Bóg dał mi znak. Świadectwo

JOASIA: Na dwa ty­go­dnie przed kon­cer­tem je­den z głów­nych so­li­stów się roz­cho­ro­wał. Szu­ka­li­śmy za­stęp­stwa. Od­po­wie­dział Łu­kasz, ale mógł do­łą­czyć do­pie­ro po ty­go­dniu. Zgo­dzi­łam się. Nie wie­dzia­łam, dla­cze­go nie mo­że wcze­śniej. Za­ufa­łam.

ŁUKASZ: Mia­łem za­pla­no­wa­ne week­en­do­we re­ko­lek­cje w mil­cze­niu. Nie chcia­łem z nich re­zy­gno­wać.

JOASIA: Od pierw­sze­go spo­tka­nia, czu­łam, że mu się po­do­bam. Pró­bo­wał się do mnie zbli­żyć. Był do­brym so­li­stą, cie­szy­łam się, że zgo­dził się na to za­stęp­stwo, ale nie od­po­wia­dał mi je­go spo­sób by­cia. Mia­łam go za za­du­fa­ne­go. Nie chcia­łam, że­by od­czy­ty­wał mo­ją życz­li­wość ja­ko ozna­ki za­in­te­re­so­wa­nia. Po­za tym mia­łam za­sa­dę: nie wią­zać się z ludź­mi z bran­ży.

foto_03-01_05-2016

ŁUKASZ: Zo­ba­czy­łem Jo­asię. Za­in­te­re­so­wa­ła mnie. Atrak­cyj­na ko­bie­ta, do te­go pew­na sie­bie, zde­cy­do­wa­na, jak to dy­ry­gent­ka. By­ła nie­do­stęp­na, co krok to ścia­na, ale fa­cet mu­si mieć wy­zwa­nie, mu­si się po­sta­rać.

JOASIA: Dwa ty­go­dnie po kon­cer­cie do­sta­łam smsa, że jest w mo­im ro­dzin­nym mie­ście, bę­dzie miał tro­chę wol­ne­go cza­su, ni­ko­go tu nie zna, mo­że zgo­dzi­ła­bym się na wspól­ny obiad? Oba­wia­łam się, że spo­tka­nie bę­dzie przy­kre, bę­dę mu­sia­ła po­wie­dzieć: „Sor­ry, ale nie je­stem za­in­te­re­so­wa­na”. Jed­nak czło­wiek, któ­ry przy­szedł na spo­tka­nie, to nie ten, ja­kie­go zna­łam. Był ra­do­sny i bez­po­śred­ni. Gdy kel­ner przy­niósł da­nie, naj­pierw się prze­że­gnał. Po­my­śla­łam: „Co z te­go, że jest z bran­ży waż­ne, że ser­ce ma we wła­ści­wym miej­scu”. Bóg dał mi sy­gnał, aby dać mu szan­sę. Miał być obiad, a skoń­czy­ło się rand­ką do póź­na. Opro­wa­dza­łam go po mo­ich ulu­bio­nych miej­scach, pod­czas dłu­gich roz­mów oka­za­ło się, że ma­my te sa­me war­to­ści, pra­gnie­nia.

ŁUKASZ: Jo­asia po­czu­ła się w obo­wiąz­ku by­cia prze­wod­nicz­ką, jeź­dzi­li­śmy po War­sza­wie, aż skoń­czy­li­śmy na łód­kach przy Pa­ła­cu w Wi­la­no­wie.

JOASIA: Ty­dzień póź­niej urzą­dza­łam uro­dzi­ny. Od­rzu­ci­łam je­go ofer­tę po­mo­cy. Ale on i tak uparł się mi po­móc.

ŁUKASZ: Mia­łem do­syć tej skrom­no­ści, te­go uda­wa­nia, po­wie­dzia­łem: „Przy­jeż­dżam”.

JOASIA: No­sił za mną za­ku­py, prze­su­wał me­ble, a w kuch­ni czuł się tak swo­bod­nie, jak­by był ide­al­nie pa­su­ją­cym ele­men­tem jej wy­po­sa­że­nia. Gdy wszy­scy wy­szli, przy ro­man­tycz­nym szu­mie zmy­war­ki, za­czę­li­śmy mó­wić o swo­ich uczu­ciach i po­sta­no­wi­li­śmy spró­bo­wać być ra­zem, mi­mo że miesz­ka­my w dwóch róż­nych mia­stach. Po pię­ciu mie­sią­cach Łu­kasz się oświad­czył i pod­jął de­cy­zję o prze­pro­wadz­ce.

ŁUKASZ: Ślub pla­no­wa­li­śmy od ra­zu. De­cy­zja pod­ję­ta, na co cze­kać?

JOASIA: Prze­szli­śmy pró­bę, bo cze­ka­jąc na miesz­ka­nie, któ­re mia­ło zwol­nić się la­da dzień, a dzień ten się od­su­wał, na­rze­czo­ny miesz­kał u mnie. Pod­jął już za­wo­do­we zo­bo­wią­za­nia. Był tro­chę jak przy­gar­nię­ty bez­dom­ny, dwa mie­sią­ce na wa­liz­kach. Bar­dzo nas to zbli­ży­ło, choć dla lu­dzi po­sta­na­wia­ją­cych czy­stość przed­mał­żeń­ską, to du­że wy­zwa­nie.

ŁUKASZ: Miesz­ka­nie ra­zem przed ślu­bem jest po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nie wy­god­ne. Pra­gnie się tej uko­cha­nej oso­by i moż­na ją ła­two skrzyw­dzić. Ale przy­go­to­wa­ło to nas na okre­sy wstrze­mięź­li­wo­ści w mał­żeń­stwie. Mo­dli­twa da­wa­ła nam si­łę, ale jak coś ku­si, to nie oszu­kuj­my się, że je­ste­śmy sil­ni. Z grze­chem się nie wal­czy, przed grze­chem się ucie­ka.

JOASIA: Przy ni­kim in­nym nie czu­łam się tak do­brze. Nikt nie da­wał mi ta­kie­go po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Nie je­ste­śmy zgod­ni we wszyst­kim, ale w klu­czo­wych spra­wach – tak. Wie­dzia­łam od po­cząt­ku, że je­śli dzie­ci, to z tym czło­wie­kiem, a rok od za­rę­czyn już spo­dzie­wa­li­śmy się dziec­ka.

ŁUKASZ: Kie­dy spo­ty­ka się dwo­je lu­dzi, któ­rzy chcą być ra­zem, myśl o dziec­ku na­su­wa się sa­ma, pra­gną prze­ka­zy­wać ży­cie. Za­wsze chcia­łem być ta­tą.

 

oprac. Do­mi­ni­ka Pu­ty­ra

 

Historia wielkiego kłamstwa

Hi­sto­ria le­ga­li­za­cji abor­cji w USA to hi­sto­ria wiel­kie­go kłam­stwa i wiel­kiej ludz­kiej krzyw­dy. Hi­sto­ria tra­ge­dii, któ­ra po­chło­nę­ła wię­cej ist­nień ludz­kich niż II woj­na świa­to­wa.

21-let­nia roz­wie­dzio­na, bez­dom­na, prze­ra­żo­na dziew­czy­na za­cho­dzi w trze­cią cią­żę. Dwo­je wcze­śniej na­ro­dzo­nych dzie­ci prze­ka­za­ła ro­dzi­nom za­stęp­czym, to sa­mo pla­nu­je zro­bić z ma­leń­stwem, któ­re no­si pod ser­cem. Kon­tak­tu­je się z agen­cją ad­op­cyj­ną, a ta prze­ka­zu­je jej spra­wę dwóm mło­dym i sza­le­nie am­bit­nym praw­nicz­kom, któ­re wła­śnie szu­ka­ją spra­wy, od któ­rej mo­gły­by za­cząć swo­ją ka­rie­rę. Pa­nie dwu­krot­nie za­pra­sza­ją Nor­mę McCo­rvey – tak na­zy­wa­ła się dziew­czy­na – na pi­wo i piz­zę. Pod­su­wa­ją jej do pod­pi­sa­nia oświad­cze­nie, że cią­ża by­ła wy­ni­kiem gwał­tu, a Nor­ma do­ma­ga­ła się abor­cji. Dziew­czy­na pod­pi­su­je, na­wet go nie czy­ta­jąc, szczę­śli­wa, że w koń­cu ktoś się nią za­in­te­re­so­wał i obie­cał po­moc. Nie wie na­wet, na czym do­kład­nie po­le­ga abor­cja. Mó­wią jej, że to usu­nię­cie zlep­ka ko­mó­rek, nic nie­zna­czą­cej ma­sy. Od tej po­ry ma wy­stę­po­wać w pra­sie pod pseu­do­ni­mem Ja­ne Roe i po­wta­rzać to, co po­wie­dzą jej praw­nicz­ki. Tak roz­po­czy­na się spra­wa Roe vs. Wa­de, na mo­cy któ­rej za­le­ga­li­zo­wa­no abor­cję w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

foto_02-01_05-2016

22 stycz­nia 1973 r. Sąd Naj­wyż­szy USA wy­dał wy­rok oba­la­ją­cy obo­wią­zu­ją­ce do­tąd pra­wo chro­nią­ce ży­cie. Swo­ją de­cy­zję uza­sad­nił ko­niecz­no­ścią prze­strze­ga­nia czter­na­stej po­praw­ki do kon­sty­tu­cji, mó­wią­cej o pra­wie do pry­wat­no­ści, i przy­znał Nor­mie McCo­rvey pra­wo do do­ko­na­nia abor­cji. Na szczę­ście, w jej przy­pad­ku by­ło już za póź­no na ta­ką de­cy­zję – kil­ku­let­nie ży­we i zdro­wie dziec­ko tra­fi­ło do ko­cha­ją­cej ro­dzi­ny ad­op­cyj­nej.

Jed­nak w USA obo­wią­zu­je pra­wo pre­ce­den­su tzn. je­śli w jed­nej spra­wie sę­dzia Są­du Naj­wyż­sze­go orzek­nie w da­ny spo­sób, ża­den in­ny sę­dzia nie mo­że w ta­kiej sa­mej spra­wie orzec ina­czej. Cór­ka Nor­my by­ła bez­piecz­na, ale de­cy­zja są­du oka­za­ła się brze­mien­na w skut­kach. Od 1973 r. w Sta­nach Zjed­no­czo­nych za­bi­to w wy­ni­ku abor­cji 50 mi­lio­nów dzie­ci nie­na­ro­dzo­nych.

W „na­gro­dę” za­pro­po­no­wa­no Nor­mie pra­cę w kli­ni­ce abor­cyj­nej. Choć osta­tecz­nie sa­ma ni­gdy nie do­ko­na­ła abor­cji, po­cząt­ko­wo nie mia­ła mo­ral­nych opo­rów przed te­go ro­dza­ju dzia­ła­nia­mi. Li­czy­ły się dla niej tyl­ko pie­nią­dze, któ­re mo­gła za­ro­bić. Wkrót­ce jed­nak pew­ne prak­ty­ki zwią­za­ne z abor­cją wy­da­ły się jej nie­tycz­ne. Wspo­mi­na­ła o przy­pad­ku, kie­dy abor­ter uda­wał, że prze­pro­wa­dza abor­cję u dziew­czy­ny, któ­ra wca­le nie by­ła w cią­ży, tyl­ko po to, aby otrzy­mać od niej pie­nią­dze. In­nym ra­zem ka­za­no jej zło­żyć w ca­łość roz­czło­no­wa­ne cia­ło dziec­ka, po­cho­dzą­ce z póź­nej abor­cji, aby upew­nić się, że żad­ne frag­men­ty nie­na­ro­dzo­ne­go dziec­ka nie po­zo­sta­ły w ma­ci­cy mat­ki. Nie trze­ba do­da­wać, że „za­da­nie” moc­no ją zszo­ko­wa­ło. Cza­rę go­ry­czy prze­la­ło coś in­ne­go. Nor­ma przez przy­pa­dek zaj­rza­ła do za­mra­żal­ni­ka, w któ­rym prze­cho­wy­wa­no czę­ści cia­ła za­bi­tych dzie­ci. Rzu­ci­ła pra­cę w kli­ni­ce. Mia­ła już dość te­go, że głów­nym ce­lem jej dzia­łań by­ło za­ro­bie­nie mi­ni­mum 40 tys. do­la­rów co week­end. Za­wsze się uda­wa­ło.

Obec­nie Nor­ma McCo­rvey dzia­ła w ru­chu pro-li­fe, a swo­ją zgo­dę na uczest­ni­cze­nie w abor­cyj­nym pro­ce­sie uwa­ża za naj­więk­szą ży­cio­wą po­mył­kę. Czu­je się oszu­ka­na przez praw­nicz­ki, któ­rym za­le­ża­ło je­dy­nie na pre­sti­żu, ja­ki mo­gły zy­skać dzię­ki pre­ce­den­so­wej spra­wie i przez lu­dzi pra­cu­ją­cych w prze­my­śle abor­cyj­nym, któ­rym za­le­ża­ło je­dy­nie na pie­nią­dzach, ja­kie za­ro­bią dzię­ki wy­ro­ko­wi są­du. Przy­ję­ła Chrzest św. w Ko­ście­le ka­to­lic­kim i za­ufa­ła Chry­stu­so­wi, któ­ry jest Bo­giem Mi­ło­sier­dzia. Każ­de­go ro­ku 22 stycz­nia, w rocz­ni­cę za­koń­cze­nia spra­wy Roe vs. Wa­de, przed bu­dyn­kiem Są­du Naj­wyż­sze­go w Wa­szyng­to­nie gro­ma­dzą się set­ki ty­się­cy Ame­ry­ka­nów i uczest­ni­czą w naj­więk­szym na świe­cie mar­szu dla ży­cia. Więk­szość z nich to lu­dzie bar­dzo mło­dzi, ma­ją­cy po kil­ka­na­ście lat. Nio­są trans­pa­ren­ty z na­pi­sa­mi: „Mo­je po­ko­le­nie po­wstrzy­ma abor­cję”.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Szukaj i eksperymentuj

Kim bę­dziesz, gdy do­ro­śniesz?” – py­ta­li ro­dzi­ce i dziad­ko­wie. „Pio­sen­kar­ką, kwia­ciar­ką al­bo ste­war­de­są” – od­po­wia­da­łam. Osta­tecz­nie zo­sta­łam… bio­lo­giem i dzien­ni­kar­ką. Mo­gę te­raz świa­do­mie na­pi­sać: war­to do­brze wy­brać, bo etat na osiem go­dzin to nie­mal dwa ty­sią­ce go­dzin w pra­cy rocz­nie!

To bę­dą ba­na­ły, ale praw­dzi­we. Wy­bór za­wo­du to de­cy­zja, któ­rą mu­sisz pod­jąć. Pra­ca po­win­na być nie tyl­ko źró­dłem do­cho­du, ale tak­że sa­tys­fak­cji. To waż­ny krok w przy­szłość, dla­te­go nie po­wi­nien być sta­wia­ny po­chop­nie. Uff…

foto_01-01_05-2016

Na ca­łe ży­cie?

W Pol­sce do nie­daw­na wy­bór za­wo­du uwa­ża­ny był za de­cy­zję po­dej­mo­wa­ną raz w ży­ciu. Jesz­cze na­si dziad­ko­wie pra­co­wa­li w jed­nej fir­mie 40 lat. To się zmie­ni­ło i pod wzglę­dem za­trud­nie­nia upo­dab­nia­my się do kra­jów Eu­ro­py Za­chod­niej, gdzie pra­cow­nik nie tyl­ko czę­sto zmie­nia miej­sce pra­cy, ale tak­że zmu­szo­ny jest do zmia­ny za­wo­du. Obec­nie je­dy­nym pew­ni­kiem na ryn­ku pra­cy jest zmia­na. Aby zna­leźć za­trud­nie­nie, trze­ba prze­kwa­li­fi­ko­wy­wać się na­wet kil­ka ra­zy. Czy moż­na się do te­go przy­go­to­wać?

– War­to roz­wi­jać róż­no­rod­ne za­in­te­re­so­wa­nia – ra­dzi psy­cho­log pa­ni Ewa Ko­siń­ska. – Ogrom­ną ro­lę do speł­nie­nia ma tu dom ro­dzin­ny. W jed­nych ro­dzi­nach ma­łym dzie­ciom czy­ta się ksią­żecz­ki, star­szym pod­su­wa się sa­mo­dziel­ną lek­tu­rę, do­bie­ra od­po­wied­nie pro­gra­my w te­le­wi­zji, da­je ma­te­riał do le­pie­nia, wy­ci­na­nia, ry­so­wa­nia. W in­nych dziec­ko jest pusz­czo­ne sa­mo­pas lub dla „świę­te­go spo­ko­ju” sa­dza­ne jest przed te­le­wi­zo­rem lub kom­pu­te­rem. Ta­kie mar­no­wa­nie cza­su ni­cze­mu nie słu­ży – prze­strze­ga pa­ni Ewa.

Waż­ne jest więc od­po­wied­nie wy­ko­rzy­sta­nie wol­ne­go cza­su. Moż­na go prze­zna­czyć np. na na­ukę ję­zy­ków ob­cych, roz­wi­ja­nie ta­len­tów ar­ty­stycz­nych, spor­to­wych i kom­pu­te­ro­wych. Kształ­to­wa­niu za­in­te­re­so­wań sprzy­ja rów­nież udział w kół­kach szkol­nych, har­cer­stwie, sa­mo­rzą­dzie. Róż­no­rod­ne za­in­te­re­so­wa­nia plus wia­do­mo­ści i umie­jęt­no­ści bar­dzo po­ma­ga­ją, gdy trze­ba pod­jąć de­cy­zję o wy­bo­rze za­wo­du lub prze­kwa­li­fi­ko­wa­niu się.

Co brać pod uwa­gę?

Róż­ne za­wo­dy i spe­cjal­no­ści sta­wia­ją pra­cow­ni­kom od­mien­ne wy­ma­ga­nia zdro­wot­ne, psy­chicz­ne i spo­łecz­ne. Dla­te­go przed wy­bo­rem za­wo­du i dro­gi kształ­ce­nia war­to za­sta­no­wić się nad swo­im sta­nem zdro­wia i kon­dy­cją fi­zycz­ną. Elek­tro­mon­te­ro­wi i kar­dio­chi­rur­go­wi po­trzeb­ny jest do­bry wzrok, den­ty­sta i fry­zjer­ka po­win­ni mieć zdro­we no­gi. Pra­cow­ni­cy bu­dow­nic­twa mu­szą być od­por­ni na zmien­ne wa­run­ki po­go­do­we, a przy­szli na­uczy­cie­le mieć spraw­ne gar­dła. Pra­ca w py­le al­bo z che­mi­ka­lia­mi jest nie­wska­za­na przy uczu­le­niach i aler­giach.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak

Magda Guziak-NowakDro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Nie lu­bię ar­ty­ku­łów „Wiem, to wam po­wiem”. De­ner­wu­ją mnie au­to­rzy, któ­rzy za cel sta­wia­ją so­bie prze­ko­na­nie mnie do ich opi­nii, a więc czę­sto pi­szą nie­rze­tel­nie, pod z gó­ry usta­lo­ną te­zę. Kie­dy czy­tam, lu­bię ra­zem z au­to­rem do­cho­dzić do sed­na, za­sta­na­wiać się, roz­strzy­gać, przy­glą­dać się z róż­nych per­spek­tyw. Dziś ła­mię tę za­sa­dę. Dziś bę­dę „ciot­ką do­brą ra­dą”, bo wiem, to Wam po­wiem.

A tak se­rio. Chcia­ła­bym się po­dzie­lić z Wa­mi swo­im edu­ka­cyj­nym do­świad­cze­niem. Po co? Że­by – daj Bo­że – za­osz­czę­dzić Wam stre­su. Bie­żą­cy te­mat nu­me­ru to cięż­ki ka­li­ber – jak wy­brać za­wód ma­rzeń? Pew­nie wie­lu przy­pra­wia o za­wrót gło­wy. Te nie­koń­czą­ce się py­ta­nia „A kim bę­dziesz w przy­szło­ści?” po­tra­fią do­pro­wa­dzić do sza­łu. Choć już to prze­szłam, jesz­cze nie za­po­mnia­łam, jak to by­ło.:) Moż­na po­wie­dzieć, że w pew­nym sen­sie mia­łam ła­twiej, bo od za­wsze wie­dzia­łam, co chcę ro­bić w przy­szło­ści. Ale to nie ma­rze­nie – ja­sne, skry­sta­li­zo­wa­ne, pew­ne – da­wa­ło mi naj­więk­szy spo­kój. Praw­dzi­wy spo­kój i po­czu­cie wol­no­ści da­wa­li mi ro­dzi­ce, któ­rzy uwa­ża­li, że szko­ła jest waż­na, ale… bez prze­sa­dy. Że­bym nie zo­sta­ła te­raz źle zro­zu­mia­na – na­uka by­ła mo­im prio­ry­te­tem. Ale ni­gdy nie sły­sza­łam, że jest na pierw­szy miej­scu, bo to zaj­mo­wał Pan Bóg i ro­dzi­na. Pa­mię­tam też waż­ne dla mnie sło­wa. Gdy oka­za­ło się, że wy­gra­łam in­deks na stu­dia na dru­gim koń­cu Pol­ski, chcia­łam zre­zy­gno­wać. Udział w kon­kur­sie wzię­łam… dla żar­tu. Po­cho­dzę z Wiel­ko­pol­ski, od za­wsze mia­łam stu­dio­wać w Po­zna­niu, a tu mam wstęp na Uni­wer­sy­tet Ja­giel­loń­ski w Kra­ko­wie. Chcia­łam zwró­cić na­gro­dę, co – mo­że­cie so­bie wy­obra­zić – spo­tka­ło się z szo­kiem ko­mi­sji kon­kur­so­wej. Osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łam się SPRÓBOWAĆ. Spró­bo­wać to bar­dzo do­bre sło­wo. Ro­dzi­ce za­chę­ca­li mnie wła­śnie tak: „Spró­buj, zo­ba­czysz, jak bę­dzie, szko­da, że­byś po­tem ża­ło­wa­ła. Je­śli się tam nie od­naj­dziesz, to wró­cisz”.

Nie wró­ci­łam, zo­sta­łam w Kra­ko­wie. Na po­cząt­ku by­ło mi cięż­ko, ale myśl, że prze­cież to nie jest naj­waż­niej­sza de­cy­zja w mo­im ży­ciu, do­da­wa­ła mi otu­chy i od­wa­gi. Da­wa­ła mi wol­ność w eks­pe­ry­men­to­wa­niu, czy­li szu­ka­niu cie­ka­wych za­jęć do­dat­ko­wych, po­zna­wa­niu no­wych miejsc i lu­dzi. I nie cho­dzi mi wca­le o po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji na pół gwizd­ka, o prze­sad­ną ostroż­ność, któ­rej efekt jest smut­ny – ni­gdy nie do­ra­sta­my, by wziąć peł­ną od­po­wie­dzial­ność za swo­je ży­cie. Cho­dzi mi ra­czej o wła­ści­we roz­ło­że­nie ak­cen­tów. Ja­dę na te stu­dia, dam z sie­bie wszyst­ko, że­by nie zmar­no­wać te­go cza­su. Od­da­ję to Pa­nu Bo­gu, cze­kam i spraw­dzam. A je­śli się po­my­lę, za­wra­cam. Bez ro­dzin­nych hi­ste­rii, że rok zmar­no­wa­ny itp. itd.

Wy­bacz­cie, że tak oso­bi­ście, ale bar­dzo chcia­łam Wam o tym na­pi­sać. Wy­bie­ra­jąc swój za­wód, bądź­cie roz­waż­ni i roz­trop­ni, ale też wrzuć­cie na luz i daj­cie so­bie pra­wo do po­mył­ki. In­for­ma­cja, że mo­gę po­peł­nić błąd i świat się z te­go po­wo­du nie za­wa­li, by­ła w mo­im ży­ciu na­praw­dę do­brą wia­do­mo­ścią! Dzie­lę się nią z Wa­mi.:) Po­zdro­wie­nia!

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny