Poczucie winy

Jest jak nie­wi­dzial­ne za­kłó­ce­nie po­mię­dzy to­bą a in­ny­mi ludź­mi. Mó­wisz „tak”, gdy my­ślisz „nie”. Znasz to?

Kum­pe­la chce po­ży­czyć na im­pre­zę two­ją ulu­bio­ną bluz­kę. W środ­ku aż cię skrę­ca, bo to na­praw­dę two­ja ulu­bio­na. Ale nie de­cy­du­jesz się od­mó­wić. Ktoś cię gdzieś za­pra­sza, a ty, choć nie masz ocho­ty, spę­dzasz z nim czas, mę­czysz się, bo od­mo­wa nie prze­szła ci przez gar­dło. Na pew­no pa­mię­tasz ja­kąś sy­tu­ację, w któ­rej nie po­tra­fi­łeś po­wie­dzieć „nie”, choć mia­łeś na to ocho­tę.

Przy­tła­cza­ją­ce uczu­cie, że ocze­ki­wa­nia in­nych wa­żą wię­cej niż two­je pra­wo do po­wie­dze­nia „nie”, to po­czu­cie wi­ny.

foto_01-03_04-2016

Tak – tak, nie – nie

Je­ste­śmy isto­ta­mi spo­łecz­ny­mi, dla­te­go tak waż­ne jest dla nas po­czu­cie przy­na­leż­no­ści do gru­py – ro­dzin­nej czy ko­le­żeń­skiej. Oba­wia­my się, że nie­speł­nie­nie ocze­ki­wań in­nych człon­ków tej gru­py mo­że nas z niej wy­klu­czyć. Czu­je­my, że po­win­ni­śmy coś zro­bić. Cza­sem do te­go stop­nia, że nie je­ste­śmy w sta­nie od­mó­wić. To spra­wia, że tra­ci­my wol­ność wy­bo­ru, i bar­dzo utrud­nia po­dej­mo­wa­nie de­cy­zji.

Gdy mó­wisz „tak”, my­śląc „ nie”, tra­cisz coś jesz­cze – we­wnętrz­ną uczci­wość, wier­ność so­bie. Jed­no ta­kie od­stęp­stwo mo­że nic nie zmie­ni, ale kto wie, co się sta­nie, gdy bę­dzie ich wię­cej? Czy re­zy­gna­cja z wier­no­ści so­bie nie za­głu­szy te­go, co w to­bie ży­we i au­ten­tycz­ne? A nie słu­cha­jąc sa­me­go sie­bie, jak usły­szysz głos Bo­ga?

I wresz­cie po­myśl, czy sam chciał­byś, aby lu­dzie od­da­wa­li ci przy­słu­gi tyl­ko dla­te­go, że nie po­tra­fią ci od­mó­wić? Go­to­wość przy­ję­cia i po­wie­dze­nia „nie” spra­wia, że re­la­cje sta­ją się au­ten­tycz­ne. Masz wte­dy pew­ność, że gdy ktoś mó­wi „tak”, ro­bi to, bo na­praw­dę chce. A nie za­ci­ska zę­by i zmu­sza się do „do­bre­go uczyn­ku” tyl­ko dla­te­go, że nie zdo­był się na szcze­rą od­mo­wę.

Od­zy­skać wy­bór

Po­czu­cie wi­ny jest pod­stęp­ne. Spra­wia, że nie da­jesz so­bie pra­wa do „nie”. Np. gdy usły­szysz proś­bę, na któ­rą ro­dzi się w to­bie od­mo­wa, na­tych­miast przy­cho­dzą ci do gło­wy my­śli ty­pu: „jak mo­gę być ta­kim ego­istą”. W ten spo­sób jest ci od­bie­ra­na wol­ność wy­bo­ru. Czy­li wol­ność po­wie­dze­nia za­rów­no „tak”, jak i „nie”.

Ca­łe pięk­no „tak” i da­ru, któ­ry z so­bą nie­sie dla dru­gie­go czło­wie­ka, po­le­ga na tym, że zo­sta­ło po­wie­dzia­ne w wol­no­ści. Gdy jej nie ma, „tak” nie jest peł­ne.

Po­lu­bić „nie”...

...to pro­sty spo­sób, by przy­wró­cić sło­wu „tak” je­go war­tość. „Nie” dla proś­by przy­ja­cie­la ozna­cza „tak” dla cie­bie, dla two­jej waż­nej po­trze­by. Ale by od­zy­skać praw­dzi­wą wol­ność wy­bo­ru, naj­le­piej po­ło­żyć na sza­li dwa „tak”. Bo zgo­da na proś­bę da rów­nież to­bie coś waż­ne­go (gdy­by tak nie by­ło, ła­twiej by­ło­by od­ma­wiać). Np. przy­ja­ciel pro­si cię o po­moc w na­uce, a ty masz ocho­tę aku­rat w to po­po­łu­dnie po­jeź­dzić na ro­we­rze za­miast sie­dzieć nad książ­ką, bo masz za so­bą kil­ka dni, gdy spo­ro się uczy­łeś.

Co zy­skasz, gdy zgo­dzisz się po­móc? Mo­że za­spo­ko­isz po­trze­bę wspól­no­ty, kon­tak­tu, wzbo­ga­ca­nia czy­je­goś ży­cia (pierw­sze „tak”). Co zy­skasz, gdy nie zgo­dzisz się po­móc? Mo­że za­spo­ko­isz po­trze­bę od­po­czyn­ku, za­ba­wy, ru­chu (dru­gie „tak”). Po­łóż na sza­li oba „tak”, oba zy­ski. Po­patrz, na czym za­le­ży ci bar­dziej? Czy two­ja po­trze­ba fi­zycz­ne­go od­po­czyn­ku mo­że jesz­cze po­cze­kać? Je­śli nie, daj so­bie do te­go pra­wo. Mo­że po­ja­wi się jesz­cze in­ne roz­wią­za­nie? Co waż­ne: nie oce­niaj się, uwierz so­bie. Bo osta­tecz­nie co mo­że się stać, gdy po­wiesz „nie”? Mo­że war­to się choć raz prze­ko­nać? Du­żo, du­żo głę­biej na ten te­mat: Liv Lars­son, An­ger, Gu­ilt and Sha­me. Rec­la­iming Po­wer and Cho­ice.

 

Mag­da Urlich

 

Dziecko ze snu

Mó­wi­li jej, że abor­cja to tyl­ko nie­groź­ny za­bieg, usu­nię­cie zlep­ka ko­mó­rek. Że nie ma się cze­go bać, bo to prze­cież „jesz­cze nie dziec­ko”. Uwie­rzy­ła. A po­tem jej ży­cia le­gło w gru­zach. I ni­gdy do koń­ca go już nie od­bu­do­wa­ła.

Nie­miec­ka pi­sar­ka Ka­rin Struck w la­tach 70. i 80. by­ła uwiel­bia­na przez czy­tel­ni­ków i przez me­dia. Otrzy­my­wa­ła wie­le pre­sti­żo­wych na­gród, za­pra­sza­no ją na uni­wer­sy­te­ty i do te­le­wi­zji. Dzia­ła­ła w ru­chach le­wi­co­wych i w Nie­miec­kiej Par­tii Ko­mu­ni­stycz­nej. Tak jak więk­szość jej przy­ja­ciół, w abor­cji nie wi­dzia­ła ni­cze­go złe­go. W 1975 r. zde­cy­do­wa­ła się na „za­bieg”. Po­cząt­ko­wo sta­ra­ła się na wszel­kie spo­so­by za­głu­szyć głos su­mie­nia. W cią­gu dnia mo­gła rzu­cić się w wir pra­cy i zna­leźć w tym uko­je­nie, ale w no­cy nie mia­ła już do­kąd uciec. Za­bi­te dziec­ko wie­lo­krot­nie jej się śni­ło. Naj­czę­ściej po­wta­rza­ją­cy się sen: ma­leń­stwo bie­gną­ce i wy­cią­ga­ją­ce do niej rącz­ki, szczę­śli­we, nie­świa­do­me te­go, że za chwi­lę spad­nie w prze­paść. W tej wi­zji chcia­ła je ra­to­wać, ale nie po­tra­fi­ła ru­szyć się z miej­sca, nikt nie chciał po­móc ani jej, ani dziec­ku, któ­re osta­tecz­nie gi­nę­ło.

foto_01-02_04-2016

Po la­tach mę­cze­nia się ze swo­im su­mie­niem Ka­rin zde­cy­do­wa­ła się wy­dać książ­kę Wi­dzę mo­je dziec­ko we śnie, w któ­rej ostro wy­po­wie­dzia­ła się prze­ciw­ko abor­cji. Pu­bli­ka­cja wy­wo­ła­ła kon­ster­na­cję. Do­pó­ki pi­sa­rze i ar­ty­ści wy­stę­po­wa­li w obro­nie praw ho­mo­sek­su­ali­stów, praw zwie­rząt czy pra­wa do tzw. „wol­ne­go sek­su”, wszyst­ko by­ło w po­rząd­ku. Ale obro­na praw dzie­ci nie­na­ro­dzo­nych? To zde­cy­do­wa­nie nie mie­ści­ło się w ra­mach do­zwo­lo­nej po­praw­no­ści po­li­tycz­nej. Ka­rin Struck na­tych­miast zo­sta­ła od­su­nię­ta od ży­cia pu­blicz­ne­go, prze­sta­no za­pra­szać ją do pro­gra­mów te­le­wi­zyj­nych, prze­sta­no pro­po­no­wać jej wy­kła­dy, prze­sta­no wy­da­wać jej książ­ki. Sta­ła się zbyt nie­bez­piecz­na, bo na­pi­sa­ła praw­dę o so­bie. O so­bie, czy­li o ko­bie­cie, w któ­rej abor­cja znisz­czy­ła naj­głęb­szy in­stynkt – in­stynkt ma­cie­rzyń­ski.

Pi­sar­ka udo­wod­ni­ła, że syn­drom po­sta­bor­cyj­ny nie ma nic wspól­ne­go z rze­ko­my­mi na­ci­ska­mi, ja­kie ka­to­li­cy wy­wie­ra­ją na oso­by, któ­re do­ko­na­ły abor­cji (Ka­rin prze­szła na ka­to­li­cyzm do­pie­ro w la­tach 90.), ale wy­ni­ka ze zła­ma­nia pra­wa na­tu­ral­ne­go. Do­ty­czy ono każ­de­go, bez wzglę­du na wy­zna­wa­ną re­li­gię. „Lu­dzie bo­ją się po­wie­dzieć ko­bie­tom pro­stą praw­dę, że ich za­bi­te dziec­ko jest dziec­kiem. Za­miast te­go uda­ją, że nic wiel­kie­go się nie sta­ło i udzie­la­ją im w ten spo­sób roz­grze­sze­nia. Z pew­no­ścią więk­szość ko­biet jest ofia­ra­mi, któ­re już do­sta­tecz­nie moc­no zo­sta­ły uka­ra­ne, ale to nie zwal­nia ich od uświa­do­mie­nia so­bie tej praw­dy” – na­pi­sa­ła Ka­rin Struck w książ­ce Wi­dzę mo­je dziec­ko we śnie.

Pod­czas każ­dej abor­cji ma­my do czy­nie­nia z przy­naj­mniej dwie­ma ofia­ra­mi – nie­na­ro­dzo­nym dziec­kiem i je­go mat­ką. Mat­ką, któ­ra czę­sto do­ko­nu­je abor­cji ze stra­chu, sa­mot­no­ści, bra­ku wspar­cia a nie z zim­ne­go wy­ra­cho­wa­nia. Zwo­len­ni­cy abor­cji wma­wia­ją ko­bie­tom, któ­re cier­pią z po­wo­du syn­dro­mu po­sta­bor­cyj­ne­go (ze­spo­łu za­bu­rzeń psy­chicz­nych i fi­zycz­nych, bę­dą­cych wy­ni­kiem abor­cji) hi­ste­rię, nad­mier­ną wraż­li­wość, brak ra­cjo­nal­no­ści. Zmu­sza­ją je, że­by sie­dzia­ły ci­cho i nie mó­wi­ły o swo­ich uczu­ciach – nikt nie chce prze­cież zo­stać uzna­ny za hi­ste­ry­ka. Ka­rin Struck od­wa­ży­ła się im prze­ciw­sta­wić i za swo­ją po­sta­wę za­pła­ci­ła wy­so­ką ce­nę. Pu­bli­cy­sta i dzien­ni­karz Grze­gorz Gór­ny, wspo­mi­na­jąc swo­ją roz­mo­wę z pi­sar­ką, przy­to­czył sło­wa, któ­re usły­szał od niej na po­że­gna­nie: „Cóż ja mo­gę od­po­wie­dzieć na ar­gu­men­ty zwo­len­ni­czek abor­cji? Praw­dę. Tyl­ko praw­dę o so­bie”.

 

Ewa Rej­man

graf. Mag­da­le­na Zie­liń­ska /materiały PSOŻCz

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

 

Patriotyzm w kinie?

Mam ta­ką teo­rię: lu­bi­my fil­my pa­trio­tycz­ne i po­trze­bu­je­my ich.

Film pa­trio­tycz­ny? W sen­sie, że kicz?” Ta­ka re­ak­cja mo­że być dość czę­sta. Ale opi­nia ta ba­zu­je na przy­kła­dach nie­uda­nych. Na przy­kład w USA uda­ne, pa­trio­tycz­ne ki­no to nie jest sprzecz­ność. Tam pro­duk­cje o wy­dźwię­ku le­wi­co­wym czy li­be­ral­nym rów­nież od­wo­łu­ją się do po­czu­cia wspól­no­ty na­ro­do­wej i war­to­ści wy­ra­żo­nych w De­kla­ra­cji Nie­pod­le­gło­ści.

Rys pa­trio­tycz­ny fil­mu naj­le­piej ujaw­nia się w wąt­kach hi­sto­rycz­nych i po­li­tycz­nych. Więk­szość dzieł te­go ty­pu jest za­in­spi­ro­wa­na wy­da­rze­niem z prze­szło­ści al­bo opi­su­je ja­kąś sy­tu­ację spo­łecz­ną. Fa­bu­ła od­wo­łu­je się do po­zy­tyw­nych emo­cji wi­dza, któ­ry jest w sta­nie utoż­sa­mić się z re­pre­zen­to­wa­nym na ekra­nie na­ro­dem lub od­czu­wać więź z ja­kąś spo­łecz­no­ścią.

foto_01-01_04-2016

Ko­pal­nia po­my­słów Na­sze sce­na­riu­sze po­win­ny przede wszyst­kim czer­pać z pol­skiej kul­tu­ry, za­miast tyl­ko ko­pio­wać fa­bu­ły za­chod­nie. W pa­mię­ci po­ko­leń i w zu­peł­nie współ­cze­snej pro­ble­ma­ty­ce twór­cy od­naj­dą ko­pal­nię mo­ty­wów, in­spi­ru­ją­cych dla każ­de­go ga­tun­ku ki­na.

W hi­sto­rii Pol­ski prze­pla­ta­ją się wąt­ki tra­gicz­ne z ko­micz­ny­mi, jak w do­brym dra­ma­cie. W od­róż­nie­niu od Ame­ry­ka­nów nie mu­si­my jej ko­lo­ry­zo­wać, że­by nada­wa­ła się na osno­wę sce­na­riu­sza. Dzie­je Po­la­ków są wy­jąt­ko­wo burz­li­we na­wet na tle na­ro­dów o po­dob­nej sy­tu­acji po­li­tycz­nej.

W XIX w. zy­ska­li­śmy so­bie opi­nię bun­tow­ni­ków i wi­chrzy­cie­li, a jed­no­cze­śnie – ro­man­tycz­nych bo­ha­te­rów.

Aż do ru­chu „So­li­dar­no­ści” za­dzi­wia­li­śmy in­nych od­wa­gą, pro­wo­ku­jąc też gło­sy kry­ty­ku­ją­ce na­szą bra­wu­rę czy lek­ko­myśl­ność.

Nie­któ­rzy wy­ra­ża­ją oba­wę przed pa­te­tycz­ny­mi, bo­go­oj­czyź­nia­ny­mi pro­duk­cja­mi, któ­re bę­dą wy­sła­wia­ły bo­ha­te­rów bez ska­zy. To jed­nak nie jest ar­gu­ment prze­ciw­ko fil­mom pa­trio­tycz­nym, tyl­ko prze­ciw­ko gnio­tom.

Szcze­gól­nie, że ta­ka opo­wieść wca­le nie mu­si ide­ali­zo­wać na­szych bo­ha­te­rów. To czę­sto zwy­czaj­ni lu­dzie, któ­rzy speł­ni­li swo­ją po­win­ność i za to ma­my peł­ne pra­wo ich po­dzi­wiać.

A na­wet na­le­ży w ten spo­sób od­dać spra­wie­dli­wość lu­dziom, któ­rzy ry­zy­ko­wa­li ży­cie – i czę­sto je od­da­wa­li – za ist­nie­nie Pol­ski, po­strze­ga­ne przez nas ja­ko oczy­wi­stość.

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak

Magda Guziak-NowakDro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Za­da­nie do­mo­we z hi­sto­rii: wy­my­śl­cie spo­sób, aby opo­wie­dzieć swo­im ró­wie­śni­kom o Po­wsta­niu War­szaw­skim. I po­wsta­je film. Ama­tor­ski, ale z ty­sią­ca­mi od­słon na YouTu­be. Je­go twór­ca­mi są ucznio­wie z LO w Dę­bi­cy. Za­in­spi­ro­wa­na ich przy­kła­dem szu­kam in­nych, po­dob­nych hi­sto­rii.

I znaj­du­ję am­bit­nych na­sto­lat­ków, któ­rzy swój wol­ny czas po­świę­ca­ją na przy­go­dę z ka­me­rą i hi­sto­rią oraz od­da­nie hoł­du na­ro­do­wym bo­ha­te­rom. Tak po­wstał nasz te­mat nu­me­ru o ki­nie pa­trio­tycz­nym – nie za­wsze hol­ly­wo­odz­kim, cza­sem spóź­nio­nym, ale po­trzeb­nym. I my­ślę so­bie, że obok lektur–książek po­wi­nien po­ja­wić się ka­non fil­mów must watch – któ­re każ­dy Po­lak mu­si zo­ba­czyć. Za­tem w bie­żą­cej „Dro­dze” du­żo hi­sto­rii. Do­pó­ki nie prze­czy­ta­cie, nie prze­wra­caj­cie na na­stęp­ną stro­nę.

Wa­szej uwa­dze po­le­cam też roz­kła­dów­kę o spo­wie­dzi, któ­ra nie mu­si bar­dzo bo­leć. Co zro­bić w ko­lej­ce do spo­wie­dzi? Czy z grze­chów lek­kich trze­ba się spo­wia­dać? Jak się ze­brać, sko­ro idę, idę i zajść nie mo­gę…? Cen­nych wska­zó­wek, któ­re war­to prze­czy­tać przed wiel­ko­post­nym sa­kra­men­tem po­jed­na­nia, udzie­la kra­kow­ski ka­pu­cyn, szef Szko­ły Spo­wied­ni­ków.

Zaj­rzyj­cie też ko­niecz­nie do bar­dzo do­bre­go ar­ty­ku­łu o… po­czu­ciu wi­ny. Po co? Aby le­piej sie­bie po­znać i być dla sie­bie do­brym. By sta­wać się swo­im przy­ja­cie­lem, po­zwa­la­jąc so­bie na mó­wie­nie „nie”, kie­dy my­śli­my „nie”. A mo­że uczy­nić z te­go coś na kształt wiel­ko­post­ne­go po­sta­no­wie­nia? W szcze­gól­nym cza­sie, kie­dy roz­wa­ża­my Mę­kę i Śmierć Pa­na Je­zu­sa, ży­czę Wam, aby­ście nie za­po­mnie­li, że ma­my przed so­bą per­spek­ty­wę Zmar­twych­wsta­nia i Świę­ta Mi­ło­sier­dzia.

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny