Moje życie nie jest mniej warte

W paź­dzier­ni­ku te­go ro­ku or­ga­ni­za­cje po­za­rzą­do­we pró­bo­wa­ły do­pro­wa­dzić do uchwa­le­nia usta­wy, cał­ko­wi­cie za­ka­zu­ją­cej abor­cji. Część osób, sprze­ci­wia­ją­cych się te­mu roz­wią­za­niu zor­ga­ni­zo­wa­ła „czar­ny pro­test”. Je­go uczest­ni­cy wy­krzy­ki­wa­li, że „ni­ko­go nie moż­na zmu­szać do he­ro­izmu”, że „ko­bie­ta po­win­na mieć pra­wo wy­bo­ru”, że „każ­dy mo­że de­cy­do­wać o swo­im cie­le”, że „cza­sem le­piej się nie uro­dzić niż być ska­za­nym na cier­pie­nie”.

To przy­kła­dy tych de­li­kat­niej­szych ha­seł. Nie­któ­re by­ły tak po­ni­ża­ją­ce i ob­raź­li­we, że le­piej ich nie przy­ta­czać. Słu­cha­jąc tych ar­gu­men­tów, za­sta­na­wia­łam się, co mu­szą czuć oso­by nie­peł­no­spraw­ne al­bo po­czę­te w wy­ni­ku gwał­tu, kie­dy in­ni uzur­pu­ją so­bie pra­wo, że­by war­to­ścio­wać ich ży­cie. Kto im po­zwo­lił mó­wić, kto bę­dzie szczę­śli­wy, a ko­go le­piej „na za­pas” za­bić, kie­ru­jąc się „śmier­tel­nym” współ­czu­ciem”?

Mu­sisz nas bro­nić!

Przy­po­mi­na mi się sce­na z bio­gra­fii wy­bit­ne­go le­ka­rza, od­kryw­cy przy­czy­ny ze­spo­łu Do­wna – prof. Je­rômé Le­jeu­ne. Pew­ne­go ra­zu przy­szli do nie­go ro­dzi­ce z chłop­cem, cier­pią­cym na ze­spół Do­wna. Ma­lec pła­kał, był prze­ra­żo­ny, nie mógł się uspo­ko­ić. Ro­dzi­ce wy­ja­śni­li, że dzień wcze­śniej oglą­dał wraz z ni­mi de­ba­tę te­le­wi­zyj­ną, któ­rej uczest­ni­cy opo­wia­da­li o pra­wie do abor­cji cho­rych dzie­ci. Chłop­czyk rzu­cił się na szy­ję pro­fe­so­ra, krzy­cząc: mu­sisz nas bro­nić, chcą nas za­bić! Od tej po­ry prof. Je­rômé Le­jeu­ne jesz­cze moc­niej za­an­ga­żo­wał się w obro­nę ży­cia.

foto_01-02_25-2016

Hi­po­kry­zja

Ile po­dob­nych de­bat te­le­wi­zyj­nych oglą­da­li­śmy w ostat­nim cza­sie? Czy nie jest hi­po­kry­zją mó­wie­nie z jed­nej stro­ny o sza­cun­ku dla nie­peł­no­spraw­nych, o ko­niecz­no­ści nie­sie­nia im po­mo­cy, a z dru­giej stro­ny po­pie­ra­nie moż­li­wo­ści za­bi­ja­nia ich przed na­ro­dze­niem? Być mo­że du­ża część uczest­ni­ków „czar­ne­go pro­te­stu” nie zda­wa­ła so­bie spra­wy z te­go, co na­praw­dę po­pie­ra... Spe­cjal­nie dla Czy­tel­ni­ków „Dro­gi” swo­ją hi­sto­rię zgo­dzi­ła się opo­wie­dzieć Alek­san­dra Zie­liń­ska.

Nikt nie jest bez­war­to­ścio­wy

Na­zy­wam się Alek­san­dra Zie­liń­ska, mam 24 la­ta. Uro­dzi­łam się z wa­dą wro­dzo­ną – prze­pu­kli­ną opo­no­wo-rdze­nio­wą, zwa­ną też roz­sz­cze­pem krę­go­słu­pa. O tym, że mo­ja wa­da mo­gła­by sta­no­wić po­wód ska­za­nia mnie na śmierć przez abor­cję, do­wie­dzia­łam się, ma­jąc kil­ka­na­ście lat. W tym cza­sie gło­śna by­ła spra­wa Ali­cji Ty­siąc. Ko­bie­ty, któ­ra wy­gra­ła pro­ces prze­ciw­ko pań­stwu pol­skie­mu, po­nie­waż od­mó­wio­no jej pra­wa do abor­cji, po­mi­mo ry­zy­ka po­waż­ne­go uszko­dze­nia wzro­ku. (Mia­ło to sta­no­wić zła­ma­nie praw czło­wie­ka do po­sza­no­wa­nia ży­cia pry­wat­ne­go).

Me­dia sze­ro­ko roz­pi­sy­wa­ły się o tej spra­wie. Wte­dy wspo­mnia­no, że w Pol­sce abor­cji moż­na do­ko­nać w trzech przy­pad­kach, m.in. w przy­pad­ku wa­dy wro­dzo­nej lub ge­ne­tycz­nej. Szyb­ko do­da­łam jed­no do dru­gie­go. I tak oto, w wie­ku mniej wię­cej 14 lat, do­wie­dzia­łam się, że mo­je ży­cie jest nic nie war­te, bo je­stem cho­ra. To był dla mnie szok. Za­czę­łam stop­nio­wo po­sze­rzać swo­ją wie­dzę, czy­tać na te­mat abor­cji, wad, któ­re kwa­li­fi­ku­ją dziec­ko do tzw. usu­nię­cia, spo­so­bów prze­pro­wa­dza­nia „za­bie­gu”. Dys­ku­to­wa­łam z ludź­mi o róż­nych po­glą­dach. Przez ostat­nie dzie­sięć lat utwier­dzi­łam się w prze­ko­na­niu, że abor­cja jest zbrod­nią, któ­rą na­le­ży po­wstrzy­mać.

Roz­pła­ka­łam się

Przy oka­zji „czar­ne­go pro­te­stu” mo­ja ma­ma, zna­na dzien­ni­kar­ka, udzie­li­ła wy­wia­du dla jed­nej z ga­zet, w któ­rym po­wie­dzia­ła, że ja­ko mat­ka nie­peł­no­spraw­ne­go dziec­ka, zna­ją­ca re­alia te­go ży­cia i tej wal­ki, nie zmu­si­ła­by ko­bie­ty do uro­dze­nia cho­re­go dziec­ka. To był dla mnie cios. Sko­ro na­wet mo­ja ma­ma nie sta­je w obro­nie ta­kich dzie­ci jak ja, to kto ma być po ich stro­nie? Za­czę­ły­śmy roz­ma­wiać. Po­wiem szcze­rze – roz­pła­ka­łam się, bo ten te­mat jest dla mnie bar­dzo trud­ny. Ma­ma oczy­wi­ście od ra­zu mnie prze­pro­si­ła, ale uzna­ła, że sko­ro wy­po­wie­dzia­ła się pu­blicz­nie, pu­blicz­nie po­win­na mnie prze­pro­sić. Dla­te­go na­pi­sa­ła post na Fa­ce­bo­oku, któ­ry zo­stał udo­stęp­nio­ny po­nad ty­siąc ra­zy i po­lu­bio­ny przez pra­wie trzy ty­sią­ce osób. To po­ka­za­ło nam obu, jak bar­dzo bra­ku­je gło­sów lu­dzi, któ­rych spra­wa bez­po­śred­nio do­ty­czy. Dys­ku­tu­ją o tym po­li­ty­cy, dzia­ła­cze spo­łecz­ni, księ­ża, rza­dziej – mat­ki cho­rych dzie­ci. Pra­wie w ogó­le nie py­ta się o zda­nie osób, któ­re są cho­re. Któ­re uro­dzi­ły się, ży­ją i słu­cha­ją, że ich ży­cie jest nic nie war­te a ży­cie ich bli­skich to udrę­ka. To bu­dzi mój sprze­ciw. Nie zga­dzam się na ta­kie osą­dza­nie.

Żyć god­nie

Uwa­żam, że ży­cie każ­de­go czło­wie­ka jest war­to­ścio­we sa­mo w so­bie, bez wzglę­du na je­go uro­dę, sta­tus spo­łecz­ny, zdro­wie czy umie­jęt­no­ści. Każ­dy z nas mo­że to wszyst­ko stra­cić w jed­nej chwi­li. Czy sta­je się przez to bez­war­to­ścio­wy? NIE! Cie­szę się jed­nak, że wo­bec ca­łe­go te­go za­mie­sza­nia za­czę­to mó­wić nie tyl­ko o abor­cji, ale też o bar­dzo trud­nej sy­tu­acji osób nie­peł­no­spraw­nych i ich ro­dzin. Trze­ba wie­le zmie­nić w sys­te­mie opie­kuń­czym, służ­by zdro­wia i za­sił­ków. Mam na­dzie­ję, że na sa­mym spo­rze o abor­cję nie po­prze­sta­nie­my, ale stwo­rzy­my pań­stwo, w któ­rym każ­dy czło­wiek bę­dzie mógł żyć god­nie.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

 

Dzień święty święcić

Chrze­ści­ja­nie świę­tu­ją „świę­ty dzień” – nie­dzie­lę. W na­szej kul­tu­rze nie­dzie­la za­wsze róż­ni­ła się od in­nych dni. By­ła cza­sem, któ­ry spę­dza­li­śmy z ro­dzi­ną na roz­mo­wie, za­ba­wie, przy wspól­nych po­sił­kach i oczy­wi­ście – na wspól­nej Eu­cha­ry­stii. By­ła? Jak wy­glą­da dzi­siaj?

Uwień­cze­nie Stwo­rze­nia, pa­miąt­ka Zmar­twych­wsta­nia

Pan Bóg stwa­rzał świat przez sześć dni, siód­me­go zaś od­po­czął i świę­to­wał (Rdz 2, 1–3). Pierw­sze­go dnia ty­go­dnia Je­zus zmar­twych­wstał (Łk 24, 1–3). Każ­dy dzień jest świę­ty – nie ma co do te­go wąt­pli­wo­ści.

Jest jed­nak ta­ki dzień w ty­go­dniu, któ­ry jest szcze­gól­nie wy­róż­nio­ny. Mó­wi o tym Bi­blia, a za nią po­wta­rza KKK (2169): Pi­smo świę­te wspo­mi­na przy tym o dzie­le stwo­rze­nia: „W sze­ściu dniach bo­wiem uczy­nił Pan nie­bo, zie­mię, mo­rze oraz wszyst­ko, co jest w nich, w siód­mym zaś dniu od­po­czął. Dla­te­go po­bło­go­sła­wił Pan dzień sza­ba­tu i uznał go za świę­ty” (Wj 20, 11).

foto_01-01_25-2016

Świę­ta Trój­ca współ­cze­snej nie­dzie­li

To świę­ty te­le­wi­zor, bło­go­sła­wio­ny in­ter­net oraz jej wy­so­kość ga­le­ria han­dlo­wa. Ob­ra­zek: wsta­jesz ra­no (w nie­dzie­lę to mniej wię­cej ko­ło po­łu­dnia), że­by zna­leźć swo­je­go ta­tę, skła­da­ją­ce­go hołd bło­go­sła­wio­ne­mu in­ter­ne­to­wi przy uży­ciu lap­to­pa. Two­ja ma­ma z ko­lei wiel­bi świę­ty te­le­wi­zor, sior­biąc po­ran­ną ka­wę. Ty zmie­rzasz do kuch­ni, że­by z lo­dów­ki wy­grze­bać coś na śnia­da­nie, któ­re spo­ży­wasz w sa­mot­no­ści. Je­śli do­brze pój­dzie, wy­bie­rasz się do ko­ścio­ła (waż­ne: do ko­ścio­ła, nie do Je­zu­sa); cza­sem na­wet jest to ro­dzin­na wy­ciecz­ka. Póź­niej wspól­nie je­dzie­cie w od­wie­dzi­ny do jej wy­so­ko­ści ga­le­rii han­dlo­wej, by zło­żyć jej da­ni­nę z pie­nię­dzy, za­ro­bio­nych w dni ro­bo­cze.

Wspól­ne po­sił­ki na ra­tu­nek

Czy po­wyż­sze brzmi zna­jo­mo? Mam na­dzie­ję, że nie! Rze­czy­wi­stość jed­nak wy­glą­da tak bar­dzo czę­sto. Za­po­mnie­li­śmy o nie­dzie­li, o jej szcze­gól­nym, świę­tym wy­mia­rze. O tym, że ten dzień ma być po­świę­co­ny Bo­gu i ro­dzi­nie, ma być prze­zna­czo­ny na re­laks. Bo­li fakt, że nie­dziel­ny shop­ping, dla nas bę­dą­cy roz­ryw­ką, zmu­sza in­nych do pra­cy i unie­moż­li­wia im od­po­czy­nek. Czy chcesz od­bu­do­wać swo­je nie­dzie­le? Za­cznij od wspól­nych po­sił­ków. Za­pro­po­nuj ro­dzi­nie cho­ciaż je­den wspól­ny po­si­łek przy sto­le – śnia­da­nie, obiad, ko­la­cję – wszyst­ko jed­no. Niech to bę­dzie coś szcze­gól­ne­go, a nie reszt­ki od­grza­ne z wczo­raj (mo­że przy oka­zji na­uczysz się go­to­wać?). I ko­niecz­nie z de­se­rem. Nie roz­ma­wiaj­cie o szko­le, pra­cy, pie­nią­dzach – po­roz­ma­wiaj­cie o za­in­te­re­so­wa­niach, hob­by. Mo­że po­tem po­gra­cie w plan­szów­ki lub wy­bie­rze­cie się na spa­cer? Ko­niecz­ny bę­dzie jesz­cze dru­gi – waż­niej­szy – stół. Oł­tarz, gdzie bę­dzie­cie spo­ży­wać Cia­ło Chry­stu­sa, chleb ży­cia. Ro­dzi­na two­rzy do­mo­wy Ko­ściół, któ­ry jest czę­ścią ca­łe­go Ko­ścio­ła. To Eu­cha­ry­stia po­win­na spa­jać wa­sze ży­cie, po­ma­gać prze­zwy­cię­żać pro­ble­my co­dzien­no­ści, da­wać si­łę na ko­lej­ny ty­dzień. Sto­ły mu­szą być dwa – i krop­ka.

Ła­twiej niż Ci się wy­da­je

Po­cząt­ko­wo mo­że być cięż­ko, je­śli wy­szli­ście z wpra­wy, ale nie pod­da­waj się. Mo­że za kil­ka ty­go­dni to bę­dzie wasz no­wy, wspa­nia­ły zwy­czaj, któ­re­go nie bę­dzie­cie chcie­li za­mie­nić na nic in­ne­go? Jest na­praw­dę wie­le ro­dzin, któ­re w ten spo­sób świę­tu­ją nie­dzie­lę. Znasz ko­goś ta­kie­go? Mo­że u ko­le­gi z ław­ki jest ina­czej? Po­proś o ra­dę! A w do­mo­wym ka­len­da­rzu za­pisz to spo­tka­nie ja­ko waż­ne, za­pla­no­wa­ne wy­da­rze­nie ro­dzin­ne. Świę­ta Trój­ca współ­cze­snej nie­dzie­li nie po­mo­że Ci w bu­do­wa­niu re­la­cji ro­dzin­nych. Wspól­no­ta sto­łu – do­mo­we­go i te­go w Ko­ście­le – tak.

 

Sa­ra Ry­now­ska

Z głosem divy operowej

Z Ga­brie­la Swier­czek, uczest­nicz­ka pro­gra­mu Must Be The Mu­sic i Su­per­Dzie­ciak, roz­ma­wia Iwo­na Bin­czyc­ka-Ko­łacz.

Wy­stę­pem w pro­gra­mie „Must Be The Mu­sic” za­chwy­ci­łaś ju­ro­rów, pod­bi­łaś ser­ca pu­blicz­no­ści w stu­dio i wi­dzów przed te­le­wi­zo­ra­mi. Me­dia pi­sa­ły o To­bie: „pie­kiel­nie zdol­na”, „hip­no­ty­zer­ka pu­blicz­no­ści”, „ta­ki ta­lent to rzad­kość”.

– Cho­dzi­łam do szko­ły mu­zycz­nej I stop­nia do kla­sy for­te­pia­nu, gdy mo­ja na­uczy­ciel­ka od kształ­ce­nia słu­chu po­wie­dzia­ła mi, że po­win­nam śpie­wać, bo mam ład­ny głos. Śpie­wu uczy­łam się bar­dzo krót­ko – w kla­sie szó­stej szko­ły pod­sta­wo­wej przez pół ro­ku cho­dzi­łam na za­ję­cia po­po­łu­dnio­we z emi­sji gło­su do szko­ły mu­zycz­nej. Przed pro­gra­mem za­czę­łam ćwi­czyć – co dzień śpie­wa­łam go­dzi­nę. Nie chcia­łam prze­mę­czyć strun gło­so­wych. Przy­go­to­wy­wa­łam się sa­ma, bez po­mo­cy pro­fe­sjo­na­li­sty.

Tym bar­dziej ucie­szy­ło mnie cie­płe przy­ję­cie i wszyst­kie po­chleb­ne ko­men­ta­rze. By­łam usa­tys­fak­cjo­no­wa­na opi­nią Ko­ry: „To by­ło naj­lep­sze wy­ko­na­nie (tej arii – przyp. red.), naj­bar­dziej po­praw­ne, ze wszyst­kich wy­ko­nań do tej po­ry. Ma­my ósmą edy­cję i wy­ko­na­łaś to naj­le­piej i naj­czy­ściej z tych, któ­rych wy­słu­cha­li­śmy do­tąd. Masz pięt­na­ście lat i to bar­dzo do­bry wiek, że­by uczyć się śpie­wu ope­ro­we­go”.

foto_01-03_25-2016

Mi­mo mło­de­go wie­ku masz już spo­ro suk­ce­sów na kon­cie...

– Przy­go­dę sce­nicz­ną za­czę­łam dość wcze­śnie. Ma­jąc je­de­na­ście lat, po raz pierw­szy wzię­łam udział w kon­kur­sie pio­sen­ki, wy­stą­pi­łam na fe­sti­wa­lu Ta­len­ty Ma­ło­pol­ski, rok póź­niej na Ma­ło­pol­skim Fe­sti­wa­lu Śpie­wać i Grać Każ­dy Mo­że za­ję­łam w swo­jej ka­te­go­rii pierw­sze miej­sce, po­dob­nie jak w ko­lej­nej edy­cji te­go kon­kur­su. W 2012 ro­ku na Ma­ło­pol­skim Fe­sti­wa­lu Pio­sen­ki Pol­skiej w Zie­lon­kach znów by­łam pierw­sza. Po­tem za­ję­łam dru­gie miej­sce na Ogól­no­pol­skim Fe­sti­wa­lu w Opo­lu Pio­sen­ko­bra­nie (prze­wod­ni­czą­cym był Mie­tek Szcze­śniak). By­ło też wy­róż­nie­nie na Eu­ro­pej­skim Fe­sti­wa­lu In­ter­mu­za (któ­re­mu prze­wod­ni­czył Ja­cek Cy­gan) i pierw­sze miej­sce na Fe­sti­wa­lu Ży­cioś­pie­wa­nie Elż­bie­ty Woj­na­row­skiej. W 2013 r. otrzy­ma­łam ty­tuł Per­ła Po­wia­tu Kra­kow­skie­go. Rok póź­niej za­ję­łam pierw­sze miej­sce na Fe­sti­wa­lu Po­ezji Śpie­wa­nej w Ol­ku­szu. W ro­ku 2014 i 2015 mia­łam prze­rwę w kon­kur­sach. W 2016 ro­ku otrzy­ma­łam ty­tuł „Ta­lent Ma­ło­pol­ski 2016” oraz na­gro­dę Grand Prix te­go fe­sti­wa­lu. Do­tar­łam do fi­na­łu fe­sti­wa­lu Wy­graj Suk­ces w Tar­no­brze­gu. Mo­im naj­więk­szym osią­gnię­ciem w tym ro­ku jest ty­tuł Per­ła Po­wia­tu Kra­kow­skie­go 2016 – dzię­ki te­mu mia­łam oka­zję za­śpie­wać utwór Dum­ka na dwa ser­ca z Mie­czy­sła­wem Szcze­śnia­kiem.

W „Must Be The Mu­sic” za­śpie­wa­łaś arię O mio bab­bi­no ca­ro z ope­ry Gian­ni Schic­chi Gia­co­mo Puc­ci­nie­go. Czy to nie zbyt po­waż­ny re­per­tu­ar dla mło­dej dziew­czy­ny?

– Przy­go­dę ze śpie­wa­niem za­czę­łam od mu­zy­ki roz­ryw­ko­wej. Tuż przed wy­stę­pem w „Must Be The Mu­sic” stwier­dzi­łam, że spró­bu­ję kla­sy­ki. Mi­ło­ścią do mu­zy­ki ope­ro­wej za­pa­ła­łam już w dru­giej kla­sie szko­ły pod­sta­wo­wej. Wy­stę­po­wa­łam wte­dy przez czte­ry se­zo­ny w Ope­rze Kra­kow­skiej w mu­si­ca­lu dla dzie­ci pt. „Pan Ma­rim­ba”. W szó­stej kla­sie mu­sia­łam obro­nić dy­plom ukoń­cze­nia I stop­nia szko­ły mu­zycz­nej i zdać trud­ne eg­za­mi­ny. Z te­go wzglę­du zde­cy­do­wa­łam się zre­zy­gno­wać z udzia­łu w spek­ta­klu, choć zro­bi­łam to z wiel­kim ża­lem, bo świat ope­ry jest nie­sa­mo­wi­ty! Od tam­te­go cza­su słu­cham ope­ry. Aria O mio bab­bi­no ca­ro jest prze­pięk­na. Śpie­wa­nie jej do­star­cza nie­sa­mo­wi­tych emo­cji.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

W dzie­ciń­stwie czy­ta­łam książ­kę pt. „Pol­ly­an­na”. By­ła to hi­sto­ria dziew­czyn­ki, któ­ra bar­dzo chcia­ła do­stać lal­kę. Za­miast niej otrzy­ma­ła pocz­tą... or­to­pe­dycz­ne ku­le. Bo­ha­ter­ka czu­ła smu­tek, po­nie­waż nie do­sta­ła wy­ma­rzo­ne­go pre­zen­tu, ale jed­no­cze­śnie wiel­ką wdzięcz­ność, że ku­le nie są jej po­trzeb­ne. Od te­go cza­su Pol­ly­an­na ba­wi­ła się w ten spo­sób i sta­ra­ła się po­cie­szać wszyst­kich. Choć­by tym, ze za­wsze mo­że być go­rzej. Po­sta­wą wy­szu­ki­wa­nia do­bra i wdzięcz­no­ści za każ­dą, na­wet przy­krą sy­tu­ację, za­ra­ża­ła ca­łe swo­je oto­cze­nie.

Wdzięcz­ność ma po­tęż­ną moc.

Przy­no­si spo­kój i ra­dość. I wca­le nie cho­dzi o to, by za­kła­dać ró­żo­we oku­la­ry i nie do­strze­gać te­go, co trud­ne. Cho­dzi o za­uwa­że­nie i do­ce­nie­nie te­go, co do­bre, co bu­dzi po­zy­tyw­ne uczu­cia. Po­sta­wa wdzięcz­no­ści po­ma­ga­ła Pol­ly­an­nie przejść od lę­ku do od­wa­gi, od gnie­wu do prze­ba­cze­nia, od ża­lu do ak­cep­ta­cji.

Szko­da, że nie jest to po­pu­lar­ne uczu­cie, że czę­sto by­wa wręcz sy­no­ni­mem sła­bo­ści. Nie­za­leż­nie od te­go, jak nam się wie­dzie i ukła­da w ży­ciu, zbyt rzad­ko je­ste­śmy wdzięcz­ni. A na­wet je­śli, to tak ja­koś po ci­chu, tak jak­by był to wręcz po­wód do wsty­du. Tak się ja­koś przy­ję­ło, że ła­twiej na­rze­kać, ma­ru­dzić i oka­zy­wać nie­za­do­wo­le­nie.

Wdzięcz­ność to jed­no wiel­kie „dzię­ku­ję” dla ota­cza­ją­ce­go świa­ta. To do­ce­nie­nie wszyst­kie­go, co dzie­je się do­oko­ła, co spo­ty­ka Cię każ­de­go dnia, na każ­dym kro­ku. Za co mo­żesz być wdzięcz­ny? Teo­re­tycz­nie i prak­tycz­nie… za wszyst­ko! Prze­cież jest Ci mi­ło, kie­dy ktoś Ci po­mo­że, cie­szysz się, że Two­ja kla­sa wy­gra­ła mecz, że Twój pies mer­da ogo­nem, kie­dy cię zo­ba­czy. Że bi­je Two­je ser­ce, mo­żesz pa­trzeć, od­dy­chać, czuć, po­zna­wać. Że masz wy­obraź­nię, z któ­rej ko­rzy­stasz. Że No­wy Rok tuż tuż, a w nim no­we pla­ny i moż­li­wo­ści. Jest mnó­stwo rze­czy, za któ­re moż­na być wdzięcz­nym: od pro­za­icz­nych, po te nie­prze­cięt­ne. Po­myśl, jak wy­glą­da­ło­by Two­je ży­cie, gdy­byś ju­tro obu­dził się bez tych rze­czy, za któ­re dzi­siaj nie oka­zu­jesz wdzięcz­no­ści?

Dla­te­go za­chę­cam Cię do prak­ty­ko­wa­nia po­sta­wy wdzięcz­no­ści. A mo­że stwo­rzysz księ­gę wdzięcz­no­ści? Mo­żesz do niej wkle­jać zdję­cia, wy­cin­ki z cza­so­pism, któ­re bu­dzą po­zy­tyw­ne sko­ja­rze­nia. Za­pi­suj w niej ulu­bio­ne cy­ta­ty czy wier­sze, opisz ra­do­sne, mi­łe i do­bre prze­ży­cia. Za­wsze, gdy ją otwo­rzysz, po­czu­jesz wdzięcz­ność.

By­cie wdzięcz­nym zmie­nia ota­cza­ją­cą rze­czy­wi­stość, dzię­ki niej świat sta­je się o pa­rę punk­tów pro­cen­to­wych lep­szy. Phil Bos­mans na­pi­sał: „Żyć to zna­czy oka­zy­wać wdzięcz­ność za sło­necz­ny blask i mi­łość, za cie­pło i czu­łość, któ­rych jest tak wie­le w lu­dziach i rze­czach”.

Do­ce­niaj­my więc to, co ma­my i dzię­kuj­my za to.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Pułapka perfekcji

Książ­ki sto­ją­ce rów­niut­ko w rząd­ku, biur­ko bez żad­nej zbęd­nej rze­czy, ubra­nia ide­al­nie po­skła­da­ne. Wszyst­ko w ter­mi­nie i na sto pro­cent. Czy by­cie per­fek­cjo­ni­stą po­pra­wia ja­kość ży­cia, czy jest go­ni­twą za nie­osią­gal­ną do­sko­na­ło­ścią?

Ni­gdy nie po­do­ba mi się to, co zro­bi­łem, po­nie­waż za­wsze wy­da­je mi się, że mo­głem to zro­bić le­piej”. „Gdy za­czy­nam coś ro­bić, je­stem peł­na za­pa­łu i po­my­słów, ale efekt po­wo­du­je, że czu­ję się bez­na­dziej­ne”. „Nie po­tra­fię ro­bić cze­goś na pół gwizd­ka, za­wsze da­ję z sie­bie wszyst­ko” – brzmi zna­jo­mo? Jak uwol­nić się z pu­łap­ki per­fek­cjo­ni­zmu?

foto_01-03_24-2016

Naj­lep­szy we wszyst­kim

Per­fek­cjo­ni­sta do­trzy­ma ter­mi­nu, choć­by miał za­rwać pół no­cy. Za­wsze jest przy­go­to­wa­ny do spraw­dzia­nu, nie za­sko­czy go żad­na od­po­wiedź ust­na. Naj­chęt­niej wszyst­ko ro­bi sam, po­nie­waż tyl­ko wte­dy ma pew­ność, że jest to zro­bio­ne wła­ści­wie. Z tru­dem zno­si tych, któ­rzy nie są do­sko­na­li: spóź­nia­ją się, są nie­do­kład­ni i nie przej­mu­ją się, je­śli o czymś za­po­mną.

Mo­ja przy­ja­ciół­ka miesz­ka­ła w aka­de­mi­ku z ko­le­żan­ką, któ­ra ob­se­syj­nie sprzą­ta­ła. Nie po­szła spać, je­śli na­czy­nia w zle­wie nie by­ły umy­te. Kie­dy ro­bi­ły im­pre­zę, po któ­rej go­ście roz­cho­dzi­li się nad ra­nem, mu­sia­ła wszyst­ko po­sprzą­tać i każ­dą rzecz odło­żyć na miej­sce. Lu­bi­ła bu­dzić się w ide­al­nie czy­stym miesz­ka­niu. Dziew­czy­ny nie wy­trzy­ma­ły ze so­bą dłu­go.

Pół­środ­ki nie ist­nie­ją

Skraj­ny per­fek­cjo­nizm jest sprzecz­ny z rze­czy­wi­sto­ścią, po­nie­waż świat nie jest do­sko­na­ły. Per­fek­cjo­ni­sta ni­gdy nie bę­dzie za­do­wo­lo­ny ani z sie­bie, ani z przy­ja­ciół czy człon­ków ro­dzi­ny. Po­za tym per­fek­cjo­nizm nie­sie za so­bą okre­ślo­ne kosz­ty. Dą­że­nie do by­cia co­raz lep­szym po­win­no być ce­lem każ­de­go z nas, ale trze­ba za­cho­wać umiar. Nad­mier­ne wy­ma­ga­nia wy­wo­łu­ją stres a na­wet sta­ny cho­ro­bo­we. Cho­ciaż z dru­giej stro­ny, by­cie ide­al­nym ma swo­je plu­sy. Per­fek­cjo­ni­sta ni­gdy z ni­czym się nie spóź­nia, więc moż­na na nie­go li­czyć. Nie mar­nu­je cza­su, jest su­mien­ny i za­wsze do­trzy­mu­je sło­wa.

Wy­so­kie kosz­ty

Lu­dzie ma­ją­cy we­wnętrz­ną po­trze­bę, aby zro­bić wszyst­ko naj­le­piej jak się da, nie ma­ją ła­twe­go ży­cia. Każ­de­go dnia mu­szą udo­wad­niać so­bie i świa­tu, że to, co ro­bią jest war­to­ścio­we. Ich po­stę­po­wa­nie moż­na po­rów­nać do cho­mi­ka bie­gną­ce­go w ko­ło­wrot­ku. Na­wet je­śli oto­cze­nie mó­wi, że już jest do­brze, że mo­że od­pu­ścić, on bie­gnie wciąż i wciąż.

Nie po­tra­fi od­czu­wać za­do­wo­le­nia ze zre­ali­zo­wa­ne­go za­da­nia, tyl­ko cią­gle dą­ży do nie­osią­gal­ne­go ide­ału. Je­go dzia­ła­nie przy­po­mi­na olim­pij­ską de­wi­zę: „szyb­ciej, wy­żej, moc­niej”. Dą­że­nie do per­fek­cji jest z gó­ry ska­za­ne na po­raż­kę, a po­raż­ki per­fek­cjo­ni­sta nie jest w sta­nie przy­jąć – i ko­ło się za­my­ka.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Przyjaciele Jezusa

Ich Kró­lem jest Je­zus Eu­cha­ry­stycz­ny. Ad­o­ru­ją Go w Naj­święt­szym Sa­kra­men­cie. Ży­ją Sło­wem Bo­żym, ko­cha­ją bliź­nich – są po pro­stu świad­ka­mi Je­zu­sa.

Eu­cha­ry­stycz­ny Ruch Mło­dych (ERM) wy­wo­dzi się z Kru­cja­ty Eu­cha­ry­stycz­nej, za­ło­żo­nej przez o. Bessier’a, je­zu­itę, w 1916 r. Kru­cja­tę do Pol­ski spro­wa­dzi­ła św. Ur­szu­la Le­dó­chow­ska. Kru­cja­ta prze­kształ­ci­ła się w Eu­cha­ry­stycz­ny Ruch Mło­dych, gdy pa­pież Jan XXIII za­su­ge­ro­wał zmia­nę jej na­zwy. Obec­nie ERM dzia­ła w wie­lu kra­jach świa­ta. Na­le­żą do nie­go… trzy mi­lio­ny dzie­ci i mło­dzie­ży, w któ­rych ży­ciu cen­tral­ne miej­sce zaj­mu­je Eu­cha­ry­stia. Człon­kiem moż­na zo­stać po przy­stą­pie­niu do I Ko­mu­nii św. Na­le­żą­cym do ru­chu przy­świe­ca­ją czte­ry głów­ne ce­le: ży­cie Eu­cha­ry­stią, czy­ta­nie Ewan­ge­lii, ko­cha­nie bliź­nich i by­cie trzy­na­stym apo­sto­łem, gło­szą­cym na co dzień Do­brą No­wi­nę.

foto_01-02_24-2016

Żół­te chu­s­ty i od­zna­ki

Jed­na z pol­skich grup spo­ty­ka się przy pa­ra­fii św. An­to­nie­go z Pa­dwy w Zduń­skiej Wo­li. Na­le­ży do niej oko­ło 20 osób – od uczniów szko­ły pod­sta­wo­wej do li­ce­ali­stów. Wspól­no­ta udzie­la się w pa­ra­fii: bie­rze udział w uro­czy­sto­ściach, na­bo­żeń­stwach ró­żań­co­wych i Dro­dze Krzy­żo­wej. W każ­dą pierw­szą nie­dzie­lę mie­sią­ca w cza­sie Mszy św. dla dzie­ci jej człon­ko­wie czy­ta­ją czy­ta­nia, śpie­wa­ją i pro­wa­dzą ad­o­ra­cję Pa­na Je­zu­sa w Naj­święt­szym Sa­kra­men­cie. Wspól­no­ta to pa­ra­fial­na służ­ba li­tur­gicz­na. Ma spe­cjal­ne, wy­róż­nia­ją­ce ją stro­je, w któ­rych uczest­ni­czy w Eu­cha­ry­stii: żół­te chu­s­ty i sza­ty, ozna­cza­ją­ce świa­tło i ma­je­stat Bo­ga oraz od­zna­ki – krzyż, oto­czo­ny ko­łem z na­pi­sem „Kró­luj nam, Chry­ste!”. Naj­star­si otrzy­mu­ją krzy­że na szy­ję, kształ­tem przy­po­mi­na­ją­ce skró­co­ne imię Chry­stu­sa.

For­ma­cja i roz­ryw­ka

Co­ty­go­dnio­we spo­tka­nia za­czy­na­ją się ad­o­ra­cją Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu. – Na kar­tecz­kach pi­sze­my ano­ni­mo­wo krót­kie mo­dli­twy: „Pa­nie Je­zu, dzię­ku­ję Ci za…”, „Pa­nie Je­zu, pro­szę Cię o…”. Są zwią­za­ne z tym, co zda­rzy­ło się w cią­gu ty­go­dnia i z tym, na co cze­ka­my w nad­cho­dzą­cych dniach – opo­wia­da Jo­an­na Staw­ska, ka­te­chet­ka i ani­ma­tor­ka ERM, dzia­ła­ją­ce­go przy pa­ra­fii w Zduń­skiej Wo­li. – Kar­tecz­ki wrzu­ca­my do spe­cjal­ne­go ko­szycz­ka. Lo­su­je­my jed­ną z nich i klę­ka­my przed ta­ber­na­ku­lum. W cza­sie pro­wa­dzo­nej prze­ze mnie mo­dli­twy od­czy­tu­je­my wy­lo­so­wa­ne dzięk­czy­nie­nia i proś­by – wy­ja­śnia. Ad­o­ra­cji to­wa­rzy­szy śpiew. Koń­czy ją od­mó­wie­nie pią­tej ta­jem­ni­cy świa­tła – usta­no­wie­nia Eu­cha­ry­stii. Na­stęp­nie gru­pa uda­je się na spo­tka­nie for­ma­cyj­ne. Oma­wia te­ma­ty zwią­za­ne z ro­kiem li­tur­gicz­nym, ta­jem­ni­cą Eu­cha­ry­stii i po­sta­cia­mi świę­tych. Czę­sto za­glą­da do Pi­sma św. Na warsz­ta­tach do­ty­czą­cych roz­wo­ju oso­bi­ste­go, do­wia­du­je się też m.in., jak ra­dzić so­bie z ne­ga­tyw­ny­mi emo­cja­mi. Spo­tka­nia uroz­ma­ica­ją za­ba­wy ak­ty­wi­zu­ją­ce. Gru­pa wy­jeż­dża na wy­ciecz­ki i co ro­ku bie­rze udział w Ogól­no­pol­skich Dniach Wspól­no­ty, któ­re są cza­sem wspól­ne­go świę­to­wa­nia.

Roz­wi­jać wia­rę

ERM uczy mi­ło­ści do Eu­cha­ry­stii, Pi­sma św., bliź­nie­go i Oj­czy­zny. Głów­ny na­cisk po­ło­żo­ny jest na Eu­cha­ry­stię i ad­o­ra­cję Naj­święt­sze­go Sa­kra­men­tu. – Grup­ka tę­sk­ni za ad­o­ra­cja­mi – cie­szy się Jo­an­na Staw­ska. Wszy­scy wie­dzą, co dzie­je się w cza­sie Mszy św. Roz­wi­ja­ją swo­ją wia­rę i ma­ją moż­li­wość prze­by­wa­nia w gro­nie osób, któ­re wy­zna­ją te sa­me za­sa­dy. Po ukoń­cze­niu sze­ścio­eta­po­wej for­ma­cji każ­dy mo­że od­na­leźć swo­je miej­sce w in­nych wspól­no­tach. ERM da­je so­lid­ne pod­sta­wy do dal­sze­go roz­wi­ja­nia du­cho­wo­ści. Otwie­ra na co­raz do­sko­nal­sze bu­do­wa­nie wię­zi z Je­zu­sem. Cho­dzi o to, by być Je­go uśmiech­nię­tym świad­kiem w szko­le, w do­mu i w cza­sie gry w pił­kę noż­ną.

Wię­cej: www.erm.pl

 

Aga­ta Goł­da

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Polacy pomagali Żydom, kiedy świat milczał

Nikt w Eu­ro­pie nie zro­bił pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej ty­le, co wła­dze Pol­skie­go Pań­stwa Pod­ziem­ne­go i Rząd Rze­czy­po­spo­li­tej na Uchodź­stwie, by za­alar­mo­wać świat o dra­ma­cie Ży­dów w Pol­sce pod nie­miec­ką oku­pa­cją. War­to o tym pa­mię­tać, kie­dy czy­ta­my w za­chod­niej pra­sie o „pol­skich obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych”, „tra­dy­cyj­nym pol­skim an­ty­se­mi­ty­zmie” lub „licz­nych po­gro­mach, do­ko­ny­wa­nych przez Po­la­ków na Ży­dach”.

74 la­ta te­mu, 10 grud­nia 1942 ro­ku, wła­dze pol­skie w Lon­dy­nie opu­bli­ko­wa­ły w ma­so­wym na­kła­dzie an­glo­ję­zycz­ną szes­na­sto­stro­ni­co­wą bro­szu­rę „Ma­so­wa eks­ter­mi­na­cja Ży­dów w oku­po­wa­nej przez Niem­ców Pol­sce”, któ­rą roz­pro­wa­dza­ły przez pol­skie pla­ców­ki dy­plo­ma­tycz­ne i kon­su­lar­ne. Chcia­no w ten spo­sób roz­po­wszech­nić wie­dzę o lu­do­bój­stwie Ży­dów i zmu­sić świat do pod­ję­cia kro­ków, po­wstrzy­mu­ją­cych nie­miec­ką ma­sa­krę.

foto_01-01_24-2016

Trzon do­ku­men­tu sta­no­wi­ła no­ta Rzą­du Pol­skie­go na te­mat sy­tu­acji Ży­dów, wy­li­cza­ją­ca zbrod­nie nie­miec­kie. Obej­mo­wa­ła tak­że wy­kaz dzia­łań in­for­ma­cyj­nych i pro­te­sta­cyj­nych rzą­du pol­skie­go oraz wzy­wa­ła Za­chód do za­po­bie­że­nia cał­ko­wi­tej eks­ter­mi­na­cji Ży­dów.

Osiem­na­ście mi­nut praw­dy

Pod­sta­wo­we in­for­ma­cje do opra­co­wa­nia no­ty przy­wiózł z kra­ju ku­rier Jan Kar­ski. To na­ocz­ny świa­dek Ho­lo­kau­stu, któ­ry je­sie­nią 1942 ro­ku prze­ka­zał pre­mie­ro­wi Wła­dy­sła­wo­wi Si­kor­skie­mu a tak­że po­li­ty­kom bry­tyj­skim i ame­ry­kań­skim oraz przed­sta­wi­cie­lom or­ga­ni­za­cji ży­dow­skich w Ame­ry­ce Pół­noc­nej ra­port o sys­te­ma­tycz­nym mor­do­wa­niu ca­łe­go na­ro­du. Na­uczył się go na pa­mięć i – że­by nie nu­dzić słu­cha­czy – stresz­czał go naj­szyb­ciej, jak po­tra­fił: w osiem­na­ście mi­nut. We wpły­wo­wych śro­do­wi­skach dzien­ni­kar­skich, po­li­tycz­nych i dy­plo­ma­tycz­nych prze­ka­zy­wał bez­cen­ne in­for­ma­cje, za ze­bra­nie któ­rych wie­lu lu­dzi ry­zy­ko­wa­ło ży­ciem. Nikt nie da­wał mu wia­ry, a pre­zy­dent Fran­klin De­la­no Ro­ose­velt prze­rwał wy­po­wiedź Po­la­ko­wi, by za­py­tać, czy to praw­da, że Niem­cy kon­fi­sku­ją ko­nie pol­skim chło­pom. Kar­skie­go nie chcie­li też słu­chać wpły­wo­wi Ży­dzi w USA.

Rząd Pol­ski ja­ko przed­sta­wi­ciel le­gal­nej wła­dzy na ob­sza­rach, na któ­rych Niem­cy sto­su­ją sys­te­ma­tycz­ne tę­pie­nie oby­wa­te­li pol­skich i oby­wa­te­li po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go wie­lu in­nych na­ro­do­wo­ści, uwa­ża za swój obo­wią­zek zwró­ce­nie się do Rzą­dów Na­ro­dów Zjed­no­czo­nych w szcze­rym prze­ko­na­niu, że […] Niem­com zo­sta­nie sku­tecz­nie unie­moż­li­wio­ne sto­so­wa­nie w dal­szym cią­gu ich me­tod ma­so­we­go mor­du” – pi­sa­li przed­sta­wi­cie­le wciąż wal­czą­ce­go na­ro­du pol­skie­go.

 

An­na Ze­chen­ter

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

Już jest bli­sko, co­raz bli­żej... Ad­went się koń­czy, ro­ra­ty mi­ja­ją... Czy je­steś go­to­wy na przyj­ście Pa­na? Przy­go­to­wa­ny na Bo­że Na­ro­dze­nie? Czy Two­je „szy­ko­wa­nie się” do świąt ogra­ni­czy się tyl­ko do te­go, że po­mo­żesz ma­mie po­sprzą­tać dom od gó­ry do do­łu, za­glą­da­jąc do naj­mniej­szych za­ka­mar­ków? Że wy­trze­piesz dy­wa­ny, umy­jesz okna i bę­dziesz ku­po­wać, ku­po­wać, ku­po­wać...? Bo co to się sta­nie, gdy lu­stra nie bę­dą błysz­czeć? Al­bo nie ugo­tu­jesz (stu) dwu­na­stu po­traw? Al­bo gdy pre­zen­tów za­brak­nie? Stra­aaasz­nie bę­dzie! Świę­ta się nie uda­dzą i na­stą­pi do­mo­wy ko­niec świa­ta!

Za­sta­na­wiam się, zu­peł­nie se­rio, co na to wszyst­ko Mat­ka Bo­ża. W dzie­wią­tym mie­sią­cu cią­ży je­dzie do Be­tle­jem. Sprzą­ta, my­je, ku­pu­je? Nie... Ro­dzi, owi­ja w pie­lusz­ki i ukła­da w żło­bie. Że in­ne cza­sy? To praw­da. Ty­le że... cze­ka­my na te­go sa­me­go, ma­łe­go Bo­ga-Czło­wie­ka.

Ad­went to czas tę­sk­no­ty. Po­myśl, czy ru­ty­na, za­pa­trze­nie w sie­bie, cią­gły pęd ży­cia, Two­je pro­ble­my i grze­chy nie prze­sło­ni­ły Ci Świa­tła, któ­re przy­cho­dzi. W tym nu­me­rze za­da­je­my py­ta­nie (re­to­rycz­ne?): Czy znaj­dę wia­rę, jak przyj­dę? W tek­ście Mi­cha­ła Nie­niew­skie­go prze­czy­tasz, że ad­went wy­ra­ża ocze­ki­wa­nie Ko­ścio­ła na po­dwój­ne przyj­ście Chry­stu­sa. W pierw­szym okre­sie ak­cent po­ło­żo­ny jest na pa­ru­zję, czy­li osta­tecz­ne przyj­ście Chry­stu­sa na koń­cu świa­ta. Ostat­ni ty­dzień ad­wen­tu przy­go­to­wu­je na­to­miast bez­po­śred­nio do na­ro­dze­nia Pa­na Je­zu­sa. Czy­ta­my wte­dy dra­ma­tycz­ne na­wo­ły­wa­nia pro­ro­ków, któ­rzy, pod­kre­śla­jąc zbli­ża­ją­cy się kres cza­su, za­chę­ca­li do na­wró­ce­nia. Ko­ściół przy­po­mi­na też o na­dziei, zwią­za­nej z po­now­nym przyj­ściem Pa­na.

Już jest bli­sko, co­raz bli­żej... Czy je­steś go­to­wy? Jesz­cze jest kil­ka dni. Jesz­cze jest czas. Nie zmar­nuj go.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Lecąc z łabędziami

Jed­na ko­bie­ta, sie­dem ty­się­cy ki­lo­me­trów, je­de­na­ście kra­jów. Tak moż­na krót­ko pod­su­mo­wać pro­jekt Fli­ght of the Swans.

Ko­bie­ta – Ła­będź

Uro­dzo­na w Au­stra­lii Sa­cha Dench jest sze­fo­wą dzia­łu me­dial­ne­go WWT (Wild­fowl and We­tlands Trust – Fun­da­cja na Rzecz Ochro­ny Pta­ków Mo­kra­dło­wych i ich Sie­dlisk). Od 8 lat la­ta na pa­ra­lot­ni i pa­ra­mo­to­lot­ni. Na pod­nieb­nych szla­kach czu­je się jak u sie­bie. Po­sta­no­wi­ła więc wy­ru­szyć z pół­noc­nych krań­ców sy­be­ryj­skiej tun­dry do Slim­brid­ge na za­cho­dzie An­glii. To tra­sa mi­gra­cji ła­bę­dzi czar­no­dzio­bych (łac. Cy­gnus be­wic­kii). Sa­cha prze­le­ci ją na pa­ra­mo­to­lot­ni! Pra­gnie zwró­cić uwa­gę na kwe­stię ochro­ny tych pięk­nych pta­ków, zwa­nych be­wi­ka­mi. Jesz­cze w 1995 ro­ku by­ło ich 29 ty­się­cy, dziś ta licz­ba jest mniej­sza o bli­sko po­ło­wę. I da­lej ma­le­je! Nie­zwy­kła eks­pe­dy­cja Sa­chy ma od­po­wie­dzieć: dla­cze­go? Oraz na dru­gie py­ta­nie: Co zro­bić, aby za­cho­wać te pięk­ne pta­ki?

foto_01-03_23-2016

Na prze­ło­mie paź­dzier­ni­ka i li­sto­pa­da mo­gli­śmy oglą­dać Sa­chę na pol­skim nie­bie, go­ści­ła tak­że w Go­nią­dzu nad Bie­brzą, Byd­gosz­czy, Na­kle oraz Słoń­sku.

Te­sty w lo­dów­ce i su­rvi­val z niedź­wie­dziem

Jak prze­trwać, tkwiąc go­dzi­na­mi w tej sa­mej po­zy­cji, na wy­so­ko­ści po­nad 100 me­trów, przy pręd­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu km/h? Naj­waż­niej­sze jest od­po­wied­nie przy­go­to­wa­nie: od spe­cjal­nych te­stów w wiel­kich lo­dów­kach, z któ­rych ko­rzy­sta­ją po­lar­ni­cy, przez zi­mo­we tre­nin­gi kon­dy­cyj­ne aż po su­rvi­val z sy­mu­la­cją ata­ku niedź­wie­dzia. Waż­ne jest rów­nież utrzy­ma­nie w cza­sie lo­tu wła­ści­wej tem­pe­ra­tu­ry cia­ła – tu z po­mo­cą przy­cho­dzą naj­now­sza tech­no­lo­gia oraz obu­wie i rę­ka­wi­ce z wmon­to­wa­ny­mi pod­grze­wa­cza­mi.

Sa­cha roz­po­czę­ła swo­ją po­dróż w tym sa­mym cza­sie, co pierw­sze ła­bę­dzie – oko­ło 10 wrze­śnia. Wy­ru­szy­ła z re­jo­nu Ar­chan­giel­ska, na da­le­kiej ro­syj­skiej pół­no­cy. Naj­pierw le­cia­ła wzdłuż ark­tycz­nych wy­brze­ży Ro­sji, po­tem za­trzy­ma­ła się w Fin­lan­dii i Es­to­nii. Ko­lej­ne przy­stan­ki to Ło­twa, Li­twa, Pol­ska, Niem­cy, Da­nia, Ho­lan­dia, Bel­gia i Fran­cja. Jej ce­lem jest an­giel­ski re­zer­wat Slim­brid­ge, gdzie każ­de­go ro­ku zi­mu­je oko­ło 300 be­wi­ków. Znaj­du­je się tam rów­nież cen­trum edu­ka­cji, ży­wy bank ge­nów rzad­kich ga­tun­ków oraz waż­ny ośro­dek ba­daw­czy. To tak­że głów­na sie­dzi­ba WWT. Tam też wszyst­ko się za­czę­ło – od be­wic­ków, her­bo­wych pta­ków sto­wa­rzy­sze­nia, któ­re na po­cząt­ku lat 60. ubie­głe­go wie­ku za­czę­ły lą­do­wać na mo­kra­dłach za okna­mi do­mu ro­dzi­ny Scot­tów, fun­da­to­rów WWT. Dziś na Wy­spach Bry­tyj­skich zlo­ka­li­zo­wa­nych jest dzie­więć re­zer­wa­tów, któ­re każ­de­go ro­ku od­wie­dza łącz­nie po­nad mi­lion osób. Sto­wa­rzy­sze­nie zrze­sza wię­cej niż 200 ty­się­cy człon­ków, pra­cu­je w nim 350 osób oraz 700 wo­lon­ta­riu­szy.

Wier­ny jak... ła­będź

Czy wiesz, że ła­bę­dzie zna­ne są z lo­jal­no­ści i przy­wią­za­nia do sie­bie oraz do miejsc, w któ­rych ży­ją? Be­wi­ki naj­czę­ściej wią­żą się w pa­ry, gdy skoń­czą trzy la­ta. Jed­nak nie od ra­zu za­kła­da­ją wła­sne ro­dzi­ny. Pi­sklę­ta u tak mło­dych pta­ków są wy­jąt­kiem. By­wa, że znacz­nie prze­dłu­ża się okres cho­dze­nia ze so­bą (a tak­że la­ta­nia i pły­wa­nia). Sta­ty­stycz­ne mał­żeń­stwo be­wi­ków trwa trzy i pół ro­ku. Związ­ki tych naj­wier­niej­szych i naj­bar­dziej lo­jal­nych z ła­bę­dzi roz­pa­da­ją się głów­nie z po­wo­du śmier­ci jed­ne­go z part­ne­rów. Przez po­nad 50 lat szcze­gó­ło­wych ob­ser­wa­cji ty­się­cy be­wi­ków zi­mu­ją­cych w An­glii od­no­to­wa­no tyl­ko dwa roz­wo­dy!

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

Nie wiem nawet, kiedy się urodziłem

Pa­trząc na brud­ne, głod­ne, po­zba­wio­ne do­mu a czę­sto i ro­dzi­ców dzie­ci, miesz­ka­ją­ce na afry­kań­skich uli­cach, nie­któ­rzy mó­wią: le­piej by by­ło dla tych dzie­ci, gdy­by się nie na­ro­dzi­ły. Ri­chard Sem­pa­la był ta­kim dziec­kiem.

– Nie wiem na­wet, kie­dy się uro­dzi­łem. Nie mam po­ję­cia, kim by­li moi ro­dzi­ce – mó­wi Ri­chard. Praw­do­po­dob­nie po­rzu­co­nym przez ro­dzi­nę ma­lu­chem opie­ko­wa­ły się in­ne bez­dom­ne dzie­ci. Cza­sem da­ły mu do je­dze­nia to, co zna­la­zły, cza­sem przy­kry­ły zdo­by­tym ko­cem. W Ugan­dzie ma­łe, przy­mie­ra­ją­ce gło­dem dziec­ko, ży­ją­ce na uli­cy, ni­ko­go spe­cjal­nie nie dzi­wi­ło. Ri­chard prze­żył. Zna­lazł go pe­wien męż­czy­zna, Rev. Ke­fa, któ­ry bez za­sta­no­wie­nia za­opie­ko­wał się chłop­cem i za­pew­nił mu względ­nie nor­mal­ne dzie­ciń­stwo. Oprócz Ri­char­da przy­gar­nął oko­ło trzy­stu in­nych sie­rot. Ke­fa wie­rzył w Bo­ga, w Je­go opie­kę i tę wia­rę prze­ka­zał swo­im wy­cho­wan­kom. Ri­chard nie miał dość pie­nię­dzy, aby do­stać się do college’u. Je­den z na­uczy­cie­li z po­bli­skiej szko­ły po­zwo­lił mu uczyć in­for­ma­ty­ki – po wcze­śniej­szym krót­kim kur­sie przy­go­to­waw­czym.

foto_01-02_23-2016

Kil­ka­set ura­to­wa­nych

Od tej po­ry Ri­chard pra­co­wał z mło­dy­mi ludź­mi, któ­rzy w swo­im krót­kim ży­ciu prze­szli już nie­praw­do­po­dob­nie trud­ne do­świad­cze­nia. Pew­ne­go ra­zu jed­na z uczen­nic zwie­rzy­ła mu się, że jest w cią­ży a wszy­scy wo­kół na­ma­wia­ją ją do jej prze­rwa­nia. Po roz­mo­wie z Ri­char­dem zde­cy­do­wa­ła po­zwo­lić dziec­ku żyć, wbrew wszyst­kim oko­licz­no­ściom.

Po tych wy­da­rze­niach Ri­chard po­sta­no­wił po­ma­gać in­nym mło­dym lu­dziom, któ­rzy zo­sta­li sa­mi w naj­trud­niej­szych mo­men­tach ży­cia. Za­ło­żył Afri­ca Li­fe Youth Fo­un­da­tion. Dzia­ła­jąc w ra­mach tej or­ga­ni­za­cji, przez kil­ka lat ura­to­wał kil­ka­set nie­na­ro­dzo­nych dzie­ci, wie­le po­rzu­co­nych sie­rot, dzie­siąt­ki na­sto­la­tek, któ­re ro­dzi­ny wy­rzu­ci­ły z do­mów i na­sto­lat­ków, któ­rzy ni­gdy nie mie­li praw­dzi­we­go do­mu. Or­ga­ni­zu­je obo­zy dla mło­dzie­ży, kur­sy bi­blij­ne, ad­op­cję na od­le­głość, zaj­mu­je się bu­do­wą cen­trów cią­żo­wych dla ko­biet, któ­re bo­ją się uro­dzić dziec­ko, dba o edu­ka­cję swo­ich pod­opiecz­nych. W ży­ciu do­ce­nia każ­dy dro­biazg. Mó­wi: – Wy­obraź so­bie spę­dze­nie ca­łe­go dnia tyl­ko o jed­nym po­sił­ku. Po­si­łek ten jest dla mnie wiel­kim cu­dem. Mi­lio­ny lu­dzi mu­szą spę­dzić dwa dni, aby do­stać je­den po­si­łek a do­pie­ro po ko­lej­nych dwóch dniach do­sta­ją na­stęp­ny. I do­da­je: – Pa­trząc na to, przez co prze­sze­dłem, wiem, że nie był­bym ży­wy, gdy­by Bóg nie był obec­ny w mo­im ży­ciu.

Tra­ci­my waż­ne oso­by

Jak Ri­chard od­no­si się do wy­sił­ków osób, twier­dzą­cych, że w Afry­ce abor­cja jest ko­niecz­no­ścią, bo przez uro­dze­nie dziec­ka ska­zu­je się je na bez­na­dziej­ne ży­cie? – Wie­le pro­abor­cyj­nych or­ga­ni­za­cji pro­mu­je abor­cję w kra­jach afry­kań­skich, twier­dząc, że w ten spo­sób zmniej­szy się ubó­stwo w Afry­ce. To nie­praw­da, po­nie­waż przez abor­cję za­wsze tra­ci­my mło­de dziew­czy­ny i dzie­ci, któ­re mo­gły­by być waż­ny­mi oso­ba­mi, chcą­cy­mi zmie­nić kon­ty­nent afry­kań­ski. Gdy­by mo­ja ma­ma prze­rwa­ła cią­żę, nie był­bym w sta­nie ura­to­wać kil­ku­set ma­łych dzie­ci w tym ro­ku. Na­sza or­ga­ni­za­cja po­mo­gła wie­lu lu­dziom a to wszyst­ko nie mo­gło­by się wy­da­rzyć, gdy­by cią­ża mo­jej ma­my zo­sta­ła prze­rwa­na – mó­wi. I do­da­je: – Tak bar­dzo się cie­szę, że mo­ja ma­ma da­ła mi szan­sę na ży­cie, tak bar­dzo się cie­szę, że mnie nie usu­nę­ła. Ri­chard od nie­daw­na ma żo­nę i ma­łe­go syn­ka. Są szczę­śli­wi mi­mo bar­dzo skrom­nych wa­run­ków ży­cia. Nie by­ło­by te­go szczę­ścia, gdy­by Ri­chard Sem­pa­la się nie uro­dził, jak „mi­ło­sier­nie” pod­po­wia­da­ją człon­ko­wie pro­abor­cyj­nych or­ga­ni­za­cji.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

 

Wracam do skoków!

Je­śli nie mam moż­li­wo­ści, że­by kon­ty­nu­ować ka­rie­rę raj­do­wą, to po­wrót do ko­rze­ni, do lu­dzi, przy któ­rych do­brze się czu­ję, do rze­czy, któ­re są mi bli­skie, wy­da­je się na­tu­ral­ny – mó­wi Ja­ku­bo­wi Cia­sto­nio­wi Adam Ma­łysz.

Wia­do­mo już, że... wra­casz do sko­ków!

Pol­ski Zwią­zek Nar­ciar­ski już od trzech lat za­pra­szał mnie, że­bym wró­cił i wspo­mógł do­świad­cze­niem przy sko­kach i kom­bi­na­cji nor­we­skiej. W koń­cu zde­cy­do­wa­łem się przy­jąć pro­po­zy­cję. Tak, wra­cam do sko­ków!

W ja­kiej ro­li idziesz do PZN?

Nie wy­obra­żam so­bie ro­bić cze­goś, co nie bę­dzie spra­wia­ło mi przy­jem­no­ści i sa­tys­fak­cji. Je­śli nie mam moż­li­wo­ści, że­by kon­ty­nu­ować ka­rie­rę raj­do­wą, to po­wrót do lu­dzi, przy któ­rych do­brze się czu­ję i do rze­czy, któ­re są mi bli­skie, wy­da­je się na­tu­ral­ny. For­mal­nie mam peł­nić ro­lę dy­rek­to­ra spor­to­we­go sko­ków i kom­bi­na­cji nor­we­skiej w PZN. Mam być ko­or­dy­na­to­rem, me­ne­dże­rem. Faj­na funk­cja, bo nie bę­dę się sku­piał wy­łącz­nie na ka­drze A, ale bę­dę też po­ma­gał ka­drze B, ju­nio­rom.

foto_01-01_23-2016

Masz ja­kieś po­my­sły, któ­re bę­dziesz chciał wdro­żyć ja­ko dy­rek­tor spor­to­wy?

Kil­ka mam. Na­wet gdy by­łem ak­tyw­nym raj­dow­cem, za­wsze sta­ra­łem się być bli­sko sko­ków, pod­pa­try­wa­łem no­win­ki, wsłu­chi­wa­łem się w róż­ne opi­nie, roz­ma­wia­łem z ludź­mi. Zo­ba­czy­my, co się uda zre­ali­zo­wać.

Jak bę­dzie wy­glą­da­ła Two­ja pra­ca? Bę­dziesz jeź­dził na Pu­cha­ry Świa­ta?

Usta­li­my li­stę prio­ry­te­tów i na pew­no bę­dę jeź­dził tam, gdzie bę­dę naj­bar­dziej po­trzeb­ny. Mam nad­zor­czą funk­cję, więc sam mu­szę się za­sta­no­wić, gdzie mo­gę coś pod­pa­trzeć, skon­tro­lo­wać, po­móc. To mu­si za­jąć tro­chę cza­su.

Bę­dziesz łą­czył pra­cę w PZN z ro­lą ko­men­ta­to­ra te­le­wi­zyj­ne­go? To się jesz­cze oka­że, ale po­nie­waż bę­dę pra­co­wał w PZN, to już ra­czej nie bę­dę ko­men­ta­to­rem, nie chcę ła­pać dzie­się­ciu srok za ogon (śmiech). Być mo­że po­ja­wię się w te­le­wi­zji, ale w ro­li eks­per­ta re­pre­zen­tu­ją­ce­go PZN.

Co to ozna­cza dla Two­jej ka­rie­ry raj­do­wej?

Raj­dy ma­ją to do sie­bie, że je­śli nie po­sia­dasz od­po­wied­nie­go bu­dże­tu, to nie mo­żesz za­ist­nieć i się w nich re­ali­zo­wać. Nie je­stem w sta­nie ro­bić cze­goś na pół gwizd­ka czy hob­by­stycz­nie, na za­sa­dzie, że raz na ja­kiś czas gdzieś so­bie po­ja­dę. Ale na pro­fe­sjo­nal­ne ści­ga­nie w tej chwi­li nie mam szans, bo nie mam bu­dże­tu. Bar­dzo to lu­bi­łem i chciał­bym to da­lej ro­bić, ale świat mo­tor­spor­tu jest bar­dzo bru­tal­ny. Je­śli nie masz pie­nię­dzy, to nie je­steś w sta­nie tam funk­cjo­no­wać.

Ja­kie­go rzę­du to są pie­nią­dze? Pew­nie nie każ­dy zda­je so­bie spra­wę, że start w Da­ka­rze to co naj­mniej kil­ka mi­lio­nów zło­tych…

Sam start to­po­wym sa­mo­cho­dem to koszt rzę­du od 800 tys. do mi­lio­na eu­ro. W ta­kim bu­dże­cie nie bie­rze­my jed­nak pod uwa­gę zda­rzeń lo­so­wych, jak np. po­waż­na awa­ria skrzy­ni bie­gów. A to wła­śnie nam się przy­da­rzy­ło w tym ro­ku. Wy­mia­nę te­go ele­men­tu w na­szym sa­mo­cho­dzie prze­wi­dzia­no do­pie­ro w po­ło­wie raj­du. Wcze­śniej też by­ło to moż­li­we, lecz mu­siał­bym za­pła­cić za tę usłu­gę z wła­snej kie­sze­ni. A ta­ka skrzy­nia jest war­ta 25–30 ty­się­cy eu­ro. Więc bu­dżet wy­da­je się du­ży, ale w prak­ty­ce oka­zał się nie­wy­star­cza­ją­cy.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

 

 

Wstępniak

Jola Tęcza-Ćwierz

Pew­na czte­ro­let­nia dziew­czyn­ka po­wie­dzia­ła kie­dyś do swo­jej ma­my: „Je­steś ta­ką świet­ną ku­char­ką i pie­czar­ką”.:) Ma­łe dzie­ci two­rzą fan­ta­stycz­ne neo­lo­gi­zmy. To no­we wy­ra­zy, któ­re ma­ją na­zwać nie­zna­ny wcze­śniej przed­miot. Czy ktoś z Was wie, co to jest na przy­kład „oże­niu­szek ma­ły”? We­dług tej sa­mej czte­ro­lat­ki – to męż­czy­zna, któ­ry wła­śnie się oże­nił. Za­baw­ne, praw­da? Neo­lo­gi­zmy spra­wia­ją, że ję­zyk ży­je, po­nie­waż każ­de po­ko­le­nie coś do nie­go do­pi­su­je.

Kie­dy po­wstał ję­zyk pol­ski? Te­go do­kład­nie nie wie­my. Zna­my za to pierw­sze pol­skie zda­nie za­pi­sa­ne w XIII w. w „Księ­dze hen­ry­kow­skiej”: „Daj, ać ja po­bru­szę, a ty po­czy­waj”. Mó­wiąc ję­zy­kiem współ­cze­snym: „Daj, te­raz ja po­mie­lę, a ty od­pocz­nij”. Wy­po­wia­da je Czech Bo­gu­chwał, zwa­ny Bru­ka­łą, do swo­jej żo­ny. Moż­na więc po­wie­dzieć, że Bru­ka­ła to pierw­szy dżen­tel­men, udo­ku­men­to­wa­ny ję­zy­ko­wo.

Ję­zyk to przede wszyst­kim na­rzę­dzie ko­mu­ni­ka­cji, sys­tem zna­ków i sym­bo­li, nio­są­cych ze so­bą pew­ną treść. To rów­nież ele­ment kul­tu­ry każ­de­go pań­stwa, któ­ry łą­czy na­ród, świad­czy o je­go od­ręb­no­ści oraz wspól­nym po­cho­dze­niu. Mag­da Urlich w swo­im ar­ty­ku­le po­rów­nu­je ję­zyk do do­mu. I coś w tym jest.

Czę­sto nie zda­je­my so­bie spra­wy z wa­gi słów, któ­re wy­po­wia­da­my – zwra­ca uwa­gę o. Le­on Kna­bit w książ­ce „Do­bre­go dnia, czy­li o mo­cy bło­go­sła­wieństw”. I pi­sze da­lej, że po­win­ny być one nie­sio­ne ku cze­muś, po­dob­nie jak czło­wiek – gdy idzie, ma świa­do­mość ce­lu. Sło­wa ma­ją moc spraw­czą. Cza­sa­mi mó­wi­my bez­myśl­nie, pod wpły­wem emo­cji, nad któ­ry­mi nie pa­nu­je­my. Dla­te­go tak waż­ne jest, by naj­pierw po­my­śleć, na­stęp­nie po­wie­dzieć, a na koń­cu zro­bić.

Za­prze­cze­niem bło­go­sła­wień­stwa są sło­wa peł­ne nie­na­wi­ści. Wte­dy, kie­dy w spo­sób nisz­czą­cy uży­wa się słów wul­gar­nych, prze­kleństw, mó­wi się nie­praw­dę, ma­ni­pu­lu­je sło­wem, krzyw­dząc lu­dzi. Ję­zy­kiem mo­że­my dru­gie­go czło­wie­ka ra­nić, ob­ra­żać, nisz­czyć, ata­ko­wać. Ist­nie­ją, o czym już wspo­mnia­łam, do­bre sło­wa – bło­go­sła­wień­stwa, któ­re ma­ją moc od­mie­nia­nia ludz­kie­go ży­cia, po­nie­waż nio­są w so­bie Bo­że świa­tło i si­łę. Nie mu­szą być pięk­ne i wy­szu­ka­ne, waż­ne, by by­ły praw­dzi­we.

Two­je sło­wo jest w sta­nie roz­ja­śnić czyjś dzień, mo­że zmie­nić czy­jeś ży­cie – twier­dzi Do­nald Tur­bitt, ame­ry­kań­ski mów­ca.

Za­da­nie na naj­bliż­sze dwa ty­go­dnie (?) Co­dzien­nie po­wiedz ko­muś do­bre sło­wo, aby je­go dzień stał się ja­śniej­szy.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

p.o. re­dak­to­ra na­czel­ne­go

Modlitwa w ciszy

Nie jest zwy­kłą czyn­no­ścią ludz­ką, po­nie­waż do­ty­ka wnę­trza two­je­go czło­wie­czeń­stwa, te­go ta­jem­ni­cze­go sank­tu­arium, gdzie prze­by­wasz sam na sam z ży­wym Bo­giem. Mo­dli­twa nie ozna­cza uciecz­ki ani wzlo­tu ku nie­bo­skło­no­wi czy ku in­nej ga­lak­ty­ce. Mo­dlić się to nie upięk­szać sie­bie czy też kre­ować się na no­wo. Mo­dlić się zna­czy pe­ne­tro­wać naj­głęb­sze za­ka­mar­ki du­szy, by od­kryć, kim je­steś i gdzie je­steś.

Ist­nie­je wie­le po­jęć i wy­obra­żeń o mo­dli­twie. Roz­mo­wa z Bo­giem. Proś­ba. Uwiel­bie­nie. Dzięk­czy­nie­nie. Sło­wa. Dia­log (mo­no­log?). Czło­wiek gu­bi się w tym wszyst­kim, czu­je się zmę­czo­ny, aż w koń­cu od­cho­dzi... Jak bar­dzo skom­pli­ko­wa­li­śmy mo­dli­twę! Uczy­ni­li­śmy ją ludz­ką ak­tyw­no­ścią i to na­wet w do­brej in­ten­cji!

Więc mo­że czas po­wró­cić do źró­dła? Do tych prze­wod­ni­ków, któ­rzy przed to­bą i przede mną prze­szli już tę du­cho­wą wę­drów­kę a dziś uzna­ni zo­sta­li za „dok­to­rów Ko­ścio­ła” – czy­li tych, któ­rzy w tej kwe­stii ma­ją na­praw­dę coś do po­wie­dze­nia.

foto_01-03_22-2016

Czym dla nich by­ła mo­dli­twa?

Mo­dli­twa we­wnętrz­na nie jest to, zda­niem mo­im, nic in­ne­go, je­no po­uf­ne i przy­ja­ciel­skie prze­by­wa­nie z Bo­giem... Z tym, o któ­rym wie­my, że nas mi­łu­je (Te­re­sa z Ávi­la, Ży­cie, 8, 5).

Czy ro­zu­miesz? Mo­dli­twa to nie (tyl­ko) sło­wa, na­wet naj­pięk­niej­sze. Na­wet te uwiel­bie­nia czy dzięk­czy­nie­nia...

Mo­dli­twa to prze­by­wa­nie z Bo­giem. Czy­li „by­cie z...”. Tak, jak w jed­nym po­ko­ju mo­że być ra­zem ze so­bą dwóch przy­ja­ciół, mąż z żo­ną, ob­lu­bie­niec z ob­lu­bie­ni­cą... Aby „prze­by­wać z Bo­giem” nie mu­sisz na­wet nic mó­wić! Wy­star­czy tyl­ko, że­byś był! Dla Nie­go! Bo „na mo­dli­twie nie cho­dzi o to, że­by du­żo mó­wić, lecz że­by du­żo ko­chać” (Te­re­sa z Ávi­la).

Za­milcz i otwórz się

Czło­wiek nie jest przy­zwy­cza­jo­ny do prze­by­wa­nia z Bo­giem w ci­szy, tzn. bez słów i bez in­ten­cji. Wo­li mó­wić coś. Co­kol­wiek. Wo­li „pro­wa­dzić” dia­log, przed­sta­wiać po­trze­by Ko­ścio­ła, świa­ta i swo­je. Wte­dy ma świa­do­mość, że „coś zro­bił”, był ak­tyw­ny, „nie mar­no­wał cza­su”. Że „zaj­mo­wał się Bo­giem” i Je­go spra­wa­mi.

Tym­cza­sem na mo­dli­twie we­wnętrz­nej to wszyst­ko trze­ba wła­śnie zo­sta­wić... Trze­ba cał­ko­wi­cie za­milk­nąć i otwo­rzyć swo­je du­cho­we an­te­ny na obec­ność Trój­je­dy­ne­go.

Trze­ba „nic nie mó­wić”, a za to po­zwo­lić Bo­gu dzia­łać! Bo ten czas na­le­ży do Nie­go! Trze­ba po­zwo­lić „dać się prze­mie­niać” przez Nie­go i na Je­go ob­raz. I to jest wła­śnie trud­ne... Do te­go nie je­ste­śmy przy­zwy­cza­je­ni...

Czło­wiek nie chce od­dać ini­cja­ty­wy Bo­gu. Nie chce, by Bóg dzia­łał w je­go wnę­trzu i prze­mie­niał Go. Nie przy­zna się do te­go wprost, ale w pod­świa­do­mo­ści od­czu­wa, że Bóg jest nie­bez­piecz­ny... Że jest nie­obli­czal­ny... Że je­śli­by na­praw­dę po­zwo­lić Mu dzia­łać, to mógł­by zro­bić z na­mi coś, cze­go nie chce­my... Mo­że dla­te­go mo­dli­twa w ci­szy nie jest po­pu­lar­na?...

 

 

An­drzej Mu­sza­la

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Kiedy chłopaki płaczą

Mę­ska przy­jaźń to szcze­gól­ny ro­dzaj re­la­cji. Trud­ny do opi­sa­nia, gdyż staw­ką jest coś wię­cej niż wspól­ne wyj­ście na mecz. Ta­ka re­la­cja to wul­kan do­brej ener­gii, któ­ry da­je si­łę do zmie­nia­nia świa­ta! I po­wiedz­my so­bie szcze­rze, nie „za­ofe­ru­je” ci te­go na­wet naj­wspa­nial­sza „dam­ska przy­ja­ciół­ka”.

Od­kry­cie toż­sa­mo­ści

Co za­tem da ci przy­jaźń mę­sko– mę­ska, cze­go próż­no szu­kać u two­ich ko­le­ża­nek? W re­la­cji z dru­gim fa­ce­tem mo­żesz bu­do­wać swo­ją mę­ską toż­sa­mość, czy­li od­kry­wać, kim na­praw­dę je­steś ja­ko męż­czy­zna. Te­go nie po­wie ci ma­ma ani ko­le­żan­ka. Toż­sa­mość męż­czy­zny to je­go ro­la do speł­nie­nia w tym świe­cie, mi­sja, naj­waż­niej­sze za­da­nie. Świet­nie pi­sze o tym John El­dred­ge w książ­ce Dzi­kie ser­ce. Tę­sk­no­ty mę­skiej du­szy. Aby męż­czy­zna czuł się speł­nio­ny, mu­si sto­czyć bi­twę (czy­li wy­grać ze swy­mi sła­bo­ścia­mi), prze­żyć przy­go­dę i ura­to­wać pięk­ną. Ko­lej­ność nie­przy­pad­ko­wa – do­pie­ro wte­dy, gdy męż­czy­zna ugrun­tu­je swo­ją toż­sa­mość (czy­li sto­czy bi­twę i prze­ży­je przy­go­dę w mę­skim gro­nie!), ma szan­sę do­brze za­opie­ko­wać się wy­bran­ką ser­ca. Z te­go po­wo­du każ­da dziew­czy­na po­win­na zro­bić wszyst­ko, aby jej chło­pak miał praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la!

foto_01-02_22-2016

Po dru­gie, mę­ska przy­jaźń da­je oka­zję do współ­za­wod­nic­twa i mo­ty­wu­je do dą­że­nia do do­sko­na­ło­ści. Choć męż­czyź­ni też są wraż­li­wi, to w szli­fo­wa­niu cha­rak­te­ru nie bra­ku­je im szorst­ko­ści – mó­wią pro­sto z mo­stu. O wie­le bar­dziej lu­bią kon­kret­ny przy­dział za­dań niż dłu­gie ga­da­nie, by wresz­cie wy­snuć wspól­nie ja­kiś wnio­sek. Tak za­har­to­wa­ny chło­pak mo­że zmie­niać świat i wal­czyć z prze­ciw­no­ścia­mi lo­su. Czy miał­by w so­bie ty­le si­ły, gdy­by nie sły­szał nic in­ne­go oprócz np.: „Sy­necz­ku, je­steś mo­im ma­lut­kim skar­bem, wszyst­ko bę­dzie do­brze” ?

Ta­ta

Szcze­gól­nym ro­dza­jem mę­skiej re­la­cji jest przy­jaźń oj­ca i sy­na. Ma szan­sę być jed­ną z naj­trwal­szych wię­zi, ja­kie zbu­du­jesz w ży­ciu, bo pra­cu­jesz nad nią od dzie­ciń­stwa. Naj­pierw wspól­nie czy­ta­cie baj­ki, ba­wi­cie się w pi­ra­tów al­bo ry­ce­rzy, bu­du­je­cie ko­lej­kę. Po­tem po­da­jesz ta­cie klu­cze, gdy re­pe­ru­je­cie do­mo­we uster­ki i maj­ster­ku­je­cie w warsz­ta­cie. Aż w koń­cu są mę­skie roz­mo­wy o dziew­czy­nach, garść rad na no­wą dro­gę ży­cia a mo­że i wyj­ście na pi­wo po prze­kro­cze­niu „osiem­nast­ki”. W re­la­cję ojciec–syn jest też wpi­sa­ny mło­dzień­czy bunt i sa­mo­dziel­ne po­szu­ki­wa­nie, czy pro­po­no­wa­ne przez ta­tę za­sa­dy ma­ją sens. Naj­waż­niej­szy jest przy­kład – syn mu­si zo­ba­czyć, że oj­ciec ży­je tak, jak wie­rzy, a nie wie­rzy tak, jak ży­je. Je­śli tak się dzie­je, mię­dzy męż­czy­zna­mi dwóch po­ko­leń ugrun­to­wu­je się fan­ta­stycz­na przy­jaźń.

Re­la­cja z ta­tą róż­ni się od tej z ró­wie­śni­ka­mi, bo wpi­su­je się w nią men­to­ring. Men­tor to ktoś star­szy, do­świad­czo­ny, kto po­ma­ga od­kry­wać po­ten­cjał ucznia. Da­je wie­dzę, zro­zu­mie­nie i wspar­cie emo­cjo­nal­ne, dla­te­go uczeń chce go na­śla­do­wać. To mo­że za­dzia­łać na li­nii ta­ta – syn. Jed­nak do­brze wie­my, że na­sze ro­dzin­ne do­my to nie za­wsze sie­lan­ka i cza­sem na­praw­dę trud­no się do­ga­dać. War­to się wte­dy ro­zej­rzeć za in­nym star­szym męż­czy­zną, z któ­re­go przy­kła­du mo­gli­by­śmy czer­pać.

Chło­pa­ki też pła­czą

Gdzie szu­kać kumpla–przyjaciela? Tam, gdzie mo­żesz się roz­wi­jać przez współ­za­wod­nic­two: na si­łow­ni, bież­ni czy obo­zie prze­trwa­nia. Ale przy­ja­cie­la moż­na też po­znać w szko­le, we wspól­no­cie, na warsz­ta­tach lub gdzie­kol­wiek in­dziej, gdy tyl­ko je­steś na to go­to­wy i… nie szu­kasz na si­łę.

A kie­dy moż­na po­wie­dzieć, że to już przy­jaźń? Wów­czas, gdy w to­wa­rzy­stwie dru­gie­go chło­pa­ka prze­sta­jesz się przej­mo­wać prze­są­da­mi, że np. chło­pa­ki nie pła­czą. Pła­czą – tyl­ko nie na oczach ca­łe­go świa­ta, ale w obec­no­ści naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la.

 

Mar­cin No­wak

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Poszukiwany: przyjaciel

Masz 724 zna­jo­mych na fej­sie. Czy wśród nich jest twój przy­ja­ciel?

Przy­jaźń spra­wia, że roz­wi­ja­my się w bli­sko­ści dru­gie­go czło­wie­ka i dzię­ki nie­mu, nie tra­cąc jed­no­cze­śnie swo­jej wol­no­ści.

Je­dy­ne, co mia­ło ja­kieś zna­cze­nie to to, że zna­la­złam mo­je­go pierw­sze­go przy­ja­cie­la, a tym sa­mym za­czę­łam na­praw­dę żyć” – na­pi­sa­ła To­ve Jans­son, au­tor­ka „Mu­min­ków”. Nie­miec­ki po­eta J. W. Go­ethe po­wie­dział, że do­pie­ro przy­jaźń uczy­ni­ła świat „za­miesz­ka­łym ogro­dem” – bez niej jest on pu­sty i smut­ny.

Wra­ca­jąc do fej­sa – któ­ry spo­śród two­ich wir­tu­al­nych zna­jo­mych spra­wia, że na­praw­dę ży­jesz? Czy jest ktoś, bez ko­go twój świat był­by pu­sty i smut­ny? Je­śli choć je­den awa­tar jest w re­alu two­im przy­ja­cie­lem, je­steś szczę­ścia­rzem.

foto_01-01_22-2016

Zna­jo­mi i przy­ja­cie­le

Przy­jaźń to bli­ska re­la­cja z in­nym czło­wie­kiem, opar­ta na sza­cun­ku, wza­jem­nym po­sza­no­wa­niu god­no­ści i wspól­nych ide­ałach. Być czy­imś przy­ja­cie­lem ozna­cza być przy jaź­ni, czy­li bli­sko czy­jejś świa­do­mo­ści, tuż obok ja dru­giej oso­by – jej my­śli, pra­gnień, po­trzeb. Przy­jaźń to wię­cej niż ko­le­żeń­stwo, a mniej niż mi­łość.

Bu­do­wa­nie ta­kiej re­la­cji jest cza­so­we i pra­co­chłon­ne. Nie jest więc moż­li­we, aby mieć pięt­na­stu lub choć­by dzie­się­ciu praw­dzi­wych przy­ja­ciół.

A cza­sem chcie­li­by­śmy się tym po­chwa­lić, bo to ozna­ka na­szej po­pu­lar­no­ści, to do­wód, że je­ste­śmy „kimś” i in­ni się z na­mi li­czą. W rze­czy­wi­sto­ści mo­że­my mieć kło­pot z „po­dzia­łem” ota­cza­ją­cych nas osób na przy­ja­ciół i bar­dzo do­brych zna­jo­mych. Po czym po­znać praw­dzi­we­go przy­ja­cie­la?

Czy masz czas?

W świe­cie, w któ­rym ży­je­my szyb­ciej od pręd­ko­ści świa­tła, jed­ną z naj­cen­niej­szych rze­czy, któ­re mo­że­my ofia­ro­wać dru­gie­mu czło­wie­ko­wi, jest czas. An­selm Grün, be­ne­dyk­tyń­ski mnich na­pi­sał o sym­bo­lach przy­jaź­ni. Nie są ni­mi ko­mór­ka i e-ma­il, ale list – tra­dy­cyj­ny, sta­ro­mod­ny, w ko­per­cie, bo na­pi­sa­nie go wy­ma­ga na­my­słu i cza­su.

Praw­dzi­wy przy­ja­ciel znaj­dzie więc go­dzi­nę al­bo dwie, że­by być ra­zem. Waż­na jest obec­ność fi­zycz­na, nie wir­tu­al­na – kli­ka­jąc na mes­sen­ge­rze, ni­gdy nie je­ste­śmy w ca­ło­ści dla dru­giej oso­by. Prze­cież w cza­sie ta­kiej roz­mo­wy moż­na luk­nąć na pa­rę stro­nek, po­czy­tać za­jaw­ki ar­ty­ku­łów, wy­ha­czyć oka­zje na al­le­gro, po­słu­chać no­wych ka­wał­ków ulu­bio­ne­go ra­pe­ra. Kon­takt wir­tu­al­ny za­wsze bę­dzie uzu­peł­nie­niem al­bo na­miast­ką – ni­gdy fun­da­men­tem przy­jaź­ni. Ten bu­du­je się oko w oko. A za­tem: czy masz czas na praw­dzi­wą przy­jaźń?

 

Mar­cin No­wak

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.