Najtrudniejsza podróż: Gabriel. Cud prawdziwy

Czas, któ­re­go tak się ba­li­śmy, nad­szedł nie­ubła­ga­nie. I oka­za­ło się, że wie­le z na­szych obaw by­ło zu­peł­nie nie­po­trzeb­nych. Nie, Ga­briel nie uro­dził się zdro­wy. Wszyst­ko, co po­ka­zy­wa­ły ba­da­nia, po­twier­dzi­ło się po je­go uro­dze­niu.

Ja­kub – ta­ta

Jed­ną z mo­ich obaw by­ło to, że nie wie­dzia­łem, jak za­re­agu­ję na je­go wi­dok. A gdy go zo­ba­czy­łem, to się po­pła­ka­łem. Ży­łem pa­ra­no­ją, że po od­cię­ciu pę­po­wi­ny on umrze. Po raz pierw­szy od­mó­wi­łem, nie chcia­łem do te­go przy­kła­dać rę­ki. Jesz­cze za­nim to na­stą­pi­ło, ochrzci­łem go wo­dą i by­ło to dla mnie jak po­że­gna­nie z mo­im syn­kiem.

Pierw­szy szok na­stą­pił, gdy le­karz po­wie­dział, że ser­ce mu wol­no bi­je. By­ło to zna­kiem, że od­cho­dzi. Jesz­cze nie wie­dzia­łem, co się póź­niej wy­da­rzy. A zda­rzy­ło się tak, że po chwi­li wy­lą­do­wa­li­śmy ra­zem w ład­nym, czy­ściut­kim po­ko­iku, z apa­ra­tu­rą wspo­ma­ga­ją­cą od­dy­cha­nie. Bo je­go ser­dusz­ko za­czę­ło szyb­ciej bić. Pur­pu­ra na twa­rzy zmie­ni­ła się w ład­ny ró­żo­wy ko­lor, jak u zdro­we­go no­wo­rod­ka. I wte­dy za­czę­ła się bi­twa z my­śla­mi, co da­lej. Co jest naj­lep­sze dla te­go dziec­ka? Jak dłu­go bę­dzie z na­mi? Cze­mu, a po co, czy to ma sens? Dla nas ma to ogrom­ny sens.

foto_01-03_07-2016

Te trzy dni ży­cia, któ­re otrzy­ma­li­śmy, że­by być ra­zem z Ga­brie­lem, oka­za­ły się cu­dem, o któ­ry mo­dli­ło się wie­le osób. Oka­za­ły się naj­wspa­nial­szy­mi trze­ma dnia­mi w mo­im ży­ciu. Nie wiem, co wnio­są, nie wiem, co zmie­nią. Ale by­ły naj­wspa­nial­sze. Wszyst­kie wa­dy, de­fek­ty syn­ka, ja­kie miał, gdzieś znik­nę­ły. Bo wszyst­ko to, co by­ło in­ne niż u zdro­wych dzie­ci, jak np. wy­krzy­wio­ne w sta­wach dło­nie, sześć pa­lusz­ków czy po­dwój­nie roz­sz­cze­pio­na war­ga, sta­ły się miej­sca­mi naj­czę­ściej ob­da­ro­wy­wa­ny­mi ca­łu­sa­mi. I one wca­le nie by­ły brzyd­kie, ale bar­dziej do­ty­ka­ły ser­ca, że­by bar­dziej o nie dbać i po­ko­chać. Gdy pa­trzy­łem na je­go rącz­ki, nie mo­głem wy­trzy­mać – nie da­ło ich się nie ca­ło­wać.

Ma­my trój­kę dzie­ci i nie wy­obra­ża­łem so­bie, że mo­gę po­ko­chać ko­goś bar­dziej niż je, a mi­łość do Ga­brie­la oka­za­ła się szcze­gól­na. In­na. Nie do opi­sa­nia. Tak moc­na, że nie da się te­go wy­ra­zić sło­wa­mi. Każ­da mi­nu­ta, go­dzi­na prze­by­wa­nia z nim oka­za­ła się bar­dzo waż­na i zbli­ży­ła nas do sie­bie. To ta­kie długie–krótkie ży­cie.

By­li­śmy ca­ły czas bli­sko z nim, ca­ły czas był u nas na rę­kach, za­po­mnia­łem o wszyst­kich in­nych spra­wach te­go świa­ta. By­ła też wal­ka. Wal­ka z my­śla­mi, gdy pa­trzy­łem, jak cięż­ko od­dy­cha i za­sta­na­wia­łem się, czy on cier­pi. Ale mi­mo to po­tra­fi­li­śmy żar­to­wać. Z je­go no­ska, że nie mo­że so­bie po­dłu­bać (bo go nie miał) i z te­go, że przy­naj­mniej nie wi­dzi, jak ta­ta dłu­bie w swo­im (nie wie­my, czy miał oczka, w każ­dym ra­zie nie otwo­rzył ich ani ra­zu).

Ża­ło­wa­łem bar­dzo wszyst­kich ne­ga­tyw­nych my­śli, któ­re mia­łem przed po­ro­dem. Dla mnie, dla nas abor­cja nie wcho­dzi­ła w grę. Ale cza­sem my­śla­łem, że le­piej bę­dzie, gdy Ka­sia po­ro­ni. I gdy go po­zna­łem, by­ło mi żal, że tak my­śla­łem i czu­łem ogrom­ny smu­tek z te­go po­wo­du. Bar­dzo go za to prze­pra­sza­łem.

Po trud­nych mie­sią­cach ocze­ki­wa­nia, pa­ra­no­jach, wie­lu ne­ga­tyw­nych i nie­wie­lu po­zy­tyw­nych my­ślach oka­za­ło się, że to by­ły naj­pięk­niej­sze trzy dni w mo­im ży­ciu. Mo­że to wy­glą­dać dziw­nie z punk­tu wi­dze­nia osób, któ­re te­go nie prze­ży­ły, al­bo na­wet z per­spek­ty­wy mo­jej bli­skiej ro­dzi­ny, któ­ra by­ła z bo­ku. Te­raz czu­ję, że sam je­stem świa­dec­twem, jak lu­dzie, o któ­rych kie­dyś opo­wie­dzia­ła mi Ka­sia – kil­ka dni spę­dzo­nych z ich cho­rym dziec­kiem by­ło naj­wspa­nial­szy­mi w ich ży­ciu. Te­raz wiem, że to moż­li­we, sam to prze­ży­łem. I gdy­bym miał cof­nąć czas, to tyl­ko po to, by raz jesz­cze prze­żyć naj­pięk­niej­sze trzy dni z mo­im syn­kiem.

Ka­ta­rzy­na – ma­ma

Wresz­cie Cię po­zna­li­śmy, Ko­cha­ny Syn­ku. Tak bar­dzo ba­łam się mo­men­tu, kie­dy bę­dzie­my je­chać na po­ro­dów­kę. Tej dro­gi przy rze­ce i na­sze­go po­grą­żo­ne­go w smut­ku mil­cze­nia. My­śla­łam o tym wie­le ra­zy i wie­le ra­zy pła­ka­łam. Tym­cza­sem je­cha­li­śmy wy­lu­zo­wa­ni. Po­ród był szyb­ki. Nie wiem, czy mi­nę­ła go­dzi­na, a już by­łeś z na­mi, Ga­briel­ku. Ta­ki ma­lut­ki, że wła­ści­wie nie spra­wi­łeś mi cier­pie­nia. Ta­ki cho­ry, że obok ra­do­ści na Twój wi­dok po­czu­łam też ogrom­ny ból. Nie czu­łam się roz­cza­ro­wa­na, nie na­sta­wia­łam się na cud uzdro­wie­nia. Gdzieś po ci­chu chcia­łam w to wie­rzyć, ale nie da­wa­łam tej my­śli du­żo miej­sca. Wiem, że wie­le osób mo­dli­ło się za nas. Wie­le mo­dli­ło się o cud. Czu­łam, że on na­stą­pi tuż po na­ro­dzi­nach, ale nie mia­łam po­ję­cia, co by to mo­gło być.

W każ­dym ra­zie ty by­łeś już z na­mi. Cał­kiem bez­bron­ny i ma­leń­ki. Bar­dzo cho­ry, co by­ło wi­dać. Gdy od­cię­li Ci pę­po­wi­nę, zba­da­li ser­ce, ono wciąż bi­ło! Tro­chę zwol­ni­ło… A po­tem za­czę­ło dziel­nie wy­stu­ki­wać rytm Two­je­go ży­cia. Na­sze­go wspól­ne­go ży­cia.

Gdy Cię zo­ba­czy­łam, Sy­necz­ku, nie za­chwy­cił mnie Twój wy­gląd. Ale też nie prze­ra­ził. Po­ko­cha­łam Cię, to pew­ne. Czu­łam, że je­steś mo­im syn­kiem, a ja Two­ją ma­mą. Ale to wszyst­ko nie by­ło ła­twe.

A póź­niej przy­szedł ten cud. Tu­li­li­śmy Cię z ta­tą, dba­jąc o to, byś nie stra­cił od­de­chu. Tak ła­two za­po­mi­na­łeś o tym, że trze­ba od­dy­chać. Więc ca­ły czas trze­ba by­ło Cię trzy­mać na rę­kach i przy­po­mi­nać, gdy w naj­lep­sze so­bie mla­ska­łeś. Od­dech jest waż­ny, Ko­cha­nie. Dla Cie­bie był też trud­ny. Wkła­da­łeś w nie­go ca­łą swo­ją ener­gię. Z ru­chli­we­go pił­ka­rza, ja­kim by­łeś u mnie w brzusz­ku, za­mie­ni­łeś się w bar­dzo spo­koj­ne­go chłop­czy­ka. Więc Ty od­dy­cha­łeś, le­żąc na mo­ich ko­la­nach, a ja mia­łam czas się na Cie­bie na­pa­trzyć. Z każ­dą mi­nu­tą a po­tem go­dzi­ną Two­ja bu­zia sta­wa­ła się co­raz pięk­niej­sza i Two­je ma­łe dło­nie wy­krzy­wio­ne w sta­wach by­ły pięk­ne. To nie­sa­mo­wi­te, ale wła­śnie ta­kie by­ły. Ślicz­ne, ma­łe rącz­ki, któ­rych wi­dok roz­czu­lał mo­je ser­ce i nie po­tra­fi­łam się opa­no­wać, że­by ich nie po­ca­ło­wać. Mo­głam ca­ło­wać Two­je cie­płe, mię­ciut­kie ciał­ko. Ca­ły by­łeś pięk­ny, choć tak bar­dzo cho­ry. Ni­gdy nie wi­dzia­łam ni­ko­go tak cud­ne­go jak Ty. Two­ja twa­rzycz­ka z za­mknię­ty­mi oczka­mi, ustecz­ka, któ­re gdy pła­ka­łeś, wy­glą­da­ły jak u gą­sie­nicz­ki, po­licz­ki, czo­ło, wszyst­ko by­ło cud­ne. Za­ko­cha­łam się w To­bie bez pa­mię­ci. Po­ko­cha­łam Cię naj­moc­niej, jak moż­na. Do tej po­ry my­śla­łam, że nie da się ko­chać moc­niej, niż ko­cham Two­ją sio­strę i bra­ci. Tym­cza­sem mi­łość do Cie­bie prze­kro­czy­ła wszel­kie wy­obra­że­nia. Ty ca­ły, w swo­jej nie­win­no­ści, by­łeś mi­ło­ścią. Tak wiel­ką, że mo­je ser­ce aż drża­ło z ra­do­ści, kie­dy mo­głam na Cie­bie pa­trzeć, tu­lić Cię i ca­ło­wać. Strasz­nie chcia­łam za­cho­wać te chwi­le na wie­ki. Że­byś mógł le­żeć przy­tu­lo­ny do mnie na za­wsze.

To nie jest moż­li­we. Wie­dzia­łam o tym, a jesz­cze le­piej wie­dzie­li le­ka­rze. Ma­rzy­łam, byś mógł zo­stać z na­mi. Ale le­karz wy­tłu­ma­czył nam, w ja­ki spo­sób praw­do­po­dob­nie odej­dziesz. Za­pew­niał, że nic Cię nie bo­li. Że­gna­jąc się po ob­cho­dzie, ży­czył nam przy­jem­nych go­dzin z na­szym ma­lusz­kiem.

Jed­nak mi­nę­ła pierw­sza do­ba i Ty wciąż chcia­łeś od­dy­chać. Cza­sem mu­sie­li­śmy Ci przy­po­mi­nać, a Ty chęt­nie wra­ca­łeś do te­ma­tu. My­śla­łam, że mo­że w przy­szłym ty­go­dniu za­bie­rze­my Cię na chwi­lę do do­mu. Nie upie­ra­łam się przy tej my­śli. Ale zja­wia­ły się i in­ne, któ­re wy­bie­ga­ły do na­szej wspól­nej przy­szło­ści – kto wie, mo­że za dwa mie­sią­ce…? Two­ja bab­cia i ro­dzeń­stwo od­wie­dzi­li Cię dwa ra­zy. Wie­dzą, że je­steś ich bra­cisz­kiem. By­ła też cio­cia Da­ria, któ­ra od­ci­snę­ła śla­dy two­ich stó­pek i dło­ni.

By­łeś z na­mi trzy dni. Dni, dla któ­rych war­to by­ło prze­żyć wszyst­kie trud­ne chwi­le cią­ży, ocze­ki­wa­nia. Bo czas spę­dzo­ny z To­bą to cud. Da­łeś nam ta­kie szczę­ście i ty­le mi­ło­ści, że z ni­czym, co do tej po­ry prze­ży­łam, nie mo­że się to rów­nać. Wiem, że wie­le osób nas wspie­ra­ło i mo­dli­ło się za nas. I to dzię­ki nim mo­gli­śmy do­świad­czyć te­go cu­du, a te­raz ma­my w ser­cach po­kój. Dzię­ku­je­my.

 

Źró­dło: www.trzyimy.pl

 

Od re­dak­cji: Zmar­łe ma­łe dzie­ci są zba­wio­ne i... peł­no­spraw­ne. Na po­grze­bie swo­jej nie­peł­no­spraw­nej có­recz­ki Char­les de Gaul­le mó­wił, że je­go uko­cha­na cór­ka Ania jest te­raz zba­wio­nym i peł­no­spraw­nym ra­do­snym dziec­kiem.

 

Kronika małego ludzika

0

Hej! Co się dzie­je?! Je­stem? Je­stem! Czu­ję mi­łość i ra­dość! Cu­dow­nie jest być!

9 dzień

Uff, jak się cie­szę. Prze­ci­ska­łem się przez ja­kiś wą­ski ko­ry­tarz, te­raz wresz­cie do­tar­łem na miej­sce. Czu­ję, że po­sie­dzę tu dłu­żej. Jest mi wy­god­nie i bez­piecz­nie. Szczę­ście aż mnie roz­pie­ra! A mo­że... ro­snę?

3 ty­dzień

Na­gle za­czę­ło pu­kać: puk-puk, puk-puk. I pom­po­wać. Zdzi­wi­łem się, co to jest? Ale wi­docz­nie tak ma być, bo nie prze­sta­je ani na chwi­lę. Nie wiem skąd, ale wiem, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Ktoś bar­dzo mnie ko­cha. Nie wiem jesz­cze kto. Ale bar­dzo moc­no czu­ję tę mi­łość. Tak jak­by ota­cza­ła mnie ze wszyst­kich stron i nie do­pusz­cza­ła do mnie nic, co nią nie jest. Ko­cham żyć!

8 ty­dzień

Ale to przy­jem­ne móc się po­ru­szać! Mam 4 ma­łe wy­pust­ki, któ­re ro­bią się co­raz więk­sze i za­sta­na­wiam się, co z nich bę­dzie. Mo­gę ni­mi wy­ma­chi­wać. Prze­cią­gać się na bo­ki. Tro­chę prze­szka­dza mi tyl­ko gło­wa, jest ta­ka wiel­ka! Wi­docz­nie sie­dzi w niej coś waż­ne­go. Od­kry­łem, że jak otwo­rzę usta, wpa­da do nich ten płyn, w któ­rym je­stem. Umiem go po­ły­kać. Py­cho­ta!

foto_01-02_07-2016

10 ty­dzień

Znów uro­słem. Czu­ję, że mam już w środ­ku wszyst­ko, co naj­waż­niej­sze. Na ze­wnątrz chy­ba też. Twarz mam wresz­cie ca­łą. I mam na­dzie­ję, że nic mi już nie znik­nie tak jak ogon, bo bar­dzo lu­bię swo­je rę­ce i no­gi. Od­kry­łem dwie świet­ne za­ba­wy. Jed­na to wpa­ko­wać rę­kę do ust. To bar­dzo faj­ne. A dru­ga: zna­la­złem tu rur­kę, któ­ra bie­gnie od mo­je­go brzu­cha gdzieś do gó­ry. Moż­na ją chwy­tać, tar­mo­sić, pod­cią­gać się na niej. Cie­ka­we, do­kąd pro­wa­dzi? Mo­że do ma­my?

14 ty­dzień

Czu­ję ra­dość! Ktoś tak moc­no mnie ko­cha! Za­czą­łem ru­szać gło­wą, i na­resz­cie mo­gę po­ka­zać, jak się cie­szę! Zro­bi­łem praw­dzi­we­go fi­koł­ka! La­tam, fru­wam! To cu­dow­ne!

20 ty­dzień

Na­gle po­ja­wił się szum: szszszsz... I coś tak moc­no bi­je tuż na­de mną: bum-bum, bum-bum. Czu­łem to już wcze­śniej, a te­raz usły­sza­łem. Od tej po­ry sły­szę to bez prze­rwy. Od cza­su do cza­su od­zy­wa się cud­na me­lo­dia. By­wa bar­dzo róż­na. Cza­sem od­zy­wa się, jak ostro ko­pię. Wte­dy to tyl­ko kil­ka krót­kich dźwię­ków. Cza­sem otu­la mnie do­oko­ła i spra­wia, że mam chęć przy­tu­lić się do niej i za­snąć. A cza­sem roz­pry­sku­je się jak ty­siąc ma­łych kro­pel, ca­ły mój do­mek za­czy­na się trząść, a mi aż chce się ska­kać. Bar­dzo to lu­bię. Ale za każ­dym ra­zem to ten sam głos. Ma­ma?

22 ty­dzień

Dziś spo­tka­ło mnie coś nie­przy­jem­ne­go. Coś na mnie upar­cie na­ci­ska­ło, jeź­dzi­ło po ple­cach i gło­wie. Więc od­wró­ci­łem do gó­ry no­ga­mi. A to znów na­ci­ska, szu­ka gło­wy. Usły­sza­łem ja­kiś ob­cy głos, a po­tem po­czu­łem śmiech ma­my i jej me­lo­dię. By­ła ta­ka spo­koj­na, że chy­ba usną­łem…

26 ty­dzień

Ro­bi mi się tu co­raz cia­śniej. Chcia­łem tro­chę roz­pro­sto­wać ko­ści. Da­łem po­rząd­ne­go ko­pa. A tu czu­ję: puk-puk! W to miej­sce, gdzie kop­ną­łem! No to ja boks rę­ką, z dru­giej stro­ny. A tu znów: puk-puk. I tak się ba­wi­li­śmy. Ktoś tam jest na ze­wnątrz, już to do­brze wiem. Sły­szę te­raz róż­ne gło­sy prócz ma­my. Naj­czę­ściej je­den gru­by.

28 ty­dzień

Od dziś wiem, że ma­mie zda­rza się zjeść coś pa­skud­ne­go! Łyk­ną­łem so­bie tro­chę wo­dy, a tam fuj! Gorz­ko. Wiem też kie­dy ma­ma sprzą­ta, bo za­czą­łem czuć za­pa­chy. Nie­zbyt mi się po­do­ba­ją. Jak wy­cho­dzi gdzieś z ta­tą, to też ina­czej pach­nie. Przy­jem­nie. Ale nie je­stem pew­ny, czy naj­bar­dziej nie lu­bię jej sa­mej, bez żad­nych pach­ni­deł.

33 ty­dzień

Oto­czy­ła mnie ja­sność! Do tej po­ry nie ro­zu­mia­łem, po co mi te kul­ki w gło­wie. Te­raz wiem – do pa­trze­nia! Ob­ser­wu­ję róż­ne ro­dza­je ja­sno­ści, róż­ne od­cie­nie ciem­no­ści. Co­raz bar­dziej mnie za­sta­na­wia, co jest po dru­giej stro­nie. Tam gdzie ma­ma i ta­ta…

37 ty­dzień

Nie lu­bię na­rze­kać, ale je­stem już ta­ki du­ży, że pra­wie nie mo­gę się ru­szyć. Wi­szę gło­wą w dół, o fi­koł­kach mu­sia­łem za­po­mnieć. Ma­ma, ta­ta i gło­sik du­żo do mnie mó­wią. Opo­wia­da­ją mi, jak tam jest. Mó­wią mi, że mnie ko­cha­ją i że Pan Bóg mnie ko­cha. To Ktoś więk­szy od ma­my. Czu­łem od po­cząt­ku, że ta mi­łość do­oko­ła to coś wię­cej niż ma­ma. Mi­mo wszyst­ko jest mi tu bar­dzo do­brze i chy­ba jed­nak nie bę­dę się spie­szył, że­by wyjść. A te­raz się zdrzem­nę. Bo ostat­nio cią­gle chce mi się spać...

39, pra­wie 40 ty­dzień

Czu­ję, że mój czas w tym bez­piecz­nym miej­scu do­bie­ga koń­ca. Zro­bi­ło się już tak cia­sno… Mam już w so­bie wy­star­cza­ją­co si­ły i od­wa­gi! Na­resz­cie! Przede mną trud­na dro­ga, ale w koń­cu zo­ba­czę ma­mę! Więc ru­szam! Ma­mo, łap!

 

Mag­da Urlich

 

Mój resort – obrona życia

Z ks. To­ma­szem Kan­ce­lar­czy­kiem z Fun­da­cji Ma­łych Stó­pek roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz.

Dzień Świę­to­ści Ży­cia, jak ża­den in­ny, przy­po­mi­na o ko­niecz­no­ści dzia­ła­nia na rzecz naj­słab­szych i naj­bar­dziej bez­bron­nych. Ja­kie za­gro­że­nia wią­żą się z odej­ściem od sza­cun­ku do ży­cia i je­go war­to­ści?

– Brak sza­cun­ku do ży­cia wią­że się z go­dze­niem w war­tość ży­cia kon­kret­ne­go czło­wie­ka. Za­czy­na się od dzie­ci nie­na­ro­dzo­nych, a po­tem idzie w stro­nę cho­rych, nie­peł­no­spraw­nych fi­zycz­nie i in­te­lek­tu­al­nie, osób w po­de­szłym wie­ku. Kwe­stię obro­ny ży­cia mo­że­my tak­że prze­nieść w ob­szar dzia­łań mię­dzy­na­ro­do­wych. To bu­rze­nie re­la­cji mię­dzy gru­pa­mi spo­łecz­ny­mi, na­ro­do­wy­mi, ra­so­wy­mi itd. Nie by­ło­by kon­flik­tów zbroj­nych, gdy­by dla każ­de­go ży­cie sta­no­wi­ło nie­kwe­stio­no­wa­ną war­tość.

Sza­cu­nek do ży­cia czło­wie­ka ozna­cza tak­że bu­do­wa­nie wła­sne­go szczę­ścia. Po­zba­wie­ni tej umie­jęt­no­ści bę­dzie­my ota­czać się przed­mio­ta­mi, a to nie da nam ra­do­ści i speł­nie­nia. Przy­po­mi­na mi się roz­mo­wa z oso­bą bar­dzo roz­ża­lo­ną i roz­cza­ro­wa­ną swo­im ży­ciem. W sfe­rze ma­te­rial­nej osią­gnę­ła wszyst­ko: świet­nie pro­spe­ru­ją­ca fir­ma, wie­lu pra­cow­ni­ków, pięk­ny dom. Ale w ży­ciu te­go czło­wie­ka by­ła pust­ka, nie by­ło ni­ko­go, kto by po­wie­dział „ko­cham cię”, przy­tu­lił. Czło­wiek ten nie in­we­sto­wał w ży­cie, ale w ma­te­rię. Odej­ście od sza­cun­ku do ży­cia jest wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwem, jest utra­tą czło­wie­czeń­stwa. A w naj­bar­dziej od­czu­wal­nym wy­mia­rze ozna­cza ka­ta­stro­fę de­mo­gra­ficz­ną.

foto_01-01_07-2016

Ktoś ma dar gło­sze­nia ka­zań, in­ny – spo­wia­da­nia. Księ­dza „re­sort” to obro­na ży­cia. Jak za­czę­ła się Księ­dza dro­ga pro–life?

– Po­cząt­kiem by­ło spo­tka­nie z oso­ba­mi z nie­peł­no­spraw­no­ścią in­te­lek­tu­al­ną. By­łem wte­dy na dru­gim ro­ku se­mi­na­rium duchownego.Nigdy wcze­śniej nie mia­łem do czy­nie­nia z ta­ki­mi ludź­mi, by­ło to dla mnie coś nie­zwy­kłe­go. Spo­tka­łem ich w ka­te­drze. Sta­łem z bo­ku, wpa­trzo­ny w nie­peł­no­spraw­ność, któ­ra by­ła tak bar­dzo wi­docz­na na ich twa­rzach i cia­łach. Jed­na dziew­czy­na z ze­spo­łem Do­wna zwró­ci­ła na mnie uwa­gę, uśmiech­nę­ła się i po­de­szła. A po­tem bar­dzo moc­no mnie przy­tu­li­ła. To by­ło dla mnie do­świad­cze­nie trau­ma­tycz­ne, ogar­nął mnie strach, by­łem prze­ra­żo­ny. In­ność tych lu­dzi mnie od­stra­sza­ła. Mia­łem dwa­dzie­ścia kil­ka lat i ba­łem się dru­gie­go czło­wie­ka! Ta dziew­czy­na wy­czu­ła to, od­su­nę­ła się ode mnie i po­wie­dzia­ła: „głu­pi”. To by­ło sło­wo, któ­re wzią­łem so­bie do ser­ca. Po­sta­no­wi­łem coś z tym zro­bić. Po­je­cha­łem z ni­mi na wy­jazd wa­ka­cyj­ny. Czu­łem, że prze­bi­jam się do sa­mej war­to­ści ży­cia przez to, co w tych lu­dziach nie jest, po ludz­ku pa­trząc, ład­ne czy mą­dre. Nie moż­na wejść w od­kry­wa­nie czło­wie­czeń­stwa nie­na­ro­dzo­nych, nie od­kry­wa­jąc czło­wie­czeń­stwa w nie­peł­no­spraw­nych. Wy­da­je nam się, że je­śli ktoś jest pięk­ny, zdro­wy, spraw­ny, przy­dat­ny – to je­go ży­cie jest war­to­ścio­we. Ła­two moż­na wte­dy uza­leż­nić czło­wie­czeń­stwo od pew­nych funk­cji ży­cio­wych, a to jest bar­dzo nie­bez­piecz­ne.

Je­śli ktoś mó­wi o so­bie „obroń­ca ży­cia”, po­wi­nien przy­jąć ak­tyw­ną po­sta­wę. Ja­kie są Księ­dza kon­kret­ne dzia­ła­nia?

– Po pierw­sze – wej­ście w re­la­cje z oso­ba­mi nie­peł­no­spraw­ny­mi. Póź­niej przy­szedł czas na or­ga­ni­za­cję mar­szów dla ży­cia, pew­ną ma­ni­fe­sta­cję po­glą­dów na te­mat war­to­ści i obro­ny ży­cia. W Szcze­ciń­skim Mar­szu dla Ży­cia co ro­ku uczest­ni­czy na­wet 20 tys. osób. Z ko­lo­ro­wy­mi fla­ga­mi i śpie­wem na ustach nie­sie­my ręcz­nie prze­pi­sa­ne pa­pie­skie en­cy­kli­ki. I po trze­cie – kon­kret­na po­moc. Przed la­ty do­wie­dzia­łem się, że zna­na mi ko­bie­ta jest w cią­ży i chce do­ko­nać abor­cji far­ma­ko­lo­gicz­nej. Spra­wa oczy­wi­sta – trze­ba przy­jąć kon­kret­ną po­sta­wę i obro­nić po­czę­te ży­cie. Wy­da­wa­ło mi się, że wy­star­czy ja­kaś tam roz­mo­wa. Oka­za­ło się, że to pół­śro­dek, któ­ry trze­ba za­mie­nić na kon­kret. Mam rze­czy­wi­ście bro­nić ży­cia, a nie tyl­ko wy­ra­żać swój po­gląd na te­mat je­go war­to­ści. Zda­łem so­bie spra­wę, że nie pod­cho­dzę do tej spra­wy wy­star­cza­ją­co po­waż­nie, że mu­szę zin­ten­sy­fi­ko­wać dzia­ła­nia. Gdy­bym na­praw­dę bro­nił czło­wie­ka, zro­bił­bym wszyst­ko, co w mo­jej mo­cy. Je­śli ktoś uzna­je war­tość ży­cia tyl­ko tak so­bie, to w ten sam spo­sób, nie­zo­bo­wią­zu­ją­co, bę­dzie jej bro­nił. Zda­łem so­bie spra­wę, że aby wy­nieść ko­goś z po­ża­ru, rzu­cił­bym się w ogień, wsko­czył­bym do rze­ki na ra­tu­nek to­ną­ce­mu, od­dał­bym pie­nią­dze na le­ki dla cho­re­go. A po­tem przy­szła re­flek­sja: co ro­bię na rzecz po­czę­te­go dziec­ka, któ­re jest w nie­bez­pie­czeń­stwie?

Jak się skoń­czy­ła hi­sto­ria tam­tej ko­bie­ty?

– Uro­dzi­ła. Jed­nak za­nim pod­ję­ła tę de­cy­zję, trwa­ła w upo­rze i po­sta­no­wie­niu, że chce za­bić swo­je dziec­ko. Zro­zu­mia­łem, że to jest nie ty­le kwe­stia ar­gu­men­tów lo­gicz­nych, ile spraw du­cho­wych. „Są ta­kie złe du­chy, któ­re moż­na po­ko­nać tyl­ko mo­dli­twą i po­stem” – mó­wi Chry­stus. Je­śli ktoś na­sta­je na ży­cie czło­wie­ka, jest pod wpły­wem bar­dzo złych du­chów, de­mo­nów. To one po­dej­mu­ją dzia­ła­nia prze­ciw­ko kon­kret­ne­mu ży­ciu. Roz­po­czą­łem więc szturm mo­dli­tew­ny. Pro­si­łem wiel­ką rze­szę lu­dzi, aby mo­dli­li się za tę dziew­czy­nę. Mi­nął nie­ca­ły ty­dzień, kie­dy uśmiech­nię­ta przy­szła do mnie na ple­ba­nię i po­wie­dzia­ła, że uro­dzi dziec­ko.

Czy­li mo­dli­twa.

– Tak. Ta sy­tu­acja utwier­dzi­ła mnie w prze­świad­cze­niu, że naj­waż­niej­szym dzia­ła­niem w obro­nie ży­cia jest mo­dli­twa. W Fun­da­cji Ma­łych Stó­pek kła­dzie­my ogrom­ny na­cisk na pro­pa­go­wa­nie du­cho­wej ad­op­cji dziec­ka po­czę­te­go. Przez dzie­więć mie­się­cy każ­dy obej­mu­je mo­dli­twą kon­kret­ne, za­gro­żo­ne abor­cją dziec­ko. W tym ro­ku wy­pro­du­ku­je­my 300 tys. fol­de­rów nt. du­cho­wej ad­op­cji. Przy­go­to­wa­li­śmy tak­że ty­sią­ce mo­de­li 10-ty­go­dnio­we­go nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka i ma­leń­kich stó­pek.

Co po­za tym?

– Oprócz mo­dli­twy, ko­bie­ty ocze­ku­ją­ce dziec­ka i bę­dą­ce na dro­dze do abor­cji, po­trze­bu­ją kon­kret­nej, ma­te­rial­nej po­mo­cy. Pro­po­nu­je­my ze­staw pie­luch dla dziec­ka (to pra­wie 1500 sztuk), wó­zek, łó­żecz­ko, ko­sme­ty­ki pie­lę­gna­cyj­ne, ubran­ka. To nie jest ku­po­wa­nie ży­cia, ale prze­ko­na­nie ko­bie­ty, że ma z gło­wy spra­wy ma­te­rial­ne i nie mu­si się o nie mar­twić. Wciąż po­zo­sta­je wie­le pro­ble­mów: brak mi­ło­ści, wspar­cia ro­dzi­ny, cza­sem brak oj­ca dziec­ka. Ale z za­ple­czem ma­te­rial­nym jest już tro­chę ła­twiej. Ofe­ru­je­my tak­że do­stęp do le­ka­rza gi­ne­ko­lo­ga, po­moc w za­ku­pie le­karstw, wy­ży­wie­niu, je­śli trze­ba – po­szu­ka­my miesz­ka­nia. Li­czy się każ­da po­moc i każ­de wspar­cie na­szej Fun­da­cji. Pro­sty prze­licz­nik: po­da­ruj nam 10 zł, a my ku­pi­my za to 22 pie­lu­chy, któ­re wy­star­czą dziec­ku na trzy dni.

Ile dzie­ci Ksiądz ura­to­wał?

– Nie je­stem w sta­nie po­dać kon­kret­nej licz­by. Tyl­ko Pan Bóg to wie.

Ka­na­dyj­ska obroń­czy­ni ży­cia Ma­ry Wa­gner zo­sta­ła ska­za­na na wię­zie­nie za pi­kie­tę w obro­nie ży­cia nie­na­ro­dzo­nych przed kli­ni­ką abor­cyj­ną i roz­mo­wy z ko­bie­ta­mi, któ­re wcho­dzi­ły tam, aby do­ko­nać abor­cji. Czy Księ­dza spo­ty­ka­ją szy­ka­ny za po­dej­mo­wa­ne dzia­ła­nia?

– Nie mam się co mie­rzyć z Ma­ry Wa­gner. Ow­szem, do­ty­ka mnie wy­ra­ża­na wer­bal­nie lub ge­stem nie­chęć pew­nych osób, któ­re są wro­gie wo­bec ży­cia. Ma to miej­sce zwłasz­cza pod­czas Mar­szu dla Ży­cia w Ber­li­nie. Ma­ry Wa­gner idzie na ca­łość, ona „jest nie­na­ro­dzo­nym”. Mil­czy pod­czas roz­praw, bo nie­na­ro­dze­ni tak­że nie mo­gą mó­wić, by się obro­nić. Wszyst­kim, któ­rzy bro­nią ży­cia, sta­wia wy­so­ko po­przecz­kę: aby nie tyl­ko mó­wić, ale dzia­łać na rzecz tych naj­mniej­szych.

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

 

Wstępniak

Magda Guziak-NowakTo mo­je pierw­sze go­dzi­ny

Je­stem naj­młod­szy z ca­łej ro­dzi­ny

Je­stem jak ma­łe zia­ren­ko

Czu­ję, że ży­ję, uro­snę wam pręd­ko!

Ja je­stem, ja czu­ję, ja ży­ję, mo­je ser­ce bi­je...

 

Na na na... Nu­cę so­bie pio­sen­kę... Ar­ki No­ego z głę­bo­kim prze­sła­niem o ży­ciu. Stwier­dzam, że jesz­cze nie je­stem za sta­ra na ta­kie mu­zycz­ne kli­ma­ty.:) Bie­żą­cy nu­mer „Dro­gi” jest – cóż – mo­no­te­ma­tycz­ny. Mo­że my­śli­cie te­raz tak: „A o Bo­żym Na­ro­dze­niu to nie zro­bi­li 28 stron. Al­bo Wiel­ka­noc! Po­dob­no naj­waż­niej­sze świę­to...”. Pew­nie, że naj­waż­niej­sze, to ja­sne jak „Amen” w pa­cie­rzu. Ale pi­sa­nie o spra­wach pro–life to nasz mo­ral­ny obo­wią­zek.

Za­brzmia­ło po­waż­nie i w isto­cie to jest bar­dzo po­waż­na spra­wa. Jan Pa­weł II mó­wił, że – pa­ra­fra­zu­ję – sto­su­nek do da­ru ży­cia jest oce­ną z czło­wie­czeń­stwa. Czy­li po­wiedz mi, czy je­steś go­tów bro­nić ży­cia po­czę­tych dzie­ci, a po­wiem ci, kim je­steś.

A co to zna­czy „bro­nić ży­cia”? Mam am­bi­cję, aby po prze­czy­ta­niu „Dro­gi” to ha­sło już ni­gdy nie by­ło dla nas pu­stym slo­ga­nem. „Bro­nić ży­cia” to mieć wie­dzę, by dys­ku­to­wać na ar­gu­men­ty. Po swo­jej stro­nie ma­my na­ukę i twar­de do­wo­dy – to du­żo. „Bro­nić ży­cia” to mieć więź z Je­zu­sem, któ­ry jest je­go Daw­cą. „Bro­nić ży­cia” to też umac­niać się świa­dec­twa­mi o mi­ło­ści, któ­ra wy­da­je się mi­ło­ścią nie­moż­li­wą, a jed­nak się wy­da­rza. To wszyst­ko znaj­dzie­cie w tym nu­me­rze: por­cję wie­dzy, ar­gu­men­ty „za” i wzru­sza­ją­ce hi­sto­rie.

A je­śli sa­mi dzia­ła­cie w ja­kiejś pro–life’owej gru­pie, ko­niecz­nie się ode­zwij­cie.

Chęt­nie o Was na­pi­sze­my!:) Po­zdro­wie­nia!

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny