Moje życie nie jest mniej warte

W paź­dzier­ni­ku te­go ro­ku or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we pró­bo­wa­ły do­pro­wa­dzić do uchwa­le­nia usta­wy, cał­ko­wi­cie za­ka­zu­ją­cej abor­cji. Część osób, sprze­ci­wia­ją­cych się te­mu roz­wią­za­niu zor­ga­ni­zo­wa­ła „czar­ny pro­test”. Je­go uczest­ni­cy wy­krzy­ki­wa­li, że „ni­ko­go nie moż­na zmu­szać do he­ro­izmu”, że „ko­bie­ta po­win­na mieć pra­wo wy­bo­ru”, że „każ­dy mo­że de­cy­do­wać o swo­im cie­le”, że „cza­sem le­piej się nie uro­dzić niż być ska­za­nym na cier­pie­nie”.

To przy­kła­dy tych de­li­kat­niej­szych ha­seł. Nie­któ­re by­ły tak po­ni­ża­ją­ce i ob­raź­li­we, że le­piej ich nie przy­ta­czać. Słu­cha­jąc tych ar­gu­men­tów, za­sta­na­wia­łam się, co mu­szą czuć oso­by nie­peł­no­spraw­ne al­bo po­czę­te w wy­ni­ku gwał­tu, kie­dy in­ni uzur­pu­ją so­bie pra­wo, że­by war­to­ścio­wać ich ży­cie. Kto im po­zwo­lił mó­wić, kto bę­dzie szczę­śli­wy, a ko­go le­piej „na za­pas” za­bić, kie­ru­jąc się „śmier­tel­nym” współ­czu­ciem”?

Mu­sisz nas bro­nić!

Przy­po­mi­na mi się sce­na z bio­gra­fii wy­bit­ne­go le­ka­rza, od­kryw­cy przy­czy­ny ze­spo­łu Do­wna – prof. Je­rômé Le­jeu­ne. Pew­ne­go ra­zu przy­szli do nie­go ro­dzi­ce z chłop­cem, cier­pią­cym na ze­spół Do­wna. Ma­lec pła­kał, był prze­ra­żo­ny, nie mógł się uspo­ko­ić. Ro­dzi­ce wy­ja­śni­li, że dzień wcze­śniej oglą­dał wraz z ni­mi de­ba­tę te­le­wi­zyj­ną, któ­rej uczest­ni­cy opo­wia­da­li o pra­wie do abor­cji cho­rych dzie­ci. Chłop­czyk rzu­cił się na szy­ję pro­fe­so­ra, krzy­cząc: mu­sisz nas bro­nić, chcą nas za­bić! Od tej po­ry prof. Je­rômé Le­jeu­ne jesz­cze moc­niej za­an­ga­żo­wał się w obro­nę ży­cia.

foto_01-02_25-2016

Hi­po­kry­zja

Ile po­dob­nych de­bat te­le­wi­zyj­nych oglą­da­li­śmy w ostat­nim cza­sie? Czy nie jest hi­po­kry­zją mó­wie­nie z jed­nej stro­ny o sza­cun­ku dla nie­peł­no­spraw­nych, o ko­niecz­no­ści nie­sie­nia im po­mo­cy, a z dru­giej stro­ny po­pie­ra­nie moż­li­wo­ści za­bi­ja­nia ich przed na­ro­dze­niem? Być mo­że du­ża część uczest­ni­ków „czar­ne­go pro­te­stu” nie zda­wa­ła so­bie spra­wy z te­go, co na­praw­dę po­pie­ra... Spe­cjal­nie dla Czy­tel­ni­ków „Dro­gi” swo­ją hi­sto­rię zgo­dzi­ła się opo­wie­dzieć Alek­san­dra Zie­liń­ska.

Nikt nie jest bez­war­to­ścio­wy

Na­zy­wam się Alek­san­dra Zie­liń­ska, mam 24 la­ta. Uro­dzi­łam się z wa­dą wro­dzo­ną – prze­pu­kli­ną opo­no­wo-rdze­nio­wą, zwa­ną też roz­sz­cze­pem krę­go­słu­pa. O tym, że mo­ja wa­da mo­gła­by sta­no­wić po­wód ska­za­nia mnie na śmierć przez abor­cję, do­wie­dzia­łam się, ma­jąc kil­ka­na­ście lat. W tym cza­sie gło­śna by­ła spra­wa Ali­cji Ty­siąc. Ko­bie­ty, któ­ra wy­gra­ła pro­ces prze­ciw­ko pań­stwu pol­skie­mu, po­nie­waż od­mó­wio­no jej pra­wa do abor­cji, po­mi­mo ry­zy­ka po­waż­ne­go uszko­dze­nia wzro­ku. (Mia­ło to sta­no­wić zła­ma­nie praw czło­wie­ka do po­sza­no­wa­nia ży­cia pry­wat­ne­go).

Me­dia sze­ro­ko roz­pi­sy­wa­ły się o tej spra­wie. Wte­dy wspo­mnia­no, że w Pol­sce abor­cji moż­na do­ko­nać w trzech przy­pad­kach, m.in. w przy­pad­ku wa­dy wro­dzo­nej lub ge­ne­tycz­nej. Szyb­ko do­da­łam jed­no do dru­gie­go. I tak oto, w wie­ku mniej wię­cej 14 lat, do­wie­dzia­łam się, że mo­je ży­cie jest nic nie war­te, bo je­stem cho­ra. To był dla mnie szok. Za­czę­łam stop­nio­wo po­sze­rzać swo­ją wie­dzę, czy­tać na te­mat abor­cji, wad, któ­re kwa­li­fi­ku­ją dziec­ko do tzw. usu­nię­cia, spo­so­bów prze­pro­wa­dza­nia „za­bie­gu”. Dys­ku­to­wa­łam z ludź­mi o róż­nych po­glą­dach. Przez ostat­nie dzie­sięć lat utwier­dzi­łam się w prze­ko­na­niu, że abor­cja jest zbrod­nią, któ­rą na­le­ży po­wstrzy­mać.

Roz­pła­ka­łam się

Przy oka­zji „czar­ne­go pro­te­stu” mo­ja ma­ma, zna­na dzien­ni­kar­ka, udzie­li­ła wy­wia­du dla jed­nej z ga­zet, w któ­rym po­wie­dzia­ła, że ja­ko mat­ka nie­peł­no­spraw­ne­go dziec­ka, zna­ją­ca re­alia te­go ży­cia i tej wal­ki, nie zmu­si­ła­by ko­bie­ty do uro­dze­nia cho­re­go dziec­ka. To był dla mnie cios. Sko­ro na­wet mo­ja ma­ma nie sta­je w obro­nie ta­kich dzie­ci jak ja, to kto ma być po ich stro­nie? Za­czę­ły­śmy roz­ma­wiać. Po­wiem szcze­rze – roz­pła­ka­łam się, bo ten te­mat jest dla mnie bar­dzo trud­ny. Ma­ma oczy­wi­ście od ra­zu mnie prze­pro­si­ła, ale uzna­ła, że sko­ro wy­po­wie­dzia­ła się pu­blicz­nie, pu­blicz­nie po­win­na mnie prze­pro­sić. Dla­te­go na­pi­sa­ła post na Fa­ce­bo­oku, któ­ry zo­stał udo­stęp­nio­ny po­nad ty­siąc ra­zy i po­lu­bio­ny przez pra­wie trzy ty­sią­ce osób. To po­ka­za­ło nam obu, jak bar­dzo bra­ku­je gło­sów lu­dzi, któ­rych spra­wa bez­po­śred­nio do­ty­czy. Dys­ku­tu­ją o tym po­li­ty­cy, dzia­ła­cze spo­łecz­ni, księ­ża, rza­dziej – mat­ki cho­rych dzie­ci. Pra­wie w ogó­le nie py­ta się o zda­nie osób, któ­re są cho­re. Któ­re uro­dzi­ły się, ży­ją i słu­cha­ją, że ich ży­cie jest nic nie war­te a ży­cie ich bli­skich to udrę­ka. To bu­dzi mój sprze­ciw. Nie zga­dzam się na ta­kie osą­dza­nie.

Żyć god­nie

Uwa­żam, że ży­cie każ­de­go czło­wie­ka jest war­to­ścio­we sa­mo w so­bie, bez wzglę­du na je­go uro­dę, sta­tus spo­łecz­ny, zdro­wie czy umie­jęt­no­ści. Każ­dy z nas mo­że to wszyst­ko stra­cić w jed­nej chwi­li. Czy sta­je się przez to bez­war­to­ścio­wy? NIE! Cie­szę się jed­nak, że wo­bec ca­łe­go te­go za­mie­sza­nia za­czę­to mó­wić nie tyl­ko o abor­cji, ale też o bar­dzo trud­nej sy­tu­acji osób nie­peł­no­spraw­nych i ich ro­dzin. Trze­ba wie­le zmie­nić w sys­te­mie opie­kuń­czym, służ­by zdro­wia i za­sił­ków. Mam na­dzie­ję, że na sa­mym spo­rze o abor­cję nie po­prze­sta­nie­my, ale stwo­rzy­my pań­stwo, w któ­rym każ­dy czło­wiek bę­dzie mógł żyć god­nie.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

 

Dzień święty święcić

Chrze­ści­ja­nie świę­tu­ją „świę­ty dzień” – nie­dzie­lę. W na­szej kul­tu­rze nie­dzie­la za­wsze róż­ni­ła się od in­nych dni. By­ła cza­sem, któ­ry spę­dza­li­śmy z ro­dzi­ną na roz­mo­wie, za­ba­wie, przy wspól­nych po­sił­kach i oczy­wi­ście – na wspól­nej Eu­cha­ry­stii. By­ła? Jak wy­glą­da dzi­siaj?

Uwień­cze­nie Stwo­rze­nia, pa­miąt­ka Zmar­twych­wsta­nia

Pan Bóg stwa­rzał świat przez sześć dni, siód­me­go zaś od­po­czął i świę­to­wał (Rdz 2, 1–3). Pierw­sze­go dnia ty­go­dnia Je­zus zmar­twych­wstał (Łk 24, 1–3). Każ­dy dzień jest świę­ty – nie ma co do te­go wąt­pli­wo­ści.

Jest jed­nak ta­ki dzień w ty­go­dniu, któ­ry jest szcze­gól­nie wy­róż­nio­ny. Mó­wi o tym Bi­blia, a za nią po­wta­rza KKK (2169): Pi­smo świę­te wspo­mi­na przy tym o dzie­le stwo­rze­nia: „W sze­ściu dniach bo­wiem uczy­nił Pan nie­bo, zie­mię, mo­rze oraz wszyst­ko, co jest w nich, w siód­mym zaś dniu od­po­czął. Dla­te­go po­bło­go­sła­wił Pan dzień sza­ba­tu i uznał go za świę­ty” (Wj 20, 11).

foto_01-01_25-2016

Świę­ta Trój­ca współ­cze­snej nie­dzie­li

To świę­ty te­le­wi­zor, bło­go­sła­wio­ny in­ter­net oraz jej wy­so­kość ga­le­ria han­dlo­wa. Ob­ra­zek: wsta­jesz ra­no (w nie­dzie­lę to mniej wię­cej ko­ło po­łu­dnia), że­by zna­leźć swo­je­go ta­tę, skła­da­ją­ce­go hołd bło­go­sła­wio­ne­mu in­ter­ne­to­wi przy uży­ciu lap­to­pa. Two­ja ma­ma z ko­lei wiel­bi świę­ty te­le­wi­zor, sior­biąc po­ran­ną ka­wę. Ty zmie­rzasz do kuch­ni, że­by z lo­dów­ki wy­grze­bać coś na śnia­da­nie, któ­re spo­ży­wasz w sa­mot­no­ści. Je­śli do­brze pój­dzie, wy­bie­rasz się do ko­ścio­ła (waż­ne: do ko­ścio­ła, nie do Je­zu­sa); cza­sem na­wet jest to ro­dzin­na wy­ciecz­ka. Póź­niej wspól­nie je­dzie­cie w od­wie­dzi­ny do jej wy­so­ko­ści ga­le­rii han­dlo­wej, by zło­żyć jej da­ni­nę z pie­nię­dzy, za­ro­bio­nych w dni ro­bo­cze.

Wspól­ne po­sił­ki na ra­tu­nek

Czy po­wyż­sze brzmi zna­jo­mo? Mam na­dzie­ję, że nie! Rze­czy­wi­stość jed­nak wy­glą­da tak bar­dzo czę­sto. Za­po­mnie­li­śmy o nie­dzie­li, o jej szcze­gól­nym, świę­tym wy­mia­rze. O tym, że ten dzień ma być po­świę­co­ny Bo­gu i ro­dzi­nie, ma być prze­zna­czo­ny na re­laks. Bo­li fakt, że nie­dziel­ny shop­ping, dla nas bę­dą­cy roz­ryw­ką, zmu­sza in­nych do pra­cy i unie­moż­li­wia im od­po­czy­nek. Czy chcesz od­bu­do­wać swo­je nie­dzie­le? Za­cznij od wspól­nych po­sił­ków. Za­pro­po­nuj ro­dzi­nie cho­ciaż je­den wspól­ny po­si­łek przy sto­le – śnia­da­nie, obiad, ko­la­cję – wszyst­ko jed­no. Niech to bę­dzie coś szcze­gól­ne­go, a nie reszt­ki od­grza­ne z wczo­raj (mo­że przy oka­zji na­uczysz się go­to­wać?). I ko­niecz­nie z de­se­rem. Nie roz­ma­wiaj­cie o szko­le, pra­cy, pie­nią­dzach – po­roz­ma­wiaj­cie o za­in­te­re­so­wa­niach, hob­by. Mo­że po­tem po­gra­cie w plan­szów­ki lub wy­bie­rze­cie się na spa­cer? Ko­niecz­ny bę­dzie jesz­cze dru­gi – waż­niej­szy – stół. Oł­tarz, gdzie bę­dzie­cie spo­ży­wać Cia­ło Chry­stu­sa, chleb ży­cia. Ro­dzi­na two­rzy do­mo­wy Ko­ściół, któ­ry jest czę­ścią ca­łe­go Ko­ścio­ła. To Eu­cha­ry­stia po­win­na spa­jać wa­sze ży­cie, po­ma­gać prze­zwy­cię­żać pro­ble­my co­dzien­no­ści, da­wać si­łę na ko­lej­ny ty­dzień. Sto­ły mu­szą być dwa – i krop­ka.

Ła­twiej niż Ci się wy­da­je

Po­cząt­ko­wo mo­że być cięż­ko, je­śli wy­szli­ście z wpra­wy, ale nie pod­da­waj się. Mo­że za kil­ka ty­go­dni to bę­dzie wasz no­wy, wspa­nia­ły zwy­czaj, któ­re­go nie bę­dzie­cie chcie­li za­mie­nić na nic in­ne­go? Jest na­praw­dę wie­le ro­dzin, któ­re w ten spo­sób świę­tu­ją nie­dzie­lę. Znasz ko­goś ta­kie­go? Mo­że u ko­le­gi z ław­ki jest ina­czej? Po­proś o ra­dę! A w do­mo­wym ka­len­da­rzu za­pisz to spo­tka­nie ja­ko waż­ne, za­pla­no­wa­ne wy­da­rze­nie ro­dzin­ne. Świę­ta Trój­ca współ­cze­snej nie­dzie­li nie po­mo­że Ci w bu­do­wa­niu re­la­cji ro­dzin­nych. Wspól­no­ta sto­łu – do­mo­we­go i te­go w Ko­ście­le – tak.

 

Sa­ra Ry­now­ska

Z głosem divy operowej

Z Ga­brie­la Swier­czek, uczest­nicz­ka pro­gra­mu Must Be The Mu­sic i Su­per­Dzie­ciak, roz­ma­wia Iwo­na Bin­czyc­ka-Ko­łacz.

Wy­stę­pem w pro­gra­mie „Must Be The Mu­sic” za­chwy­ci­łaś ju­ro­rów, pod­bi­łaś ser­ca pu­blicz­no­ści w stu­dio i wi­dzów przed te­le­wi­zo­ra­mi. Me­dia pi­sa­ły o To­bie: „pie­kiel­nie zdol­na”, „hip­no­ty­zer­ka pu­blicz­no­ści”, „ta­ki ta­lent to rzad­kość”.

– Cho­dzi­łam do szko­ły mu­zycz­nej I stop­nia do kla­sy for­te­pia­nu, gdy mo­ja na­uczy­ciel­ka od kształ­ce­nia słu­chu po­wie­dzia­ła mi, że po­win­nam śpie­wać, bo mam ład­ny głos. Śpie­wu uczy­łam się bar­dzo krót­ko – w kla­sie szó­stej szko­ły pod­sta­wo­wej przez pół ro­ku cho­dzi­łam na za­ję­cia po­po­łu­dnio­we z emi­sji gło­su do szko­ły mu­zycz­nej. Przed pro­gra­mem za­czę­łam ćwi­czyć – co dzień śpie­wa­łam go­dzi­nę. Nie chcia­łam prze­mę­czyć strun gło­so­wych. Przy­go­to­wy­wa­łam się sa­ma, bez po­mo­cy pro­fe­sjo­na­li­sty.

Tym bar­dziej ucie­szy­ło mnie cie­płe przy­ję­cie i wszyst­kie po­chleb­ne ko­men­ta­rze. By­łam usa­tys­fak­cjo­no­wa­na opi­nią Ko­ry: „To by­ło naj­lep­sze wy­ko­na­nie (tej arii – przyp. red.), naj­bar­dziej po­praw­ne, ze wszyst­kich wy­ko­nań do tej po­ry. Ma­my ósmą edy­cję i wy­ko­na­łaś to naj­le­piej i naj­czy­ściej z tych, któ­rych wy­słu­cha­li­śmy do­tąd. Masz pięt­na­ście lat i to bar­dzo do­bry wiek, że­by uczyć się śpie­wu ope­ro­we­go”.

foto_01-03_25-2016

Mi­mo mło­de­go wie­ku masz już spo­ro suk­ce­sów na kon­cie...

– Przy­go­dę sce­nicz­ną za­czę­łam dość wcze­śnie. Ma­jąc je­de­na­ście lat, po raz pierw­szy wzię­łam udział w kon­kur­sie pio­sen­ki, wy­stą­pi­łam na fe­sti­wa­lu Ta­len­ty Ma­ło­pol­ski, rok póź­niej na Ma­ło­pol­skim Fe­sti­wa­lu Śpie­wać i Grać Każ­dy Mo­że za­ję­łam w swo­jej ka­te­go­rii pierw­sze miej­sce, po­dob­nie jak w ko­lej­nej edy­cji te­go kon­kur­su. W 2012 ro­ku na Ma­ło­pol­skim Fe­sti­wa­lu Pio­sen­ki Pol­skiej w Zie­lon­kach znów by­łam pierw­sza. Po­tem za­ję­łam dru­gie miej­sce na Ogól­no­pol­skim Fe­sti­wa­lu w Opo­lu Pio­sen­ko­bra­nie (prze­wod­ni­czą­cym był Mie­tek Szcze­śniak). By­ło też wy­róż­nie­nie na Eu­ro­pej­skim Fe­sti­wa­lu In­ter­mu­za (któ­re­mu prze­wod­ni­czył Ja­cek Cy­gan) i pierw­sze miej­sce na Fe­sti­wa­lu Ży­cioś­pie­wa­nie Elż­bie­ty Woj­na­row­skiej. W 2013 r. otrzy­ma­łam ty­tuł Per­ła Po­wia­tu Kra­kow­skie­go. Rok póź­niej za­ję­łam pierw­sze miej­sce na Fe­sti­wa­lu Po­ezji Śpie­wa­nej w Ol­ku­szu. W ro­ku 2014 i 2015 mia­łam prze­rwę w kon­kur­sach. W 2016 ro­ku otrzy­ma­łam ty­tuł „Ta­lent Ma­ło­pol­ski 2016” oraz na­gro­dę Grand Prix te­go fe­sti­wa­lu. Do­tar­łam do fi­na­łu fe­sti­wa­lu Wy­graj Suk­ces w Tar­no­brze­gu. Mo­im naj­więk­szym osią­gnię­ciem w tym ro­ku jest ty­tuł Per­ła Po­wia­tu Kra­kow­skie­go 2016 – dzię­ki te­mu mia­łam oka­zję za­śpie­wać utwór Dum­ka na dwa ser­ca z Mie­czy­sła­wem Szcze­śnia­kiem.

W „Must Be The Mu­sic” za­śpie­wa­łaś arię O mio bab­bi­no ca­ro z ope­ry Gian­ni Schic­chi Gia­co­mo Puc­ci­nie­go. Czy to nie zbyt po­waż­ny re­per­tu­ar dla mło­dej dziew­czy­ny?

– Przy­go­dę ze śpie­wa­niem za­czę­łam od mu­zy­ki roz­ryw­ko­wej. Tuż przed wy­stę­pem w „Must Be The Mu­sic” stwier­dzi­łam, że spró­bu­ję kla­sy­ki. Mi­ło­ścią do mu­zy­ki ope­ro­wej za­pa­ła­łam już w dru­giej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej. Wy­stę­po­wa­łam wte­dy przez czte­ry se­zo­ny w Ope­rze Kra­kow­skiej w mu­si­ca­lu dla dzie­ci pt. „Pan Ma­rim­ba”. W szó­stej kla­sie mu­sia­łam obro­nić dy­plom ukoń­cze­nia I stop­nia szko­ły mu­zycz­nej i zdać trud­ne eg­za­mi­ny. Z te­go wzglę­du zde­cy­do­wa­łam się zre­zy­gno­wać z udzia­łu w spek­ta­klu, choć zro­bi­łam to z wiel­kim ża­lem, bo świat ope­ry jest nie­sa­mo­wi­ty! Od tam­te­go cza­su słu­cham ope­ry. Aria O mio bab­bi­no ca­ro jest prze­pięk­na. Śpie­wa­nie jej do­star­cza nie­sa­mo­wi­tych emo­cji.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

W dzie­ciń­stwie czy­ta­łam książ­kę pt. „Pol­ly­an­na”. By­ła to hi­sto­ria dziew­czyn­ki, któ­ra bar­dzo chcia­ła do­stać lal­kę. Za­miast niej otrzy­ma­ła pocz­tą... or­to­pe­dycz­ne ku­le. Bo­ha­ter­ka czu­ła smu­tek, po­nie­waż nie do­sta­ła wy­ma­rzo­ne­go pre­zen­tu, ale jed­no­cze­śnie wiel­ką wdzięcz­ność, że ku­le nie są jej po­trzeb­ne. Od te­go cza­su Pol­ly­an­na ba­wi­ła się w ten spo­sób i sta­ra­ła się po­cie­szać wszyst­kich. Choć­by tym, ze za­wsze mo­że być go­rzej. Po­sta­wą wy­szu­ki­wa­nia do­bra i wdzięcz­no­ści za każ­dą, na­wet przy­krą sy­tu­ację, za­ra­ża­ła ca­łe swo­je oto­cze­nie.

Wdzięcz­ność ma po­tęż­ną moc.

Przy­no­si spo­kój i ra­dość. I wca­le nie cho­dzi o to, by za­kła­dać ró­żo­we oku­la­ry i nie do­strze­gać te­go, co trud­ne. Cho­dzi o za­uwa­że­nie i do­ce­nie­nie te­go, co do­bre, co bu­dzi po­zy­tyw­ne uczu­cia. Po­sta­wa wdzięcz­no­ści po­ma­ga­ła Pol­ly­an­nie przejść od lę­ku do od­wa­gi, od gnie­wu do prze­ba­cze­nia, od ża­lu do ak­cep­ta­cji.

Szko­da, że nie jest to po­pu­lar­ne uczu­cie, że czę­sto by­wa wręcz sy­no­ni­mem sła­bo­ści. Nie­za­leż­nie od te­go, jak nam się wie­dzie i ukła­da w ży­ciu, zbyt rzad­ko je­ste­śmy wdzięcz­ni. A na­wet je­śli, to tak ja­koś po ci­chu, tak jak­by był to wręcz po­wód do wsty­du. Tak się ja­koś przy­ję­ło, że ła­twiej na­rze­kać, ma­ru­dzić i oka­zy­wać nie­za­do­wo­le­nie.

Wdzięcz­ność to jed­no wiel­kie „dzię­ku­ję” dla ota­cza­ją­ce­go świa­ta. To do­ce­nie­nie wszyst­kie­go, co dzie­je się do­oko­ła, co spo­ty­ka Cię każ­de­go dnia, na każ­dym kro­ku. Za co mo­żesz być wdzięcz­ny? Teo­re­tycz­nie i prak­tycz­nie… za wszyst­ko! Prze­cież jest Ci mi­ło, kie­dy ktoś Ci po­mo­że, cie­szysz się, że Two­ja kla­sa wy­gra­ła mecz, że Twój pies mer­da ogo­nem, kie­dy cię zo­ba­czy. Że bi­je Two­je ser­ce, mo­żesz pa­trzeć, od­dy­chać, czuć, po­zna­wać. Że masz wy­obraź­nię, z któ­rej ko­rzy­stasz. Że No­wy Rok tuż tuż, a w nim no­we pla­ny i moż­li­wo­ści. Jest mnó­stwo rze­czy, za któ­re moż­na być wdzięcz­nym: od pro­za­icz­nych, po te nie­prze­cięt­ne. Po­myśl, jak wy­glą­da­ło­by Two­je ży­cie, gdy­byś ju­tro obu­dził się bez tych rze­czy, za któ­re dzi­siaj nie oka­zu­jesz wdzięcz­no­ści?

Dla­te­go za­chę­cam Cię do prak­ty­ko­wa­nia po­sta­wy wdzięcz­no­ści. A mo­że stwo­rzysz księ­gę wdzięcz­no­ści? Mo­żesz do niej wkle­jać zdję­cia, wy­cin­ki z cza­so­pism, któ­re bu­dzą po­zy­tyw­ne sko­ja­rze­nia. Za­pi­suj w niej ulu­bio­ne cy­ta­ty czy wier­sze, opisz ra­do­sne, mi­łe i do­bre prze­ży­cia. Za­wsze, gdy ją otwo­rzysz, po­czu­jesz wdzięcz­ność.

By­cie wdzięcz­nym zmie­nia ota­cza­ją­cą rze­czy­wi­stość, dzię­ki niej świat sta­je się o pa­rę punk­tów pro­cen­to­wych lep­szy. Phil Bos­mans na­pi­sał: „Żyć to zna­czy oka­zy­wać wdzięcz­ność za sło­necz­ny blask i mi­łość, za cie­pło i czu­łość, któ­rych jest tak wie­le w lu­dziach i rze­czach”.

Do­ce­niaj­my więc to, co ma­my i dzię­kuj­my za to.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go