Poeta niezłomny

Gdy­by żył, 29 paź­dzier­ni­ka skoń­czył­by 91 lat. Zbi­gniew Her­bert – po­eta nie­złom­ny, któ­ry ży­ciem w ko­mu­ni­stycz­nej Pol­sce, a po­tem w III Rze­czy­po­spo­li­tej udo­wod­nił, że za­wsze na­le­ży po­zo­stać wier­nym so­bie.

Szedł „wy­pro­sto­wa­ny wśród tych, co na ko­la­nach” – jak pi­sał w słyn­nym wier­szu Prze­sła­nie Pa­na Co­gi­to. Po­zo­stał wol­ny du­chem i wier­ny war­to­ściom, obec­nym w je­go twór­czo­ści: ho­no­ro­wi, przy­zwo­ito­ści, oj­czyź­nie.

foto_01-03_20-2015

Dla wie­lu Po­la­ków je­go wier­sze sta­ły się dro­go­wska­zem. Po 1989 r. na­le­żał do nie­licz­ne­go wśród twór­ców gro­na wro­gów „okrą­głe­go sto­łu” – umów za­war­tych mię­dzy czę­ścią opo­zy­cji so­li­dar­no­ścio­wej a wła­dzą. Uwa­żał je za grę po­li­tycz­ną, któ­ra po­zwo­li­ła ko­mu­ni­stycz­nym służ­bom – za przy­zwo­le­niem nie­daw­nych opo­zy­cjo­ni­stów – za­cho­wać kon­tro­lę nad po­wsta­łą w miej­sce PRL III Rze­czy­po­spo­li­tą. Zbra­ta­nie się czę­ści opo­zy­cji z ko­mu­ni­sta­mi przy „okrą­głym sto­le” w 1989 r. uwa­żał za ha­nieb­ne. Był zwo­len­ni­kiem ze­rwa­nia w z prze­szło­ścią lat 1945–1989 po­przez usu­nię­cie funk­cjo­na­riu­szy re­żi­mu z ży­cia pu­blicz­ne­go.

Je­go sta­no­wi­sko wo­bec zmian „okrą­gło­sto­ło­wych” wy­ni­ka­ło z do­świad­czeń. Uro­dzo­ny we Lwo­wie w 1924 r., po wkro­cze­niu So­wie­tów we wrze­śniu 1939 r. oraz przy­łą­cze­niu mia­sta do Związ­ku So­wiec­kie­go, wi­dział ma­so­we aresz­to­wa­nia i wy­wóz­ki se­tek ty­się­cy Po­la­ków na Sy­be­rię.

Ci, któ­rzy prze­ży­li oku­pa­cję so­wiec­ką od 1939 do 1941 ro­ku we Lwo­wie czy Wil­nie, mie­li po pro­stu po­ję­cie o sys­te­mie so­wiec­kim. Ta­cy jak ja uwa­ża­li, że rok 1945 to nie jest żad­ne wy­zwo­le­nie, tyl­ko po pro­stu na­jazd, dal­sza, dłuż­sza, znacz­nie trud­niej­sza do prze­ży­cia mo­ral­ne­go oku­pa­cja” – po­wie­dział w 1986 r.

Z Pol­ski nie wy­jeż­dża się na za­wsze”

Opu­ściw­szy w 1944 r. Lwów, któ­ry Pol­ska utra­ci­ła po II woj­nie świa­to­wej, prze­niósł się do Kra­ko­wa, gdzie stu­dio­wał eko­no­mię i pra­wo. Wstą­pił wpraw­dzie w 1948 r. do Związ­ku Li­te­ra­tów Pol­skich, ale od­szedł po trzech la­tach, gdy na­si­li­ły się żą­da­nia pod ad­re­sem twór­ców, by wy­sła­wia­li Sta­li­na i oka­zy­wa­li en­tu­zjazm wo­bec na­rzu­co­ne­go nam si­łą sys­te­mu.

W od­róż­nie­niu od przy­tła­cza­ją­cej ma­sy pi­sa­rzy nie pod­po­rząd­ko­wał się ni­gdy re­gu­łom tzw. re­ali­zmu so­cja­li­stycz­ne­go, je­dy­nej obo­wią­zu­ją­cej w la­tach 1949–1956 for­mu­ły sztu­ki. Nie zni­żył się do pi­sa­nia pro­pa­gan­do­wych utwo­rów, przed­sta­wia­ją­cych ko­mu­ni­stycz­ną rze­czy­wi­stość ja­ko ide­al­ną. Za­ra­biał na ży­cie re­cen­zja­mi pu­bli­ko­wa­ny­mi pod pseu­do­ni­mem we względ­nie nie­za­leż­nej, ka­to­lic­kiej pra­sie oraz od­da­wa­niem krwi.

Do­pie­ro po li­be­ra­li­za­cji sys­te­mu w 1956 r. wy­dał pierw­sze to­mi­ki wier­szy: „Stru­na świa­tła”, „Her­mes, pies i gwiaz­da”, „Stu­dium przed­mio­tu”.  Wte­dy też za­czął po­dró­żo­wać po Eu­ro­pie, gro­ma­dząc ma­te­ria­ły do zbio­ru ese­jów o kul­tu­rze sta­ro­żyt­nej i śre­dnio­wiecz­nej Bar­ba­rzyń­ca w ogro­dzie.

Nie po­zo­stał za­gra­ni­cą – mó­wił, że „z Pol­ski nie wy­jeż­dża się na za­wsze”. Pod ko­niec lat 60. XX w. Służ­ba Bez­pie­czeń­stwa bez­sku­tecz­nie usi­ło­wa­ła na­kło­nić Her­ber­ta do współ­pra­cy, a po­tem szpie­go­wa­ła go do koń­ca PRL. Ja­ko czło­nek pre­zy­dium Związ­ku Li­te­ra­tów Pol­skich do­ma­gał się m.in. zmniej­sze­nia kar dla nie­pod­le­gło­ścio­wych dzia­ła­czy „Ru­chu” ska­za­nych w 1971 r. na wy­so­kie wy­ro­ki oraz dla bra­ci Ko­wal­czy­ków, osą­dzo­nych za wy­sa­dze­nie w 1971 r.

 

An­na Ze­chen­ter

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Jako człowiek – ODMAWIAM!

Czy wie­cie, w ja­ki spo­sób tłu­ma­czy­li się na pro­ce­sie w No­rym­ber­dze nie­mal wszy­scy zbrod­nia­rze hi­tle­row­scy? Mó­wi­li, że ow­szem, za­bi­ja­li, ale to nie by­ła ich wi­na. Oni tyl­ko wy­ko­ny­wa­li roz­ka­zy.

Więk­szość za­bi­ja­nych w Pol­sce dzie­ci nie­na­ro­dzo­nych jest „po­dej­rza­nych” o cho­ro­bę. Czę­sto nie cho­dzi o cięż­kie scho­rze­nia, ale o ta­kie, z któ­ry­mi moż­na żyć – a na­wet – jak w przy­pad­ku Ze­spo­łu Tur­ne­ra – skoń­czyć wy­ma­ga­ją­ce stu­dia, speł­niać ma­rze­nia. Cza­sa­mi ma­my do czy­nie­nia z cho­ro­ba­mi, któ­re w za­stra­sza­ją­co krót­kim cza­sie pro­wa­dzą do śmier­ci. Wszy­scy kie­dyś umrze­my, ale czy to zna­czy, że mo­że­my de­cy­do­wać o mo­men­cie śmier­ci in­nych osób? Wła­śnie do de­cy­do­wa­nia o ży­ciu i śmier­ci (a kon­kret­nie – o śmier­ci) nie­któ­rzy przed­sta­wi­cie­le rzą­du i władz sa­mo­rzą­do­wych chcie­li­by zmu­sić pol­skich le­ka­rzy i pie­lę­gniar­ki.

foto_01-02_20-2015

Pew­nie sły­sze­li­ście o spra­wie zwol­nie­nia z pra­cy prof. Bog­da­na Cha­za­na. Zgło­si­ła się do nie­go pa­cjent­ka w za­awan­so­wa­nej cią­ży – dziec­ko by­ło po­czę­te me­to­dą in vi­tro. Pa­cjent­ka chcia­ła do­ko­nać abor­cji. Ma­leń­stwo by­ło po­waż­nie cho­re, cier­pia­ło na bez­mó­zgo­wie i ra­czej nie mia­ło szans na dłuż­sze ży­cie. Kie­dy prof. Cha­zan od­mó­wił abor­cji i nie wska­zał le­ka­rza, któ­ry zro­bił­by to za­miast nie­go, roz­pę­ta­ła się na­gon­ka, w wy­ni­ku któ­rej zo­stał zwol­nio­ny z funk­cji dy­rek­to­ra szpi­ta­la, któ­rym świet­nie za­rzą­dzał.

I w tym mo­men­cie oka­za­ło się, że klau­zu­la su­mie­nia (czy­li pra­wo le­ka­rza do od­mó­wie­nia wy­ko­ny­wa­nia pro­ce­dur me­dycz­nych sto­ją­cych w sprzecz­no­ści z je­go prze­ko­na­nia­mi) w pol­skim pra­wie wła­ści­wie nie obo­wią­zu­je. Bo we­dług osób zwal­nia­ją­cych pro­fe­so­ra – sko­ro sam od­mó­wił abor­cji – to po­wi­nien wska­zać ko­goś, kto prze­pro­wa­dzi ją za­miast nie­go.

Moż­na to po­rów­nać do ta­kiej sy­tu­acji: ko­le­żan­ka py­ta­ła mnie, czy han­dlu­ję nar­ko­ty­ka­mi, bo chce ku­pić. Ja mó­wię, że nie han­dlu­ję, nie bio­rę i w ogó­le brzy­dzę się nar­ko­ty­ka­mi, ale znam ko­goś, kto sprze­da­je w do­brej ce­nie i za­raz po­dam do nie­go nu­mer… Ta­kie po­stę­po­wa­nie nie ma sen­su.

Je­go sku­tek jest ta­ki sam jak w przy­pad­ku, gdy­bym wy­ję­ła z kie­sze­ni nar­ko­ty­ki i po­da­ła ko­le­żan­ce, któ­ra znisz­czy­ła­by so­bie zdro­wie, uza­leż­ni­ła­by się, mo­gło­by to na­wet do­pro­wa­dzić do śmier­ci. Po­dob­nie w przy­pad­ku abor­cji – dla dziec­ka nie ma zna­cze­nia, kto je za­bi­je. Li­czy się sku­tek – śmierć bez­bron­ne­go ma­leń­stwa. Żad­ne­mu nor­mal­ne­mu czło­wie­ko­wi su­mie­nie nie po­zwa­la na za­bi­ja­nie. Nie po­win­no po­zwa­lać rów­nież le­ka­rzo­wi, któ­re­go pierw­szym obo­wiąz­kiem jest służ­ba ży­ciu, li­kwi­da­cja (w mia­rę moż­li­wo­ści) cho­ro­by, ale ni­gdy li­kwi­da­cja pa­cjen­ta! Pre­mier rzą­du Ewa Ko­pacz rok te­mu po­wie­dzia­ła w TVN, że „le­karz nie mo­że kie­ro­wać się su­mie­niem, mu­si je od­rzu­cić dla do­bra pa­cjen­ta”.

Te i po­dob­ne stwier­dze­nia świad­czą o chę­ci spro­wa­dze­nia ro­li le­ka­rza do do­star­cza­nia usług. Me­dy­cy­na ma się stać me­dy­cy­ną ży­czeń i opie­rać na za­sa­dzie kup­no – sprze­daż. Tak nie moż­na. Klau­zu­la su­mie­nia – praw­dzi­wa, a nie fik­cyj­na, czy­nią­ca współ­od­po­wie­dzial­nym za zbrod­nię – jest gwa­ran­tem, że le­karz po­zo­sta­nie czło­wie­kiem, a nie sta­nie się ro­bo­tem. W la­tach ko­mu­ni­stycz­nych, gdy obo­wią­zy­wa­ła usta­wa ze­zwa­la­ją­ca na abor­cję na ży­cze­nie, pe­wien bo­ha­ter­ski le­karz, prof. Wło­dzi­mierz Fi­jał­kow­ski, na pod­su­wa­nych so­bie skie­ro­wa­niach na abor­cję pi­sał: „Ja­ko czło­wiek – od­ma­wiam!”. Nie ja­ko wie­rzą­cy czy nie­wie­rzą­cy, ale ja­ko czło­wiek. Bo za­bi­ja­nie jest nie­ludz­kie.

 

Ewa Rej­man

 

Za­chę­ca­my do re­gu­lar­ne­go ko­rzy­sta­nia z ser­wi­su in­ter­ne­to­we­go: www.pro-life.pl. Ak­tu­al­no­ści na: www.facebook.com/psozc

Sacrum na ścianie i w portfelu

Nie są przed­mio­ta­mi świę­ty­mi, a jed­nak mó­wi­my o nich „świę­te”, trak­tu­je­my z sza­cun­kiem i po­boż­no­ścią. Czy ma­ją szcze­gól­ną „moc”?

Ja­ko ma­ła dziew­czyn­ka po­je­cha­łam z ro­dzi­ca­mi do Kal­wa­rii Pa­cław­skiej na uro­czy­stość Wnie­bo­wzię­cia Naj­święt­szej Ma­ryi Pan­ny. Uczest­ni­czy­li­śmy w pro­ce­sji za­śnię­cia Mat­ki Bo­żej. Za­pa­mię­ta­łam jed­nak nie sa­mą uro­czy­stość i tłu­my piel­grzy­mów, ale ta­jem­ni­czy ob­rzęd „po­świę­ca­nia” de­wo­cjo­na­liów, czy­li ró­żań­ców, me­da­li­ków, ob­raz­ków z wi­ze­run­ka­mi świę­tych. Ze­bra­ni w ko­ście­le lu­dzie prze­ka­zy­wa­li je so­bie z rąk do rąk.

foto_01-01_20-2015

Przy fi­gu­rze Mat­ki Bo­żej sta­li księ­ża, od­ma­wia­li mo­dli­twę, a na­stęp­nie po­cie­ra­li te przed­mio­ty o we­lon, któ­rym przy­kry­ta by­ła fi­gu­ra Ma­ryi.

Z in­ter­ne­tu do­wia­du­ję się, że ma­te­riał po­tar­ty o ko­ści świę­te­go sta­no­wi... re­li­kwię III stop­nia. Czy po­świę­ce­nie bez uży­cia wo­dy świę­co­nej jest waż­ne? – Tak na­praw­dę po­świę­ce­nie jest jed­no – wo­dą świę­co­ną – mó­wi ks.

Szy­mon Mu­cha. – Są za­twier­dzo­ne mo­dli­twy w Agen­dach li­tur­gicz­nych. Prak­ty­ki, zwłasz­cza za­kon­ne, są róż­ne. Na przy­kład w do­mi­ni­kań­skim sank­tu­arium Mat­ki Bo­żej w Gi­dlach ist­nie­je zwy­czaj „ką­piół­ki”, czy­li za­nu­rze­nia fi­gu­ry Mat­ki Bo­żej w wi­nie. Po­tem wi­no to jest prze­le­wa­ne do ma­łych bu­te­le­czek i roz­da­wa­ne piel­grzy­mom. Do­stęp­ne są ob­raz­ki, do któ­rych przy­kle­jo­ny jest ma­ły frag­men­cik tiu­lu (we­lo­nu), po­tar­te­go o Cu­dow­ny Ob­raz MB Czę­sto­chow­skiej.

Ale je­śli mó­wi­my o po­świę­ce­niu, to trzy­maj­my się li­tur­gii i mo­dlitw za­twier­dzo­nych przez Ko­ściół, bo ina­czej to wszyst­ko nam się roz­my­je do róż­nych, lu­do­wych cu­de­niek– prze­strze­ga ks. Szy­mon.

Świę­tość na sprze­daż

Kil­ka lat te­mu mia­łam moż­li­wość udzia­łu w tar­gach sa­kral­nych. Jed­na z firm pre­zen­to­wa­ła tam sys­tem grzej­ni­ków umiesz­cza­nych za... świę­ty­mi ob­ra­za­mi. Cho­dzi­ło o stwo­rze­nie wra­że­nia, że cie­pło ema­nu­je wprost z po­sta­ci przed­sta­wio­nej na ob­ra­zie.

Te „cie­płe ob­ra­zy” cie­szą się po­dob­no wiel­kim po­wo­dze­niem, a wie­le osób twier­dzi, że ła­twiej im się przed ni­mi mo­dlić.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak

Magda Guziak-NowakDro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Kto by się spo­dzie­wał, że w li­gh­to­wym te­ma­ci­ku nu­me­ru o ró­żań­cach, me­da­li­kach i po­boż­nych ob­raz­kach moż­na prze­my­cić praw­dy wy­ni­ka­ją­ce z naj­waż­niej­szych Bo­żych przy­ka­zań? A jed­nak.

Nie bę­dziesz miał bo­gów cu­dzych przede Mną” – pi­sze Jo­la w tek­ście na str. 4–5. A więc nie bę­dziesz wie­rzył w ta­li­zma­ny i amu­le­ci­ki, bo „moc praw­dy i świa­tła” pły­nie tyl­ko z te­go, co po­świę­co­ne na Bo­żą chwa­łę.

Nie bę­dziesz brał imie­nia Pa­na Bo­ga swe­go nada­rem­no” – na­pi­szę ja, tu­taj. Czy­li nie bę­dziesz dru­ko­wał Bo­że­go imie­nia na pstro­ka­tych ba­lo­ni­kach i pa­ra­sol­kach, nie bę­dziesz pro­du­ko­wał w trój­wy­mia­rze Je­zu­sa, któ­ry ma­cha do nas rę­ką i nie ku­pisz wo­dy mi­ne­ral­nej w bu­tel­ce a la Ma­ry­ja.

W tych dzi­wacz­nych cza­sach bra­ku­je mi cze­goś po­środ­ku. Z jed­nej stro­ny ate­izm do kwa­dra­tu: kul­tu­ra bez Bo­ga, po­li­ty­ka bez Bo­ga i szko­ła bez Bo­ga, gdy na ścia­nach zo­sta­ły tyl­ko dziu­ry po gwoź­dziach, któ­re trzy­ma­ły krzy­że. Z dru­giej stro­ny han­del świę­to­ścia­mi: po­do­bi­zny za­cnych pa­tro­nów obok od­pu­sto­wych pi­sto­le­tów i la­lek oraz wy­cie­racz­ki do bu­tów z wi­ze­run­kiem Mat­ki Bo­żej – wi­dzia­łam na wła­sne oczy. Bra­ku­je tyl­ko wi­del­czy­ków z gło­wą pa­pie­ża do wa­do­wic­kich kre­mó­wek… Czy Pan Bóg się na to ob­ra­ża…? Nie wia­do­mo, ale z pew­no­ścią przy­glą­da się na­szym in­ten­cjom. Je­śli mo­dli­twa jest szcze­ra i pro­sto z ser­ca, mo­że nie ma wiel­kiej róż­ni­cy, czy mo­dli­my się przed pięk­nym, XV-wiecz­nym ob­ra­zem, czy przed od­pu­sto­wą fi­gur­ką? By­le tyl­ko nie odrzeć na­sze­go kon­tak­tu ze Stwór­cą z na­leż­ne­go Mu sza­cun­ku. W każ­dym ra­zie, jak przy­po­mi­nał Zbi­gniew Her­bert, o któ­rym pi­sze­my tak­że w tym nu­me­rze: „Tak więc es­te­ty­ka mo­że być po­moc­na w ży­ciu. Nie na­le­ży za­nie­dby­wać na­uki o pięk­nie”.

Do­brej lek­tu­ry!

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny