Na tropie przyrody

Wśród le­śnych ostę­pów moż­na tu spo­tkać za­cza­jo­ne­go ry­sia, po­tęż­ne­go żu­bra i groź­ne­go wil­ka. Gę­ste bo­ry kry­ją miej­sca, któ­re czło­wiek rzad­ko oglą­da. Na szczę­ście mo­że­my tam zaj­rzeć – dzię­ki fo­to­gra­fiom pa­na Wal­de­ma­ra Bzu­ry.

Oca­lić od za­po­mnie­nia

Kra­ina Ty­sią­ca Je­zior, so­sno­we la­sy Pusz­czy Pi­skiej, ża­glów­ki na Mi­ko­łaj­kach i szlak ka­ja­ko­wy na Kru­ty­ni. W pej­zaż stwo­rzo­ny przez na­tu­rę wpi­sa­ły się tak­że dzie­ła czło­wie­ka: ma­łe ka­plicz­ki, sank­tu­arium w Świę­tej Lip­ce, ma­low­ni­cze wsie, za­byt­ko­we cmen­ta­rze. Do­bra fo­to­gra­fia po­tra­fi od­dać du­cha tej kra­iny, zwłasz­cza je­śli jej au­to­rem jest ar­ty­sta, a do ta­kich na­le­ży nie­wąt­pli­wie Wal­de­mar Bzu­ra. Z za­wo­du jest le­śni­kiem, pra­cu­je w Ma­zur­skim Par­ku Kra­jo­bra­zo­wym. Od lat utrwa­la na zdję­ciach urze­ka­ją­ce pięk­no przy­ro­dy ma­zur­skiej kra­iny. Po­przez swo­je zdję­cia sta­ra się po­ka­zać uro­dę kra­jo­bra­zu, flo­ry i fau­ny. Ma na­dzie­ję, że je­go fo­to­gra­fie wpły­ną na po­głę­bie­nie wraż­li­wo­ści na pięk­no na­tu­ry oraz przy­czy­nią się do za­cho­wa­nia jej w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Tym bar­dziej, że Ma­zu­ry to wciąż naj­mniej znisz­czo­ny przez cy­wi­li­za­cję re­gion Pol­ski. Cie­ka­wa je­stem, co spra­wi­ło, że po­świę­cił tej czę­ści na­sze­go kra­ju ca­łą swo­ją za­wo­do­wą uwa­gę? – Uro­dzi­łem się w Mrą­go­wie, na Ma­zu­rach – opo­wia­da pan Wal­de­mar. – Za­czą­łem „ba­wić się” apa­ra­tem, pra­cu­jąc w Ma­zur­skim Par­ku Kra­jo­bra­zo­wym. Po­my­śla­łem, że war­to by­ło­by uwiecz­nić te miej­sca, któ­re już za­ni­ka­ją, chcia­łem po­ka­zać je in­nym. To rze­czy­wi­ście te­ren, gdzie wciąż moż­na do­strzec krą­żą­ce­go po nie­bie or­ła, si­wą cza­plę bro­dzą­cą wśród si­to­wia czy pa­są­ce się żu­bry i je­le­nie. Pa­mię­tam z dzie­ciń­stwa rol­ni­ków, któ­rzy upra­wia­li po­la le­żą­ce nad brze­ga­mi Kru­ty­ni... Dziś nikt już zie­mi nie upra­wia. Bar­dzo chcia­łem swo­imi zdję­cia­mi oca­lić od za­po­mnie­nia te kra­jo­bra­zy i miej­sca – stwier­dza.

foto_01-03_sierpien-2016

Fo­to­gra­ficz­ne ło­wy

Próż­no by szu­kać dru­gie­go ta­kie­go fo­to­gra­fi­ka. Pan Wal­de­mar z ogrom­nym za­pa­łem i wy­trwa­ło­ścią, a tak­że z praw­dzi­wym ar­ty­zmem utrwa­la wy­jąt­ko­wość ma­zur­skiej flo­ry i fau­ny. Jest znaw­cą za­cho­wań pta­ków i zwie­rząt, dzię­ki cze­mu mógł je pod­pa­trzeć w sy­tu­acjach, ja­kich ni­gdy nie uj­rzy zwy­kły tu­ry­sta. Zwłasz­cza, że gdy ten jesz­cze smacz­nie śpi, pan Wal­de­mar już wy­ru­sza na fo­to­gra­ficz­ne ło­wy. Wsta­je, gdy jest jesz­cze ciem­no, a przej­mu­ją­cy chłód i wil­goć da­ją się we zna­ki. Do­bre świa­tło po­ja­wia się nie­spo­dzie­wa­nie, wy­na­gra­dza­jąc tru­dy wę­drów­ki i nie­do­spa­nia. Pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca za­wsze ma­ją w so­bie coś nie­sa­mo­wi­te­go, ja­kąś po­tęż­ną daw­kę ener­gii. Wy­ła­nia­ją się po­wo­li i swym cie­płym bla­skiem stop­nio­wo oświe­tla­ją czub­ki drzew, łą­ki i je­zio­ra. De­li­kat­nie od­bi­ja­ją się w wo­dzie, two­rząc grę świa­teł, i z każ­dą chwi­lą świe­cą co­raz moc­niej, da­jąc dłu­gie cie­nie. Pan Wal­de­mar go­dzi­na­mi pod­glą­da ży­cie zwie­rząt w ich na­tu­ral­nym śro­do­wi­sku. O czym trze­ba pa­mię­tać, fo­to­gra­fu­jąc przy­ro­dę? – To do­syć trud­ny te­mat, po­nie­waż przy­ro­da ży­je – mó­wi fo­to­graf. – Zwie­rzę­ta czy pta­ki są bar­dzo pło­chli­we i trud­no im zro­bić zdję­cie. Trze­ba się za­cza­ić w cza­tow­ni lub na­mio­cie. War­to rów­nież mieć świa­do­mość upły­wa­ją­ce­go cza­su. Kie­dyś wy­bra­łem się, aby ro­bić zdję­cia stor­czy­ka, przy­jeż­dżam, pa­trzę, a on już prze­kwitł. I zno­wu trze­ba cze­kać rok. Dla­te­go z pew­no­ścią po­ma­ga zna­jo­mość kon­kret­nych ga­tun­ków ro­ślin i zwie­rząt. Waż­ne są rów­nież od­po­wied­nie obiek­ty­wy do apa­ra­tu, któ­re po­zwa­la­ją na wy­ko­ny­wa­nie zbli­żeń. Aby hob­by­stycz­nie i ama­tor­sko wy­ko­ny­wać zdję­cia przy­rod­ni­cze, pej­za­żo­we, wy­star­czy zwy­kły apa­rat, a na­wet te­le­fon ko­mór­ko­wy. Zdję­cia prze­zna­czo­ne do pu­bli­ka­cji np. w al­bu­mach przy­rod­ni­czych wy­ma­ga­ją już pro­fe­sjo­nal­ne­go sprzę­tu – opo­wia­da pan Wal­de­mar.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Przeżyła aborcję

Me­lis­sa Ohden mia­ła się ni­gdy nie uro­dzić. Mia­ła umrzeć w ło­nie mat­ki, po­pa­rzo­na roz­two­rem so­li. Jed­nak prze­ży­ła nie­uda­ną abor­cję, a te­raz jest szczę­śli­wą żo­ną, ma­mą i dzia­łacz­ką pro-li­fe.

Ma­ma Me­lis­sy mia­ła 19 lat, kie­dy za­szła w cią­żę. Jej ro­dzi­ce bar­dzo moc­no na­ci­ska­li, aby zgo­dzi­ła się do­ko­nać abor­cji. Po kil­ku dniach od wstrzyk­nię­cia roz­two­ru so­li do ma­ci­cy Me­lis­sa za­czę­ła się ro­dzić. W tym cza­sie w szpi­ta­lu dy­żur pie­lę­gniar­ski peł­ni­ła jej bab­cia. Kie­dy zo­ba­czy­ła, że dziew­czyn­ka uro­dzi­ła się ży­wa, odło­ży­ła ją i po­zo­sta­wi­ła bez po­mo­cy, aby umar­ła. Ży­cie Me­lis­sy ura­to­wa­ły dwie in­ne pie­lę­gniar­ki, któ­re nie mo­gły znieść wi­do­ku sa­mot­nie umie­ra­ją­ce­go ma­leń­stwa.

foto_01-02_sierpien-2016

Pierw­sze dni by­ły wal­ką o prze­trwa­nie. Me­lis­sa – je­śli­by prze­ży­ła – mia­ła być cięż­ko upo­śle­dzo­na, nie­wi­do­ma, głu­cha. Po dwóch mie­sią­cach tra­fi­ła do ro­dzi­ny ad­op­cyj­nej, gdzie do­świad­czy­ła tro­skli­wej opie­ki i mi­ło­ści. Uda­ło jej się prze­zwy­cię­żyć kło­po­ty fi­zycz­ne i obec­nie jest w peł­ni zdro­wą, do­ro­słą ko­bie­tą. Wie­dzia­ła, że zo­sta­ła ad­op­to­wa­na, ale nie mia­ła po­ję­cia o oko­licz­no­ściach swo­ich na­ro­dzin.

Kie­dy jej ad­op­cyj­na sio­stra za­szła w cią­żę i pla­no­wa­ła do­ko­nać abor­cji, bo­jąc się, że nie po­ra­dzi so­bie z dziec­kiem pod­czas stu­diów, ro­dzi­ce zde­cy­do­wa­li się opo­wie­dzieć hi­sto­rię Me­lis­sy. Jej sio­stra od­stą­pi­ła od za­mia­ru za­bi­cia swo­je­go dziec­ka. Me­lis­sa czu­ła po­cząt­ko­wo żal i złość, ale po raz ko­lej­ny otrzy­ma­na mi­łość po­zwo­li­ła jej w du­żej czę­ści prze­zwy­cię­żyć te uczu­cia. Ko­niecz­nie chcia­ła od­na­leźć swo­ich bio­lo­gicz­nych ro­dzi­ców. Naj­pierw tyl­ko po to, aby spoj­rzeć im w oczy i za­py­tać: „dla­cze­go”? Póź­niej tak­że po to, aby po­wie­dzieć, że im prze­ba­czy­ła.

Na po­szu­ki­wa­niach spę­dzi­ła ko­lej­ne szes­na­ście lat swo­je­go ży­cia. Do­wie­dzia­ła się, że jej oj­ciec miesz­ka w tym sa­mym mie­ście, co ona. Na­pi­sa­ła do nie­go list, ale ni­gdy nie otrzy­ma­ła od­po­wie­dzi. Wkrót­ce jej oj­ciec zmarł. Pró­bo­wa­ła skon­tak­to­wać się rów­nież ze swo­ją mat­ką, naj­pierw po­przez dziad­ków, tych sa­mych, któ­rzy tak bar­dzo na­le­ga­li na abor­cję. Od­po­wie­dzie­li na jej list, ale nie chcie­li po­zwo­lić jej na kon­takt z cór­ką. Wy­sła­li Me­lis­sie je­dy­nie jej zdję­cie. Po pew­nym cza­sie prze­sta­li od­po­wia­dać na wia­do­mo­ści.

Me­lis­sa wy­szła za mąż i bar­dzo chcia­ła uro­dzić dziec­ko, ale w ir­ra­cjo­nal­ny spo­sób ba­ła się, że­by nie oka­zać się w czym­kol­wiek po­dob­ną do swo­jej mat­ki. Po­mo­gła jej wia­ra w Bo­ga i w to, że On stwo­rzył ją w kon­kret­nym ce­lu. Swo­ją pierw­szą có­recz­kę – Oli­vię – uro­dzi­ła w tym sa­mym szpi­ta­lu, w któ­rym wie­le lat wcze­śniej mia­ła zo­stać za­bi­ta.

Me­lis­sa Ohden za­ło­ży­ła or­ga­ni­za­cję wpie­ra­ją­cą oso­by, któ­re prze­ży­ły abor­cję. W tej chwi­li sku­pio­nych jest w niej oko­ło dwu­stu osób, a to za­le­d­wie ma­leń­ka część oca­la­łych z te­go pro­ce­de­ru. W wie­lu sta­nach USA abor­cja jest le­gal­na aż do dzie­wią­te­go mie­sią­ca cią­ży. Pie­lę­gniar­ka Jill Sta­nek, któ­ra ujaw­nia­ła, co dzie­je się z dzieć­mi, któ­re prze­ży­wa­ją, zo­sta­ła zwol­nio­na z pra­cy.

– Kie­dy Ba­rack Oba­ma był se­na­to­rem sta­nu Il­lo­no­is, za­gło­so­wał prze­ciw­ko pod­sta­wo­wej, kon­sty­tu­cyj­nej ochro­nie dzie­ci, któ­re prze­ży­ły abor­cję. Nie raz, tyl­ko czte­ry ra­zy. Wiem, że ży­ję dziś dzię­ki ła­sce Bo­ga i chcia­ła­bym tyl­ko za­dać Ame­ry­ka­nom py­ta­nie: czy ta­kie kie­row­nic­two po­su­nie nas na­przód? Przy­wódz­two, któ­re po­zby­wa się naj­mniej­szych i naj­słab­szych po­śród nas? – py­ta Me­lis­sa Ohden.

In­ny wiel­ki obroń­ca ży­cia – prof. Jérôme Le­jeu­ne – po­wie­dział kie­dyś, że mia­rą ja­ko­ści da­nej cy­wi­li­za­cji jest spo­sób, w ja­ki trak­tu­je ona swo­ich naj­słab­szych człon­ków. Nie ma in­ne­go kry­te­rium.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Zrobiliśmy raban

Po­nad dwa mi­lio­ny piel­grzy­mów z ca­łe­go świa­ta, dzie­więt­na­ście ty­się­cy wo­lon­ta­riu­szy, po­nad ośmiu­set kar­dy­na­łów i bi­sku­pów, a przede wszyst­kim on – Pa­pież Fran­ci­szek – przez ostat­nie dni lip­ca pod­czas Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży zro­bi­li w Kra­ko­wie wiel­ki Bo­ży ra­ban.

Już na ty­dzień przed po­cząt­kiem Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży w Kra­ko­wie za­czę­ło się ro­bić gwar­nie i ra­do­śnie – na­wet z naj­od­le­glej­szych krań­ców świa­ta przy­by­li wo­lon­ta­riu­sze, któ­rzy pod­czas róż­ne­go ro­dza­ju szko­leń przy­go­to­wy­wa­li się do cze­ka­ją­cej ich służ­by. Kra­ko­wia­nie i go­ście mo­gli po­czuć przed­smak zbli­ża­ją­cej się wiel­kiej im­pre­zy, uczest­ni­cząc na przy­kład w Mer­cy Fe­sti­va­lu od­by­wa­ją­cym się na kra­kow­skim ryn­ku. Choć ofi­cjal­nie ŚDM roz­po­czę­ły się już w ostat­ni wto­rek lip­ca, wszy­scy cze­ka­li na naj­waż­niej­sze­go piel­grzy­ma z Wa­ty­ka­nu, któ­ry przy­był dwa dni póź­niej.

foto_01-01_sierpien-2016

Czas wstać z ka­na­py

O tym, że był to czas wy­cze­ki­wa­ny rów­nież przez Oj­ca Świę­te­go, świad­czą sło­wa, z któ­ry­mi zwró­cił się do mło­dzie­ży pod­czas czwart­ko­we­go po­wi­ta­nia na Bło­niach: – Dro­dzy mło­dzi! Dzień do­bry! Wresz­cie się spo­ty­ka­my! – Prze­strzegł na­stęp­nie mło­dych przed rzu­ca­niem ręcz­ni­ka za­nim w ogó­le roz­pocz­ną wal­kę. Pod­kre­ślał, że nie moż­na iść na eme­ry­tu­rę w wie­ku 23–24 lat. Po­dob­ne prze­sła­nie po­pły­nę­ło z Je­go ust pod­czas so­bot­nie­go czu­wa­nia na Cam­pus Mi­se­ri­cor­diae. Pa­pież, po­słu­gu­jąc się me­ta­fo­rą ka­na­py, da­wał do zro­zu­mie­nia, że nie przy­szli­śmy na świat, że­by we­ge­to­wać, ale by zo­sta­wić po so­bie ja­kiś ślad. – „Ka­na­pa-szczę­ście” jest praw­do­po­dob­nie ci­chym pa­ra­li­żem, któ­ry mo­że nas znisz­czyć naj­bar­dziej; bo po tro­chu. Nie zda­jąc so­bie z te­go spra­wy, sta­je­my się ospa­li, ogłu­pia­li, otu­ma­nie­ni, pod­czas gdy in­ni – mo­że bar­dziej ży­wi, ale nie lep­si – de­cy­du­ją o na­szej przy­szło­ści – mó­wił Pa­pież.

Przy jed­nym sto­le z Fran­cisz­kiem

Oj­ciec Świę­ty pod­czas ŚDM spo­ty­kał się z mło­dy­mi nie tyl­ko na uro­czy­sto­ściach ko­ściel­nych. Z trzy­na­sto­ma oso­ba­mi – wśród któ­rych by­ło po dwóch przed­sta­wi­cie­li każ­de­go kon­ty­nen­tu i tro­je Po­la­ków – Pa­pież… zjadł obiad! Pró­bu­jąc fi­let z in­dy­ka, na­sze tra­dy­cyj­ne pie­ro­gi, a tak­że ser­nik z bezą przy­go­to­wa­ny przez sio­stry ser­can­ki, od­po­wia­dał na py­ta­nia swo­ich go­ści. – Za­py­ta­łam go, ja­kie jest je­go prze­sła­nie dla mło­dych lu­dzi i po­wie­dział: nie pod­da­wać się i nie tra­cić wia­ry, szcze­gól­nie w tych trud­nych cza­sach dla mło­dych ka­to­li­ków. Że­by iść uli­cą i być so­bą – mó­wi­ła póź­niej na kon­fe­ren­cji pra­so­wej Fa­ti­ma Leung-Wai, wo­lon­ta­riusz­ka z No­wej Ze­lan­dii, któ­ra wraz z sio­strą i bra­tem od sied­miu mie­się­cy by­ła za­an­ga­żo­wa­na w przy­go­to­wa­nia do Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży.

Słyn­na spon­ta­nicz­ność

Oprócz bar­dzo szcze­gó­ło­wo do­pra­co­wy­wa­nych punk­tów pro­gra­mu wy­da­rzeń cen­tral­nych, zda­rza­ły się – jak to z Pa­pie­żem Fran­cisz­kiem by­wa – mo­men­ty spon­ta­nicz­ne. Jo­seph Gul­li­ford, wo­lon­ta­riusz z An­glii, zo­stał na przy­kład – ja­ko je­den z kil­ku przed­sta­wi­cie­li mło­dzie­ży – za­pro­szo­ny przed nie­dziel­ną Mszą św. do pa­pa­mo­bi­le! – Być bli­sko Pa­pie­ża by­ło jak by­cie z ko­cha­ją­cym oj­cem lub dziad­kiem – wspo­mi­nał na dru­gi dzień. – Oj­ciec Świę­ty ła­mie ba­rie­ry i wpro­wa­dza coś nad­zwy­czaj­ne­go w zwy­czaj­ny spo­sób – do­dał.

Ma­ciek

Pa­pież za­sko­czył wszyst­kich tak­że pod­czas swo­je­go pierw­sze­go prze­mó­wie­nia w oknie pa­pie­skim. Zwra­ca­jąc się do roz­śpie­wa­nej ra­do­snej mło­dzie­ży, za­po­wie­dział, że mu­si im opo­wie­dzieć o czymś smut­nym. Dzię­ki te­mu świat usły­szał o Mać­ku Cie­śli – 27-let­nim gra­fi­ku, któ­ry za­pro­jek­to­wał m.in. ŚDM-owe ba­ne­ry zdo­bią­ce ca­łe mia­sto, czy or­na­ty, w któ­rych księ­ża od­pra­wia­li Msze świę­te pod­czas ŚDM.

Mło­de­mu twór­cy nie da­ne by­ło uczest­ni­czyć w ŚDM i zo­ba­czyć swo­je­go dzie­ła – po wal­ce z no­wo­two­rem zmarł 2 lip­ca br. Pa­pież Fran­ci­szek za­ape­lo­wał o mo­dli­twę w in­ten­cji Mać­ka i do­dał: – Po­dzię­kuj­my Pa­nu, że da­je nam ta­kich lu­dzi. – Ale pod­kre­ślił tak­że: – Bądź­cie szczę­śli­wi i ra­do­śni! To jest obo­wią­zek idą­cych za Je­zu­sem.

Anio­ły w nie­bie­skich ko­szul­kach

Wie­lu wo­lon­ta­riu­szy an­ga­żo­wa­ło się w przy­go­to­wa­nie Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży nie tyl­ko przez dwa ty­go­dnie lip­ca, ale przez rok, dwa czy na­wet trzy la­ta. To z ni­mi, z kil­ku­na­sto­ma ty­sią­ca­mi wo­lon­ta­riu­szy spo­tkał się Oj­ciec Świę­ty w nie­dziel­ne po­po­łu­dnie, tuż przed swo­im od­lo­tem do Rzy­mu. Da­wał im wska­zów­ki, co ma­ją ro­bić, że­by być na­dzie­ją przy­szło­ści.

Wie­lu z nich od nie­dziel­nej Mszy św. na Cam­pus Mi­se­ri­cor­diae zna już je­den z punk­tów tej swo­jej przy­szło­ści – ko­lej­ne Świa­to­we Dni Mło­dzie­ży w Pa­na­mie.

 

Ma­rian­na Gur­ba

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak

Jola Tęcza-ĆwierzWa­ka­cje w peł­ni. Dni mi­ja­ją je­den za dru­gim i trud­no je od­róż­nić. Po­wta­rzasz te sa­me czyn­no­ści i wiesz, że ju­tro też nic nie zmie­ni. Je­śli po­tra­fisz prze­wi­dzieć, co bę­dziesz ro­bić za ty­dzień o tej sa­mej po­rze – strzeż się, ru­ty­na za­wład­nę­ła Two­im ży­ciem! Wa­ka­cje to do­bry czas na wal­kę z nu­dą i prze­wi­dy­wal­no­ścią, któ­ra za­bi­ja chęć i ra­dość ży­cia. He­ra­klit ma­wiał, że kto nie dą­ży do rze­czy nie­moż­li­wych, ni­gdy ich nie osią­ga. Jak nie dać się ru­ty­nie? Kil­ka rad znaj­dziesz na str. 7. Za­ry­zy­kuj! Od­rzuć strach i zrób coś sza­lo­ne­go: mo­że pod­glą­da­nie pa­ją­ków al­bo skok na bun­gee? Moż­li­wo­ści jest wie­le. Czy masz ja­kieś ma­rze­nie, któ­re wciąż od­kła­dasz na póź­niej? To do­bry czas, by je speł­nić. A je­śli to za du­żo, na po­czą­tek zrób coś, cze­go nie ro­bi­łeś już daw­no: wy­bierz się na wy­ciecz­kę w nie­zna­ne miej­sce, ode­rwij się od zna­nych, bez­piecz­nych miejsc i spró­buj cze­goś no­we­go. Po­trak­tuj to jak obu­dze­nie się ze snu, któ­ry choć po­trzeb­ny, trwa już zbyt dłu­go.

Je­śli już zde­cy­du­jesz się na po­bud­kę, roz­pocz­nij kon­kret­ne dzia­ła­nia, któ­re uchro­nią Cię przed po­wro­tem ru­ty­ny. Po­myśl, co naj­bar­dziej Cię po­cią­ga. Ma­lar­stwo? Kup po­trzeb­ne rze­czy i ru­szaj w ple­ner. Ta­niec? Znajdź od­po­wied­ni kurs i za­cznij na­ukę. A mo­że war­to zro­bić coś po­ży­tecz­ne­go dla in­nych? Obok pu­bli­ku­je­my apel Pol­skiej Fe­de­ra­cji Ru­chów Obro­ny Ży­cia, któ­ra wal­czy o pra­wo do ży­cia dla KAŻDEGO dziec­ka. Trwa ak­cja zbie­ra­nia pod­pi­sów. Za­an­ga­żuj się, to bar­dzo waż­na spra­wa!

Re­cep­tę na wyj­ście z ru­ty­ny już masz. Tyl­ko od Cie­bie za­le­ży, co z nią zro­bisz. Czy wy­bie­rzesz złud­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i nud­ne po­wta­rza­nie co­dzien­nych czyn­no­ści, czy po­dej­miesz wy­zwa­nie i za­ry­zy­ku­jesz. Po­wo­dze­nia!

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go