ści. Kil­ka ty­go­dni przed ukoń­cze­niem stu­diów ma­gi­ster­skich do­wie­dzia­łam się o cią­ży.

Pła­ka­łam na zmia­nę ze szczę­ścia i smut­ku, a tak­że ze stra­chu. Jesz­cze te­go sa­me­go dnia po­wie­dzia­łam o dziec­ku mo­je­mu chło­pa­ko­wi (Hin­du­so­wi). On zro­bił wszyst­ko, by mnie prze­ko­nać, że abor­cja bę­dzie dla nas naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Wie­dzia­łam, że nie bę­dzie oj­cem dla te­go dziec­ka. A co ja, ja­ko sa­mot­na mat­ka pra­cu­ją­ca na pół eta­tu, mo­głam mu dać? Po­nad­to ba­łam się re­ak­cji na­szych ro­dzin.

Bę­dąc pod pre­sją, zde­cy­do­wa­łam się na abor­cję. Pie­lę­gniar­ki w szpi­ta­lu by­ły bar­dzo mi­łe, a ja nie ro­zu­mia­łam dla­cze­go. Prze­cież za­bi­ja­łam swo­je dziec­ko. Pa­mię­tam tyl­ko ból fi­zycz­ny i wi­dok za­rod­ka w szpi­tal­nej to­a­le­cie, któ­ry zo­stał zmu­szo­ny do opusz­cze­nia mo­je­go cia­ła. Chcia­łam umrzeć ra­zem z nim. Je­go oj­ciec zo­sta­wił mnie kil­ka ty­go­dni póź­niej.

foto_01-02_12-2016

Wszyst­kim zna­jo­mym po­wie­dzia­łam, że po­ro­ni­łam. Ba­łam się przy­znać, a jed­no­cze­śnie bar­dzo chcia­łam ko­muś po­wie­dzieć. Nie chcia­łam być sa­ma w tym ba­gnie.

Smu­tek, żal, wy­rzu­ty su­mie­nia, nie­na­wiść i obrzy­dze­nie do sa­mej sie­bie spra­wi­ły, że wy­co­fa­łam się z ży­cia to­wa­rzy­skie­go i le­d­wo skoń­czy­łam pra­cę ma­gi­ster­ską. Nie do­ko­na­ła­bym te­go bez mo­jej wy­ro­zu­mia­łej pro­mo­tor­ki, któ­ra pra­wie sta­nę­ła na gło­wie, abym do­sta­ła zgo­dę na mak­sy­mal­ne prze­dłu­że­nie ter­mi­nu. Przy­ja­cie­le sta­ra­li się mnie wspie­rać jak tyl­ko mo­gli. Mi­mo to co­raz bar­dziej wpa­da­łam w ot­chłań de­pre­sji. Nie li­czy­ło się nic, tyl­ko ból, łzy i to okrop­ne uczu­cie spo­wo­do­wa­ne okła­my­wa­niem ich.

O tym, co się na­praw­dę sta­ło, opo­wie­dzia­łam swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ce pół ro­ku po abor­cji. Za­czę­ła się ode mnie od­su­wać, prze­sta­ły­śmy roz­ma­wiać, znie­na­wi­dzi­ła mnie. Więk­szość mo­ich zna­jo­mych tak­że się od­su­nę­ła. Zo­sta­ła przy mnie tyl­ko garst­ka, któ­ra chcia­ła mi po­móc bez wzglę­du na wszyst­ko. Zo­stał rów­nież, o iro­nio, przy­ja­ciel mo­je­go by­łe­go chło­pa­ka, któ­ry da­wał mi wspar­cie i otu­chę.

Kie­dy oj­ciec dziec­ka znów po­ja­wił się na ho­ry­zon­cie, roz­mo­wa z nim by­ła bar­dzo trud­na. Ca­ły czas po­wta­rzał, że po­win­nam za­po­mnieć i po­go­dzić się z tym. Nie­na­wi­dzi­łam go wte­dy, i to uczu­cie rów­nież mnie nisz­czy­ło. Prze­łom na­stą­pił w cza­sie, kie­dy na­sze ma­leń­stwo mia­ło się uro­dzić, a on wy­znał, że ża­łu­je i tę­sk­ni za nim.

Zde­cy­do­wa­łam się pójść na te­ra­pię. Po­cząt­ko­we se­sje upły­nę­ły w mil­cze­niu. Przy­po­mi­na­nie so­bie wszyst­kich prze­żyć i emo­cji by­ło nie­zmier­nie bo­le­sne. W pew­nym mo­men­cie ból wy­da­wał się nie do znie­sie­nia – pró­bo­wa­łam tar­gnąć się na swo­je ży­cie. Bio­rąc ta­blet­ki, pi­sa­łam wia­do­mo­ści do przy­ja­ciół do mo­men­tu aż za­snę­łam lub stra­ci­łam przy­tom­ność, nie pa­mię­tam...

Kil­ka ty­go­dni póź­niej jed­na z mo­ich ko­le­ża­nek zor­ga­ni­zo­wa­ła ma­łą uro­czy­stość na cześć mo­je­go dziec­ka, abym mo­gła się z nim po­że­gnać. Od tam­te­go cza­su czę­ściej się uśmie­cham, wy­cho­dzę do lu­dzi. Moż­na po­wie­dzieć, że „wró­ci­ła” dziew­czy­na sprzed abor­cji, choć chy­ba ni­gdy nic już nie bę­dzie ta­kie sa­mo.

Mi­nął po­nad rok od abor­cji, a ja na­dal bo­ry­kam się ze smut­kiem i ża­lem. Od­da­ła­bym wie­le, aby mieć przy so­bie mo­je dziec­ko. Po­wo­dy, dla któ­rych zde­cy­do­wa­łam się na usu­nię­cie cią­ży, wy­da­ją się dziś bła­he. Na szczę­ście dzię­ki wspar­ciu kil­ku osób i mo­jej te­ra­peut­ki, wy­cho­dzę na pro­stą.

Bar­dzo du­żo cza­su za­bra­ło mi na­pi­sa­nie te­go świa­dec­twa. Żad­ne sło­wa nie wy­da­ją się być od­po­wied­nie. Mam jed­nak na­dzie­ję, że to od­mie­ni ży­cie cho­ciaż jed­nej ko­bie­ty.

 

Jo­an­na oprac. Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Misja: zamki!

W dzi­siej­szych gra­ni­cach Pol­ski ma­my po­nad 400 zam­ków lub po­zo­sta­ło­ści po nich. Po­znaj­cie ich hi­sto­rię!

Pierw­sze pol­skie for­te­ce to gro­dy oto­czo­ne ziem­ny­mi wa­ła­mi, któ­re bro­ni­ły do­stę­pu do drew­nia­nych za­bu­do­wań miesz­kal­nych i go­spo­dar­czych. Pod­sta­wą ich obron­no­ści by­ła do­bra lo­ka­li­za­cja: z nie­za­leż­nym do­stę­pem do wo­dy pit­nej, z opar­ciem w po­sta­ci rze­ki lub je­zio­ra. Do te­go czę­sto umiesz­cza­no twier­dze na urwi­sku, ska­le lub wznie­sie­niu.

Pia­sto­wie stwo­rzy­li z umoc­nio­nych gro­dów sys­tem li­nii obron­nych pań­stwa. Na­śla­do­wa­li za­chod­nich wład­ców, wpro­wa­dza­jąc za­sa­dy ży­cia dwor­skie­go. Wy­ma­ga­ło to wznie­sie­nia re­pre­zen­ta­cyj­nych sie­dzib z po­miesz­cze­niem ce­re­mo­nial­nym. W tym przy­pad­ku ja­ko bu­du­lec wy­bie­ra­no ka­mień – na wzór ko­ścio­łów. Zam­ki peł­ni­ły obie funk­cje, miesz­kal­ną i obron­ną.

foto_01-01_12-2016

Fun­da­to­rzy i miesz­kań­cy

Naj­star­sze za­cho­wa­ne po czę­ści do dziś po­cho­dzą z XIII w., np. Otmu­chów, Wie­licz­ka, Opo­le, Gło­gó­wek, Brzeg, Do­bczy­ce, Li­po­wiec, Książ Wiel­ki. Na prze­strze­ni wie­ków wzno­si­li je przede wszyst­kim kró­lo­wie i ksią­żę­ta, ale tak­że wiel­mo­że, bi­sku­pi i ry­ce­rze. Nie­jed­na wa­row­nia by­ła za­ra­zem re­zy­den­cją wiel­mo­ży i wię­zie­niem dla po­ko­na­nych prze­ciw­ni­ków.

Twier­dze wzno­szo­ne przez ry­ce­rzy by­wa­ły skrom­niej­sze, ale czę­sto rów­nie sku­tecz­ne ja­ko punkt obro­ny lub ba­za wy­pa­do­wa. W koń­cu część wła­ści­cie­li oka­zy­wa­ła się zwy­kły­mi zbój­ni­ka­mi, czy­ha­ją­cy­mi na po­dró­żu­ją­cych kup­ców. Cie­ka­wą ich od­mia­ną są miesz­kal­ne wie­że ry­cer­skie – uni­ka­to­wa w ska­li eu­ro­pej­skiej znaj­du­je się w Sie­dlę­ci­nie, z za­cho­wa­ny­mi fre­ska­mi o te­ma­ty­ce ar­tu­riań­skiej. W wa­row­niach re­zy­do­wa­li nie tyl­ko wspo­mnia­ni ini­cja­to­rzy bu­do­wy, ale tak­że: krew­ni kró­la, urzęd­ni­cy kró­lew­scy np. sta­ro­sto­wie, a na­wet urzęd­ni­cy miej­scy (Bier­glau). Du­ża część zam­ków by­ła w rę­kach pry­wat­nych ma­gna­tów i in­nych zna­ko­mi­tych ro­dów, ta­kich jak San­gusz­ko­wie czy Lu­bo­mir­scy.

Bo­om bu­dow­la­ny

Rów­nież za­ko­ny ry­cer­skie spro­wa­dza­ne przez pol­skich wład­ców wzno­si­ły swo­je wa­row­nie. I to nie tyl­ko spro­wa­dze­ni w 1226 r. Krzy­ża­cy, ale tak­że jo­an­ni­ci (Ła­gów, Pę­zi­no) i tem­pla­riu­sze (Chwarsz­cza­ny, Rur­ka). Jed­nak rze­czy­wi­ście naj­wię­cej, bo kil­ka­dzie­siąt zam­ków wy­bu­do­wa­li Krzy­ża­cy (np. To­ruń, Kwi­dzyn, Chełm, Gniew, Człu­chów). Mal­bork, peł­nią­cy funk­cję głów­nej sie­dzi­by za­ko­nu, jest naj­więk­szą ce­gla­ną wa­row­nią śre­dnio­wiecz­ną... w Eu­ro­pie! Ko­lej­ny­mi pod wzglę­dem wiel­ko­ści pol­ski­mi zam­ka­mi są Wa­wel i Książ, do du­żych zam­ków na­le­żą: Olsz­tyn, Ogro­dzie­niec i Ten­czyn.

Re­kor­dzi­stą wśród wład­ców-bu­dow­ni­czych zam­ków był Ka­zi­mierz Wiel­ki, któ­ry do­pro­wa­dził do po­wsta­nia po­nad trzy­dzie­stu po­tęż­nych zam­ków (np. Sa­nok, Płock, Szy­dłów, Prze­myśl, Łę­czy­ca, Bo­le­sła­wiec, Krusz­wi­ca), a in­ne od­no­wił i udo­sko­na­lił. Stwo­rzył sys­tem obron­ny Or­lich Gniazd, skła­da­ją­cy się m.in. z twierdz: Oj­ców, Pie­sko­wa Ska­ła, Rabsz­tyn, Bo­bo­li­ce, Mi­rów, Olsz­tyn.

Na­śla­do­wa­li go na­stęp­cy: Wła­dy­sław Ja­gieł­ło (Dy­bów), Zyg­munt Sta­ry (Piotr­ków Try­bu­nal­ski), Zyg­munt Au­gust (Nie­po­ło­mi­ce), Ste­fan Ba­to­ry (Za­mek Ujaz­dow­ski).

Kształt

Zam­ki by­ły zróż­ni­co­wa­ne pod wzglę­dem bu­dul­ca (ka­mień lub ce­gła), pla­nu, for­my, kon­struk­cji i czę­ści skła­do­wych. Nie­któ­re by­ły ota­cza­ne fo­są, jak Świe­cie (tzw. za­mek wod­ny), Szy­dło­wiec, Dy­bów, Dęb­no i Opo­rów (sztucz­na wy­sep­ka).

Okre­sem przej­ścio­wym był XVI w., w któ­rym mo­ty­wy go­tyc­kie za­czę­ły wy­pie­rać ele­men­ty re­ne­san­so­we (np. Drze­wi­ca). Re­ne­sans przy­niósł re­wo­lu­cyj­ne zmia­ny na wzgó­rzu wa­wel­skim, a na­stęp­nie we wzo­ru­ją­cych się na Kra­ko­wie twier­dzach, któ­re na­zy­wa­no dzię­ki te­mu „ma­łym Wa­we­lem”: Su­chej Be­skidz­kiej, Ba­ra­no­wie San­do­mier­skim czy Ogro­dzień­cu. Pra­co­wa­li nad tym wy­bit­ni ar­chi­tek­ci za­gra­nicz­ni, jak San­ti Guc­ci, i ro­dzi­mi, jak Piotr Li­kiel czy To­masz Grzy­ma­ła.

W XVI w. wznie­sio­no rów­nież wie­le no­wo­cze­snych zam­ków ba­stio­no­wych, m.in.: Ko­deń, Sie­dli­sko, Rze­mień i Kra­si­czyn. To czas, kie­dy po­pu­lar­ną for­mą był pa­laz­zo in for­tez­za, czy­li ele­ganc­ki pa­łac oto­czo­ny zło­żo­ny­mi for­ty­fi­ka­cja­mi ba­stio­no­wy­mi, cze­go kla­sycz­nym przy­kła­dem jest No­wy Wi­śnicz czy Krzyż­to­pór. In­ne do­sto­so­wy­wa­no po­przez do­bu­do­wa­nie ba­stei (Mię­dzy­rzecz). Póź­niej twier­dze prze­kształ­ca­no w du­chu ba­ro­ko­wym (np. przez Tyl­ma­na z Ga­me­ren), a w XIX w. tak­że neo­go­tyc­kim.

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak

Jola Tęcza-ĆwierzLa­to za pa­sem! Jesz­cze tyl­ko kil­ka dni i bę­dzie moż­na wy­ru­szyć, by po­zna­wać no­we miej­sca i lu­dzi. Wa­ka­cje mu­szą być go­rą­ce, dłu­uuuugie i peł­ne przy­gód. A ta­kie z pew­no­ścią bę­dą mie­li ci, któ­rzy wy­ru­szą w... Pol­skę. Pro­po­nu­je­my Wam nie­zwy­kłą mi­sję: zam­ki! Z ar­ty­ku­łu Mi­cha­ła Nie­niew­skie­go do­wie­cie się m.in, że w gra­ni­cach dzi­siej­szej Pol­ski jest aż 400 zam­ków! Nie­któ­re od­bu­do­wa­ne, in­ne w ru­inie, cza­sem zo­sta­ły tyl­ko ich śla­dy. Spójrz­cie na ma­pę Pol­ski (str. 5) usia­ną krop­ka­mi z na­zwa­mi miast i ma­łych miej­sco­wo­ści, w któ­rych znaj­du­ją się zam­ki. Za­mie­ści­li­śmy na niej m.in. te, o któ­rych jest mo­wa w tek­ście.

Wszyst­kie się nie zmie­ści­ły. Mo­że w Wa­szej miej­sco­wo­ści jest za­mek, któ­re­go nie ma na tej ma­pie? Za­znacz­cie go! Hi­sto­ria zam­ków jest nie­zwy­kła. Nie­któ­re do dziś za­chwy­ca­ją prze­py­chem, kunsz­tem ar­chi­tek­to­nicz­nym, pa­miąt­ka­mi sprzed wie­ków. In­ne ma­ją swo­ją ta­jem­ni­czą opo­wieść o ukry­tym skar­bie lub du­chu na­wie­dza­ją­cym no­cą zam­ko­we blan­ki.

Część z nich to tyl­ko ma­low­ni­cze ru­iny: mu­ry stra­szą­ce pu­sty­mi okna­mi, wy­szczer­bio­ne wie­że i wiatr hu­la­ją­cy wśród ka­mie­ni, któ­re da­ją jed­nak wy­obra­że­nie o daw­nej świet­no­ści bu­dow­li. Dzię­ki za­cho­wa­nym do dzi­siaj ru­inom mo­że­my wy­obra­żać so­bie, jak to mu­sia­ło być. Bo mu­sia­ło! Po­my­śl­cie, przez mo­sty nad fo­są i zdo­bio­ne bra­my wjeż­dża­ły ka­re­ty, na zam­ko­wych dzie­dziń­cach wal­czy­li ry­ce­rze, w pięk­nych sa­lach od­by­wa­ły się uczty i ba­le... Te mu­ry pa­mię­ta­ją lu­dzi, któ­rych już dzi­siaj nie ma; świat, któ­ry wy­glą­dał zu­peł­nie ina­czej niż ten, któ­ry wi­dzi­my i zna­my.

Zam­ki, pa­ła­ce, twier­dze: By­tów, Bol­ków, Go­łu­chów, Nie­dzi­ca, Re­szel... Jed­nym sło­wem: trze­ba zo­ba­czyć! A jest w czym wy­bie­rać. Je­śli ktoś z Was wy­peł­ni mi­sję: zam­ki – za­chę­cam do po­dzie­le­nia się wra­że­nia­mi z na­szą re­dak­cją. Mi­le wi­dzia­ne zdję­cia. Ja tak­że mam w wa­ka­cyj­nych pla­nach wi­zy­tę na zam­ku. Wy­bra­łam za­mek w Mosz­nej (ten z okład­ki), któ­ry wy­glą­da jak żyw­cem wy­ję­ty z fil­mów Wal­ta Di­sneya. Kto wie, mo­że re­ży­ser się na nim wzo­ro­wał? Po­zdra­wiam Was wa­ka­cyj­nie i ży­czę nie­za­po­mnia­nych wra­żeń pod­czas re­ali­za­cji zam­ko­wej mi­sji.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

KSM-owicze uratowali życie

Rok te­mu na­krę­ci­li film pt. Szturm i wy­sła­li na kon­kurs „Po­móż oca­lić ży­cie bez­bron­ne­mu” or­ga­ni­zo­wa­ny przez Pol­skie Sto­wa­rzy­sze­nie Obroń­ców Ży­cia Czło­wie­ka. Obej­rza­ła go pew­na ko­bie­ta, któ­ra za­sta­na­wia­ła się nad abor­cją. Film po­mógł otwo­rzyć jej oczy. Dziec­ko ży­je.

Człon­ko­wie Ka­to­lic­kie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Mło­dzie­ży w Że­le­cho­wie nie spo­czę­li na lau­rach. W tym ro­ku po­now­nie wzię­li udział w kon­kur­sie i... zdo­by­li pierw­sze miej­sce w ka­te­go­rii mul­ti­me­dial­nej. Wia­do­mość o ura­to­wa­nym ma­leń­stwie by­ła naj­lep­szą mo­ty­wa­cją, ja­ką moż­na so­bie wy­obra­zić, dla­te­go po­my­słów na dzia­łal­ność w obro­nie ży­cia im nie bra­ku­je. Ich te­go­rocz­ny film Wzór opo­wia­da hi­sto­rię mło­dej mat­ki, któ­ra w osa­mot­nie­niu i lę­ku o ży­cie swo­je i ma­leń­stwa ocze­ku­je je­go na­ro­dzin. Oj­ciec dziec­ka słu­ży na mi­sji w Afga­ni­sta­nie i stop­nio­wo, z od­da­le­nia, do­ra­sta do oj­co­stwa.

foto_01-03_11-2016

Na­ta­lia Żak, au­tor­ka fa­bu­ły, opo­wia­da, jak moż­na ro­zu­mieć ty­tuł fil­mu: – Chcia­łam, aby ty­tuł nie zdra­dzał zbyt wie­le i aby nie był zbyt oczy­wi­sty. Chcia­łam, że­by każ­de­mu po­wstał w gło­wie ja­kiś „wzór”: mat­ki, któ­ra de­cy­du­je się po­świę­cić swo­je ży­cie dla dziec­ka, oj­ca, któ­ry po­świę­ca się oj­czyź­nie, ka­pła­na, któ­ry trosz­czy się o wier­nych. Mo­że to też być wzór świę­to­ści, po­przez na­wią­za­nie do św. Jo­an­ny Be­ret­ty Mol­li, czy wzór woj­sko­we­go mo­ty­wu mo­ro, na któ­rym po­ja­wia się ty­tuł fil­mu.

Sa­ma re­ali­za­cja fil­mu wy­ma­ga­ła du­żych umie­jęt­no­ści – nie tyl­ko ak­tor­skich, ale też tech­nicz­nych. Naj­wię­cej trud­no­ści ak­to­rom spra­wia­ło wczu­cie się w ro­lę pod­czas sce­ny mo­dli­twy. Nie by­ło żad­ne­go za­pi­sa­ne­go frag­men­tu tek­stu, któ­ry głów­ni bo­ha­te­ro­wie mie­li­by wy­re­cy­to­wać z pa­mię­ci.

– Chcie­li­śmy, aby wy­szło to od nich, w spo­sób na­tu­ral­ny i praw­dzi­wy, a tym sa­mym przej­mu­ją­cy, chwy­ta­ją­cy za ser­ce. Za­rów­no Ola, jak i Da­niel, po przed­sta­wie­niu mo­je­go bar­dzo ogól­ne­go za­ry­su i drob­nych su­ge­stii, sa­mi wy­my­śli­li tekst roz­mo­wy z Bo­giem – mó­wi Na­ta­lia. – Z tech­nicz­ne­go punk­tu wi­dze­nia, naj­trud­niej by­ło do­brać od­po­wied­nią opra­wę mu­zycz­ną do fi­na­ło­wej sce­ny i pod­ło­żyć ją tak, by wraz z ob­ra­zem zło­ży­ła się na wzru­sza­ją­cą ca­łość – do­da­je.

Kie­dy oglą­dam film, wy­raź­nie wi­dzę, że twór­com uda­ło się osią­gnąć cel. Tak­że in­ter­nau­ci pi­szą w ko­men­ta­rzach, że ob­raz wy­ci­snął im łzy z oczu.

Do ko­go skie­ro­wa­ny jest Wzór i co ma uświa­do­mić?

– Li­czy­my na każ­de­go, kto chce po­móc w oca­le­niu ży­cia nie­na­ro­dzo­nych – mó­wi ks. Krzysz­tof Ba­na­siuk, opie­kun KSM-owi­czów z Że­le­cho­wa. – Przy­po­mnij­my, że film i ca­ły kon­kurs te­go do­ty­czy. A na­szej wspól­no­cie KSM-u za­le­ży na tym, by ten film otwo­rzył ser­ca lu­dzi na dar du­cho­wej ad­op­cji dziec­ka po­czę­te­go. Pra­gnie­my też, by do­tarł do osób, któ­re zma­ga­ją się z my­śla­mi lub na­ci­skiem w kwe­stii do­ko­na­nia abor­cji. I tu­taj obo­wiąz­ko­wą po­zy­cją są fil­my Ma­ma, Szturm Wzór. To swe­go ro­dza­ju tryp­tyk czy try­lo­gia w kwe­stii obro­ny ży­cia nie­na­ro­dzo­nych. Czy te fil­my nie od­da­ją te­go, co naj­waż­niej­sze: bó­lu po abor­cji, war­to­ści mo­dli­twy, ra­do­ści z na­ro­dzin dziec­ka? – py­ta ksiądz Krzysz­tof. To pod je­go kie­run­kiem mło­dzież przy­go­to­wa­ła pra­cę na kon­kurs. – Ma­my na­dzie­ję, że współ­cze­sny czło­wiek po obej­rze­niu fil­mu uświa­do­mi so­bie ogrom­ną god­ność dru­gie­go czło­wie­ka i war­tość mo­dli­twy – do­da­je.

Naj­waż­niej­sze jest prze­ka­za­nie im­pul­su do dzia­ła­nia. A co mo­że być pięk­niej­szym owo­cem dzia­ła­nia niż ura­to­wa­nie ży­cia czło­wie­ka? Mło­dzież z KSM-u osią­gnę­ła wię­cej, niż moż­na so­bie wy­obra­zić!

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

 

Wykop z nami... studnię!

Na Ma­da­ga­ska­rze lu­dzie pi­ją ście­ki! I umie­ra­ją. Nie trze­ba wie­le, aby to zmie­nić. Wy­star­czy, byś miał otwar­te ser­ce, my pod­po­wie­my ci, co mo­żesz zro­bić!

W Mam­pi­ko­ny, naj­bied­niej­szym re­jo­nie Ma­da­ga­ska­ru, źró­dło wo­dy do pi­cia to czę­sto zbior­nik ze sto­ją­cą, męt­ną cie­czą, w któ­rej roz­kła­da­ją się śmie­ci. Zbior­nik, w któ­rym wła­śnie pół wsi wy­pra­ło swo­je ubra­nia i z któ­re­go ko­rzy­sta­ją zwie­rzę­ta.

W Afry­ce trze­ba być go­to­wym na śmierć

Brud­na wo­da jest źró­dłem cho­le­ry, ame­bo­zy i wie­lu in­nych groź­nych cho­rób. W Mam­pi­ko­ny pra­wie 100 proc. po­pu­la­cji ma pa­so­ży­ty. Przez pa­so­ży­ty umie­ra­ją zwłasz­cza dzie­ci, ja­ko naj­mniej od­por­ne i naj­słab­sze. Ży­jąc w Mam­pi­ko­ny, trze­ba być go­to­wym na śmierć. Nie ma do­stę­pu do czy­stej wo­dy, nie ma le­ków, opie­ki me­dycz­nej, po­wszech­ne nie­do­ży­wie­nie zbie­ra strasz­ne żni­wo. Dziś ktoś ży­je, ju­tro już go nie ma.

foto_01-02_11-2016

Naj­bied­niej­si lu­dzie

– Kie­dy uda­je­my się do wio­ski, wszę­dzie jest ten sam ob­raz: nie­do­ży­wie­nie, cho­ro­by, bie­da. W wio­skach wcze­snym ran­kiem wszy­scy uda­ją się do pra­cy na po­la. Wio­ska spra­wia wra­że­nie opu­sto­sza­łej. Ma­łe dzie­ci, nad­zo­ro­wa­ne przez star­sze ro­dzeń­stwo, ba­wią się w cie­niu man­gow­ców. Więk­szość prac wy­ko­nu­je się tu ręcz­nie: z wy­sił­kiem i w po­cie czo­ła. Po­sił­ki w po­łu­dnie spo­ży­wa się w po­lu, nie ma cza­su na po­wrót do do­mu. Przy­go­to­wu­ją je star­sze dzie­ci, któ­re tak­że szu­ka­ją wo­dy i chru­stu. Po­si­łek to za­zwy­czaj tyl­ko go­to­wa­ny ryż, któ­ry wszy­scy je­dzą z jed­nej mi­ski.

Bu­dzi sza­cu­nek to, że tu za każ­dy ma­ły gest lu­dzie są bar­dzo wdzięcz­ni. Za cie­płe sło­wo otrzy­mu­je się na­tych­miast uśmiech, za wy­słu­cha­nie – za­ufa­nie. Naj­bied­niej­si lu­dzie po­tra­fią po­dzie­lić się szcze­rze tym, co ma­ją – mó­wi o. Da­riusz Ma­rut, pra­cu­ją­cy na Ma­da­ga­ska­rze pol­ski mi­sjo­narz. Wraz z o. Mi­cha­łem Apie­cion­kiem ze Zgro­ma­dze­nia Du­cha Świę­te­go pręż­nie dzia­ła­ją na rzecz lo­kal­nej lud­no­ści, bu­du­jąc m.in. szko­ły czy przy­chod­nie. Te pro­jek­ty, w któ­re włą­czy­ła się Pol­ska Fun­da­cja dla Afry­ki, zna­czą­co po­pra­wia­ją sy­tu­ację miej­sco­wej lud­no­ści, ale nie są wy­star­cza­ją­ce.

Zbu­do­wać stud­nie

Pol­ska Fun­da­cja dla Afry­ki chce dać miesz­kań­com Mam­pi­ko­ny wo­dę. Czy­stą, bez pa­so­ży­tów. Chce wy­ko­pać ko­lej­nych 27 stud­ni na Ma­da­ga­ska­rze. W re­gio­nie Mam­pi­ko­ny Fun­da­cja sfi­nan­so­wa­ła już bu­do­wę 35 stud­ni, któ­re ura­to­wa­ły ży­cie set­kom osób. Pra­cu­ją­cy tam mi­sjo­na­rze zna­ją po­trze­by w Mam­pi­ko­ny. Wie­dzą, gdzie i ilu lu­dzi po­trze­bu­je czy­stej wo­dy, gdzie na­le­ży ko­pać stud­nie. Po­ro­zu­mie­li się z miej­sco­wy­mi do­staw­ca­mi ma­te­ria­łów bu­dow­la­nych, zor­ga­ni­zo­wa­li eki­pę ro­bot­ni­ków. Bra­ku­je im tyl­ko pie­nię­dzy.

– Nie mo­że­my zgo­dzić się na to, by w XXI wie­ku lu­dzie umie­ra­li z po­wo­du bra­ku czy­stej wo­dy. W Afry­ce ma­my do czy­nie­nia ze spe­cy­ficz­ną spi­ra­lą śmier­ci: brud­na wo­da – cho­ro­by – brak le­ków. Bu­do­wa stud­ni jest do­brym po­my­słem na to, by tę spi­ra­lę prze­rwać – mó­wi Ma­te­usz Gur­biel z Pol­skiej Fun­da­cji dla Afry­ki.

 

Wię­cej in­for­ma­cji o tym pro­jek­cie i spo­so­bach je­go wspar­cia: www.pomocafryce.pl.

Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/PolskaFundacjadlaAfryki

 

Problem. Reakcja. Blizna

Czy w ży­ciu wszyst­kie­go trze­ba spró­bo­wać? Z pa­nią Agniesz­ką Bo­is­se, psy­cho­lo­giem i psy­cho­te­ra­peu­tą z Kli­ni­ki Mał­żeń­skiej przy Ma­ło­pol­skim Cen­trum Psy­cho­te­ra­pii, roz­ma­wia Mar­cin No­wak.

Mo­ja ko­le­żan­ka al­bo mój ko­le­ga się sa­mo­oka­le­cza. Jak mo­gę po­móc, gdzie szu­kać po­mo­cy?

– War­to po­my­śleć o oso­bie do­ro­słej, do któ­rej mo­że­my się zwró­cić z tym pro­ble­mem, na­wet je­śli nie są to ro­dzi­ce. Oso­bą, u któ­rej moż­na szu­kać wspar­cia mo­że być ktoś z ro­dzi­ny, szkol­ny pe­da­gog, wy­cho­waw­ca czy za­ufa­ny na­uczy­ciel. Cza­sem war­to za­pro­po­no­wać, że wspól­nie po­szu­ka­my oso­by, z któ­rą o tym po­ga­da­my. A ta­ka po­moc mo­że się oka­zać nie­odzow­na.

Po dru­gie – to bar­dzo waż­ne – sta­raj­my się być przy­ja­cie­lem a nie te­ra­peu­tą al­bo ro­dzi­cem. Mło­dzi lu­dzie ma­ją ce­chę, któ­ra jest szla­chet­na, ale też czę­sto nie­bez­piecz­na – chcą wszyst­kim po­ma­gać, ma­ją du­żo em­pa­tii, są wraż­li­wi na cier­pie­nie in­nych. Gdy ma­my do czy­nie­nia z sa­mo­oka­le­cze­nia­mi, trze­ba uwa­żać, aby nie brać na sie­bie od­po­wie­dzial­no­ści za tę sy­tu­ację. War­to roz­ma­wiać i wspie­rać, ale nie fun­do­wać ko­le­żan­ce czy przy­ja­cie­lo­wi „te­ra­pii na wła­sną rę­kę”, bo spra­wa mo­że być zbyt po­waż­na.

I jesz­cze jed­no. Przy­ja­ciel mo­że nam szep­nąć do ucha: „Po­wiem ci coś w se­kre­cie”. Oczy­wi­ście, je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni do za­cho­wa­nia ta­jem­ni­cy, ale jest tu je­den wy­ją­tek. Gdy­by je­go zdro­wie lub ży­cie by­ło za­gro­żo­ne, mu­si­my o tym po­in­for­mo­wać oso­by do­ro­słe.

foto_01-01_11-2016

A je­śli przy­ja­ciel nie przyj­dzie do nas ze swo­im se­kre­tem, ale do­my­śla­my się, że coś jest nie tak? Co po­win­no wzbu­dzić nasz nie­po­kój?

– Je­śli do­brze zna­my dru­gie­go czło­wie­ka, to ła­twiej bę­dzie nam za­uwa­żyć, że coś jest nie tak. Sy­gna­łem do za­in­te­re­so­wa­nia mo­gą być nie­ty­po­we zmia­ny, któ­re za­szły w funk­cjo­no­wa­niu tej oso­by. Na­szą uwa­gę mo­że zwró­cić izo­la­cja, od­cię­cie się od świa­ta, ucie­ka­nie z kon­tak­tu, wy­co­fa­nie, przy­gnę­bie­nie, smu­tek, płacz­li­wość, roz­draż­nie­nie. Za­sta­na­wia­ją­cy jest też nie­ty­po­wy ubiór – dla­cze­go ko­le­żan­ka no­si dłu­gą, gru­bą blu­zę w upal­ny, czerw­co­wy dzień?

Ok, za­uwa­ży­li­śmy, że coś jest nie tak. Co da­lej?

– Za­py­taj­my: „Wi­dzę, że coś się dzie­je. Czy mo­gę ci po­móc? Czy chcesz się ze mną czymś po­dzie­lić?”. Na­wet je­śli wi­dzi­my sa­mo­oka­le­cze­nia, nie ko­men­tuj­my ich. Za­miast mó­wić: „Wi­dzę, że się po­cię­łaś”, za­ga­daj­my: „Czy w two­im ży­ciu coś się sta­ło, zmie­ni­ło?”.

W roz­mo­wie trze­ba być de­li­kat­nym. Ma­my ten­den­cję do da­wa­nia pro­stych i, w na­szym prze­ko­na­niu, sku­tecz­nych rad. Ale ko­men­tarz „Tniesz się, mu­sisz iść do psy­chia­try” to nie jest po­moc, ale oce­na, któ­ra mo­że spra­wić, że dru­ga stro­na za­mknie się na roz­mo­wę. Po­za tym sa­mo­oka­le­cze­nia naj­czę­ściej nie są cho­ro­bą psy­chicz­ną, ale ob­ja­wem in­nych kło­po­tów. Np. ktoś się tnie, bo ma pro­ble­my w na­uce, roz­stał się z dziew­czy­ną al­bo je­go ro­dzi­ce się roz­wo­dzą. Skie­ro­wa­nie go do psy­chia­try nie ma sen­su, bo gdy gro­żą mu trzy je­dyn­ki na świa­dec­twie, mo­że wy­star­czy go po pro­stu wy­słać na ko­re­pe­ty­cje.

To jak roz­po­znać, czy to cho­ro­ba, czy ob­jaw in­nych pro­ble­mów?

– Po­wiem tak: oso­by, któ­re się sa­mo­oka­le­cza­ją, nie za­wsze są cho­re psy­chicz­nie, ale za­wsze po­trze­bu­ją po­mo­cy. Tną się, bo ma­ją nie­roz­wią­za­ny pro­blem i sa­me już nie da­ją ra­dy go dźwi­gać. Cię­cie się mo­że być ob­ja­wem cho­ro­by np. de­pre­sji, ale jak po­wie­dzia­łam, naj­czę­ściej to ozna­ka in­nych kło­po­tów i spo­sób na ich od­re­ago­wa­nie. Nie sta­wiaj­my dia­gno­zy sa­mo­dziel­nie! Roz­róż­nie­nie, z czym ma­my do czy­nie­nia, zo­staw­my spe­cja­li­ście. To on oce­ni, czy jest po­trzeb­na np. te­ra­pia al­bo le­ki, czy wy­star­czy emo­cjo­nal­ne wspar­cie.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak

jola-tecza-cwierzDro­dzy Czy­tel­ni­cy!

W tym nu­me­rze „Dro­gi” po­dej­mu­je­my trud­ny te­mat sa­mo­oka­le­cza­nia. Być mo­że dla więk­szo­ści z nas jest nie­zro­zu­mia­łe, jak moż­na sa­me­mu so­bie za­da­wać ból. Jed­nak oso­bom, któ­re do­ko­nu­ją sa­mo­oka­le­czeń, cier­pie­nie fi­zycz­ne po­ma­ga upo­rać się z czymś, co drę­czy bar­dziej, co du­żo bar­dziej bo­li – ze smut­kiem du­szy. Ka­le­czą się, gdy czu­ją bez­rad­ność, gdy nie mo­gą znieść sa­mot­no­ści, gdy ma­ją pro­ble­my, gdy ktoś za­wiódł... Oka­le­czeń cia­ła do­ko­nu­ją naj­czę­ściej w ukry­ciu. Po­zo­sta­łe po tych czy­nach śla­dy są cho­wa­ne pod war­stwą ubrań. Oso­by, któ­re sa­me so­bie za­da­ją ból, nie mo­gą znieść rze­czy­wi­sto­ści. Cier­pie­nie przy­no­si im ulgę. Jed­nak za­da­wa­ne ra­ny to czę­sto bła­ga­nie o to, by ktoś do­strzegł, zro­zu­miał, po­mógł. Pa­ra­doks po­le­ga na tym, że rów­no­cze­śnie czu­ją wstyd i zwy­kle ro­bią wszyst­ko, by nikt się nie do­wie­dział.

Mam nie­od­par­te wra­że­nie, że naj­bo­le­śniej­szym do­świad­cze­niem osób do­ko­nu­ją­cych ak­tów au­to­agre­sji jest sa­mot­ność. A być mo­że tak­że po­czu­cie bez­sil­no­ści i chęć po­ka­za­nia so­bie, że po­tra­fią wie­le... prze­trzy­mać. Dla­te­go cier­pie­nia psy­chicz­ne za­mie­nia­ją w ból fi­zycz­ny. Po­dob­no się go na­wet nie czu­je... De­pre­sja i smu­tek du­szy są czę­sto czymś nie­wi­docz­nym dla oto­cze­nia. Ci, któ­rzy się z tym mie­rzą, są prze­ko­na­ni, że na­wet je­śli opo­wie­dzą o swo­im bó­lu, to nikt im nie uwie­rzy, czę­sto też nie po­tra­fią wy­ra­zić sło­wa­mi swo­ich prze­żyć. Szu­ka­ją ko­goś, kto ich wy­słu­cha, oka­że tro­skę i po­mo­że.

Jak za­re­ago­wać? Jak po­móc ko­muś, kto ukry­wa swój ból? War­to uru­cho­mić em­pa­tię i po­sta­rać się zro­zu­mieć. Jed­nak ta­kich pro­ble­mów nie roz­wią­że­cie sa­mi, na­wet je­śli do­ty­czą ko­goś bli­skie­go – przy­ja­cie­la, ko­le­żan­ki, ro­dzeń­stwa. Po­trzeb­na jest fa­cho­wa po­moc psy­cho­lo­ga i te­ra­peu­ty.

Kie­dy nie ma z kim po­ga­dać o pro­ble­mach, by­wa że wy­da­ją się one więk­sze niż są w rze­czy­wi­sto­ści. Ktoś kie­dyś na­pi­sał, że ra­dość dzie­lo­na z in­ny­mi sta­je się więk­sza, a smu­tek ma­le­je o po­ło­wę. Ma­my tak­że mo­dli­twę. Ks. To­mek pi­sze o bom­bar­do­wa­niu nie­ba no­wen­ną. Je­śli pro­si­my z wia­rą, wy­trwa­le, mo­że­my wie­le otrzy­mać. Prze­ko­na­cie się o tym czy­ta­jąc świa­dec­two Mać­ka. Kie­dyś był na dnie. Za­ufał. Otrzy­mał po­moc.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

 

Było więcej powstań, niż myślisz

O trzech po­wsta­niach ślą­skich każ­dy uczy się w szko­le. Ale aż czte­ry po­wsta­nia wiel­ko­pol­skie? In­su­rek­cja nad Baj­ka­łem czy w Sej­nach? A jed­nak.

Przez ca­ły okres za­bo­rów na te­re­nie Pol­ski wy­bu­cha­ły po­wsta­nia – gdy tyl­ko po­ja­wia­ły się sprzy­ja­ją­ce wa­run­ki, by wy­stą­pić prze­ciw za­bor­com. Nie­któ­re by­ły roz­pacz­li­wy­mi zry­wa­mi, in­ne, na­wet prze­gra­ne, mia­ły zna­cze­nie dla cią­gle ży­wej świa­do­mo­ści na­ro­do­wej Po­la­ków.

foto_01-03_10-2016

Za wiel­kość Pol­ski

Naj­daw­niej­sze z po­wstań wiel­ko­pol­skich wy­bu­chło w cza­sie in­su­rek­cji ko­ściusz­kow­skiej. Wspo­ma­ga­ło wal­ki w Kró­le­stwie Pol­skim i w za­bo­rze ro­syj­skim, od­cią­ga­jąc ar­mię pru­ską od War­sza­wy. Pru­sa­kom nie uda­ło się po­zy­skać żad­nej z warstw pol­skie­go spo­łe­czeń­stwa – wszyst­kie by­ły roz­go­ry­czo­ne ich po­li­ty­ką (ode­bra­nie przy­wi­le­jów miesz­czań­stwu, od­su­nię­cie szlach­ty od wła­dzy, wpro­wa­dze­nie wy­so­kich po­dat­ków od dóbr ko­ściel­nych, krwa­we stłu­mie­nie roz­ru­chów chłop­skich). Dla­te­go Wiel­ko­po­la­nie chęt­nie od­po­wie­dzie­li na apel z cen­tra­li po­wstań­czych władz cy­wil­nych, kie­dy w sierp­niu 1794 r. Pru­sy włą­czy­ły się do kon­flik­tu. Zryw był rów­no­cze­sny w ca­łej Wiel­ko­pol­sce, ale bra­ko­wa­ło jed­ne­go przy­wód­cy. Wresz­cie zo­stał nim gen. Jó­zef Nie­mo­jew­ski, wspar­ty na­stęp­nie przez kor­pus gen. Jó­ze­fa Dą­brow­skie­go. Wiel­ko­po­la­nie wal­czy­li jesz­cze mie­siąc po ka­pi­tu­la­cji in­su­rek­cji, za­nim ule­gli prze­wa­dze prze­ciw­ni­ka.

Ni­gdy nie za­po­mnie­li o tym chrzcie bo­jo­wym. Kie­dy tyl­ko nada­rza­ła się do­bra oka­zja, np. re­wo­lu­cja mar­co­wa w Ber­li­nie w 1848 r., chwy­ta­li za broń. Zryw 1848 r. wpi­sał się w eu­ro­pej­ską Wio­snę Lu­dów. Jed­nak już dwa la­ta wcze­śniej w ca­łym (po­dzie­lo­nym) kra­ju pró­bo­wa­no wznie­cić na­ro­do­wą re­wol­tę. W stycz­niu 1846 r. usta­lo­no skład Rzą­du Na­ro­do­we­go. Spi­skow­cy zo­sta­li za­de­nun­cjo­wa­ni pru­skiej po­li­cji przez hr. Hen­ry­ka Po­niń­skie­go i wie­lu z nich tra­fi­ło do wię­zie­nia.

Uwol­nie­ni w cza­sie re­wo­lu­cji 1848 r. mo­gli po­wró­cić do kon­spi­ra­cji i 20 mar­ca utwo­rzy­li w Po­zna­niu Ko­mi­tet Na­ro­do­wy Pol­ski. Skie­ro­wał on do pru­skie­go kró­la apel o utwo­rze­nie przy­naj­mniej au­to­no­mii po­znań­skiej. W mię­dzy­cza­sie przej­mo­wa­no ad­mi­ni­stra­cję na pro­win­cji. Pod­pi­sa­na w Ja­ro­sław­cu umo­wa mię­dzy stro­na­mi za­le­ga­li­zo­wa­ła pol­skie si­ły zbroj­ne. Wkrót­ce zo­sta­ła jed­nak zła­ma­na przez pru­skie woj­ska, skie­ro­wa­ne w ce­lu roz­bi­cia pol­skich obo­zów. Mi­mo po­cząt­ko­wych zwy­cięstw po­wstań­ców pod kie­run­kiem Lu­dwi­ka Mie­ro­sław­skie­go, z bra­ku po­par­cia szlach­ty i chłop­stwa, zde­cy­do­wa­no się pod­pi­sać ka­pi­tu­la­cję. Tak upa­dło trze­cie z wiel­ko­pol­skich po­wstań.

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

TAK dla życia! Życie warte przeżycia

Do tej po­ry by­ło oczy­wi­ste, że nie­do­szłych sa­mo­bój­ców w mia­rę moż­li­wo­ści trze­ba ra­to­wać, za­opie­ko­wać się ni­mi tak, aby po­rzu­ci­li myśl o śmier­ci. Obec­nie co­raz wię­cej osób uwa­ża, że w sa­mo­bój­stwie nie tyl­ko nie na­le­ży prze­szka­dzać, ale wręcz po­win­no się w nim po­móc.

Oczy­wi­ście nie mó­wią oni o sa­mo­bój­stwie, tyl­ko o eu­ta­na­zji, czy­li (z grec­kie­go) „do­brej śmier­ci”. Uza­sad­nia­ją po­trze­bę jej le­ga­li­za­cji (śmier­tel­nym) współ­czu­ciem, chę­cią prze­rwa­nia cier­pie­nia, któ­re­go czło­wiek nie mo­że znieść, i pra­wem do de­cy­do­wa­nia o swo­im lo­sie. Po­ka­zu­ją ob­raz­ki bar­dzo cho­rych lu­dzi z py­ta­niem i go­to­wą od­po­wie­dzią: ja­ki cel ma ich ży­cie? Jest zu­peł­nie bez­war­to­ścio­we.

foto_01-02_10-2016

I tu do­cho­dzi­my do sed­na spra­wy – do bar­dzo mod­ne­go ostat­nio okre­śle­nia do­ty­czą­ce­go tzw. ja­ko­ści ży­cia. Je­śli nie jest ona do­sta­tecz­na, to we­dług zwo­len­ni­ków eu­ta­na­zji, ży­cie mo­że być prze­rwa­ne. Nie­któ­rzy za­kła­da­jąc, że nie doj­dzie do nad­użyć (a bar­dzo czę­sto do nich do­cho­dzi), twier­dzą, że o ja­ko­ści swo­je­go ży­cia po­wi­nien wy­ro­ko­wać sam za­in­te­re­so­wa­ny. Miał­by de­cy­do­wać się na eu­ta­na­zję w peł­ni świa­do­mie i sa­mo­dziel­nie. Jed­nak w ta­kim wy­pad­ku wia­do­mo, że znacz­na część de­cy­zji bę­dzie po­dej­mo­wa­na pod wpły­wem roz­pa­czy i po­czu­cia by­cia nie­przy­dat­nym. Wcho­dzi­my tu do­kład­nie w de­fi­ni­cję sa­mo­bój­stwa po­peł­nia­ne­go ze stra­chu, bez­sil­no­ści.

Do­sko­na­le ob­ra­zu­je to hi­sto­ria Ja­nu­sza Świ­ta­ja. W 1993 r. w wie­ku 18 lat uległ wy­pad­ko­wi mo­to­cy­klo­we­mu. Od tam­tej po­ry jest spa­ra­li­żo­wa­ny, od­dy­cha za po­mo­cą re­spi­ra­to­ra. W 2007 r. zło­żył do są­du wnio­sek o moż­li­wość pod­da­nia się eu­ta­na­zji. Czuł, że je­go ży­cie nie ma żad­ne­go ce­lu, że przy­spa­rza je­dy­nie pro­ble­mów in­nym lu­dziom. Z po­mo­cą przy­szła An­na Dym­na, któ­ra po­da­ro­wa­ła mu spe­cja­li­stycz­ny wó­zek i za­ofe­ro­wa­ła pra­cę w swo­jej Fun­da­cji „Mi­mo wszyst­ko”. Ak­tor­ka tłu­ma­czy, że cza­sem wy­star­czy się do ko­goś uśmiech­nąć, po­pro­sić o coś, że­by po­czuł się zno­wu po­trzeb­ny. Ja­nusz Świ­taj obec­nie ak­tyw­nie dzia­ła na rzecz nie­peł­no­spraw­nych, nie­daw­no roz­po­czął stu­dia psy­cho­lo­gicz­ne. Je­go hi­sto­ria mia­ła stać się ar­gu­men­tem w wal­ce o le­ga­li­za­cję eu­ta­na­zji w Pol­sce. Sta­ło się jed­nak zu­peł­nie od­wrot­nie, bo Ja­nusz Świ­taj po­ka­zał, że ja­ko­ści ży­cia nie mie­rzy się po­zio­mem sta­nu zdro­wia.

Eu­ta­na­zja co­raz czę­ściej jest wy­ko­ny­wa­na nie tyl­ko w przy­pad­kach nie­ule­czal­nych fi­zycz­nych cho­rób po­wo­du­ją­cych du­że cier­pie­nie, ale tak­że wte­dy, gdy da­na oso­ba czu­je się źle pod wzglę­dem psy­chicz­nym. W ubie­głym ro­ku w Bel­gii le­ka­rze wy­ra­zi­li zgo­dę na pod­da­nie eu­ta­na­zji 24-let­niej Lau­ry cho­ru­ją­cej na de­pre­sję. Dziew­czy­na prze­by­wa­ła w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym, a osta­tecz­ną de­cy­zję o za­koń­cze­niu ży­cia pod­ję­ła po roz­cza­ro­wa­niu mi­ło­snym. Mo­że gdy­by ktoś wy­cią­gnął do Lau­ry po­moc­ną dłoń za­miast ofe­ro­wać jej naj­ła­twiej­sze i naj­gor­sze roz­wią­za­nie, dziew­czy­na mo­gła­by być te­raz szczę­śli­wa? Tak jak Ja­nusz Świ­taj. Tu jed­nak po­sta­no­wio­no kie­ro­wać się (śmier­tel­nym) „współ­czu­ciem”. Le­ka­rze przy­ję­li ro­lę za­bój­ców, dep­cząc za­sa­dy sta­ro­żyt­nej przy­się­gi Hi­po­kra­te­sa: „Ni­gdy ni­ko­mu, ani na żą­da­nie, ani na proś­by ni­czy­je nie po­dam tru­ci­zny”. Do­szło do od­wró­ce­nia tak pod­sta­wo­wych prawd jak ta, że ży­cie za­wsze jest do­brem, i nikt ni­gdy ni­ko­mu w żad­nych oko­licz­no­ściach nie mo­że go ode­brać.

Gdy słu­cham dys­ku­sji o ja­ko­ści ży­cia, o tym, czy­je ży­cie ma sens, przy­po­mi­na mi się sce­na z dnia ka­no­ni­za­cji Ja­na Paw­ła II, sce­na, któ­rej ni­gdy nie za­po­mnę. Przed kon­cer­tem jed­ne­go ze zna­nych ze­spo­łów na sce­nę wy­szły dzie­ci z Za­kła­du Opie­kuń­czo-Lecz­ni­cze­go w Jasz­ko­tlu. Dzie­ci po­rzu­co­ne przez ro­dzi­ców, bar­dzo cho­re, czę­sto zde­for­mo­wa­ne. Więk­szość z nich by­ła na wóz­kach in­wa­lidz­kich, kil­ko­ro cier­pia­ło na Ze­spół Do­wna. Łą­czy­ła je jed­na wspól­na ce­cha – sto­jąc na sce­nie, cie­szy­ły się tym, że ży­ją, tym, że ze­bra­ni ich słu­cha­ją. Śpie­wa­ły pio­sen­kę o na­dziei. Lu­dzie wo­kół mnie mie­li oczy peł­ne łez. Nie pa­mię­tam już, ja­ki słyn­ny ze­spół śpie­wał po nich, do­sko­na­le pa­mię­tam tyl­ko ich roz­świe­tlo­ne bu­zie. I na­dzie­ję, ja­ką wla­ły w ser­ca dzię­ki swo­jej pio­sen­ce. Na­dzie­ję, ja­kiej nie mógł­by dać nikt in­ny, na­wet ten, kto dys­po­nu­je wyż­szą „ja­ko­ścią ży­cia”.

 

Ewa Rej­man

 

Wolontariat? Wchodzę w to!

Cześć! Na­zy­wam się Jo­seph Gul­li­ford, po­cho­dzę z Lon­dy­nu i je­stem wo­lon­ta­riu­szem Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży – Kra­ków 2016! To już mo­ja dru­ga przy­go­da z ŚDM. Wszyst­ko za­czę­ło się w Ma­dry­cie w 2011 ro­ku. Cho­ciaż nie mo­głem być w Rio trzy la­ta te­mu, to ma­jąc w pa­mię­ci re­we­la­cyj­ny czas spę­dzo­ny w Hisz­pa­nii, wiem, że w lip­cu cze­ka­ją nas eks­cy­tu­ją­ce dwa ty­go­dnie! Ostat­nie pół­to­ra ty­go­dnia spę­dzi­łem w Kra­ko­wie i ten czas bar­dzo mi się po­do­bał. Fan­ta­stycz­nie by­ło po­zna­wać mia­sto, je­go uli­ce, skle­py, miej­sca i at­mos­fe­rę. Zresz­tą prze­siąk­nię­cie roz­ma­ity­mi in­for­ma­cja­mi na je­go te­mat jest bar­dzo waż­ne w mo­jej pra­cy w call-cen­tre. Mo­im za­da­niem ja­ko wo­lon­ta­riu­sza jest od­po­wia­da­nie na py­ta­nia i proś­by an­glo­ję­zycz­nych piel­grzy­mów.

Do Pol­ski przy­by­łem cał­ko­wi­cie nie­spo­dzie­wa­nie. Od przy­ja­cie­la do­wie­dzia­łem się, że jest ta­ka moż­li­wość, a po­nie­waż i tak szu­ka­łem ja­kie­goś za­ję­cia na nad­cho­dzą­ce mie­sią­ce, to zde­cy­do­wa­łem się po­móc Kra­ko­wo­wi w przy­go­to­wa­niach. Wbrew po­zo­rom ła­two wca­le nie by­ło – do­pie­ro po wie­lu roz­wa­ża­niach, mo­dli­twach i prze­my­śle­niach uzna­łem, że w to wcho­dzę.

foto_01-01_10-2016

Po­wo­dów, dla któ­rych się zde­cy­do­wa­łem, by­ło wie­le, ale wszyst­kie moż­na za­mknąć wła­ści­wie jed­nym sło­wem: po­wo­ła­nie do służ­by. To wia­ra za­wsze mnie mo­ty­wo­wa­ła – do pra­cy i wszyst­kich przed­się­wzięć, ja­kie po­dej­mu­ję. Te­raz też na­praw­dę po­czu­łem, że Bóg mnie wzy­wa i chce – przez mój czas spę­dzo­ny w Kra­ko­wie – ze­słać wiel­kie bło­go­sła­wień­stwo dla mnie i lu­dzi do­oko­ła.

I oto je­stem, już pra­wie dwa ty­go­dnie…

Spo­tka­łem wie­lu wspa­nia­łych lu­dzi z ca­łe­go świa­ta. Jed­nym z na­szych naj­więk­szych pro­ble­mów jest ba­rie­ra ję­zy­ko­wa. Z dru­giej jed­nak stro­ny by­ła ona w pe­wien spo­sób olśnie­wa­ją­ca. Na mnie ja­ko An­gli­ku ogrom­ne wra­że­nie ro­bią lu­dzie zna­ją­cy ję­zy­ki ob­ce (szcze­gól­nie an­giel­ski). Mu­szę przy­znać, że sam czu­ję się nie­co ogra­ni­czo­ny zna­jąc tyl­ko je­den. Ale mi­mo tych pro­ble­mów da­je­my ra­dę, bo lu­dzie są bar­dzo mi­li i cier­pli­wi, po­za tym więk­szość mó­wi po an­giel­sku. Cie­szę się, że mo­gę być czę­ścią spo­łecz­no­ści ŚDM i już nie mo­gę się do­cze­kać tych dwóch lip­co­wych ty­go­dni, któ­re spę­dzę z mo­imi pol­ski­mi i mię­dzy­na­ro­do­wy­mi przy­ja­ciół­mi.

W ostat­nim cza­sie sta­ra­łem się też za­zna­jo­mić z ję­zy­kiem pol­skim (eks­cy­tu­ją­ce, ale bar­dzo trud­ne) i kul­tu­rą (to już na szczę­ście nie tak trud­ne, lecz po­ucza­ją­ce i in­spi­ru­ją­ce). Bar­dzo po­dzi­wiam św. Fau­sty­nę i św. pa­pie­ża Ja­na Paw­ła II. Je­stem pra­wie pew­ny, że Jan Pa­weł II „przy­ło­żył rę­kę” do mo­je­go przy­by­cia tu­taj – wska­zu­je na to choć­by fakt, że cał­kiem przy­pad­kiem do­tar­łem do Kra­ko­wa aku­rat w 11. rocz­ni­cę je­go śmier­ci.

Od kie­dy tu je­stem, każ­dy dzień jest no­wą przy­go­dą, no­wym bło­go­sła­wień­stwem. I nie­waż­ne, czy aku­rat ro­bię coś z mo­ją ŚDM-ową „dru­ży­ną”, czy też po pro­stu cho­dzę i spo­ty­kam ob­cych lu­dzi na uli­cach i w skle­pach. Mam po­czu­cie, że łą­czy nas coś spe­cjal­ne­go. Jest tu ja­kaś nie­sa­mo­wi­ta at­mos­fe­ra, Bóg bło­go­sła­wi na­szą pra­cę, a my po­trze­bu­je­my Je­go pro­wa­dze­nia we wszyst­kich na­szych dzia­ła­niach.

Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży nie da się za­szu­flad­ko­wać. Ma­dryt był fa­scy­nu­ją­cym, wzbo­ga­ca­ją­cym do­świad­cze­niem i li­czę, że Kra­ków też ta­ki bę­dzie. Ale wiem, że każ­da oso­ba bio­rą­ca udział w tym wiel­kim wy­da­rze­niu bę­dzie mia­ła ja­kieś swo­je, bar­dzo oso­bi­ste do­świad­cze­nia – tak od­ręb­ne od prze­żyć in­nych. Pew­ne jest tyl­ko jed­no – Bóg, któ­ry nam bło­go­sła­wi, spra­wia, że wszyst­ko jest moż­li­we.

Tyl­ko On po­tra­fi ze wszyst­kie­go wy­do­być do­bro. Idę więc na­przód ra­zem z Nim, z sze­ro­ko otwar­ty­mi ra­mio­na­mi – i je­stem bar­dzo, bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ny per­spek­ty­wą dal­szej po­dró­ży.

 

Jo­seph Gul­li­ford

Tłum. Kla­ra i Mo­ni­ka Do­ro­żyń­skie

 

Wstępniak

Jola Tęcza-ĆwierzDro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Ja­ko stu­dent­ka, pod­czas wa­ka­cyj­nych wo­ja­ży, tra­fi­łam we fran­cu­skie Al­py, do klasz­to­ru Tra­pi­stów. To za­kon o naj­bar­dziej su­ro­wej re­gu­le w ca­łym Ko­ście­le: to­tal­na izo­la­cja od świa­ta, mil­cze­nie, post oraz mo­dli­twa i pra­ca fi­zycz­na. W cią­gu dnia mni­si mo­gą po­ro­zu­mie­wać się ze so­bą tyl­ko w ra­zie naj­wyż­szej ko­niecz­no­ści. Sie­dem ra­zy dzien­nie zbie­ra­ją się w ko­ście­le na ofi­cjum bre­wia­rzo­wym. Je­den z bra­ci opo­wia­dał nam, że w Wiel­ki Pią­tek za­kon­ni­cy cho­dzą bo­so, na co dzień je­dzą bar­dzo skrom­nie, a gdy któ­ryś z nich ma uro­dzi­ny, do­sta­je ma­leń­ki bu­kiet kwia­tów i... kost­kę cze­ko­la­dy.

Oso­by de­cy­du­ją­ce się na wstą­pie­nie do za­ko­nu klau­zo­ro­we­go na za­wsze opusz­cza­ją swo­ją ro­dzi­nę i świat, w któ­rym ży­ły. Z od­wie­dza­ją­cy­mi ich bli­ski­mi roz­ma­wia­ją przez kra­tę roz­mów­ni­cy. Wy­ją­tek? Wi­zy­ta u den­ty­sty…

Ży­cie we wspól­no­cie, na nie­wiel­kiej prze­strze­ni, za­pew­ne nie jest ła­twe. Sio­stry i bra­cia na­wet mię­dzy so­bą roz­ma­wia­ją nie­wie­le, po­za tzw. go­dzi­na­mi re­kre­acji. Rytm ich ży­cia w klasz­to­rze wy­zna­cza mo­dli­twa i pra­ca: mu­szą ugo­to­wać, wy­prać, po­sprzą­tać. Czę­sto za­kon mu­si sam na sie­bie za­ro­bić, więc ha­ftu­ją i szy­ją.

Jed­nak jak po­da­je In­sty­tut Sta­ty­sty­ki Ko­ścio­ła Ka­to­lic­kie­go, nie bra­ku­je chęt­nych, de­cy­du­ją­cych się na ży­cie za kra­tą klau­zu­li. We wszyst­kich za­ko­nach w Pol­sce jest oko­ło 26 tys. sióstr, z cze­go po­nad 1500 prze­by­wa w zgro­ma­dze­niach klau­zu­ro­wych. To dziew­czy­ny i ko­bie­ty, któ­re czu­ją, że je­śli Pan Bóg je wzy­wa, to wie, co ro­bi. Chry­stus po­cią­ga je bar­dziej niż świat.

Dla nas, my­ślą­cych ka­te­go­ria­mi no­wo­cze­sno­ści, dla któ­rych li­czą się pie­nią­dze, ka­rie­ra i ży­cio­wy suk­ces, za­kon­ni­ce i za­kon­ni­cy ze zgro­ma­dzeń kon­tem­pla­cyj­nych to coś zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­łe­go. Ich de­cy­zja o to­tal­nym od­da­niu Pa­nu Bo­gu wy­da­je się ab­sur­dal­na. Są­dzę, że sio­stry za­kon­ne, bra­cia i oj­co­wie mo­gą na­wet pro­wo­ko­wać tych, któ­rzy nie wie­rzą lub wąt­pią.

Jed­nak pa­mię­taj­my – oni ca­łym swo­im ży­ciem mó­wią świa­tu, że jest Bóg. Przy­znaj szcze­rze (ja też przy­znam sa­ma przez so­bą…), ile ra­zy po­my­śla­łeś, że ta­kie ży­cie to stra­ta cza­su, po­ten­cja­łu, ta­len­tów i moż­li­wo­ści? Tym­cza­sem oso­by za mu­ra­mi klasz­to­rów mo­dlą się za ca­ły świat, tak­że za nas. Nie wie­my, jak by wy­glą­da­ło na­sze ży­cie bez ich mo­dli­twy. Dziś my po­mó­dl­my się za nich.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

 

Nawet zaborcy pozwalali świętować...

3 ma­ja 1946 ro­ku, świę­to uchwa­le­nia Kon­sty­tu­cji. Wy­da­wa­ło się, że w po­wo­jen­nej Pol­sce bę­dzie to ra­do­sny dzień. No­wa wła­dza po­sta­no­wi­ła jed­nak ina­czej.

Już od ra­na do ko­ścio­ła Ma­riac­kie­go w Kra­ko­wie zbli­ża­ły się od­święt­nie ubra­ne gru­py. Har­ce­rze ma­sze­ro­wa­li z wer­bla­mi, mło­dzież szkol­na i stu­den­ci ze sztan­da­ra­mi. Po raz pierw­szy od za­koń­cze­nia woj­ny i wy­pę­dze­nia Niem­ców Po­la­cy chcie­li uro­czy­ście uczcić trze­cio­ma­jo­we świę­to. Jesz­cze nie wie­dzie­li, że ko­mu­ni­ści za­ka­za­li je­go ob­cho­dów. Te­go dnia kil­ku­set kra­kow­skich stu­den­tów zo­sta­ło aresz­to­wa­nych. Mło­dzież od­po­wie­dzia­ła straj­kiem na wyż­szych uczel­niach i w szko­łach śred­nich w ca­łej Ma­ło­pol­sce.

Po­dob­nie by­ło w dzie­siąt­kach pol­skich miast. Tak licz­nie mło­dzież wy­szła w pro­te­ście prze­ciw­ko ko­mu­ni­stycz­nej wła­dzy do­pie­ro w mar­cu 1968 ro­ku. Ofi­cjal­ne świę­to­wa­nie 3 ma­ja przy­wró­ci­ła „So­li­dar­ność” w 1981 ro­ku.

foto_01-03_09-2016

Strza­ły w Ryn­ku

Jesz­cze przed Mszą św. w Ba­zy­li­ce Ma­riac­kiej na­stro­je wzbu­rze­nia po­tę­go­wa­ły sa­mo­cho­dy peł­ne funk­cjo­na­riu­szy Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa krą­żą­ce po kra­kow­skim Ryn­ku. Po Mszy św. za­śpie­wa­no Bo­że coś Pol­skę Ro­tę, zmie­nia­jąc nie­co ory­gi­nal­ne sło­wa na „aż się roz­pad­nie w proch i pył mo­skiew­ska za­wie­ru­cha”. W stro­nę ul. Grodz­kiej ru­szył wie­lo­ty­sięcz­ny po­chód po­prze­dzo­ny sztan­da­ra­mi i or­kie­strą pocz­tow­ców. Dro­gę za­gro­dził im sze­reg funk­cjo­na­riu­szy z pe­pe­sza­mi. Ne­go­cja­cje nie przy­nio­sły żad­ne­go efek­tu, a do­wo­dzą­cy za­gro­ził uży­ciem bro­ni. Tłum za­czął skan­do­wać pa­trio­tycz­ne ha­sła.

Strza­ły pa­da­ły w Ryn­ku – ran­nych zo­sta­ło dwóch męż­czyzn, jed­ne­go ku­la tra­fi­ła w gło­wę, dru­gie­mu prze­szy­ła no­gę. Jed­no­cze­śnie bez­pie­ka przy­stą­pi­ła do aresz­to­wań. Oto­czo­no II Dom Aka­de­mic­ki przy alei 3 Ma­ja i za­bra­no kil­ku­set stu­den­tów. Za­trzy­ma­nych wy­pro­wa­dza­no z rę­ka­mi pod­nie­sio­ny­mi do gó­ry i ła­do­wa­no do sa­mo­cho­dów cię­ża­ro­wych, za­wo­żąc do piw­nic Urzę­du Bez­pie­czeń­stwa na plac In­wa­li­dów. W każ­dym po­ko­ju prze­pro­wa­dzo­no do­kład­ną re­wi­zję pod pre­tek­stem po­szu­ki­wa­nia bro­ni. Szu­ka­no jej na­wet w ko­tłach z zu­pą, nic jed­nak nie zna­le­zio­no.

So­li­dar­na mło­dzież

Na­za­jutrz „Dzien­nik Pol­ski” pi­sał o „gru­pach awan­tur­ni­ków i stu­den­tów”, któ­rzy zor­ga­ni­zo­wa­li po­chód. We­dług ga­ze­ty „z gru­py de­mon­stran­tów pa­dły strza­ły w kie­run­ku Ko­mi­te­tu PPR, przy czym ra­nio­ne zo­sta­ły dwie oso­by. Wła­dze bez­pie­czeń­stwa aresz­to­wa­ły naj­bar­dziej agre­syw­nych awan­tur­ni­ków, od­bie­ra­jąc im broń pal­ną”. Ta­kie kłam­stwa jesz­cze bar­dziej pod­grza­ły na­stro­je. Ucznio­wie i stu­den­ci przy­stą­pi­li do straj­ku ab­sen­cyj­ne­go*, do­ma­ga­jąc się zwol­nie­nia za­trzy­ma­nych przez UB. „Mło­dzież pro­te­stu­je prze­ciw­ko aresz­to­wa­niu na­szych ko­le­gów” – pla­ka­ty tej tre­ści za­wi­sły w szko­łach. Strajk pod­ję­ły wszyst­kie uczel­nie oraz 40 szkół śred­nich i za­wo­do­wych w Ma­ło­pol­sce, m.in. w Wie­licz­ce, Chrza­no­wie, Ja­worz­nie, Boch­ni, Brze­sku i Tar­no­wie. Po kil­ku dniach mło­dzież w szko­łach śred­nich po­wró­ci­ła do na­uki. Pro­te­stu nie prze­rwa­li stu­den­ci m.in. w Gli­wi­cach, Gdań­sku, Po­zna­niu, Ło­dzi, Wro­cła­wiu. W Kra­ko­wie sąd ska­zał kil­ku­na­stu uczest­ni­ków na ka­ry do 4 lat wię­zie­nia. Kra­ko­wia­nie ko­men­to­wa­li, iż na­wet pod­czas za­bo­rów Au­stria­cy ze­zwa­la­li na świę­to­wa­nie 3 ma­ja, na­to­miast za­bro­nio­no je­go ob­cho­dów w lu­do­wej Pol­sce po 1945 ro­ku.

 

Ja­ro­sław Sza­rek

Nie musi być fajnie

Z księ­dzem Ja­nem Kacz­kow­skim roz­ma­wia Piotr Żył­ka.

Kim jest i skąd się wziął Jan Kacz­kow­ski?

– To dość kar­ko­łom­na sztu­ka py­tać Ja­na Kacz­kow­skie­go, kim jest i skąd się wziął. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że wszyst­ko za­wdzię­czam swo­jej ro­dzi­nie, a zwłasz­cza ro­dzi­com. Mój dom był do­mem peł­nym mi­ło­ści, sza­leń­stwa i otwar­to­ści.

Gdy­bym miał go okre­ślić tyl­ko w je­den spo­sób, to po­wie­dział­bym, że był to dom wiel­kiej bli­sko­ści. Ma­ma to oso­ba bar­dzo wy­ma­ga­ją­ca, z ko­lei ta­ta to typ jo­wial­ne­go, lecz sta­bil­ne­go go­ścia, któ­re­go głów­nym prze­ka­zem w ży­ciu by­ło: „Daj spo­kój, ja im ufam”. Dzię­ki kli­ma­to­wi za­ufa­nia ro­dzeń­stwo i ja uzy­ska­li­śmy so­lid­ny fun­da­ment do zbu­do­wa­nia wła­snych do­mów.

Mo­je ro­dzeń­stwo stwo­rzy­ło sta­bil­ne ro­dzi­ny. Star­szy brat Fi­lip świet­nie ogar­nia te­ma­ty bu­dow­la­no-biz­ne­so­we, a sio­stra Mag­da zo­sta­ła pre­ze­sem spo­rej spół­ki. Ja je­stem księ­dzem. Każ­de z nas jest szczę­śli­we. Ro­dzi­com uda­ło się zbu­do­wać do­bry dom. Choć ma­ma z prze­ką­sem kon­sta­tu­je, że kie­row­ni­cze sta­no­wi­ska zaj­mu­je­my tyl­ko dzię­ki niej, bo za­rzą­dza­nia od naj­młod­szych lat uczy­li­śmy się, wy­da­jąc jej roz­ka­zy.

foto_01-02_09-2016

Kim są – to Księ­dza okre­śle­nie – plu­szo­wi ka­to­li­cy?

– Plu­szo­wi ka­to­li­cy są ka­to­li­ka­mi wy­cho­wa­ny­mi przez plu­szo­wych księ­ży.

Kim w ta­kim ra­zie są plu­szo­wi księ­ża?

– Plu­szo­wi księ­ża to ci po­śród mo­ich współ­bra­ci, któ­rzy ca­ły czas ego­istycz­nie pa­trzą w sie­bie i mó­wią, że w ka­płań­stwie ko­niecz­nie mu­si być faj­nie, mi­ło i przy­jem­nie. Wca­le tak nie mu­si być, nikt nie po­wie­dział, że ży­cie bę­dzie ła­twe. Wy­cho­wu­ją więc plu­szo­wych ka­to­li­ków, lu­dzi nie­umie­ją­cych zmie­rzyć się z wy­ma­ga­nia­mi mo­ral­ny­mi, bo od po­cząt­ku tkwią w at­mos­fe­rze przy­jem­ne­go cie­peł­ka, w na­szych wspól­no­tach, w dusz­pa­ster­stwach aka­de­mic­kich, w gru­pach do­mi­ni­kań­skich czy je­zu­ic­kich, ale też w ini­cja­ty­wach z gór­nej pół­ki: w śro­do­wi­skach twór­czych, aka­de­mic­kich, in­te­li­genc­kich. Plu­szo­wa­tość gro­zi każ­de­mu, kto za­cznie żyć w prze­ko­na­niu, że „ma być faj­nie i przy­jem­nie”.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Dobrzy, mądrzy i szczęśliwi

Szu­kasz au­to­ry­te­tu? Wy­bierz oso­bę, któ­ra po­ka­że ci men­tal­ność ZWYCIĘZCY!

Ro­dzi­ce (53 proc.) i św. Jan Pa­weł II (47 proc.) to naj­więk­sze au­to­ry­te­ty pol­skiej mło­dzie­ży*. Na­uczy­cie­le są wzo­ra­mi dla 4 proc. mło­dych lu­dzi, a po­li­ty­cy… Ci zna­leź­li się na sa­mym koń­cu li­sty: 3 proc. dla Le­cha Wa­łę­sy, je­den punkt dla Ja­ro­sła­wa Ka­czyń­skie­go i jesz­cze mniej dla Do­nal­da Tu­ska. Rów­no­cze­śnie co siód­my mło­dy Po­lak twier­dzi, że nie kie­ru­je się w ży­ciu żad­nym au­to­ry­te­tem. Przyj­rzyj­my się spra­wie z bli­ska.

Po co au­to­ry­tet?

Czu­je­my in­tu­icyj­nie, kto to ta­ki. Au­to­ry­tet to oso­ba, któ­ra cie­szy się szcze­gól­nym uzna­niem. Li­czy­my się z jej zda­niem, ce­ni­my ży­cio­wą mą­drość, chęt­nie py­ta­my o ra­dę, uwzględ­nia­my jej opi­nię, gdy po­dej­mu­je­my waż­ne dla nas de­cy­zje. Au­to­ry­tet to punkt od­nie­sie­nia. Czy jest nam nie­zbęd­ny?

foto_01-01_09-2016

– Po­trze­bu­je­my au­to­ry­te­tu, po­nie­waż nie je­ste­śmy do­sko­na­li. Tyl­ko Bóg sam so­bie wy­star­czy ja­ko au­to­ry­tet – mó­wi ks. dr Ma­rek Dzie­wiec­ki, ka­płan i psy­cho­log, któ­re­go zna­my z ru­bry­ki „za­py­taj eks­per­ta”. – Czło­wiek, któ­ry uwie­rzy, że sam dla sie­bie jest naj­więk­szym au­to­ry­te­tem, mo­że dra­stycz­nie sie­bie skrzyw­dzić np. po­tra­fi mie­szać do­bro ze złem, na­ło­go­wo oszu­ki­wać sa­me­go sie­bie, po­pa­dać w ego­izm czy w tra­gicz­ne uza­leż­nie­nia. Mo­że stać się nie­mi­ło­sier­nym dla sa­me­go sie­bie i dla in­nych lu­dzi – wy­mie­nia ks. Ma­rek.

Choć ta­kie my­śle­nie wy­ma­ga spo­ro po­ko­ry, pra­wie po­ło­wa Po­la­ków przy­zna­je, że le­piej uczyć się na cu­dzych błę­dach, niż na swo­ich. Trzy na czte­ry do­ro­słe oso­by zga­dza­ją się ze stwier­dze­niem, że po­sia­da­nie au­to­ry­te­tów jest waż­ne. Tak­że 48 proc. twier­dzi, że ma lub mia­ło w swym ży­ciu ta­ką oso­bę.

Ale au­to­ry­tet mo­że nas uchro­nić nie tyl­ko przed po­peł­nia­niem błę­dów. – Mą­dry wzór chro­ni nas też przed ule­ga­niem na­szym sła­bo­ściom czy na­szej na­iw­no­ści, po­ma­ga bro­nić się przed ne­ga­tyw­nym na­ci­skiem ze stro­ny śro­do­wi­ska, a tak­że mo­bi­li­zu­je do cią­głe­go roz­wo­ju – wy­li­cza ks. Dzie­wiec­ki.

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak

Jola Tęcza-ĆwierzDro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Sło­wo „au­to­ry­tet” uży­wa­ne jest czę­sto. Mó­wi­my, że ktoś „zy­sku­je au­to­ry­tet”, „jest au­to­ry­te­tem”, „tra­ci au­to­ry­tet”. Zna­ne jest sfor­mu­ło­wa­nie: „upa­dek au­to­ry­te­tów”.

Dla ma­łe­go dziec­ka nie­pod­wa­żal­nym au­to­ry­te­tem są ro­dzi­ce. Bez za­strze­żeń przyj­mu­je wszyst­ko, co mó­wią. Po la­tach do­ro­śli nie ma­ją już tak ła­two. Ich do­ra­sta­ją­cy syn czy cór­ka za­czy­na kry­ty­ko­wać lub kwe­stio­no­wać de­cy­zje ro­dzi­ców.

W na­szym ży­ciu po­ja­wia­ją się róż­ne au­to­ry­te­ty: na­uczy­ciel, tre­ner, star­szy ko­le­ga, przy­ja­ciel. Po­szu­ku­je­my ko­goś, na kim moż­na się wzo­ro­wać, ko­goś mą­dre­go, kto nie za­wie­dzie, nie wy­śmie­je i nie zi­gno­ru­je, ale znaj­dzie spo­sób, po­mo­że, po­zwo­li uwie­rzyć we wła­sne moż­li­wo­ści.

Czy­ta­łam nie­daw­no książ­kę Jan­ka Me­li pt. „Po­za ho­ry­zon­ty”, w któ­rej opi­su­je swo­ją wy­pra­wę na bie­gun pół­noc­ny. Być mo­że z po­przed­nie­go nu­me­ru „Dro­gi” pa­mię­ta­cie, że Ja­nek w wie­ku 13 lat zo­stał po­ra­żo­ny prą­dem, wsku­tek cze­go stra­cił pra­we przed­ra­mię i le­wą no­gę. Je­go au­to­ry­te­tem (za­pew­ne jed­nym z wie­lu) jest po­dróż­nik Ma­rek Ka­miń­ski, któ­ry tak pi­sze o Jaś­ku: „Wie­dzia­łem, że sta­łem się dla Ja­sia nie tyl­ko prze­wod­ni­kiem w dro­dze na bie­gun, ale tak­że kimś wię­cej – pro­wa­dzi­łem go do no­we­go ży­cia”.

Z ko­lei Ja­nek Me­la stwier­dza: „Do­ce­ni­łem, ile Ma­rek dla mnie zro­bił. (...) Po­zo­stał dla mnie na­uczy­cie­lem. Dzię­ki Mar­ko­wi i Wojt­kom (Ostrow­skie­mu i Mo­ska­lo­wi, któ­rzy to­wa­rzy­szy­li Jaś­ko­wi w wy­pra­wie – przyp. red.) zdo­by­łem bie­gu­ny, ale przede wszyst­kim zro­zu­mia­łem, jak wy­zna­czać so­bie ce­le, jak wie­rzyć w ma­rze­nia i dą­żyć do ich re­ali­za­cji. To jest dla mnie nie­sły­cha­nie waż­ne”.

W tym nu­me­rze „Dro­gi” przy­glą­da­my się au­to­ry­te­tom. Jak od­róż­nić praw­dzi­we, nie­kwe­stio­no­wa­ne au­to­ry­te­ty mo­ral­ne czy na­uko­we od sfa­bry­ko­wa­nych au­to­ry­te­tów me­dial­nych i ido­li? Co zro­bić, gdy wy­da­je nam się, że w na­szym śro­do­wi­sku brak wzo­rów do na­śla­do­wa­nia? Al­bo gdy nasz au­to­ry­tet, któ­rym był ro­dzic al­bo ka­płan, po pro­stu… upa­da?
Oczy­wi­ście, rzecz nie w wy­mie­nia­niu ko­lej­nych na­zwisk osób za­słu­gu­ją­cych na mia­no au­to­ry­te­tu, ale w zro­zu­mie­niu, dla­cze­go ktoś się nim sta­je.

Po­zdra­wiam Was naj­ser­decz­niej zza re­dak­tor­skie­go biur­ka, przy któ­rym przez ja­kiś czas bę­dę za­stę­po­wać Mag­dę Gu­ziak-No­wak. Do­brej lek­tu­ry!

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go