Więzienie za ratowanie życia

Ma­ry Wa­gner w ka­na­dyj­skim wię­zie­niu spę­dzi­ła łącz­nie pra­wie sie­dem lat. Po­wód? Roz­da­wa­ła bia­łe ró­że ko­bie­tom uda­ją­cym się do kli­nik abor­cyj­nych, mó­wi­ła im, że Je­zus je ko­cha, pro­si­ła, że­by da­ły swo­im dzie­ciom szan­sę na ży­cie.

Ka­na­dyj­skie pra­wo w prak­ty­ce ze­zwa­la na abor­cję aż do mo­men­tu uro­dze­nia dziec­ka. Obroń­cy ży­cia pró­bu­ją wszel­kich moż­li­wych dzia­łań, ale w więk­szo­ści ogra­ni­cza­ją się do tych bar­dziej po­śred­nich, po­nie­waż w tym kra­ju pa­nu­je za­kaz pro­wa­dze­nia ja­kich­kol­wiek ak­cji pro li­fe w po­bli­żu kli­nik abor­cyj­nych. Ma­ry Wa­gner mó­wi, że sza­nu­je ich de­cy­zję, ale sa­ma nie mo­że spo­koj­nie sie­dzieć w do­mu, gdy wie, że kil­ka ki­lo­me­trów da­lej, w chwi­li, kie­dy ona zaj­mu­je się swo­imi spra­wa­mi, w be­stial­ski spo­sób mor­do­wa­ne są dzie­ci. Py­ta, czy gdy­by­śmy wie­dzie­li, że za ścia­ną są­siad bi­je dzie­ci i żo­nę, to rów­nież uwa­ża­li­by­śmy, że nie ma­my pra­wa wcho­dzić na je­go te­ren i prze­szka­dzać mu? Wie­lo­krot­nie pro­po­no­wa­no jej zwol­nie­nie z wię­zie­nia w za­mian za za­prze­sta­nie dzia­łal­no­ści. Za każ­dym ra­zem kon­se­kwent­nie od­ma­wia­ła, do­pro­wa­dza­jąc do wście­kło­ści oskar­ży­cie­li i sę­dzie­go, któ­ry na jed­nej z roz­praw za­rzu­cił jej na­ra­ża­nie ko­biet na tor­tu­ry psy­chicz­ne, wy­krzy­ku­jąc: „My­lisz się! I twój Bóg też się my­li!”. Dy­rek­tor kli­ni­ki abor­cyj­nej oskar­ży­ła Ma­ry Wa­gner o na­ra­że­nie jej na stra­ty fi­nan­so­we, po­nie­waż w wy­ni­ku dzia­łań Ma­ry kil­ka ko­biet po­sta­no­wi­ło zre­zy­gno­wać z abor­cji.

foto_01-02_19-2016

Dzia­łacz­ka pro li­fe trak­to­wa­na jest jak groź­ny prze­stęp­ca. Na sa­li są­do­wej w cza­sie roz­praw za­wsze sie­dzi w wię­zien­nym ubra­niu, sku­ta kaj­dan­ka­mi. Po­zna­łam ją oso­bi­ście, to jed­na z naj­ła­god­niej­szych osób, ja­kie moż­na so­bie wy­obra­zić. W cza­sie pro­ce­su zde­cy­do­wa­ła się na za­cho­wa­nie mil­cze­nia w ge­ście so­li­dar­no­ści z nie­na­ro­dzo­ny­mi dzieć­mi, któ­re rów­nież nie ma­ją gło­su.

W Ka­na­dzie zli­kwi­do­wa­no nie­daw­no klau­zu­lę su­mie­nia, czy­li moż­li­wość od­mó­wie­nia prze­pro­wa­dza­nia dzia­łań nie­zgod­nych z su­mie­niem le­ka­rzy, ta­kich jak abor­cje. Zo­sta­ła rów­nież za­le­ga­li­zo­wa­na eu­ta­na­zja. Ma­ry Wa­gner, któ­ra go­ści­ła w Pol­sce na prze­ło­mie lip­ca i sierp­nia br. opo­wia­da­ła o tym, że sy­tu­acja po ludz­ku wy­da­je się bez­na­dziej­na, ale nie moż­na opie­rać się wy­łącz­nie na wła­snych si­łach. W wię­zie­niu naj­bar­dziej bra­ko­wa­ło jej moż­li­wo­ści co­dzien­ne­go uczest­nic­twa we Mszy świę­tej i ad­o­ra­cji Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu.

Wia­rę i prze­ko­na­nie o tym, że nie wol­no po­zo­sta­wać obo­jęt­nym w ob­li­czu zła, wy­nio­sła ze swo­je­go do­mu ro­dzin­ne­go. Ma­ry Wa­gner po­cho­dzi z ro­dzi­ny wie­lo­dziet­nej, ma dzie­wię­cio­ro ro­dzeń­stwa (piąt­ka z nich zo­sta­ła ad­op­to­wa­na). Jej ta­ta jest na­uczy­cie­lem, a ma­ma od lat an­ga­żu­je się w ruch pro li­fe i po­ma­ga w ośrod­ku dla ko­biet po abor­cji. W cza­sie po­by­tu w na­szym kra­ju wzy­wa­ła Po­la­ków do czuj­no­ści i ostrze­ga­ła, aby nie iść dro­gą Ka­na­dy, w któ­rej le­ga­li­za­cję abor­cji za­czy­na­no od ze­zwo­le­nia na tak zwa­ne „wy­jąt­ki”. Za­ape­lo­wa­ła też o wpro­wa­dze­nie peł­nej ochro­ny ży­cia, o ob­ję­cie nią tak­że dzie­ci cho­rych lub po­czę­tych w wy­ni­ku gwał­tu. Wszyst­kie swo­je dzia­ła­nia uza­sad­nia sło­wa­mi Chry­stu­sa o tym, że „co­kol­wiek uczy­ni­li­ście jed­ne­mu z tych bra­ci mo­ich naj­mniej­szych, Mnie­ście uczy­ni­li”. Po wyj­ściu na wol­ność nie­mal za każ­dym ra­zem wra­ca pod kli­ni­ki abor­cyj­ne, choć jest w peł­ni świa­do­ma gro­żą­cych jej kon­se­kwen­cji.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Terapia dźwiękiem

Mu­zy­ko­te­ra­pia wy­ko­rzy­stu­je lecz­ni­cze wła­ści­wo­ści dźwię­ku i mu­zy­ki. Nie bez po­wo­du mó­wi się, że dźwięk le­czy i cia­ło, i du­szę.

Ja­ko ma­ła dziew­czyn­ka cza­sem nie mo­głam za­snąć. Wte­dy mo­ja ma­ma włą­cza­ła od­ku­rzacz lub su­szar­kę do wło­sów i... raz, dwa – dziec­ko za­sy­pia­ło. Na stu­diach też cier­pia­łam na bez­sen­ność. Wie­czo­ra­mi mo­ja współ­lo­ka­tor­ka su­szy­ła gru­be, dłu­gie wło­sy – wte­dy uda­wa­ło mi się wpaść w ob­ję­cia Mor­fe­usza. Dzi­siaj, gdy mie­wam pro­ble­my ze spa­niem, ra­tu­je mnie ko­ją­cy szum fal lub spo­koj­na mu­zy­ka kla­sycz­na pły­ną­ca ze słu­cha­wek. Cho­ciaż wte­dy, w dzie­ciń­stwie jesz­cze te­go nie wie­dzia­łam, mo­ja ma­ma sto­so­wa­ła (rów­nie nie­świa­do­mie, za­pew­ne) coś, co dzi­siaj pro­fe­sjo­na­li­ści okre­śla­ją mia­nem mu­zy­ko­te­ra­pii.

Już w Sta­rym Te­sta­men­cie spo­ty­ka­my się z po­dob­ną ku­ra­cją. Kie­dy kró­la Sau­la ogar­niał „zły duch” (de­pre­sja?), Da­wid grał mu na cy­trze i duch go opusz­czał (1 Sm 16, 23–24). Sta­ro­żyt­ni do­ma­ga­li się mu­zy­ki ja­ko uko­je­nia dla du­szy i cia­ła w cho­ro­bie. Cho­ciaż ni­ko­go sa­mą mu­zy­ką z de­pre­sji czy cho­ro­by nie wy­le­czy­my, z pew­no­ścią mo­że być to do­sko­na­łe na­rzę­dzie wspo­ma­ga­ją­ce. Przy­kła­do­wo, dla osób nie­wi­do­mych mu­zy­ka jest spo­tka­niem ze sztu­ką, do­świad­cze­niem es­te­ty­ki, czę­sto źró­dłem po­zna­nia świa­ta. Ćwi­cze­nia mu­zycz­ne sty­mu­lu­ją zmy­sły nie­wi­do­mych dzie­ci, ko­rzyst­nie wpły­wa­jąc na roz­wój mo­to­rycz­ny i po­znaw­czy, po­ma­ga­jąc zdo­być umie­jęt­no­ści spo­łecz­ne i bu­du­jąc em­pa­tię.

foto_01-03_19-2016

W ostat­nim cza­sie mu­zy­ko­te­ra­pia zy­sku­je co­raz wię­cej zwo­len­ni­ków. Po­więk­sza się też gro­no spe­cja­li­stów w tej dzie­dzi­nie. Głów­nym na­rzę­dziem mu­zy­ko­te­ra­pii są mu­zy­ka i od­gło­sy aku­stycz­ne. Wy­ko­rzy­stu­jąc ich wła­ści­wo­ści, pa­cjent mo­że osią­gnąć nie tyl­ko spraw­ność fi­zycz­ną, ale przede wszyst­kim psy­chicz­ną i spo­łecz­ną.

Prze­pro­wa­dzo­ne w ubie­głym wie­ku ba­da­nia do­wo­dzą, że mu­zy­ka, w za­leż­no­ści od ga­tun­ku i wraż­li­wo­ści słu­cha­ją­cej jej oso­by, wpły­wa na stan emo­cjo­nal­ny pa­cjen­ta i je­go re­ak­cje we­ge­ta­tyw­ne, jak czę­stość bi­cia ser­ca, od­dech, na­pię­cie mię­śnio­we, prze­mia­na ma­te­rii. W za­leż­no­ści od po­trzeb pa­cjen­ta wy­bie­ra się mu­zy­kę spo­koj­ną, ży­wio­ło­wą al­bo np. od­gło­sy na­tu­ry. Jed­nak ćwi­cze­nia mu­zy­ko­te­ra­peu­tycz­ne to nie tyl­ko słu­cha­nie, ale też two­rze­nie mu­zy­ki. Pa­cjen­ci śpie­wa­ją, tań­czą, kom­po­nu­ją, dzię­ki cze­mu wy­zwa­la­ją i le­czą emo­cje. Czę­sto te­ra­peu­tycz­na twór­czość ma for­mę im­pro­wi­za­cji.

Je­stem mu­zy­kiem i ob­ser­wu­ję, jak mu­zy­ka po­ma­ga lu­dziom w mo­im oto­cze­niu i mnie sa­mej, jak moi ucznio­wie „kwit­ną”, wy­cho­dząc z lek­cji śpie­wu. Wie­rzę, że do­brze do­bra­ne dźwię­ki na­praw­dę ma­ją moc uko­je­nia, roz­ra­do­wa­nia, bu­do­wa­nia wia­ry w sie­bie. Bóg nie na dar­mo dał czło­wie­ko­wi uszy zdol­ne do słu­cha­nia i mózg zdol­ny do prze­twa­rza­nia oraz two­rze­nia dźwię­ków. To wiel­ki dar!

Czę­sto in­stynk­tow­nie wy­bie­ra­my ro­dzaj mu­zy­ki. Za­sta­nów się: czy kie­ru­jesz się na­stro­jem, kie­dy wy­bie­rasz pio­sen­kę do słu­cha­nia? Czy cza­sem wo­lisz po­słu­chać desz­czu za­miast roc­ka? Czy ci­sza, któ­ra też prze­cież jest mu­zy­ką, wy­da­je ci się nie­kie­dy naj­lep­szą opcją?

Każ­dy z tych aspek­tów za­wie­ra wła­śnie mu­zy­ko­te­ra­pia i cho­ciaż te­ra­peu­ci dzie­lą ją na wie­le ro­dza­jów, war­to przy­jąć jed­no, obej­mu­ją­ce to wszyst­ko prze­sła­nie: mu­zy­ka ła­go­dzi oby­cza­je! war­to prze­czy­tać: Lu­dwi­ka Ko­niecz­na-No­wak, Wpro­wa­dze­nie do mu­zy­ko­te­ra­pii

 

Sa­ra Ry­now­ska

Nauka to HOBBY!

ADAMED Smar­tUP to pro­jekt na­uko­wo-edu­ka­cyj­ny po­pu­la­ry­zu­ją­cy na­uki ści­słe i przy­rod­ni­cze. Skie­ro­wa­ny jest do gim­na­zja­li­stów i uczniów szkół po­nad­gim­na­zjal­nych. Ma­rzy­cie o na­uko­wej ka­rie­rze? Zaj­rzyj­cie na stro­nę www: adamedsmartup.pl! Z lau­re­ata­mi pro­gra­mu ADAMED Smar­tUP roz­ma­wia Iwo­na Biń­czyc­ka-Ko­łacz.

Za­nim zo­sta­łaś lau­re­at­ką ADAMED Smar­tUP mia­łaś już na swo­im kon­cie kil­ka na­uko­wych suk­ce­sów.

Alek­san­dra Ja­now­ska, uczen­ni­ca XIV LO im. Sta­ni­sła­wa Sta­szi­ca w War­sza­wie: – Rze­czy­wi­ście, mia­łam już tro­chę „na kon­cie”. By­łam lau­re­at­ką kon­kur­su ku­ra­to­ryj­ne­go z bio­lo­gii, dzię­ki cze­mu do­sta­łam się do wy­ma­rzo­ne­go li­ceum. Za­wsze lu­bi­łam wy­zwa­nia, dla­te­go od kie­dy pa­mię­tam star­to­wa­łam w róż­nych kon­kur­sach, nie tyl­ko z bio­lo­gii, któ­rą uwiel­biam, ale też ma­te­ma­ty­ki i an­giel­skie­go. Wy­gra­na w pro­gra­mie do­dat­ko­wo po­mo­gła mi w po­więk­sze­niu pu­li suk­ce­sów o brą­zo­wy me­dal na 27. Mię­dzy­na­ro­do­wej Olim­pia­dzie Bio­lo­gicz­nej.

foto_01-01_19-2016

Czym za­słu­ży­łaś na zwy­cię­stwo w pro­gra­mie sty­pen­dial­nym ADAMED Smar­tUP?

– Wy­da­je mi się, że przede wszyst­kim pa­sją, dzię­ki któ­rej ina­czej po­strze­gam świat. Kre­atyw­no­ścią i szu­ka­niem nie­sza­blo­no­wych roz­wią­zań. Naj­więk­szą ra­dość spra­wia mi od­kry­wa­nie ta­jem­nic na­tu­ry i ro­zu­mie­nie za­cho­dzą­cych w niej pro­ce­sów. Nie da­ją mi spo­ko­ju py­ta­nia bez od­po­wie­dzi. My­ślę, że wła­śnie ta­kiej do­cie­kli­wo­ści i za­an­ga­żo­wa­nia szu­ka­no w pro­gra­mie. Szu­ka­no po­ten­cja­łu, któ­ry na­stęp­nie po­ma­ga­no wy­ko­rzy­stać.

Jed­ną z na­gród był cykl in­dy­wi­du­al­nych kon­sul­ta­cji edu­ka­cyj­nych. Co one wnio­sły do Two­je­go ży­cia?

– W ra­mach tych kon­sul­ta­cji wzię­łam udział w Lon­don In­ter­na­tio­nal Youth Scien­ce Fo­rum. By­ło to dla mnie wspa­nia­łe do­świad­cze­nie. Po­zna­łam mnó­stwo ró­wie­śni­ków z ca­łe­go świa­ta, któ­rzy ma­ją po­dob­ne za­in­te­re­so­wa­nia. Co wię­cej, mia­łam moż­li­wość uczest­ni­cze­nia w wy­kła­dach pro­wa­dzo­nych przez naj­lep­szych spe­cja­li­stów z da­nej dzie­dzi­ny, jak rów­nież od­wie­dze­nia licz­nych wio­dą­cych pla­có­wek na­uko­wych. Wy­jazd był dla mnie nie­zwy­kle in­spi­ru­ją­cy i mo­ty­wu­ją­cy do dal­sze­go roz­wi­ja­nia mo­jej pa­sji. Przy­niósł zmia­nę pla­nów zwią­za­nych ze stu­dia­mi i od­kry­cie wy­ma­rzo­ne­go kie­run­ku – bio­che­mii na Oks­for­dzie. Pod­czas fo­rum spre­cy­zo­wa­łam ob­sza­ry mo­ich za­in­te­re­so­wań i roz­sze­rzy­łam je o pew­ne dzie­dzi­ny, ta­kie jak wi­ru­so­lo­gia, któ­re wcze­śniej nie wy­da­wa­ły mi się aż tak fa­scy­nu­ją­ce.

Je­steś wszech­stron­na nie­mal jak Le­onar­do da Vin­ci. Wy­bra­łaś kla­sę ma­te­ma­tycz­no-przy­rod­ni­czą. In­te­re­su­je cię rów­nież ma­lar­stwo, śpie­wasz w chó­rze. Czym za­mie­rzasz się zaj­mo­wać w przy­szło­ści?

– Nie zre­zy­gnu­ję z ma­lar­stwa, któ­re jest mo­ją dru­gą, po bio­lo­gii, naj­więk­szą pa­sją. Już te­raz uczest­ni­czę w kur­sach ma­lar­skich, w przy­szło­ści chcia­ła­bym kon­ty­nu­ować na­ukę. Ma­rzę o wła­snej wy­sta­wie, ale przede mną jesz­cze dłu­ga dro­ga. W wol­nym cza­sie lu­bię też tań­czyć, dla­te­go na stu­diach chcę do­łą­czyć do uni­wer­sy­tec­kiej dru­ży­ny ta­necz­nej. Lu­dzie o licz­nych hob­by ni­gdy się nie nu­dzą.

Po­noć moż­na cię cza­sem spo­tkać na trak­cie ko­le­jo­wym. Czy mo­gła­byś zdra­dzić Czy­tel­ni­kom „Dro­gi”, co cię tam przy­cią­ga?

– Ro­sną­ce tam ro­śli­ny, któ­rym uda­ło się prze­trwać w nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach ofe­ro­wa­nych przez tłu­czeń na na­sy­pach ko­le­jo­wych. To wła­śnie tej ro­ślin­no­ści do­ty­czy­ła mo­ja pra­ca ba­daw­cza na olim­pia­dę bio­lo­gicz­ną. Gdy­by nie wy­mo­gi for­mal­ne, za­ty­tu­ło­wa­ła­bym ją „O ro­śli­nach, któ­re jeź­dzi­ły ko­le­ją”, po­nie­waż w swo­ich ob­ser­wa­cjach sku­pia­łam się na okre­śle­niu cech po­zwa­la­ją­cych da­nym ga­tun­kom ko­lo­ni­zo­wać ta­kie te­re­ny.

Je­stem pew­na, że jesz­cze nie­raz o was usły­szy­my! Dzię­ku­ję za roz­mo­wę i gra­tu­lu­ję suk­ce­sów.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

Kie­dy mia­łam osiem lat, mo­ja o rok młod­sza sio­stra mia­ła wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy. Spie­szy­ła się do ko­le­żan­ki, któ­ra sta­ła po dru­giej stro­nie uli­cy i wbie­gła na pa­sy, wprost pod nad­jeż­dża­ją­ce au­to. Do dziś mam przed ocza­mi tę sce­nę, pa­mię­tam szok, nie­do­wie­rza­nie i strach. Pa­mię­tam tak­że, że te­go wie­czo­ru ra­zem z ro­dzi­ca­mi pa­dli­śmy na ko­la­na i od­ma­wia­li­śmy ró­ża­niec w jej in­ten­cji. I tak sta­ło się to tra­dy­cją na­szej ro­dzi­ny: od­tąd każ­dej nie­dzie­li klę­ka­li­śmy do wspól­nej mo­dli­twy ró­żań­co­wej. A w paź­dzier­ni­ku, mi­mo wie­lu obo­wiąz­ków i pil­nych spraw, szli­śmy na wie­czor­ny ró­ża­niec w ko­ście­le. Pięć dzie­siąt­ków przy­wra­ca­ło ser­cu ci­szę, da­wa­ło uko­je­nie i po­czu­cie do­brze wy­ko­rzy­sta­ne­go cza­su.

Wie­lu z Was mo­że za­py­ta: co mo­że być nie­zwy­kłe­go w od­ma­wia­niu „zdro­wa­siek” i prze­su­wa­niu pa­cior­ków? To do­bre dla star­szych pań z kół­ka ró­żań­co­we­go. Tym­cza­sem oka­zu­je się, że to mo­dli­twa nie­zwy­kła – pro­sta, lecz sku­tecz­niej­sza niż ar­ma­ty. Kto nie wie­rzy, niech po­zna hi­sto­rię bi­twy pod Le­pan­to z 1571 r.

Wie­lu świę­tych mo­dli­ło się na ró­żań­cu, np. oj­ciec Pio nie roz­sta­wał się z nim. Od­ma­wiał go wszę­dzie: w ce­li, na ko­ry­ta­rzu, w za­kry­stii. Za­py­ta­ny, ile ró­żań­ców od­ma­wia w cią­gu do­by, od­po­wia­dał: „Cza­sem 40, a cza­sem 50”. A gdy roz­mów­ca po­wąt­pie­wał, czy to moż­li­we, od­po­wia­dał z prze­ko­rą: „Jak ty to ro­bisz, że ich nie od­ma­wiasz?”.

No wła­śnie… Jak to moż­li­we, że i my cza­sem nie do­ce­nia­my tej mo­dli­twy? A prze­cież w cho­ro­bie, smut­ku czy przed spraw­dzia­nem to naj­lep­sza rzecz, ja­ką mo­że­my zro­bić. Kon­tem­pla­cja z ró­żań­cem w rę­ce to jak trzy­ma­nie z za­ufa­niem rę­ki Ma­ryi, któ­ra pro­wa­dzi nas do Je­zu­sa. To otwie­ra­nie się na szcze­gól­ne Bo­że ła­ski, bo czy Pan Bóg od­mó­wi nam cze­go­kol­wiek, je­śli na­szym sprzy­mie­rzeń­cem bę­dzie sa­ma Mat­ka Bo­ża? Na pew­no nie! Nie­ustan­na i wy­trwa­ła mo­dli­twa ró­żań­co­wa czy­ni cu­da: wy­pra­sza ła­skę na­wró­ce­nia, wy­zwo­le­nia z na­ło­gu, zdro­wie, po­kój i zgo­dę w ro­dzi­nach. Jest więc naj­lep­szym le­kar­stwem na cia­ło, psy­chi­kę i du­szę! Po­sta­no­wie­nie na paź­dzier­nik? Wy­cho­dząc z do­mu, za­bierz­my ze so­bą nie tyl­ko te­le­fon ko­mór­ko­wy, ale tak­że ró­ża­niec, by móc w każ­dej chwi­li po­łą­czyć się z Ma­ry­ją.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go