Leasing od Pana Boga

Wan­da i Ra­dek Mo­krzyc­cy z Wro­cła­wia są ro­dzi­ca­mi Kin­gi, Jó­ze­fa, Mał­go­rza­ty, Anie­li, Ja­dzi, Kla­ry i Wła­dy­sła­wa. Dla­cze­go ży­cie w ro­dzi­nie jest faj­ne? Zwłasz­cza w ta­kiej du­żej ro­dzi­nie?

Wan­da mó­wi wprost, że to po­wo­ła­nie. Od po­cząt­ku z Rad­kiem chcie­li za­ło­żyć du­żą ro­dzi­nę. – To jest pięk­ne ży­cie. Jest trud, ale tak­że bo­gac­two – za­pew­nia i do­da­je, że w ich do­mu rzad­ko kie­dy jest nu­da, ale na­wet je­śli się zda­rzy, to za­wsze jest do niej to­wa­rzy­stwo.

foto_01-03_24-2015

Ko­lej­na oso­ba w do­mu Mo­krzyc­kich to z jed­nej stro­ny no­we wy­zwa­nia, ale z dru­giej na­stęp­ne ta­len­ty do od­kry­wa­nia i roz­wi­ja­nia. Po­za tym w ro­dzi­nie, zwłasz­cza ta­kiej, moż­na jak w so­czew­ce pro­wa­dzić spo­łecz­ne ob­ser­wa­cje. Wy­star­czy, że w do­mu nie ma jed­nej oso­by i wszy­scy to od­czu­wa­ją. Ten brak wpły­wa na ich za­cho­wa­nia i emo­cje. – To, że moż­na do­stać ko­goś w de­po­zyt, po­móc mu się roz­wi­jać i pa­trzeć na to, jak wzra­sta w mi­ło­ści do Pa­na Bo­ga, do sie­bie, do bliź­nich, to jest bar­dzo pięk­ne. Bar­dzo nam się to po­do­ba – mó­wi Wan­da.

Bo­ży de­po­zyt

No wła­śnie. „De­po­zyt” to sło­wo klucz w ro­dzi­nie Mo­krzyc­kich. – Zo­sta­li­śmy ob­da­ro­wa­ni. Pięk­ny jest ten pre­zent, ale łą­czy się z nim też wiel­ka od­po­wie­dzial­ność – pod­kre­śla ma­ma i do­da­je, że to dzia­ła jak le­asing sa­mo­cho­du. Do­pó­ki masz per­spek­ty­wę, że mu­sisz go zwró­cić, to dbasz o nie­go bar­dziej niż o swój. Gdy­by ktoś miał wąt­pli­wość – ro­dzi­ce do­sta­ją dzie­ci w le­asin­gu od Pa­na Bo­ga. Wan­da pod­kre­śla, że mie­li z Rad­kiem udział w ak­cie stwór­czym, ale ziem­skie ży­cie ich dzie­ci to tyl­ko pe­wien etap, któ­ry Stwór­ca dla nich za­pla­no­wał. – Ich ży­cio­wą dro­gą jest Pan Bóg a my, ja­ko ro­dzi­ce, ma­my po­móc im Go od­na­leźć. Chcie­li­by­śmy, że­by wy­szli w świat za­przy­jaź­nie­ni z Pa­nem Bo­giem – prze­ko­nu­ją.

 

Prze­mek Ra­dzyń­ski

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Jestem handlarzem marzeń

Z Woj­cie­chem Cej­row­skim, po­dróż­ni­kiem, dzien­ni­ka­rzem, pi­sa­rzem i pu­bli­cy­stą, roz­ma­wia Jo­la Tę­cza-Ćwierz.

W swo­jej wzno­wio­nej książ­ce Wy­spa na pre­rii za­bie­ra Pan czy­tel­ni­ka do Ari­zo­ny, w świat współ­cze­snych kow­bo­jów. Opo­wia­da Pan o pre­rii i jej miesz­kań­cach. Trud­ne wa­run­ki po­go­do­we, dzi­kie zwie­rzę­ta, nie­bez­piecz­ne owa­dy i ga­dy, wszech­obec­ny kurz, pust­ko­wie i sa­mot­ność – to ich co­dzien­ność. Za co naj­bar­dziej ce­ni Pan miesz­kań­ców Dzi­kie­go Za­cho­du?

– Po pierw­sze, on jest na­dal tro­chę dzi­ki! Lu­dziom się wy­da­je, że jak Ame­ry­ka, to wszyst­ko bę­dzie jak w Ka­li­for­nii lub No­wym Jor­ku, a tu nie­spo­dzian­ka – w Ari­zo­nie, Te­xa­sie, No­wym Mek­sy­ku jest zu­peł­nie ina­czej. Ce­nię tam wol­ność! Lu­dzie są wol­ni, nie­za­leż­ni od pań­stwa, nikt im nie prze­szka­dza, nie wtrą­ca się, nie wy­da­je ze­zwo­leń, bo kie­dy wszyst­ko wol­no, wów­czas nie­po­trzeb­ne są ze­zwo­le­nia. Chcę wy­ciąć drze­wo – wy­ci­nam. Chcę zbu­do­wać dom – bu­du­ję; chcę zbu­rzyć – bu­rzę.

Da­rzy Pan wiel­ką sym­pa­tią tam­tej­szą na­tu­rę i spo­łecz­ność. Przy­ta­cza­ne w książ­ce hi­sto­rie zdu­mie­wa­ją, ba­wią, cza­sem szo­ku­ją al­bo wzru­sza­ją. Przede wszyst­kim jed­nak wzbu­dza­ją pra­gnie­nie, aby tam zaj­rzeć, choć na chwi­lę... Bu­dzi Pan zew przy­go­dy u czy­tel­ni­ka! Czy Pa­na zda­niem sta­no­wi to o war­to­ści książ­ki po­dróż­ni­czej?

foto_01-02_24-2015

– Zew przy­go­dy? Tak, to sta­no­wi o war­to­ści książ­ki, ale nie tyl­ko po­dróż­ni­czej. I wca­le nie mam pew­no­ści, czy mo­je książ­ki są po­dróż­ni­cze. Cie­ka­wie opo­wia­dam o ży­ciu gdzieś da­le­ko stąd, ale nie­ko­niecz­nie o po­dró­żo­wa­niu. W Ari­zo­nie nie po­dró­żu­ję, tyl­ko miesz­kam – mam tam dom, mam ran­cho. To ra­czej nie jest książ­ka „po­dróż­ni­cza”, lecz „eg­zo­tycz­na”.

Po­za tym, we wszyst­kim z cze­go mnie pa­ni mo­że znać – ra­dio, te­le­wi­zja, li­te­ra­tu­ra – han­dlu­ję ma­rze­nia­mi. Ma­rze­nia­mi o in­nym ży­ciu, in­nym kli­ma­cie... Je­stem han­dla­rzem ma­rzeń. Ma­rzeń, któ­re mi się speł­ni­ły. Na tym po­le­ga, jak są­dzę, po­pu­lar­ność mo­ich pro­gra­mów, ksią­żek, że lu­dzie wie­dzą: ten fa­cet prze­ży­wa te wszyst­kie opo­wie­ści na­praw­dę, to speł­ni­ło się w je­go ży­ciu, to nie jest teo­re­tyk, on na­praw­dę w Ama­zo­nii ga­niał na go­la­sa z go­la­sa­mi.

W co­dzien­nym ży­ciu miesz­kań­ców pre­rii czyn­no­ści tak pro­za­icz­ne, jak pra­nie, su­sze­nie ubrań i sprzą­ta­nie wy­ma­ga­ją uży­cia od­po­wied­niej me­to­dy, bo ina­czej wszyst­ko mo­że skoń­czyć się fia­skiem. W tak trud­nych wa­run­kach przy­na­leż­ność do wspól­no­ty to skarb. Ja­kie ma Pan spo­so­by na „wku­pie­nie się w ła­ski” tu­byl­ców?

– Spo­sób pierw­szy: nie pró­bo­wać się wku­pić. Wte­dy oni za­pra­gną cie­bie i za­miast się „wku­piać”, zo­sta­niesz przy­gar­nię­ty. To du­żo lep­sza po­zy­cja star­to­wa. Po dru­gie, do­brze jest być za­baw­nym. Czło­wiek za­baw­ny nie wy­da­je się ni­ko­mu za­gro­że­niem. Po trze­cie, nie kła­mać. Nie ukry­waj swo­ich wad, nie graj lep­sze­go niż je­steś.

Mi­strzow­sko bu­du­je Pan ak­cję, na­wet opi­su­jąc miej­sce, w któ­rym wy­da­wa­ło­by się, że nie dzie­je się ab­so­lut­nie nic. U Pa­na na­wet wiatr za­słu­gu­je na to, że­by o nim pi­sać. Chy­ba za­cznę od­kła­dać pie­nią­dze na ran­cho w Ari­zo­nie. Czy to miej­sce, w któ­rym chciał­by Pan osiąść na sta­łe?

– Jak to „chciał­by”? Prze­cież osia­dłem. Mam to ran­cho od 20 lat, miesz­kam tam na sta­łe każ­dej zi­my. W Pol­sce la­tem, gdy cie­pło, w Ari­zo­nie zi­mą, gdy cie­pło. Co do bu­do­wa­nia ak­cji, to tam się na­praw­dę spo­ro dzie­je, na tym kom­plet­nym od­lu­dziu i pust­ko­wiu. Wiatr... Kie­dy ma pa­ni na po­se­sji ta­ki wiatr, któ­ry prze­wra­ca sa­mo­chód i jest w sta­nie po­rwać pa­ni dom... On na­praw­dę za­słu­gu­je na to, by go opi­sać.

Zło­śli­wi mó­wią, że w Wy­spie... tro­chę Pan przy­sto­po­wał, nie­co spu­ścił z to­nu... Czy stra­cił Pan chęć po­go­ni za przy­go­dą? W koń­cu ty­le już Pan zo­ba­czył, po­znał, za­spo­ko­ił cie­ka­wość, że na­de­szła po­ra na przy­sta­nek. Na „nic­nie­ro­bie­nie” i ga­pie­nie się w pej­zaż. Czy to ozna­cza zmia­nę sty­lu pi­sar­skie­go?

– E, tam – głup­stwa ga­da­ją. To mo­że w książ­ce Rio Ana­con­da przy­sto­po­wa­łem jesz­cze bar­dziej, bo sie­dzi­my tam so­bie z sza­ma­nem i mo­czy­my pię­ty w rze­ce? Przed chwi­lą pa­ni chwa­li­ła, że du­żo się dzie­je i jest „ak­cja”. Za­nu­dził­bym się (a być mo­że tak­że i czy­tel­ni­ków), gdy­by mo­je ko­lej­ne książ­ki by­ły ta­kie sa­me. Dla­te­go róż­nią się bar­dzo: raz go­nię, raz sie­dzę, in­nym ra­zem le­żę, wi­szę, pły­nę...

Dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Babcia i dziadek – Święci Anna i Joachim (I w. przed Chrystusem)

ŻYCIE: Obo­je po­cho­dzi­li z ro­du Da­wi­da. An­na z ro­dzi­ny ka­płań­skiej z Be­tle­jem, a Jo­achim z za­moż­nej i zna­ko­mi­tej ro­dzi­ny z Ga­li­lei. Po ślu­bie za­miesz­ka­li w Na­za­re­cie, a póź­niej prze­nie­śli się do Je­ro­zo­li­my, do do­mu przy słyn­nej sa­dzaw­ce Be­tes­da. Jo­achim był ho­dow­cą by­dła. Przez 20 lat nie mo­gli do­cze­kać się po­tom­stwa. Ich mo­dli­twy po­zo­sta­wa­ły bez od­po­wie­dzi.

Oso­by, któ­rych Bóg nie ob­da­rzył dzieć­mi, by­ły przez Ży­dów uwa­ża­ne za wiel­kich grzesz­ni­ków. Mał­żon­ko­wie przez dłu­gie la­ta od­czu­wa­li to w bo­le­sny spo­sób. Po pierw­sze An­na, bo naj­więk­sze po­dej­rze­nia pa­da­ły za­zwy­czaj wo­bec żo­ny. Zgod­nie z pra­wem mąż bez­dziet­nej mógł ją na­wet po­rzu­cić i oże­nić się po­wtór­nie. Ale po­mó­wie­nia do­tknę­ły tak­że Jo­achi­ma – ka­płan od­mó­wił mu w świą­ty­ni pierw­szeń­stwa w skła­da­niu ofia­ry, po­dej­rze­wa­jąc go o bez­boż­ność.

Za­ła­ma­ny Jo­achim udał się na pu­sty­nię, by mo­dli­twą i po­stem wy­bła­gać dziec­ko. Obie­cał, że prze­zna­czy je na służ­bę Bo­gu. W tym sa­mym cza­sie mo­dli­ła się św. An­na. Tym ra­zem zo­sta­li wy­słu­cha­ni. Dłu­go ocze­ki­wa­nej cór­ce nada­no imię Mi­riam – Ma­ria. W do­mu za­pa­no­wa­ła ra­dość.

foto_01-01_24-2015

ANNA, JOACHIM I PAN BÓG: Wbrew opi­niom po­dejrz­li­wych są­sia­dów by­li po­boż­nym mał­żeń­stwem. Ich wia­ra prze­trwa­ła cięż­kie pró­by i za­har­to­wa­ła się przez la­ta mo­dlitw i hoj­nych ofiar – sta­ła się bez­in­te­re­sow­na. Ofia­ra z wła­sne­go ży­cia ce­cho­wa­ła się he­ro­izmem: Jo­achim po­ścił przez 40 dni, mi­mo po­de­szłe­go wie­ku. Ocze­ki­wał dziec­ka już nie ze wzglę­du na sie­bie, ale z my­ślą o chwa­le Bo­żej. Zło­żył ślub, że po­świę­cą dziec­ko służ­bie w świą­ty­ni. W wi­dze­niu na pu­sty­ni uj­rzał anio­ła, któ­ry ob­ja­wił mu, że nie tyl­ko proś­ba zo­sta­nie wy­słu­cha­na, ale do­dat­ko­wo ich dziec­ko przy­nie­sie zie­mi ra­dość.

An­na i Jo­achim wy­peł­ni­li zło­żo­ne Bo­gu przy­rze­cze­nie – od­da­li trzy­let­nią Ma­rię na służ­bę Bo­gu. W świą­ty­ni wy­cho­wy­wa­ła się wśród ró­wie­śnic, spę­dza­jąc czas na mo­dli­twie, śpie­wie i lek­tu­rze Pi­sma Świę­te­go. Dziew­czę­ta uczy­ły się tak­że szy­cia na ce­le świą­ty­ni i ha­fto­wa­nia szat ka­płań­skich. W tym cza­sie zmarł sę­dzi­wy Jo­achim.

DZIEŁA: „Po owo­cach ich po­zna­cie” (por. Mt 7,20). Naj­więk­szym dzie­łem wzo­ro­we­go mał­żeń­stwa by­ło wy­cho­wa­nie je­dy­nej cór­ki, któ­ra sta­ła się mat­ką sa­me­go Bo­ga. Przez ca­łe wspól­ne ży­cie przy­go­to­wy­wa­li się do te­go za­da­nia. Mo­dli­twy, ofia­ry, wy­rze­cze­nia, do­zna­ne upo­ko­rze­nia, umar­twie­nie – to wszyst­ko, dzię­ki za­ufa­niu do Bo­ga, umoc­ni­ło ich i uświę­ci­ło.

CUDA: Świę­ci Jo­achim i An­na są wy­pró­bo­wa­ny­mi orę­dow­ni­ka­mi mał­żeństw, szcze­gól­nie tych nie mo­gą­cych do­cze­kać się po­tom­stwa. Tak­że już ocze­ku­ją­ce roz­wią­za­nia mat­ki za­no­szą mo­dli­twy za wsta­wien­nic­twem św. An­ny. Za jej przy­czy­ną dziad­ko­wie uzy­sku­ją ła­ski dla swo­ich wnu­ków, a ko­bie­ty znaj­du­ją do­brych mę­żów.

ODKRYCI DLA KOŚCIOŁA: Kult świę­tych Jo­achi­ma i An­ny był ży­wy od bar­dzo daw­na, cze­go do­wo­dem jest choć­by ko­ściół, wy­bu­do­wa­ny w miej­scu ich za­miesz­ka­nia w Je­ro­zo­li­mie. Pi­smo Świę­te mil­czy na ich te­mat. Apo­kry­fy – jak zwy­kle – do­po­wia­da­ją... Je­den z nich, Pro­to­ewan­ge­lia Ja­ku­ba, po­cho­dzi z wcze­sne­go chrze­ści­jań­stwa (ok. 150 r.), kie­dy tra­dy­cja ust­na mo­gła być jesz­cze ży­wa i au­ten­tycz­na.

PRZECZYTAJ: Apo­kry­fy No­we­go Te­sta­men­tu. T. 1. Ewan­ge­lie apo­kry­ficz­ne (Wy­daw­nic­two WAM 2003) oraz Ży­cie Ma­ryi bł. An­ny Ka­tha­ri­ny Em­me­rich (Wy­daw­nic­two M, Kra­ków 2008).

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Wstępniak

Magda Guziak-NowakDo­bra No­wi­na – ład­nie się mó­wi, ład­nie się sły­szy i ład­nie się kre­śli na kart­kach. Zło­śli­wi po­wie­dzą, że to mi­lu­si, świą­tecz­ny fra­ze­sik, a ja na­pi­szę, że to praw­dzi­wa re­wo­lu­cja. Bo co to jest Do­bra No­wi­na? Sy­no­nim Ewan­ge­lii, praw­da i opo­wieść o Je­zu­sie Chry­stu­sie, któ­ry przy­szedł na świat do swo­ich uko­cha­nych dzie­ci. No ale że­by nie by­ło cu­kier­ko­wa­to, do­daj­my, że nie wszyst­kie dzie­ci oka­za­ły się sym­pa­tycz­ne i wdzięcz­ne. Nie­któ­re na­wet chwy­ci­ły za mie­cze, aby Go za­bić.

Ale za­raz, za­raz, to ja­kie w koń­cu ma­my świę­ta: Bo­że Na­ro­dze­nie czy Wiel­ka­noc, po­prze­dzo­ną Mę­ką Pa­na Je­zu­sa? Zde­cy­do­wa­nie ma­my Bo­że Na­ro­dze­nie. A to do­sko­na­ły po­wód, aby przy­po­mnieć, że Do­bra No­wi­na to tak­że Bo­ża wia­do­mość, że za­wsze do­sta­je­my dru­gą szan­sę. Za­wsze! Je­zus przy­cho­dzi do nas ja­ko Szan­sa na ra­dość, mi­łość, wiecz­ność, zba­wie­nie.

Za­chę­cam sie­bie i Was, że­by­śmy sta­ra­li się pa­trzeć na wszyst­kie dru­gie szan­se przez pry­zmat Pa­na Bo­ga. Tak­że na te szan­se, któ­ry my sa­mi mo­że­my dać ko­muś in­ne­mu. Ja­sne, że trud­no za­ufać oso­bie, któ­ra nas zra­ni­ła, za­wio­dła na­sze na­dzie­je i po­de­pta­ła za­ufa­nie. Ale Do­bra No­wi­na ogar­nia tak­że ją. Więc je­śli Pan Bóg wy­ba­cza i „ze­ru­je” kon­to, mo­że i my…? W bie­żą­cym nu­me­rze pi­sze­my m.in. o du­cho­wym dzie­wic­twie, czy­li o ży­ciu w czy­sto­ści, na­wet je­śli tzw. pierw­szy raz ma­my już za so­bą. Du­cho­we dzie­wic­two to po­waż­ny ka­li­ber, spra­wa du­żej wa­gi. Ale tak­że tu, gdzie na­sze ścież­ki wy­raź­nie roz­mi­nę­ły się z Bo­ży­mi dro­go­wska­za­mi, Pan Bóg da­je dru­gą szan­sę. To jest na­praw­dę Do­bra No­wi­na! A mo­że ma­łe za­da­nie na świę­ta? Dla każ­de­go z nas, dla mnie i dla Was? Po­myśl­my, ko­mu mo­gli­by­śmy dać dru­gą szan­sę (al­bo trze­cią, czwar­tą, pią­tą…) i po­mó­dl­my się w in­ten­cji tej oso­by.

Ży­czę Wam wspa­nia­łe­go Bo­że­go Na­ro­dze­nia! Spo­tkaj­my się w ko­lej­nym nu­me­rze – lep­si, życz­liw­si i szczę­śliw­si!

 

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny