Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

Nie je­ste­śmy stwo­rze­ni do sa­mot­no­ści. Cier­pi­my, kie­dy in­ni o nas za­po­mi­na­ją, gdy nas lek­ce­wa­żą czy igno­ru­ją. Po­trze­bu­je­my wię­zi jak tle­nu, dla­te­go szu­ka­my bli­sko­ści, spo­tkań, re­la­cji... Przy­jaźń jest nie­zwy­kłą for­mą kon­tak­tu, po­nie­waż da­je po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Przy­ja­ciel to wi­dzial­na wer­sja anio­ła stró­ża. Dzię­ki nie­mu nie bo­ję się wyjść na spo­tka­nie z ota­cza­ją­cą mnie rze­czy­wi­sto­ścią. Przy­ja­ciel sza­nu­je mnie po­mi­mo te­go, że bar­dziej niż in­ni zda­je so­bie spra­wę z mo­ich wad i sła­bych stron. To po­cie­sza­ją­ce... Jed­nak wbrew po­wszech­ne­mu prze­ko­na­niu, przy­ja­ciel nie jest kimś, kto wie o mnie wszyst­ko. Ale po­tra­fi mnie ko­chać nie­za­leż­nie od te­go, cze­go się o mnie do­wie.

Przy­jaźń mię­dzy ludź­mi wy­ma­ga cza­su i cier­pli­wo­ści. Wy­ma­ga też wza­jem­ne­go po­zna­nia, kie­ro­wa­nia się po­dob­ny­mi war­to­ścia­mi i za­sa­da­mi mo­ral­ny­mi. Pięk­nie pi­sze o tym An­to­ine de Sa­int-Exu­péry w „Ma­łym Księ­ciu”. Bo­ha­ter po­wie­ści za­czy­na bu­do­wa­nie przy­jaź­ni od opusz­cze­nia wła­snej pla­ne­ty – nie sku­pia się na sa­mym so­bie, uwal­nia się od ego­izmu. Wie, że przy­jaź­ni nie zbu­du­je ktoś nie­uf­ny, prze­ce­nia­ją­cy sa­me­go sie­bie al­bo prze­ko­na­ny, że nie ma na świe­cie ko­goś rów­nie szla­chet­ne­go i wraż­li­we­go, jak on sam. Kie­dy Ma­ły Ksią­żę spo­ty­ka li­sa, ten wy­ja­śnia mu za­sa­dy bu­do­wa­nia przy­jaź­ni. Po pierw­sze, trze­ba być bar­dzo cier­pli­wym. Praw­dzi­wa przy­jaźń wy­ma­ga cza­su. Po dru­gie, trze­ba umieć mil­czeć, bo mo­wa by­wa źró­dłem nie­po­ro­zu­mień. Trze­ba stop­nio­wo oswa­jać dru­gą oso­bę w spo­sób de­li­kat­ny, nie­na­tar­czy­wy. Trze­ba wi­dzieć w niej to, co mo­że być nie­wi­dzial­ne dla oczu in­nych: god­ność, wraż­li­wość, aspi­ra­cje i pra­gnie­nia. Po trze­cie, trze­ba być wier­nym i od­po­wie­dzial­nym za to, co się oswo­iło.

Cóż wiel­kie­go – przy­ja­ciel – po­my­ślisz. Prze­cież mam zna­jo­mych, ko­le­gów, ku­zy­na, sio­strę i psa. Czy to są re­la­cje przy­ja­ciel­skie? Za­sta­nów się, tak uczci­wie – czy masz choć jed­ną oso­bę, z któ­rą mo­żesz po­roz­ma­wiać o spra­wach po­waż­nych i trud­nych, na któ­rą mo­żesz li­czyć w każ­dej sy­tu­acji? Afry­kań­skie przy­sło­wie mó­wi, że „czło­wiek jest dla czło­wie­ka naj­lep­szym le­kar­stwem”. Z ca­łe­go ser­ca ży­czę Ci ta­kie­go le­ku.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Altötting. To oczywiste

My ma­my Czę­sto­cho­wę a Niem­cy Al­töt­ting, na­zy­wa­ne ser­cem Ba­wa­rii. To mia­sto nie tyl­ko wie­lu za­byt­ków, ale tak­że cu­dów. Piel­grzy­mu­ją do nie­go lu­dzie z ca­łe­go świa­ta, że­by mo­dlić się u stóp… Czar­nej Ma­don­ny.

Al­töt­ting (czyt. Al­tet­ting) to nie­wiel­kie mia­sto. Li­czy nie­speł­na 13 ty­się­cy miesz­kań­ców. Le­ży w Ba­wa­rii, na po­łu­dnio­wym wscho­dzie Nie­miec. Prze­cha­dza­jąc się je­go ulicz­ka­mi, na każ­dym kro­ku do­strze­ga się coś, co przy­ku­wa wzrok: a to ka­mien­ne rzeź­by współ­cze­snej Dro­gi Krzy­żo­wej au­tor­stwa Ru­do Gösche­la a to pięk­ną Fon­tan­nę Mat­ki Bo­żej (do­wód wdzięcz­no­ści bi­sku­pa Sal­zbur­ga Pa­ri­sa Lo­dro­na za oca­le­nie mia­sta w cza­sie woj­ny trzy­dzie­sto­let­niej). Nie spo­sób tak­że nie za­uwa­żyć wy­so­kich wież póź­no­go­tyc­kiej ko­le­gia­ty pa­ra­fial­nej świę­tych Fi­li­pa i Ja­ku­ba.

foto_01-03_21-2016

Du­cho­we cen­trum

Jed­nak rze­sze lu­dzi z Nie­miec i ca­łe­go świa­ta przy­by­wa­ją do te­go mia­sta przede wszyst­kim po to, by mo­dlić się u stóp Czar­nej Ma­don­ny. Nie­trud­no do Niej tra­fić. Trze­ba od­szu­kać spo­rych roz­mia­rów Plac Ka­plicz­ny, któ­ry ota­cza­ją ba­ro­ko­we bu­dow­le. To na nim mie­ści się Świę­ta Ka­pli­ca, dość nie­po­zor­na na tle ota­cza­ją­cych ją bu­dyn­ków, m.in. ra­tu­sza, ko­le­gia­ty pa­ra­fial­nej świę­tych Fi­li­pa i Ja­ku­ba oraz ko­ścio­ła św. Mag­da­le­ny. Ka­pli­ca zo­sta­ła zbu­do­wa­na praw­do­po­dob­nie oko­ło 1000 r. Znaj­du­je się w niej fi­gu­ra sły­ną­cej ła­ska­mi Mat­ki Bo­żej Ła­ska­wej. W 1489 r. wy­da­rzy­ły się tu dwie nie­zwy­kłe hi­sto­rie – cu­da przy­pi­sy­wa­ne Czar­nej Ma­don­nie. Dwaj miej­sco­wi chłop­cy stra­ci­li ży­cie – je­den z nich pod ko­ła­mi wo­zu peł­ne­go zbo­ża, a dru­gi uto­pił się w rze­ce. Po żar­li­wej mo­dli­twie zroz­pa­czo­nych ma­tek przed fi­gu­rą Mat­ki Bo­żej chłop­cy zo­sta­li przy­wró­ce­ni do ży­cia. Obie hi­sto­rie roz­po­czę­ły trwa­ją­cą do dziś tra­dy­cję piel­grzy­mek.

Ta­ka Mat­ka Bo­ża

Fi­gu­ra Mat­ki Bo­żej, któ­ra trzy­ma na rę­kach Dzie­ciąt­ko Je­zus jest nie­wiel­ka. Ma tyl­ko 65 cen­ty­me­trów wy­so­ko­ści. Choć rzeź­bę wy­ko­na­no z drew­na li­po­we­go, obie po­sta­ci ma­ją ob­li­cza po­czer­nia­łe od dy­mu ty­się­cy wy­pa­lo­nych w ka­pli­cy świec. Co cie­ka­we, nie wia­do­mo, kto i kie­dy wy­rzeź­bił tę fi­gu­rę. Przy­pusz­cza się je­dy­nie, że po­wsta­ła ok. 1330 r. Mat­ka Bo­ża i Dzie­ciąt­ko Je­zus ubra­ni są w prze­pięk­ne zło­te su­kien­ki, zdej­mo­wa­ne tyl­ko w Śro­dę Po­piel­co­wą i Wiel­ką So­bo­tę.

Przed cu­dow­ne ob­li­cze Mat­ki Bo­żej Ła­ska­wej ty­sią­ce lu­dzi piel­grzy­mu­ją z ukry­ty­mi w ser­cach proś­ba­mi i po­dzię­ko­wa­nia­mi. Nic dziw­ne­go, że w 1623 r. ksią­żę ba­war­ski Mak­sy­mi­lian I ogło­sił Ją pa­tron­ką Ba­wa­rii. Ta­bli­ce wo­tyw­ne z wy­pi­sa­ny­mi proś­ba­mi i po­dzię­ko­wa­nia­mi za otrzy­ma­ne ła­ski, któ­rych jest po­nad dwa ty­sią­ce, są nie­zbi­tym do­wo­dem wiel­kiej mo­cy Ma­ryi.

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Dużo, więcej, tornado

Je­śli po­zwo­lisz, aby rze­czy za­czę­ły rzą­dzić two­im ży­ciem – zro­bią to. Kon­se­kwent­nie bę­dą się mno­żyć, że­by w koń­cu cał­ko­wi­cie za­jąć two­je my­śli.

Otwie­rasz drzwi swo­je­go po­ko­ju i po­ty­kasz się o po­rzu­co­ny na pod­ło­dze ple­cak. Sia­dasz przed biur­kiem, że­by za­jąć się kre­atyw­ną pra­cą, ale two­je pry­wat­ne kró­le­stwo twór­czo­ści umy­sło­wej przy­po­mi­na ra­czej za­tło­czo­ny par­king al­bo biu­ro rze­czy zna­le­zio­nych. Kie­dy już je od­gru­zu­jesz, nie mo­żesz sku­pić się na my­śle­niu, bo pla­kat ido­la wi­szą­cy na ścia­nie cią­gle cię roz­pra­sza. Ran­kiem szu­kasz skar­pe­tek, ale znaj­du­jesz tyl­ko sa­mot­ne i smut­ne sztu­ki bez pa­ry. W au­to­bu­sie ner­wo­wo szu­kasz port­fe­la, w któ­rym scho­wa­łeś bi­let, ale dro­gę do nie­go za­gra­dza­ją: te­le­fon, dwie pa­ry klu­czy, gum­ka do ma­za­nia, trzy dłu­go­pi­sy, sie­dem pa­pier­ków po cu­kier­kach, pa­ra­gon, dwa opa­ko­wa­nia gu­my do żu­cia, ulot­ka z dys­kon­tu, kal­ku­la­tor, pu­deł­ko za­pa­łek, bre­lo­czek… Kie­dy otwie­rasz szaf­kę, że­by wy­jąć z niej ku­bek na her­ba­tę, spa­da ci na gło­wę ja­kaś wy­szczer­bio­na pa­sku­da, któ­rej ni­gdy nie lu­bi­łeś – ale ja­koś żal wy­rzu­cić...

foto_01-02_21-2016

Brzmi zna­jo­mo?

Przy­znaj, ile masz rze­czy, któ­re od daw­na nie na­da­ją się do ni­cze­go, a wciąż je trzy­masz, bo „kie­dyś się przy­da­dzą”? Na­zy­wam ta­kie „cu­da” mia­nem „przy­da­siów”. „Przy­da­sie” są zdra­dli­we. Po­wo­li i nie­po­strze­że­nie zaj­mu­ją two­je szaf­ki, biur­ko, łóż­ko i te­ren pod nim, szu­fla­dy, pa­ra­pe­ty, tor­by, ple­ca­ki, ła­zien­kę, kuch­nię, przed­po­kój – wszyst­ko po to, że­by na ko­niec do­brać się do twej gło­wy. „Przy­da­sie” do­sta­jesz od ko­le­gi, cio­ci, ma­my, wuj­ka, bab­ci, Pierw­szej Wiel­kiej Mi­ło­ści, pa­ni z przed­szko­la, któ­rą lu­bi­łeś, współ­lo­ka­to­ra z ko­lo­nii. Na­le­ży do nich rów­nież kil­ka nie­ko­niecz­nie tra­fio­nych pre­zen­tów bo­żo­na­ro­dze­nio­wych, swe­ter, w któ­ry daw­no już się nie mie­ścisz i po­pla­mio­ne wo­skiem je­an­sy.

Po­trzeb­na prze­strzeń

Ba­ła­gan za­czy­na się na biur­ku i prze­no­si na ży­cie. Co zro­bić, że­by mieć w gło­wie po­rzą­dek i prze­strzeń? Czy za­wsze „wię­cej” ozna­cza „le­piej”?

Bar­dzo po­do­ba mi się nurt zwa­ny mi­ni­ma­li­zmem i cho­ciaż ma wie­le de­fi­ni­cji – wszyst­kie spro­wa­dza­ją się do jed­nej: po­sia­daj tyl­ko to, co ko­niecz­ne a zy­skasz wol­ność, nie­za­leż­ność i kre­atyw­ność.

Je­śli po­sia­dasz wie­le przed­mio­tów, o każ­dy z nich mu­sisz się trosz­czyć – czy­ścić, od­ku­rzać, na­pra­wiać. Po­że­ra to ogrom­ne ilo­ści cza­su, pra­cy, ener­gii. A prze­cież mo­żesz ten czas po­świę­cić dla przy­ja­ciół, ro­dzi­ny, hob­by, roz­wo­ju oso­bi­ste­go. Kie­dyś mój po­kój przy­po­mi­nał kra­jo­braz po tor­na­do – wszyst­kie­go by­ło w nim peł­no. Trud­no mi by­ło funk­cjo­no­wać. Zmę­czo­na tym sta­nem, na­tknę­łam się na książ­kę Sztu­ka mi­ni­ma­li­zmu au­tor­stwa D. Lo­re­au. Za­czę­ło się stop­nio­we od­gru­zo­wy­wa­nie, sprzą­ta­nie, od­da­wa­nie in­nym te­go, co mi nie­po­trzeb­ne, wy­rzu­ca­nie śmie­ci i „przy­da­siów”. Ufff... ode­tchnę­łam. Na mo­ich ścia­nach nie ma ani jed­ne­go ob­raz­ka – nic, prócz iko­ny Świę­tej Trój­cy Ru­blo­wa. Na­gle mo­gę my­śleć, two­rzyć, od­po­czy­wać. Wy­star­cza mi je­den re­gał na książ­ki, pia­ni­no, śred­niej wiel­ko­ści sza­fa, skrzyn­ka na róż­no­ści, łóż­ko i pu­deł­ko z pa­miąt­ka­mi. Ty­le. W jed­nym po­ko­ju miesz­czę nie­mal wszyst­ko, co po­sia­dam. Cza­sem ku­pu­ję coś, co nie jest mi po­trzeb­ne (że­by za­spo­ko­ić zmysł es­te­tycz­ny), ale za­cho­wu­ję tyl­ko na­praw­dę waż­ne pa­miąt­ki. I... je­stem szczę­śli­wa!

Nie zro­zum mnie źle, nie ka­żę ci po­zby­wać się na­gle wszyst­kie­go i żyć jak pu­stel­nik. Mo­że jed­nak war­to za­trzy­mać się chwi­lę nad ba­ła­ga­nem w gło­wie i za­sta­no­wić się, czy nie bie­rze się on z ba­ła­ga­nu na biur­ku?

 

Sa­ra Ry­now­ska

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Święto wszystkich

Dla­cze­go w ra­do­sną uro­czy­stość Wszyst­kich Świę­tych na­wie­dza­my cmen­ta­rze, miej­sca za­du­my i re­flek­sji nad spra­wa­mi osta­tecz­ny­mi?

Wspo­mnie­nie Wszyst­kich Świę­tych (1 li­sto­pa­da) ma w Ko­ście­le ka­to­lic­kim ran­gę uro­czy­sto­ści, czy­li jest jed­nym z naj­waż­niej­szych świąt w ro­ku. Jest tak, bo świę­tość to pierw­sze i pod­sta­wo­we po­wo­ła­nie każ­de­go chrze­ści­ja­ni­na. I nie cho­dzi tu o świę­tość be­aty­fi­ko­wa­ną czy ka­no­ni­zo­wa­ną, tj. ofi­cjal­nie po­twier­dzo­ną przez Ko­ściół. Cho­dzi o świę­tość, do któ­rej wszy­scy je­ste­śmy we­zwa­ni, czy­li osią­gnię­cie po śmier­ci nie­ba, do­sta­nie się do gro­na zba­wio­nych, moż­li­wość prze­by­wa­nia z Bo­giem w wiecz­no­ści.

1 li­sto­pa­da wspo­mi­na się WSZYSTKICH świę­tych, więc Ko­ściół skła­nia nas do re­flek­sji nad świę­to­ścią ro­zu­mia­ną po­wszech­nie. Be­aty­fi­ko­wa­ni czy ka­no­ni­zo­wa­ni ma­ją prze­cież osob­ne dni swo­ich wspo­mnień.

foto_01-01_21-2016

Pro­ble­my z apro­wi­za­cją

Ja­ka jest ge­ne­za tej uro­czy­sto­ści? Kie­dy pa­pież Bo­ni­fa­cy otrzy­mał od ce­sa­rza po­gań­ską świą­ty­nię Pan­te­on w Rzy­mie, za­mie­nił ją na ko­ściół Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny i Wszyst­kich Mę­czen­ni­ków. Po­sta­no­wił zło­żyć tam licz­ne re­li­kwie chrze­ści­jan, któ­rzy po­nie­śli śmierć za wia­rę. Jej po­świę­ce­nia do­ko­na­no 13 ma­ja 610 ro­ku. W rocz­ni­cę tych wy­da­rzeń w świą­ty­ni licz­nie gro­ma­dzi­li się wier­ni a na uro­czy­ste ob­cho­dy przy­by­wał sam na­stęp­ca św. Pio­tra.

W VIII wie­ku da­tę ob­cho­dów zmie­nio­no na 1 li­sto­pa­da – naj­praw­do­po­dob­niej po­wo­dem był pro­blem z wy­ży­wie­niem rzesz piel­grzy­mów, przy­by­wa­ją­cych na uro­czy­sto­ści do Rzy­mu na wio­snę. W ko­lej­nych wie­kach za­czę­to w tym dniu wspo­mi­nać nie tyl­ko mę­czen­ni­ków, ale wszyst­kich świę­tych. Z lo­kal­ne­go świę­ta Rzy­mu uczy­nio­no uro­czy­stość dla ca­łe­go Ko­ścio­ła.

Dwa dni, dwa świę­ta

Wróć­my do py­ta­nia po­sta­wio­ne­go na po­cząt­ku. Od­wie­dza­nie cmen­ta­rzy w ra­do­sne wspo­mnie­nie tych, któ­rzy osią­gnę­li już nie­bo, mo­że na­wią­zy­wać do pierw­szych wie­ków, gdy chrze­ści­ja­nie gro­ma­dzi­li się przy gro­bach mę­czen­ni­ków. W Pol­sce w cza­sach ko­mu­ni­stycz­nych ro­bio­no wie­le, by świę­tu nadać świec­ki cha­rak­ter i na­zy­wa­no je dniem Wszyst­kich Zmar­łych bądź Świę­tem Zmar­łych. Tym­cza­sem Za­dusz­ki, czy­li wspo­mnie­nie wier­nych zmar­łych ob­cho­dzi się 2 li­sto­pa­da. Bli­skość tych dwóch dat po­wo­du­je, że wie­lu my­li cha­rak­ter obu świąt. Ow­szem, za­rów­no pierw­sze­go, jak i dru­gie­go li­sto­pa­da wspo­mi­na­my oso­by zmar­łe. Ale jed­nych na­zy­wa­my świę­ty­mi, bo prze­by­wa­ją już z Bo­giem. Tym­cza­sem ci dru­dzy jesz­cze na to cze­ka­ją – po­trzeb­na jest im za­tem na­sza mo­dli­twa. W okre­sie od 1 do 8 li­sto­pa­da, na­wie­dza­jąc cmen­ta­rze, mo­że­my uzy­skać od­pust zu­peł­ny za zmar­łych, czy­li wy­pro­sić dla nich nie­bo.

 

Prze­mek Ra­dzyń­ski

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

Te­raz po­wsta­ła na tym świe­cie dziu­ra... Sie­dli­sko – jak żad­ne in­ne – wspo­mnień, na­dziei, wie­dzy i uczuć, któ­re kie­dyś za­miesz­ki­wa­ło na tej zie­mi, ode­szło. Po­zo­sta­ła tyl­ko pu­sta prze­strzeń. Nie­po­wta­rzal­ne wi­dze­nie świa­ta, on­giś na tym świe­cie prze­by­wa­ją­ce, zo­sta­ło wy­ma­za­ne... Nie ma ni­ko­go, kto wi­dział tak jak on, wie­dział to, co on, pa­mię­tał to, co on, ko­chał to, co on ko­chał... Py­ta­nia, któ­re mnie wy­peł­nia­ją, ni­gdy już nie usły­szą od­po­wie­dzi. Świat jest pust­szy” – tak pi­sał Ni­cho­las Wol­ter­storff po śmier­ci swo­je­go 25-let­nie­go sy­na Eri­ca, któ­ry zgi­nął pod­czas gór­skiej wspi­nacz­ki.

Śmierć uko­cha­ne­go czło­wie­ka jest za­wsze bo­le­snym do­świad­cze­niem, peł­nym ża­lu, cier­pie­nia, krzyw­dy, łez, bun­tu i roz­pa­czy. Bez wzglę­du na to, ko­go się stra­ci­ło, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści i cza­su – stra­ta ude­rza w sa­mo ser­ce. Do­świad­cze­nie śmier­ci uświa­da­mia nam, że i nas cze­ka to sa­mo. A ży­jąc na co dzień w po­śpie­chu, za­ję­ci ty­sią­cem spraw, tra­ci­my z oczu wła­ści­wą per­spek­ty­wę, trak­tu­jąc na­sze do­cze­sne ży­cie ja­ko za­sad­ni­czy punkt od­nie­sie­nia i war­to­ścio­wa­nia.

W tym nu­me­rze „Dro­gi” pi­sze­my o by­tach wi­dzial­nych i nie­wi­dzial­nych, o isto­tach czy­sto du­cho­wych, któ­re Pi­smo Świę­te okre­śla mia­nem „anio­łów”. Bi­blia da­je nam wie­le wska­zó­wek na ich te­mat – ja­ka jest ich na­tu­ra, dla­cze­go się po­ja­wia­ją, w ja­ki spo­sób się do nich zwra­cać. Bar­dzo waż­nym za­da­niem anio­łów jest po­moc umie­ra­ją­cym. Tak czę­sto bo­imy się śmier­ci, prze­ra­ża nas to­wa­rzy­szą­ce jej nie­jed­no­krot­nie cier­pie­nie. Tym­cza­sem Bóg po­sy­ła swo­ich anio­łów, aby nas przez tę chwi­lę prze­pro­wa­dzi­li, aby po­mo­gli nam przejść z ży­cia do Ży­cia.

Ła­two ulec złu­dze­niu, że ist­nie­je tyl­ko to, co wi­dzi­my, co sły­szy­my, cze­go mo­że­my do­tknąć, co moż­na po­znać dzię­ki współ­cze­snej tech­ni­ce, roz­ma­itym przy­rzą­dom, ta­kim jak te­le­skop czy mi­kro­skop elek­tro­no­wy. Tym­cza­sem rze­czy­wi­stość prze­kra­cza to, co wi­dzi­my, sły­szy­my, a na­wet po­zna­je­my dzię­ki bar­dzo do­sko­na­łym przy­rzą­dom ba­daw­czym. Ist­nie­je rów­nież świat du­cho­wy, któ­re­go na­szy­mi zmy­sła­mi nie do­strze­ga­my. Po­myśl­my o tym, bę­dąc w naj­bliż­szych dniach na cmen­ta­rzach i mo­dląc się za na­szych bli­skich.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Niezwykłe motyle

Są de­li­kat­ne, ko­lo­ro­we i ży­ją za­le­d­wie kil­ka dni. Moż­na je spo­tkać na każ­dym kon­ty­nen­cie po­za An­tark­ty­dą. Na ca­łym świe­cie ży­je ich po­nad 150 tys. ga­tun­ków. Ma­ją fa­scy­nu­ją­cy cykl ży­cio­wy: z nie­zbyt atrak­cyj­nej gą­sie­ni­cy prze­kształ­ca­ją się w bu­dzą­cą za­chwyt po­stać do­ro­słą, zwa­ną ima­go. Mo­ty­le są zmien­no­ciepl­ne. Nie po­tra­fią wzbić się w po­wie­trze, za­nim ich cia­ła nie osią­gną od­po­wied­niej tem­pe­ra­tu­ry (z re­gu­ły ok. 30 st. C). Dla­te­go czę­sto moż­na za­ob­ser­wo­wać wy­grze­wa­ją­ce się na słoń­cu owa­dy z roz­ło­żo­ny­mi pła­sko skrzy­dła­mi.

foto_01-03_20-2016

Ła­twiej­sze ży­cie ma­ją ga­tun­ki o ciem­nym ubar­wie­niu, np. Bat­tus po­ly­da­mas, po­nie­waż ich na­tu­ral­ne „pa­ne­le sło­necz­ne” sku­tecz­niej i szyb­ciej gro­ma­dzą ener­gię. Nie­któ­re mo­ty­le po­tra­fią w po­my­sło­wy spo­sób chro­nić się przed na­tu­ral­ny­mi wro­ga­mi: ru­sał­ka pa­wik, sie­dzą­ca ze zło­żo­ny­mi skrzy­dła­mi, wy­glą­da jak uschnię­ty liść po­krzy­wy. Na­to­miast za­wi­sak bo­ro­wiec do­sto­so­wał swo­je bar­wy do de­se­ni na ko­rze drzew do te­go stop­nia, że na tym tle sta­je się nie­mal nie­wi­docz­ny.

 

 

Jak się wybiera papieża?

Cum cla­ve”, czy­li pod klu­czem. „Conc­la­ve” ozna­cza więc za­mknię­te po­miesz­cze­nie. Ale też wy­bór pa­pie­ża, gdy kar­dy­na­ło­wie są od­cię­ci od świa­ta. Jak wy­bie­ra się pa­pie­ży i dla­cze­go jest to wy­da­rze­nie li­tur­gicz­ne?

Kon­sty­tu­cja apo­stol­ska Uni­ver­si Do­mi­ni­ci gre­gis za­wie­ra re­gu­ły wy­bo­ru pa­pie­ży. Jan Pa­weł II za­zna­czył w niej, że ma to cha­rak­ter sa­kral­ny. Kon­kla­we od­by­wa­ją się w Ka­pli­cy Syk­styń­skiej, gdzie, z jed­nej stro­ny „czyn­no­ści li­tur­gicz­ne do­brze łą­czą się z for­mal­no­ścia­mi praw­ny­mi”, a z dru­giej stro­ny „elek­to­rzy mo­gą le­piej przy­go­to­wać się du­cho­wo na przy­ję­cie we­wnętrz­nych po­ru­szeń Du­cha Świę­te­go”.

foto_01-02_20-2016

Or­ga­nem, któ­re­mu po­wie­rzo­no wy­bór pa­pie­ża jest ko­le­gium kar­dy­nal­skie. Pierw­sze gło­so­wa­nie po­prze­dza uro­czy­sta Msza św. wo­tyw­na pro eli­gen­do Pa­pa (w in­ten­cji wy­bo­ru pa­pie­ża) w Ba­zy­li­ce św. Pio­tra w Wa­ty­ka­nie. Po­tem kar­dy­na­ło­wie w uro­czy­stej pro­ce­sji, wzy­wa­jąc śpie­wem Ve­ni Cre­ator po­mo­cy Du­cha Świę­te­go, prze­cho­dzą do Ka­pli­cy Syk­styń­skiej. Po zło­że­niu przy­się­gi ko­le­gium od­ma­wia­ją spe­cjal­ną mo­dli­twę.

Każ­dy kar­dy­nał elek­tor po za­pi­sa­niu na kar­cie imie­nia kan­dy­da­ta na pa­pie­ża wrzu­ca ją do urny na oł­ta­rzu. Je­śli na żad­ne z imion nie pa­dły dwie trze­cie gło­sów, to za­rzą­dza się ko­lej­ne gło­so­wa­nia. Po trze­cim dniu gło­so­wań wy­bór za­wie­sza się na je­den dzień, aby kar­dy­na­ło­wie mie­li czas na mo­dli­twę, swo­bod­ną roz­mo­wę i me­dy­ta­cję.

O li­tur­gicz­nym cha­rak­te­rze te­go ak­tu świad­czy tak­że obec­ność Mi­strza Pa­pie­skich Ce­re­mo­nii Li­tur­gicz­nych, dwóch ce­re­mo­nia­rzy oraz pra­cow­ni­ków Za­kry­stii Pa­pie­skiej. W cza­sie wy­bo­ru pa­pie­ża kar­ty do gło­so­wa­nia przy­go­to­wu­ją i roz­dzie­la­ją wśród kar­dy­na­łów wła­śnie ce­re­mo­nia­rze, któ­rzy opusz­cza­ją ka­pli­cę na mo­ment gło­so­wa­nia. Po­wra­ca­ją, gdy gło­sy są już od­da­ne i po­li­czo­ne, aby spa­lić kar­ty do gło­so­wa­nia.

Po do­ko­na­niu wy­bo­ru Mistrz Pa­pie­skich Ce­re­mo­nii Li­tur­gicz­nych re­da­gu­je do­ku­ment do­ty­czą­cy przy­ję­cia wy­bo­ru przez no­we­go pa­pie­ża i ob­ra­ne­go przez nie­go imie­nia. Po­zo­sta­li kar­dy­na­ło­wie skła­da­ją Oj­cu Świę­te­mu wy­ra­zy czci i po­słu­szeń­stwa. Po czym no­wy pa­pież przed­sta­wia­ny jest Lu­do­wi Bo­że­mu i po raz pierw­szy udzie­la Bło­go­sła­wień­stwa Apo­stol­skie­go Urbi et Or­bi z bal­ko­nu Ba­zy­li­ki Wa­ty­kań­skiej.

 

Prze­mek Ra­dzyń­ski

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Jedna kobieta, dwudziestu urzędników i przymusowa aborcja

Jest rok 1997. He­idi Fu wraz ze swo­im mę­żem Bo­bem de­cy­du­ją się na de­spe­rac­ką uciecz­kę z Chin. He­idi za­szła w cią­żę bez obo­wiąz­ko­we­go „po­zwo­le­nia na dziec­ko”. Gdy­by po­zo­sta­ła w kra­ju, nie­mal na pew­no zmu­szo­no by ją do abor­cji.

He­idi uda­ło się uciec, gdyż ukry­ła swą cią­żę i uda­jąc, że chce wy­je­chać na wa­ka­cje, wy­ku­pi­ła wy­ciecz­kę za­gra­nicz­ną. Dziś ra­zem z mę­żem Bo­bem miesz­ka­ją w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i sta­ra­ją się po­ma­gać ro­da­kom po­przez za­ło­żo­ną przez sie­bie fun­da­cję Chi­na Aid. Bob Fu opi­sał ich hi­sto­rię w świet­nej au­to­bio­gra­ficz­nej książ­ce „Taj­ny agent Bo­ga”.

foto_01-01_20-2016

23-let­nia Jian­mei Feng nie mia­ła ty­le szczę­ścia co Bob i He­idi. Sta­ra­ła się unik­nąć obo­wiąz­ko­wych wi­zyt u gi­ne­ko­lo­ga, do któ­re­go Chin­ki mu­szą zgła­szać się re­gu­lar­nie, by udo­wod­nić, że nie są w cią­ży. Mi­mo de­spe­rac­kich prób ukry­cia od­mien­ne­go sta­nu zo­sta­ła od­na­le­zio­na przez biu­ro pla­no­wa­nia ro­dzi­ny w Zhen­ping w pół­noc­no-środ­ko­wych Chi­nach. Si­łą wy­wle­czo­no ją w do­mu, uśpio­no za­strzy­kiem i za­bi­to jej – już wów­czas sied­mio­mie­sięcz­ne – nie­na­ro­dzo­ne dziec­ko. W szpi­ta­lu od­na­la­zła ją bra­to­wa a zro­bio­ne przez nią zdję­cie nie­przy­tom­nej dziew­czy­ny i le­żą­ce­go obok niej mar­twe­go ma­leń­stwa obie­gło ser­wi­sy spo­łecz­no­ścio­we. Część ro­da­ków na­zwa­ła Jian­mei zdraj­czy­nią, bo na­gło­śnie­nie jej hi­sto­rii za gra­ni­cą wy­wo­ła­ło kry­tycz­ne ko­men­ta­rze na te­mat chiń­skiej po­li­ty­ki lud­no­ścio­wej.

Bła­ga­nia o li­tość

33-let­nia Liu Xi­ven zo­sta­ła w środ­ku no­cy wy­cią­gnię­ta z łóż­ka i si­łą prze­wie­zio­na do pla­ców­ki, w któ­rej do­ko­na­no abor­cji jej sze­ścio­mie­sięcz­ne­go dziec­ka. Po jed­ną ko­bie­tę przy­szło aż dwu­dzie­stu urzęd­ni­ków. Liu Xi­ven mia­ła już kil­ku­let­nie­go sy­na i nie by­ła w sta­nie za­pła­cić ka­ry za dru­gie dziec­ko. Bła­ga­nia o li­tość nic nie po­mo­gły.

Każ­de­go dnia w Chi­nach za­bi­ja­nych jest 35 ty­się­cy nie­na­ro­dzo­nych dzie­ci. Pod­czas nie­bez­piecz­nych za­bie­gów wie­lo­krot­nie umie­ra­ją rów­nież ko­bie­ty. Ro­dzi­com za­le­ży na tym, że­by – je­śli do­sta­ją po­zwo­le­nie tyl­ko na jed­ne­go po­tom­ka – za­cho­wać przy ży­ciu sy­na, mo­gą­ce­go w przy­szło­ści utrzy­mać ro­dzi­nę. Ni­ko­go nie dzi­wią ma­so­we za­bój­stwa dziew­czy­nek – przed i po na­ro­dze­niu. Ko­bie­ty, któ­re chcą zna­leźć pra­cę, mu­szą przed­sta­wić przy­szłym pra­co­daw­com spe­cjal­ny cer­ty­fi­kat pla­no­wa­nia ro­dzi­ny, czy­li do­ku­ment po­świad­cza­ją­cy, że nie ma­ją żad­ne­go „nie­le­gal­ne­go” dziec­ka. Je­śli przy oka­zji urzęd­ni­cy od­kry­ją, że ko­bie­ta jed­nak po­sia­da ta­kie „nie­le­gal­ne” dziec­ko, zo­sta­je pod­da­na przy­mu­so­wej ste­ry­li­za­cji a na­wet za­mknię­ta w wię­zie­niu. W cza­sie pro­ce­su – w prze­ci­wień­stwie do wszyst­kich in­nych prze­stęp­ców – nie ma pra­wa do ad­wo­ka­ta. „Nie­le­gal­ne” dzie­ci nie ma­ją pra­wa do opie­ki zdro­wot­nej ani do edu­ka­cji. Lu­dzie bo­ją się mó­wić o ma­ka­brycz­nych za­bój­stwach, bo za ja­ką­kol­wiek kry­ty­kę ko­mu­ni­stycz­nej wła­dzy gro­żą ostre szy­ka­ny. Trud­no uwie­rzyć, że w cza­sie, kie­dy pi­szę ten tekst, w Chi­nach zo­sta­ło za­bi­tych kil­ka­set nie­na­ro­dzo­nych dzie­ci. Mię­dzy­na­ro­do­we or­ga­ni­za­cje zaj­mu­ją­ce się pra­wa­mi czło­wie­ka nie­zbyt chęt­nie po­ru­sza­ją te­mat roz­gry­wa­ją­ce­go się w tym kra­ju bar­ba­rzyń­stwa. Chi­ny są dla wie­lu państw klu­czo­wym part­ne­rem go­spo­dar­czym. W cza­sie mię­dzy­na­ro­do­wych spo­tkań przy­wód­cy świa­ta mil­czą i w tro­sce o wła­sne in­te­re­sy przy­my­ka­ją oczy na dra­mat mi­lio­nów Chiń­czy­ków.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

Czę­sto za­sta­na­wia­my się, jak po­win­ni­śmy się za­cho­wać, że­by nie tyl­ko ni­ko­go nie ura­zić, ale tak­że zro­bić do­bre wra­że­nie na in­nych. Po czym moż­na roz­po­znać kul­tu­ral­ne­go czło­wie­ka? Ja­kie za­cho­wa­nie po­twier­dza, że ktoś jest do­brze wy­cho­wa­ny? Mo­wa cia­ła, mi­mi­ka, spo­sób by­cia, umie­jęt­ność wy­sła­wia­nia się, uśmiech – to wszyst­ko świad­czy o tym, kim je­ste­śmy. Prze­strze­ga­nie za­sad do­bre­go za­cho­wa­nia czy­ni z nas lu­dzi kul­tu­ral­nych, bu­dzą­cych sym­pa­tię i sza­cu­nek. A w czym tkwi isto­ta sa­vo­ir vivre’u? To umie­jęt­ność od­na­le­zie­nia się w róż­nych sy­tu­acjach, wy­czu­cie, takt. To rów­nież życz­li­wość dla in­nych, uprzej­mość i opa­no­wa­nie emo­cji.

Ktoś mo­że za­py­tać: na co ko­mu ten ca­ły sa­vo­ir vi­vre? Co mi po ze­wnętrz­nych for­mach? Czy coś się zmie­ni, gdy na­uczę się wła­ści­wie po­słu­gi­wać no­żem i wi­del­cem al­bo bę­dę wie­dział, w ja­kiej ko­lej­no­ści do­ko­ny­wać pre­zen­ta­cji osób? Co przez to zy­skam?

Chy­ba spo­ro. Przede wszyst­kim zmie­ni się sto­su­nek oto­cze­nia do cie­bie. Po­myśl, je­śli zjesz sam ca­łą sa­łat­kę, któ­ra by­ła prze­zna­czo­na dla czte­rech osób, nikt nie bę­dzie miał ocho­ty jeść z to­bą po­sił­ku. Oso­ba, któ­ra nie po­sia­da do­brych ma­nier, mo­że stać się po­śmie­wi­skiem, na­ra­zić się na przy­kre żar­ty i do­cin­ki. Lek­ce­wa­że­nie za­sad, któ­re obo­wią­zu­ją wszyst­kich, ob­ra­ca się prze­ciw­ko niej. Kie­dy za­ło­żysz no­we bu­ty lub mod­ną kurt­kę, za­czy­nasz się ina­czej po­ru­szać, sta­jesz się bar­dziej pew­ny sie­bie, le­piej się czu­jesz. Na­to­miast, kie­dy od­kry­wasz oczko w raj­sto­pach, dziu­rę w skar­pet­ce lub brak gu­zi­ka – je­steś skrę­po­wa­ny, za­wsty­dzo­ny, nie­pew­ny. Ta­ki dro­biazg po­tra­fi sku­tecz­nie po­psuć hu­mor.

Cho­ciaż dziś ma­ło jest śro­do­wisk, w któ­rych nie­prze­strze­ga­nie za­sad sa­vo­ir vivre’u. ka­ra­ne jest na­tych­mia­sto­wym wy­ro­kiem to­wa­rzy­skiej śmier­ci, nie po­win­ni­śmy zu­peł­nie za­po­mi­nać o ety­kie­cie. Jej zna­jo­mość po pro­stu uła­twia ży­cie. Nie cho­dzi tu tyl­ko o ele­ganc­kie ba­le czy ko­la­cje w re­stau­ra­cjach, ale o zwy­kłe, co­dzien­ne funk­cjo­no­wa­nie: w au­to­bu­sie (np. ustą­pie­nie miej­sca ma­mie w cią­ży), w szko­le (mó­wie­nie „dzień do­bry” na­uczy­cie­lom), w skle­pie (odło­że­nie ubrań na wie­sza­ki, je­śli po przy­mie­rze­niu nie za­mie­rzasz ich ku­pić).

Kie­ru­jąc się za­sa­da­mi do­bre­go wy­cho­wa­nia, sta­je­my się opa­no­wa­ni a nie im­pul­syw­ni. Od­no­si­my zwy­cię­stwo nad so­bą i swo­imi sła­bo­ścia­mi.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Więzienie za ratowanie życia

Ma­ry Wa­gner w ka­na­dyj­skim wię­zie­niu spę­dzi­ła łącz­nie pra­wie sie­dem lat. Po­wód? Roz­da­wa­ła bia­łe ró­że ko­bie­tom uda­ją­cym się do kli­nik abor­cyj­nych, mó­wi­ła im, że Je­zus je ko­cha, pro­si­ła, że­by da­ły swo­im dzie­ciom szan­sę na ży­cie.

Ka­na­dyj­skie pra­wo w prak­ty­ce ze­zwa­la na abor­cję aż do mo­men­tu uro­dze­nia dziec­ka. Obroń­cy ży­cia pró­bu­ją wszel­kich moż­li­wych dzia­łań, ale w więk­szo­ści ogra­ni­cza­ją się do tych bar­dziej po­śred­nich, po­nie­waż w tym kra­ju pa­nu­je za­kaz pro­wa­dze­nia ja­kich­kol­wiek ak­cji pro li­fe w po­bli­żu kli­nik abor­cyj­nych. Ma­ry Wa­gner mó­wi, że sza­nu­je ich de­cy­zję, ale sa­ma nie mo­że spo­koj­nie sie­dzieć w do­mu, gdy wie, że kil­ka ki­lo­me­trów da­lej, w chwi­li, kie­dy ona zaj­mu­je się swo­imi spra­wa­mi, w be­stial­ski spo­sób mor­do­wa­ne są dzie­ci. Py­ta, czy gdy­by­śmy wie­dzie­li, że za ścia­ną są­siad bi­je dzie­ci i żo­nę, to rów­nież uwa­ża­li­by­śmy, że nie ma­my pra­wa wcho­dzić na je­go te­ren i prze­szka­dzać mu? Wie­lo­krot­nie pro­po­no­wa­no jej zwol­nie­nie z wię­zie­nia w za­mian za za­prze­sta­nie dzia­łal­no­ści. Za każ­dym ra­zem kon­se­kwent­nie od­ma­wia­ła, do­pro­wa­dza­jąc do wście­kło­ści oskar­ży­cie­li i sę­dzie­go, któ­ry na jed­nej z roz­praw za­rzu­cił jej na­ra­ża­nie ko­biet na tor­tu­ry psy­chicz­ne, wy­krzy­ku­jąc: „My­lisz się! I twój Bóg też się my­li!”. Dy­rek­tor kli­ni­ki abor­cyj­nej oskar­ży­ła Ma­ry Wa­gner o na­ra­że­nie jej na stra­ty fi­nan­so­we, po­nie­waż w wy­ni­ku dzia­łań Ma­ry kil­ka ko­biet po­sta­no­wi­ło zre­zy­gno­wać z abor­cji.

foto_01-02_19-2016

Dzia­łacz­ka pro li­fe trak­to­wa­na jest jak groź­ny prze­stęp­ca. Na sa­li są­do­wej w cza­sie roz­praw za­wsze sie­dzi w wię­zien­nym ubra­niu, sku­ta kaj­dan­ka­mi. Po­zna­łam ją oso­bi­ście, to jed­na z naj­ła­god­niej­szych osób, ja­kie moż­na so­bie wy­obra­zić. W cza­sie pro­ce­su zde­cy­do­wa­ła się na za­cho­wa­nie mil­cze­nia w ge­ście so­li­dar­no­ści z nie­na­ro­dzo­ny­mi dzieć­mi, któ­re rów­nież nie ma­ją gło­su.

W Ka­na­dzie zli­kwi­do­wa­no nie­daw­no klau­zu­lę su­mie­nia, czy­li moż­li­wość od­mó­wie­nia prze­pro­wa­dza­nia dzia­łań nie­zgod­nych z su­mie­niem le­ka­rzy, ta­kich jak abor­cje. Zo­sta­ła rów­nież za­le­ga­li­zo­wa­na eu­ta­na­zja. Ma­ry Wa­gner, któ­ra go­ści­ła w Pol­sce na prze­ło­mie lip­ca i sierp­nia br. opo­wia­da­ła o tym, że sy­tu­acja po ludz­ku wy­da­je się bez­na­dziej­na, ale nie moż­na opie­rać się wy­łącz­nie na wła­snych si­łach. W wię­zie­niu naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło jej moż­li­wo­ści co­dzien­ne­go uczest­nic­twa we Mszy świę­tej i ad­o­ra­cji Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu.

Wia­rę i prze­ko­na­nie o tym, że nie wol­no po­zo­sta­wać obo­jęt­nym w ob­li­czu zła, wy­nio­sła ze swo­je­go do­mu ro­dzin­ne­go. Ma­ry Wa­gner po­cho­dzi z ro­dzi­ny wie­lo­dziet­nej, ma dzie­wię­cio­ro ro­dzeń­stwa (piąt­ka z nich zo­sta­ła ad­op­to­wa­na). Jej ta­ta jest na­uczy­cie­lem, a ma­ma od lat an­ga­żu­je się w ruch pro li­fe i po­ma­ga w ośrod­ku dla ko­biet po abor­cji. W cza­sie po­by­tu w na­szym kra­ju wzy­wa­ła Po­la­ków do czuj­no­ści i ostrze­ga­ła, aby nie iść dro­gą Ka­na­dy, w któ­rej le­ga­li­za­cję abor­cji za­czy­na­no od ze­zwo­le­nia na tak zwa­ne „wy­jąt­ki”. Za­ape­lo­wa­ła też o wpro­wa­dze­nie peł­nej ochro­ny ży­cia, o ob­ję­cie nią tak­że dzie­ci cho­rych lub po­czę­tych w wy­ni­ku gwał­tu. Wszyst­kie swo­je dzia­ła­nia uza­sad­nia sło­wa­mi Chry­stu­sa o tym, że „co­kol­wiek uczy­ni­li­ście jed­ne­mu z tych bra­ci mo­ich naj­mniej­szych, Mnie­ście uczy­ni­li”. Po wyj­ściu na wol­ność nie­mal za każ­dym ra­zem wra­ca pod kli­ni­ki abor­cyj­ne, choć jest w peł­ni świa­do­ma gro­żą­cych jej kon­se­kwen­cji.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Terapia dźwiękiem

Mu­zy­ko­te­ra­pia wy­ko­rzy­stu­je lecz­ni­cze wła­ści­wo­ści dźwię­ku i mu­zy­ki. Nie bez po­wo­du mó­wi się, że dźwięk le­czy i cia­ło, i du­szę.

Ja­ko ma­ła dziew­czyn­ka cza­sem nie mo­głam za­snąć. Wte­dy mo­ja ma­ma włą­cza­ła od­ku­rzacz lub su­szar­kę do wło­sów i... raz, dwa – dziec­ko za­sy­pia­ło. Na stu­diach też cier­pia­łam na bez­sen­ność. Wie­czo­ra­mi mo­ja współ­lo­ka­tor­ka su­szy­ła gru­be, dłu­gie wło­sy – wte­dy uda­wa­ło mi się wpaść w ob­ję­cia Mor­fe­usza. Dzi­siaj, gdy mie­wam pro­ble­my ze spa­niem, ra­tu­je mnie ko­ją­cy szum fal lub spo­koj­na mu­zy­ka kla­sycz­na pły­ną­ca ze słu­cha­wek. Cho­ciaż wte­dy, w dzie­ciń­stwie jesz­cze te­go nie wie­dzia­łam, mo­ja ma­ma sto­so­wa­ła (rów­nie nie­świa­do­mie, za­pew­ne) coś, co dzi­siaj pro­fe­sjo­na­li­ści okre­śla­ją mia­nem mu­zy­ko­te­ra­pii.

Już w Sta­rym Te­sta­men­cie spo­ty­ka­my się z po­dob­ną ku­ra­cją. Kie­dy kró­la Sau­la ogar­niał „zły duch” (de­pre­sja?), Da­wid grał mu na cy­trze i duch go opusz­czał (1 Sm 16, 23–24). Sta­ro­żyt­ni do­ma­ga­li się mu­zy­ki ja­ko uko­je­nia dla du­szy i cia­ła w cho­ro­bie. Cho­ciaż ni­ko­go sa­mą mu­zy­ką z de­pre­sji czy cho­ro­by nie wy­le­czy­my, z pew­no­ścią mo­że być to do­sko­na­łe na­rzę­dzie wspo­ma­ga­ją­ce. Przy­kła­do­wo, dla osób nie­wi­do­mych mu­zy­ka jest spo­tka­niem ze sztu­ką, do­świad­cze­niem es­te­ty­ki, czę­sto źró­dłem po­zna­nia świa­ta. Ćwi­cze­nia mu­zycz­ne sty­mu­lu­ją zmy­sły nie­wi­do­mych dzie­ci, ko­rzyst­nie wpły­wa­jąc na roz­wój mo­to­rycz­ny i po­znaw­czy, po­ma­ga­jąc zdo­być umie­jęt­no­ści spo­łecz­ne i bu­du­jąc em­pa­tię.

foto_01-03_19-2016

W ostat­nim cza­sie mu­zy­ko­te­ra­pia zy­sku­je co­raz wię­cej zwo­len­ni­ków. Po­więk­sza się też gro­no spe­cja­li­stów w tej dzie­dzi­nie. Głów­nym na­rzę­dziem mu­zy­ko­te­ra­pii są mu­zy­ka i od­gło­sy aku­stycz­ne. Wy­ko­rzy­stu­jąc ich wła­ści­wo­ści, pa­cjent mo­że osią­gnąć nie tyl­ko spraw­ność fi­zycz­ną, ale przede wszyst­kim psy­chicz­ną i spo­łecz­ną.

Prze­pro­wa­dzo­ne w ubie­głym wie­ku ba­da­nia do­wo­dzą, że mu­zy­ka, w za­leż­no­ści od ga­tun­ku i wraż­li­wo­ści słu­cha­ją­cej jej oso­by, wpły­wa na stan emo­cjo­nal­ny pa­cjen­ta i je­go re­ak­cje we­ge­ta­tyw­ne, jak czę­stość bi­cia ser­ca, od­dech, na­pię­cie mię­śnio­we, prze­mia­na ma­te­rii. W za­leż­no­ści od po­trzeb pa­cjen­ta wy­bie­ra się mu­zy­kę spo­koj­ną, ży­wio­ło­wą al­bo np. od­gło­sy na­tu­ry. Jed­nak ćwi­cze­nia mu­zy­ko­te­ra­peu­tycz­ne to nie tyl­ko słu­cha­nie, ale też two­rze­nie mu­zy­ki. Pa­cjen­ci śpie­wa­ją, tań­czą, kom­po­nu­ją, dzię­ki cze­mu wy­zwa­la­ją i le­czą emo­cje. Czę­sto te­ra­peu­tycz­na twór­czość ma for­mę im­pro­wi­za­cji.

Je­stem mu­zy­kiem i ob­ser­wu­ję, jak mu­zy­ka po­ma­ga lu­dziom w mo­im oto­cze­niu i mnie sa­mej, jak moi ucznio­wie „kwit­ną”, wy­cho­dząc z lek­cji śpie­wu. Wie­rzę, że do­brze do­bra­ne dźwię­ki na­praw­dę ma­ją moc uko­je­nia, roz­ra­do­wa­nia, bu­do­wa­nia wia­ry w sie­bie. Bóg nie na dar­mo dał czło­wie­ko­wi uszy zdol­ne do słu­cha­nia i mózg zdol­ny do prze­twa­rza­nia oraz two­rze­nia dźwię­ków. To wiel­ki dar!

Czę­sto in­stynk­tow­nie wy­bie­ra­my ro­dzaj mu­zy­ki. Za­sta­nów się: czy kie­ru­jesz się na­stro­jem, kie­dy wy­bie­rasz pio­sen­kę do słu­cha­nia? Czy cza­sem wo­lisz po­słu­chać desz­czu za­miast roc­ka? Czy ci­sza, któ­ra też prze­cież jest mu­zy­ką, wy­da­je ci się nie­kie­dy naj­lep­szą opcją?

Każ­dy z tych aspek­tów za­wie­ra wła­śnie mu­zy­ko­te­ra­pia i cho­ciaż te­ra­peu­ci dzie­lą ją na wie­le ro­dza­jów, war­to przy­jąć jed­no, obej­mu­ją­ce to wszyst­ko prze­sła­nie: mu­zy­ka ła­go­dzi oby­cza­je! war­to prze­czy­tać: Lu­dwi­ka Ko­niecz­na-No­wak, Wpro­wa­dze­nie do mu­zy­ko­te­ra­pii

 

Sa­ra Ry­now­ska

Nauka to HOBBY!

ADAMED Smar­tUP to pro­jekt na­uko­wo-edu­ka­cyj­ny po­pu­la­ry­zu­ją­cy na­uki ści­słe i przy­rod­ni­cze. Skie­ro­wa­ny jest do gim­na­zja­li­stów i uczniów szkół po­nad­gim­na­zjal­nych. Ma­rzy­cie o na­uko­wej ka­rie­rze? Zaj­rzyj­cie na stro­nę www: adamedsmartup.pl! Z lau­re­ata­mi pro­gra­mu ADAMED Smar­tUP roz­ma­wia Iwo­na Biń­czyc­ka-Ko­łacz.

Za­nim zo­sta­łaś lau­re­at­ką ADAMED Smar­tUP mia­łaś już na swo­im kon­cie kil­ka na­uko­wych suk­ce­sów.

Alek­san­dra Ja­now­ska, uczen­ni­ca XIV LO im. Sta­ni­sła­wa Sta­szi­ca w War­sza­wie: – Rze­czy­wi­ście, mia­łam już tro­chę „na kon­cie”. By­łam lau­re­at­ką kon­kur­su ku­ra­to­ryj­ne­go z bio­lo­gii, dzię­ki cze­mu do­sta­łam się do wy­ma­rzo­ne­go li­ceum. Za­wsze lu­bi­łam wy­zwa­nia, dla­te­go od kie­dy pa­mię­tam star­to­wa­łam w róż­nych kon­kur­sach, nie tyl­ko z bio­lo­gii, któ­rą uwiel­biam, ale też ma­te­ma­ty­ki i an­giel­skie­go. Wy­gra­na w pro­gra­mie do­dat­ko­wo po­mo­gła mi w po­więk­sze­niu pu­li suk­ce­sów o brą­zo­wy me­dal na 27. Mię­dzy­na­ro­do­wej Olim­pia­dzie Bio­lo­gicz­nej.

foto_01-01_19-2016

Czym za­słu­ży­łaś na zwy­cię­stwo w pro­gra­mie sty­pen­dial­nym ADAMED Smar­tUP?

– Wy­da­je mi się, że przede wszyst­kim pa­sją, dzię­ki któ­rej ina­czej po­strze­gam świat. Kre­atyw­no­ścią i szu­ka­niem nie­sza­blo­no­wych roz­wią­zań. Naj­więk­szą ra­dość spra­wia mi od­kry­wa­nie ta­jem­nic na­tu­ry i ro­zu­mie­nie za­cho­dzą­cych w niej pro­ce­sów. Nie da­ją mi spo­ko­ju py­ta­nia bez od­po­wie­dzi. My­ślę, że wła­śnie ta­kiej do­cie­kli­wo­ści i za­an­ga­żo­wa­nia szu­ka­no w pro­gra­mie. Szu­ka­no po­ten­cja­łu, któ­ry na­stęp­nie po­ma­ga­no wy­ko­rzy­stać.

Jed­ną z na­gród był cykl in­dy­wi­du­al­nych kon­sul­ta­cji edu­ka­cyj­nych. Co one wnio­sły do Two­je­go ży­cia?

– W ra­mach tych kon­sul­ta­cji wzię­łam udział w Lon­don In­ter­na­tio­nal Youth Scien­ce Fo­rum. By­ło to dla mnie wspa­nia­łe do­świad­cze­nie. Po­zna­łam mnó­stwo ró­wie­śni­ków z ca­łe­go świa­ta, któ­rzy ma­ją po­dob­ne za­in­te­re­so­wa­nia. Co wię­cej, mia­łam moż­li­wość uczest­ni­cze­nia w wy­kła­dach pro­wa­dzo­nych przez naj­lep­szych spe­cja­li­stów z da­nej dzie­dzi­ny, jak rów­nież od­wie­dze­nia licz­nych wio­dą­cych pla­có­wek na­uko­wych. Wy­jazd był dla mnie nie­zwy­kle in­spi­ru­ją­cy i mo­ty­wu­ją­cy do dal­sze­go roz­wi­ja­nia mo­jej pa­sji. Przy­niósł zmia­nę pla­nów zwią­za­nych ze stu­dia­mi i od­kry­cie wy­ma­rzo­ne­go kie­run­ku – bio­che­mii na Oks­for­dzie. Pod­czas fo­rum spre­cy­zo­wa­łam ob­sza­ry mo­ich za­in­te­re­so­wań i roz­sze­rzy­łam je o pew­ne dzie­dzi­ny, ta­kie jak wi­ru­so­lo­gia, któ­re wcze­śniej nie wy­da­wa­ły mi się aż tak fa­scy­nu­ją­ce.

Je­steś wszech­stron­na nie­mal jak Le­onar­do da Vin­ci. Wy­bra­łaś kla­sę ma­te­ma­tycz­no-przy­rod­ni­czą. In­te­re­su­je cię rów­nież ma­lar­stwo, śpie­wasz w chó­rze. Czym za­mie­rzasz się zaj­mo­wać w przy­szło­ści?

– Nie zre­zy­gnu­ję z ma­lar­stwa, któ­re jest mo­ją dru­gą, po bio­lo­gii, naj­więk­szą pa­sją. Już te­raz uczest­ni­czę w kur­sach ma­lar­skich, w przy­szło­ści chcia­ła­bym kon­ty­nu­ować na­ukę. Ma­rzę o wła­snej wy­sta­wie, ale przede mną jesz­cze dłu­ga dro­ga. W wol­nym cza­sie lu­bię też tań­czyć, dla­te­go na stu­diach chcę do­łą­czyć do uni­wer­sy­tec­kiej dru­ży­ny ta­necz­nej. Lu­dzie o licz­nych hob­by ni­gdy się nie nu­dzą.

Po­noć moż­na cię cza­sem spo­tkać na trak­cie ko­le­jo­wym. Czy mo­gła­byś zdra­dzić Czy­tel­ni­kom „Dro­gi”, co cię tam przy­cią­ga?

– Ro­sną­ce tam ro­śli­ny, któ­rym uda­ło się prze­trwać w nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach ofe­ro­wa­nych przez tłu­czeń na na­sy­pach ko­le­jo­wych. To wła­śnie tej ro­ślin­no­ści do­ty­czy­ła mo­ja pra­ca ba­daw­cza na olim­pia­dę bio­lo­gicz­ną. Gdy­by nie wy­mo­gi for­mal­ne, za­ty­tu­ło­wa­ła­bym ją „O ro­śli­nach, któ­re jeź­dzi­ły ko­le­ją”, po­nie­waż w swo­ich ob­ser­wa­cjach sku­pia­łam się na okre­śle­niu cech po­zwa­la­ją­cych da­nym ga­tun­kom ko­lo­ni­zo­wać ta­kie te­re­ny.

Je­stem pew­na, że jesz­cze nie­raz o was usły­szy­my! Dzię­ku­ję za roz­mo­wę i gra­tu­lu­ję suk­ce­sów.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

Kie­dy mia­łam osiem lat, mo­ja o rok młod­sza sio­stra mia­ła wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy. Spie­szy­ła się do ko­le­żan­ki, któ­ra sta­ła po dru­giej stro­nie uli­cy i wbie­gła na pa­sy, wprost pod nad­jeż­dża­ją­ce au­to. Do dziś mam przed ocza­mi tę sce­nę, pa­mię­tam szok, nie­do­wie­rza­nie i strach. Pa­mię­tam tak­że, że te­go wie­czo­ru ra­zem z ro­dzi­ca­mi pa­dli­śmy na ko­la­na i od­ma­wia­li­śmy ró­ża­niec w jej in­ten­cji. I tak sta­ło się to tra­dy­cją na­szej ro­dzi­ny: od­tąd każ­dej nie­dzie­li klę­ka­li­śmy do wspól­nej mo­dli­twy ró­żań­co­wej. A w paź­dzier­ni­ku, mi­mo wie­lu obo­wiąz­ków i pil­nych spraw, szli­śmy na wie­czor­ny ró­ża­niec w ko­ście­le. Pięć dzie­siąt­ków przy­wra­ca­ło ser­cu ci­szę, da­wa­ło uko­je­nie i po­czu­cie do­brze wy­ko­rzy­sta­ne­go cza­su.

Wie­lu z Was mo­że za­py­ta: co mo­że być nie­zwy­kłe­go w od­ma­wia­niu „zdro­wa­siek” i prze­su­wa­niu pa­cior­ków? To do­bre dla star­szych pań z kół­ka ró­żań­co­we­go. Tym­cza­sem oka­zu­je się, że to mo­dli­twa nie­zwy­kła – pro­sta, lecz sku­tecz­niej­sza niż ar­ma­ty. Kto nie wie­rzy, niech po­zna hi­sto­rię bi­twy pod Le­pan­to z 1571 r.

Wie­lu świę­tych mo­dli­ło się na ró­żań­cu, np. oj­ciec Pio nie roz­sta­wał się z nim. Od­ma­wiał go wszę­dzie: w ce­li, na ko­ry­ta­rzu, w za­kry­stii. Za­py­ta­ny, ile ró­żań­ców od­ma­wia w cią­gu do­by, od­po­wia­dał: „Cza­sem 40, a cza­sem 50”. A gdy roz­mów­ca po­wąt­pie­wał, czy to moż­li­we, od­po­wia­dał z prze­ko­rą: „Jak ty to ro­bisz, że ich nie od­ma­wiasz?”.

No wła­śnie… Jak to moż­li­we, że i my cza­sem nie do­ce­nia­my tej mo­dli­twy? A prze­cież w cho­ro­bie, smut­ku czy przed spraw­dzia­nem to naj­lep­sza rzecz, ja­ką mo­że­my zro­bić. Kon­tem­pla­cja z ró­żań­cem w rę­ce to jak trzy­ma­nie z za­ufa­niem rę­ki Ma­ryi, któ­ra pro­wa­dzi nas do Je­zu­sa. To otwie­ra­nie się na szcze­gól­ne Bo­że ła­ski, bo czy Pan Bóg od­mó­wi nam cze­go­kol­wiek, je­śli na­szym sprzy­mie­rzeń­cem bę­dzie sa­ma Mat­ka Bo­ża? Na pew­no nie! Nie­ustan­na i wy­trwa­ła mo­dli­twa ró­żań­co­wa czy­ni cu­da: wy­pra­sza ła­skę na­wró­ce­nia, wy­zwo­le­nia z na­ło­gu, zdro­wie, po­kój i zgo­dę w ro­dzi­nach. Jest więc naj­lep­szym le­kar­stwem na cia­ło, psy­chi­kę i du­szę! Po­sta­no­wie­nie na paź­dzier­nik? Wy­cho­dząc z do­mu, za­bierz­my ze so­bą nie tyl­ko te­le­fon ko­mór­ko­wy, ale tak­że ró­ża­niec, by móc w każ­dej chwi­li po­łą­czyć się z Ma­ry­ją.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Pytania bez wahania

Jak prze­rwać pi­sa­nie na cza­cie z ko­bie­ta­mi, a za­cząć na­wią­zy­wać z ni­mi re­la­cje w re­al­nym świe­cie? Czy nie­śmia­ły fa­cet ma szan­sę po­do­bać się ko­bie­cie? Nie­ste­ty, wiem, że ko­bie­ty po­szu­ku­ją śmia­łych męż­czyzn... Pro­szę o od­po­wiedź. ajaks

Stwier­dzasz, że ko­bie­ty po­szu­ku­ją śmia­łych męż­czyzn. Trud­no się z tą te­zą zgo­dzić, bo­wiem lu­dzie na ogół po­szu­ku­ją au­ten­tycz­nych osób, czy­li ta­kich, któ­re nie uda­ją ko­goś in­ne­go niż są. Zwłasz­cza je­śli cho­dzi o szcze­gól­nie bli­skie re­la­cje, do­ty­czą­ce przy­jaź­ni i mi­ło­ści. Są więc ko­bie­ty, któ­rym od­po­wia­da prze­bo­jo­wy eks­tra­wer­tyk, i są ta­kie, któ­re znaj­dą upodo­ba­nie w po­wścią­gli­wym in­tro­wer­ty­ku. Do­ty­czy to tak­że ocze­ki­wań męż­czyzn wo­bec ko­biet.

foto_01-03_18-2016

Być mo­że to, co na­zy­wasz nie­śmia­ło­ścią, jest wy­ra­zem Two­je­go tem­pe­ra­men­tu, cha­rak­te­ru, spo­so­bu prze­ży­wa­nia do­świad­czeń, a Two­ja po­wścią­gli­wość mo­że być atrak­cyj­na, a na­wet in­try­gu­ją­ca dla dziew­cząt. Umiesz na­wią­zać kon­takt, umiesz go pod­trzy­mać, za­in­te­re­so­wać swo­ją oso­bą, wy­ra­zić za­in­te­re­so­wa­nie roz­mów­czy­nią. Ro­bisz to przez in­ter­net. Zda­jesz so­bie jed­nak spra­wę, że to za ma­ło. Do­brze, że za­uwa­żasz kło­pot w tym „za­trzy­ma­niu się” na eta­pie ko­re­spon­den­cyj­nych zna­jo­mo­ści. Punk­tem wyj­ścia w roz­wią­za­niu pro­ble­mu bę­dzie za­ak­cep­to­wa­nie sie­bie, wła­sne­go tem­pe­ra­men­tu, cha­rak­te­ru, a tak­że od­waż­ne roz­po­zna­nie te­go, co jest Two­ją sła­bo­ścią. To bar­dzo waż­ne, bo je­śli sam sie­bie nie po­lu­bisz, nie za­ak­cep­tu­jesz, trud­no ocze­ki­wać, że prze­ko­nasz do sie­bie in­nych, a zwłasz­cza płeć prze­ciw­ną.

Za­da­jesz dwa waż­ne py­ta­nia: „jak prze­rwać” i „jak za­cząć”. Ozna­cza to, że masz mo­ty­wa­cję do zmia­ny. Bę­dzie ona wy­ma­ga­ła kon­se­kwen­cji i cier­pli­wo­ści, bo praw­do­po­dob­nie pi­sa­nie na cza­cie sta­ło się Two­ją sil­ną po­trze­bą, na­wy­kiem, mo­że na­wet uza­leż­nie­niem. Su­ge­ru­ję, byś spró­bo­wał wpro­wa­dzać na­wet ma­łe zmia­ny w co­dzien­nych przy­zwy­cza­je­niach zwią­za­nych z ko­rzy­sta­niem z in­ter­ne­tu, a na­stęp­nie roz­sze­rzał je o ko­lej­ne (np. je­den dzień uczyń wol­ny od In­ter­ne­tu, pisz o in­nej po­rze, nie za­wie­raj no­wych in­ter­ne­to­wych zna­jo­mo­ści). Prze­nieś kon­takt z cza­ta do re­alu z oso­bą, z któ­rą naj­le­piej się ro­zu­miesz i któ­ra jest bli­sko (w Two­jej miej­sco­wo­ści). Bądź otwar­ty na każ­dy sce­na­riusz, po­cząw­szy od naj­bar­dziej ocze­ki­wa­ne­go, sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce­go, po nie­uda­ny, nio­są­cy roz­cza­ro­wa­nie. Pa­mię­taj, że bę­dzie to nie tyl­ko spo­tka­nie z oso­bą, ale też kon­fron­ta­cja rze­czy­wi­sto­ści z wy­obra­że­nia­mi. Mo­że to być trud­ne do­świad­cze­nie dla obu stron, ale nie trze­ba się go oba­wiać. Na­wet gdy­by pierw­sza roz­mo­wa mia­ła być ostat­nią, to nic złe­go. Każ­da Two­ja ini­cja­ty­wa, pro­po­zy­cja spo­tka­nia, przy­wi­ta­nie, za­da­nie py­ta­nia, wy­słu­cha­nie od­po­wie­dzi, za­cie­ka­wie­nie się tym, co mó­wi dru­gi czło­wiek – bę­dzie prze­ła­my­wa­niem te­go, co trak­tu­jesz ja­ko swo­ją sła­bość, co na­zwa­łeś nie­śmia­ło­ścią. Kon­cen­tra­cja na sło­wach roz­mów­cy, a nie na lę­ku przed roz­mo­wą, bar­dzo uła­twia kon­wer­sa­cję.

Sil­ny męż­czy­zna bu­dzi za­ufa­nie. Si­łę roz­po­zna­je się w de­ter­mi­na­cji, z ja­ką po­dej­mu­je wy­zwa­nia, oraz w od­wa­dze, z ja­ką przyj­mu­je kon­se­kwen­cje swo­ich de­cy­zji. Je­śli więc za­le­ży Ci na dziew­czy­nie lub za­le­ży Ci na na­wią­za­niu zna­jo­mo­ści z nią, zrób pierw­szy krok i bądź go­tów na każ­dą jej od­po­wiedź. Gdy bę­dzie przy­chyl­na, ciesz się no­wym do­świad­cze­niem, nie myśl o so­bie, nie ana­li­zuj swo­ich uczuć i sta­nów. Naj­praw­do­po­dob­niej znaj­dzie­cie du­żo te­ma­tów do roz­mo­wy i spo­so­bów spę­dza­nia cza­su. Je­śli nie od­po­wie przy­chyl­nie na Two­ją ini­cja­ty­wę za­war­cia bliż­szej zna­jo­mo­ści, to… ciesz się no­wym do­świad­cze­niem. Przyj­mij jej re­ak­cję życz­li­wie i z sa­tys­fak­cją, że umiesz pod­jąć dzia­ła­nie oraz zmie­rzyć się z kon­se­kwen­cja­mi bez po­czu­cia wła­snej klę­ski i wi­ny. I jesz­cze jed­no: w każ­dej trud­nej sy­tu­acji ży­cio­wej war­to pa­mię­tać, że „wszyst­ko mo­gę w Tym, któ­ry mnie umac­nia”.

 

Le­szek Pu­tyń­ski

 

Na Wa­sze py­ta­nia bez wa­ha­nia od­po­wia­da­ją spe­cja­li­ści: psy­cho­log, gi­ne­ko­log, tech­nik ży­wie­nia, dusz­pa­sterz mło­dzie­ży i psy­cho­log kli­nicz­ny zaj­mu­ją­cy się za­wo­do­wo te­ma­ty­ką sek­su­al­no­ści. Li­sty dru­ku­je­my ano­ni­mo­wo. Pisz­cie tu­taj: pytania@droga.com.pl

 

Płacząca Pani

Maj jest mie­sią­cem ma­ryj­nym ze wzglę­du na tra­dy­cyj­ne na­bo­żeń­stwa, w cza­sie któ­rych od­ma­wia się Li­ta­nię Lo­re­tań­ską; w sierp­niu licz­ne piel­grzym­ki zmie­rza­ją do Czar­nej Ma­don­ny na Ja­snej Gó­rze, a w paź­dzier­ni­ku trwa mo­dli­twa ró­żań­co­wa. Tak­że wrze­sień moż­na na­zwać mie­sią­cem ma­ryj­nym. Dla­cze­go?

We wrze­śniu ob­cho­dzi­my Świę­to Na­ro­dze­nia NMP (8.09) i wspo­mnie­nie NMP Bo­le­snej (15.09). Przede wszyst­kim jed­nak od­by­wa­ją się na­bo­żeń­stwa do Mat­ki Bo­żej z La Sa­let­te i wspo­mi­na­my ob­ja­wie­nie, któ­re­go 170. rocz­ni­cę ob­cho­dzi­my w tym ro­ku.

foto_01-02_18-2016

19 wrze­śnia 1846 ro­ku Mat­ka Bo­ża ob­ja­wi­ła się 15-let­niej Me­la­nii Ca­lvat i 11-let­nie­mu Mak­sy­mi­no­wi Gi­raud, któ­rzy wy­pa­sa­li kro­wy na pa­stwi­skach na zbo­czach Alp. Mat­kę Bo­żą z La Sa­let­te na­zy­wa się „pła­czą­cą”, bo wła­śnie ta­ką zo­ba­czy­li ją pa­stusz­ko­wie. Łzy pły­nę­ły tyl­ko do wy­so­ko­ści zwi­sa­ją­ce­go na pier­si Pięk­nej Pa­ni cha­rak­te­ry­stycz­ne­go krzy­ża z młot­kiem i ob­cę­ga­mi (dziś znak roz­po­znaw­czy księ­ży sa­le­ty­nów), po­ni­żej sta­wa­ły się sznu­rem świe­tli­stych pe­reł.

Mat­ka Bo­ża po­wie­dzia­ła, że po­wo­dem jej pła­czu są prze­kleń­stwa z wy­ma­wia­niem imie­nia Jej Sy­na oraz pra­ca w nie­dzie­lę i nie­za­cho­wy­wa­nie po­stu. Ma­ry­ja do­brze zna­ła też sy­tu­ację lo­kal­nej spo­łecz­no­ści, do któ­rej się od­no­si­ła, wska­zu­jąc na klę­ski nie­uro­dza­ju – ze­psu­te ziem­nia­ki i zbo­że. Rów­no­cze­śnie Pięk­na Pa­ni zo­sta­wi­ła obiet­ni­cę: „Je­że­li się na­wró­cą, ka­mie­nie i ska­ły za­mie­nią się w ster­ty zbo­ża, a ziem­nia­ki sa­me się za­sa­dzą”. Da­ła też kon­kret­ną ra­dę do­ty­czą­cą mo­dli­twy: „Ach dzie­ci, trze­ba się do­brze mo­dlić, ra­no i wie­czo­rem.

Je­że­li nie ma­cie cza­su, od­ma­wiaj­cie przy­naj­mniej Oj­cze nasz i Zdro­waś Ma­ry­jo, a je­że­li bę­dzie­cie mo­gły, mó­dl­cie się wię­cej”.

Wia­do­mość o ob­ja­wie­niu szyb­ko się roz­cho­dzi­ła. W rocz­ni­cę wy­da­rzeń oko­licz­ne ko­ścio­ły wy­peł­nia­ły tłu­my, któ­re chcia­ły przy­stę­po­wać do sa­kra­men­tów, a do­kład­nie pięć lat póź­niej ob­ja­wie­nie zo­sta­ło ofi­cjal­nie uzna­ne przez miej­sco­we­go bi­sku­pa, któ­ry za­ini­cjo­wał bu­do­wę sank­tu­arium bę­dą­ce­go – ze wzglę­du na trud­ne wa­run­ki na al­pej­skich szczy­tach – świa­dec­twem wiel­kiej ofiar­no­ści lu­dzi tam­te­go cza­su.

W ce­lu roz­po­wszech­nia­nia orę­dzia z La Sa­let­te zo­sta­ło po­wo­ła­ne do ist­nie­nia Zgro­ma­dze­nie Księ­ży Mi­sjo­na­rzy Mat­ki Bo­żej z La Sa­let­te. Sa­le­ty­ni są – jak do­tąd – je­dy­nym zgro­ma­dze­niem za­kon­nym po­wsta­łym w wy­ni­ku ob­ja­wień ma­ryj­nych.

 

Prze­mek Ra­dzyń­ski