W sieci neuronów

Dzi­siaj nie uwa­ża­my już, jak sta­ro­żyt­ni Gre­cy, że to dar bo­gi­ni Mne­mo­zy­ny. Pa­mięć jest pod­sta­wą na­szej oso­bo­wo­ści. Je­ste­śmy tym, kim je­ste­śmy dla­te­go, że pa­mię­ta­my. Jak to się dzie­je, że za­pa­mię­tu­je­my, prze­cho­wu­je­my i przy­po­mi­na­my so­bie in­for­ma­cje?

foto_01-03_09-2015

Być mo­że ma­cie w ro­dzi­nie ko­goś star­sze­go, kto ma kło­po­ty z pa­mię­cią. Co­dzien­ność ta­kiej oso­by i jej oto­cze­nia by­wa trud­na. Spraw­nie dzia­ła­ją­ca pa­mięć jest klu­czo­wa dla na­sze­go pra­wi­dło­we­go funk­cjo­no­wa­nia. Bez wspo­mnień ni­czym nie róż­ni­li­by­śmy się mię­dzy so­bą. Zda­rze­nia z prze­szło­ści kształ­tu­ją na­szą oso­bo­wość i wpły­wa­ją na po­dej­mo­wa­ne przez nas de­cy­zje. W ja­ki spo­sób dzia­ła pa­mięć i jak za­pi­sy­wa­ne są na­sze wspo­mnie­nia?

Nie­sa­mo­wi­ty mózg

Ludz­ki mózg to ge­nial­ny na­rząd! Do dziś nie od­kry­to wszyst­kich je­go ta­jem­nic. Sta­no­wi cen­trum do­wo­dze­nia or­ga­ni­zmu, ste­ru­je wszyst­ki­mi za­cho­dzą­cy­mi w nim pro­ce­sa­mi. Jest tak­że ma­ga­zy­nem na­szych my­śli, ma­rzeń, prze­czuć i emo­cji.

Tro­chę sta­ty­styk. Mózg do­ro­słe­go czło­wie­ka wa­ży śred­nio od 1,2 do 1,4 kg. Mózg męż­czy­zny jest nie­co cięż­szy od mó­zgu ko­bie­ty. Ale spo­koj­nie, dziew­czy­ny, ma to zwią­zek je­dy­nie z ma­są cia­ła, a nie z in­te­li­gen­cją. Mi­mo że ma­sa mó­zgu sta­no­wi śred­nio 2 proc. ma­sy cia­ła, wy­ko­rzy­stu­je on aż 20 proc. do­star­cza­ne­go do or­ga­ni­zmu tle­nu. Dzie­się­cio­krot­nie szyb­ciej zu­ży­wa ener­gię niż po­zo­sta­łe na­rzą­dy.

Nic dziw­ne­go – pra­cu­je bez prze­rwy, na­wet pod­czas snu. Czy wie­cie, że kie­dy za­czy­na bra­ko­wać sub­stan­cji od­żyw­czych, or­ga­nizm za­czy­na spa­lać wła­sną tkan­kę tłusz­czo­wą, po­tem mię­śnio­wą, a wszyst­kie in­ne or­ga­ny mu­szą przejść na przy­mu­so­wą „die­tę” na rzecz mó­zgu? To on jest naj­waż­niej­szy i ma ab­so­lut­ny prio­ry­tet.

Sty­mu­la­cja umy­słu

Mózg to cen­trum ste­ro­wa­nia. Spraw­dza tem­pe­ra­tu­rę na­sze­go cia­ła, je­go po­ło­że­nie i pra­cę na­rzą­dów we­wnętrz­nych. Jest od­po­wie­dzial­ny za wszel­kie pro­ce­sy po­znaw­cze. Funk­cje mó­zgu to nie tyl­ko pro­ste sy­tu­acje ty­pu: bo­dziec – re­ak­cja, ta­kie jak gę­sia skór­ka na wi­dok na­uczy­cie­la ma­te­ma­ty­ki. To rów­nież tak skom­pli­ko­wa­ne pro­ce­sy, jak ob­li­cza­nie funk­cji try­go­no­me­trycz­nych, two­rze­nie teo­rii o wszech­świe­cie czy pi­sa­nie po­wie­ści.

 

Jo­la Tę­cza-Ćwierz

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Szkoła modlitwy. Modlitwa uwielbienia

Naj­wznio­ślej­sza, naj­trud­niej­sza, naj­mil­sza Bo­gu, „naj­mniej” ludz­ka w spo­sób na­tu­ral­ny (bo trze­ba mieć du­szę wprost anio­ła) – oto mo­dli­twa uwiel­bie­nia. Mo­dli­twa, w ja­kiej bę­dzie­my trwać przed Bo­giem przez ca­łą wiecz­ność. Naj­mniej bez­in­te­re­sow­na – już nie dzię­ku­je­my Bo­gu za da­ry; już nie prze­pra­sza­my za grze­chy; już nie pro­si­my o nic dla sie­bie – je­dy­nie wiel­bi­my Bo­ga za to, że jest.

foto_01-02_09-2015

Moż­na by po­wie­dzieć, że uwiel­bie­nie jest naj­bliż­sze dzięk­czy­nie­niu. Mo­dli­my się peł­ni wdzięcz­no­ści i ra­do­ści w ob­li­czu Bo­ga. Wie­my, że da­je nam da­ry, ale ma­my tak­że prze­świad­cze­nie, że jest On go­dzien na­szych hoł­dów, na­szej czci, na­sze­go uwiel­bie­nia nie­za­leż­nie od nich. Ta­ka mo­dli­twa na­praw­dę wy­ma­ga du­cha ode­rwa­ne­go od zie­mi, od ziem­skich spraw. Mo­dli­my się wów­czas ca­łym so­bą, włą­cza­ją się na­sze zmy­sły, chce­my jed­no­cze­śnie śpie­wać, tań­czyć, kla­skać… Nie trze­ba się bać ta­kich pra­gnień, choć nie za­wsze są one zro­zu­mia­łe – w Pol­sce mo­dli­my się ra­czej w spo­sób „tra­dy­cyj­ny”, nie an­ga­żu­jąc zbyt­nio emo­cji. Wy­ni­ka to z wie­lu po­wo­dów: na­sze­go na­ro­do­we­go tem­pe­ra­men­tu, wpły­wu cy­wi­li­za­cji ła­ciń­skiej, opar­tej na pra­wie i ro­zu­mie, na­wet z na­sze­go po­ło­że­nia geo­gra­ficz­ne­go (nie na­le­ży­my do kra­jów go­rą­ce­go Po­łu­dnia).

Zna­ny du­chow­ny, Ame­deo Cen­ci­ni, wy­ra­ził ta­ką myśl, że nie tyl­ko Ma­ry­ja zo­sta­ła po­zdro­wio­na sło­wa­mi „peł­na ła­ski” (gra­tia ple­na), ale ży­cie każ­de­go z nas jest wła­śnie gra­tia ple­na, „peł­ne ła­ski”. Ży­cie Ma­ryi by­ło wy­peł­nio­ne ła­ską naj­bar­dziej z wszyst­kich lu­dzi na świe­cie, ale tak­że my, na­sze zwy­czaj­ne ży­cie, jest peł­ne Bo­żej ła­ski. Ile ra­zy wni­ka­my w obec­ność Bo­ga w na­szym ży­ciu, ty­le ra­zy bu­dzi się w nas chęć uwiel­bie­nia Bo­ga za to, że nam nie­ustan­nie bło­go­sła­wi.

Jak mo­dlić się uwiel­bie­niem? Trze­ba zna­leźć wła­ści­wą so­bie for­mę. Mo­gą to być psal­my, hym­ny (np. Pieśń Ma­ryi, Pieśń Za­cha­ria­sza, hymn An­ny z 1 Sm 2,1–10). Moż­na na­pi­sać wła­sną mo­dli­twę uwiel­bie­nia. God­ne po­le­ce­nia jest zna­leźć wspól­no­tę, któ­ra mo­dli się uwiel­bie­niem – jest ich co­raz wię­cej. Bar­dzo czę­sto wiel­bią Bo­ga przed wy­sta­wio­nym Naj­święt­szym Sa­kra­men­tem. Ale uwa­ga – to waż­ne, by zna­leźć wspól­no­tę pro­wa­dzo­ną przez po­boż­ne­go i kom­pe­tent­ne­go prze­wod­ni­ka du­cho­we­go, aby unik­nąć zej­ścia na ma­now­ce wia­ry, np. ten­den­cji sek­ciar­skich, kry­ty­kanc­kich, wy­klu­cza­ją­cych itp.

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Bohaterowie już niepotrzebni...

Gdy w 1945 r. na kon­ty­nen­cie umil­kły dzia­ła, na Za­cho­dzie znaj­do­wa­ło się po­nad 200 tys. żoł­nie­rzy Pol­skich Sił Zbroj­nych na Za­cho­dzie (PSZ). Wal­czy­li na wszyst­kich fron­tach, lecz pod­le­ga­li roz­ka­zom Na­czel­ne­go Wo­dza na Uchodź­stwie w Lon­dy­nie.

Po za­koń­cze­niu woj­ny więk­szość z nich nie chcia­ła lub nie mo­gła wra­cać do ko­mu­ni­stycz­nej Pol­ski, gdzie cze­ka­ły ich szy­ka­ny – wszak część z nich uszła spod so­wiec­kiej nie­wo­li z gen. An­der­sem, in­ni by­li w oczach no­wych władz prze­ciw­ni­ka­mi Pol­ski „lu­do­wej”. Nie o ta­ką oj­czy­znę wal­czy­li u bo­ku alian­tów, lecz o su­we­ren­ną. Dzie­siąt­ki ty­się­cy lu­dzi nie mia­ło się gdzie po­dziać, bo ich mia­sta Sta­lin wcie­lił do ZSRS.

foto_01-01_09-2015
Alian­ci lą­du­ją w pod Arn­hem w Ho­lan­dii, 1944 r.

Wśród po­zba­wio­nych oj­czy­zny by­li bo­ha­te­ro­wie z 2. Kor­pu­su Pol­skie­go gen. Wła­dy­sła­wa An­der­sa, któ­rzy zdo­by­li Mon­te Cas­si­no, otwie­ra­jąc dro­gę na Rzym. By­li i lot­ni­cy ze słyn­nych pol­skich dy­wi­zjo­nów – uwiel­bia­ni, gdy do­ko­ny­wa­li cu­dów mę­stwa w bi­twie po­wietrz­nej o An­glię. 1. Dy­wi­zja Pan­cer­na gen. Sta­ni­sła­wa Macz­ka wy­zwa­la­ła Fran­cję, Bel­gię, Ho­lan­dię – wszę­dzie wi­ta­no ich fla­ga­mi „Dzię­ku­je­my, Po­la­cy!”. W ope­ra­cji lą­do­wa­nia na kon­ty­nen­cie (kryp­to­nim „Mar­ket Gar­den”) bra­ła udział 1. Sa­mo­dziel­na Bry­ga­da Spa­do­chro­no­wa gen. Sta­ni­sła­wa So­sa­bow­skie­go, wy­krwa­wia­jąc się pod Arn­hem. Kil­ka ty­się­cy ma­ry­na­rzy pły­wa­ło w bry­tyj­skiej ma­ry­nar­ce wo­jen­nej.

Wio­sną 1946 r. PSZ nie by­ły ni­ko­mu po­trzeb­ne. Na po­wrót zde­cy­do­wa­ło się 105 tys. żoł­nie­rzy – wie­lu za­pła­ci­ło za tę de­cy­zję prze­śla­do­wa­nia­mi. Nie­daw­ni bo­ha­te­ro­wie sta­li się na wy­spie nie­po­żą­da­ny­mi go­ść­mi, ga­ze­ty oskar­ża­ły ich o nie­wdzięcz­ność wo­bec So­wie­tów: „Sta­lin po­czy­nił na rzecz Po­la­ków du­że ustęp­stwa i za­słu­żył na ich po­dzię­ko­wa­nie” – pi­sa­ły. W lip­cu 1945 r. Bry­tyj­czy­cy i Ame­ry­ka­nie wy­co­fa­li po­par­cie dla Rzą­du RP na Uchodź­stwie, uzna­jąc ko­mu­ni­stycz­ny rząd, po­wo­ła­ny w Mo­skwie.

No­wy bry­tyj­ski pre­mier – Cle­ment At­tlee i mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych – Er­nest Be­vin go­to­wi by­li zro­bić wie­le, by utrzy­mać do­bre sto­sun­ki z So­wie­ta­mi. Be­vin nie ukry­wał, że chęt­nie de­por­to­wał­by wszyst­kich Po­la­ków. W mar­cu 1946 r. każ­dy pol­ski woj­sko­wy do­stał od nie­go list: „Ni­niej­szym zwal­niam Pa­na ze służ­by…”.

W czerw­cu 1946 r. son­daż wy­ka­zał, że po­nad po­ło­wa oby­wa­te­li Zjed­no­czo­ne­go Kró­le­stwa jest za ode­sła­niem Po­la­ków „do ich kra­ju”. Ze­wsząd ota­czał ich mur nie­chę­ci. W oko­li­cach baz lot­ni­czych, gdzie sta­cjo­no­wa­li jesz­cze lot­ni­cy, po­ja­wi­ły się na­pi­sy „An­glia dla An­gli­ków”. Za żoł­nie­rza­mi wo­ła­no: „Wra­caj­cie do sie­bie”. Wie­lu mu­sia­ło jed­nak zo­stać w Wiel­kiej Bry­ta­nii, gdzie ima­li się róż­nych prac, że­by utrzy­mać się na po­wierzch­ni.

Gen. Ma­czek, któ­ry zo­stał na emi­gra­cji w Edyn­bur­gu, po­zba­wio­ny świad­czeń przy­słu­gu­ją­cych we­te­ra­nom alianc­kim, za­ra­biał na ży­cie ja­ko bar­man w jed­nym z edyn­bur­skich ho­te­li. Na wnio­sek miesz­kań­ców Bre­dy przy­zna­no mu ho­no­ro­we oby­wa­tel­stwo Ho­lan­dii. Zo­stał po­cho­wa­ny w 1994 r. na cmen­ta­rzu woj­sko­wym w Bre­dzie.

Gen. So­sa­bow­ski zna­lazł pra­cę ro­bot­ni­ka w ma­ga­zy­nach w fa­bry­ce sil­ni­ków elek­trycz­nych, a póź­niej przy pro­duk­cji te­le­wi­zo­rów. Zmarł na za­wał ser­ca w 1967 r.

 

An­na Ze­chen­ter

 

Wię­cej w dru­ko­wa­nym wy­da­niu „Dro­gi”. Za­chę­ca­my do pre­nu­me­ra­ty. O „Dro­gę” py­taj­cie tak­że w swo­ich pa­ra­fiach.

Wstępniak

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy!

Magda Guziak-Nowak

Pra­wa rę­ka świad­ka na mo­im ra­mie­niu. Krzyż kre­ślo­ny świę­ty­mi ole­ja­mi na mo­jej gło­wie. Dia­log z bi­sku­pem:

– Wik­to­rio, przyj­mij zna­mię Du­cha Świę­te­go.

– Amen.

– Po­kój z to­bą.

– I z du­chem two­im.

I już po. Je­stem wy­bierz­mo­wa­na. Nie no, bierz­mo­wa­nie jest zde­cy­do­wa­nie mniej po­ka­zo­we niż chrzest, Pierw­sza Ko­mu­nia Świę­ta, ślub czy świę­ce­nia ka­płań­skie.

Wła­ści­wie to do­brze – jest skrom­nie (choć i tu by­wa­ją przy­kła­dy pre­zen­to­ma­nii…), więc moż­na się sku­pić na isto­cie. Z dru­giej jed­nak stro­ny, tak skrom­nie, że aż zwy­czaj­nie.

Stop! Tu nic nie jest zwy­czaj­ne! Ty­le da­rów, zu­peł­nie nie­za­słu­żo­nych, bo prze­cież nie otrzy­ma­łam ich za za­li­czo­ny „pe­łen pa­kiet” (Gorz­kie Ża­le, ro­ra­ty i in­ne). Bóg chciał mi dać jesz­cze wię­cej, że­bym pięk­niej i gło­śniej Go wy­chwa­la­ła. Po­zwo­lił mi po­znać Wiel­kie­go Nie­zna­jo­me­go, czy­li Du­cha Świę­te­go. Bo – umów­my się – nie­ogar­nio­ne­go Bo­ga Oj­ca ja­koś „ogar­nia­my”. Wie­my, że stwo­rzył świat, że jest mi­ło­sier­ny, ale kie­dy trze­ba – spra­wie­dli­wy.

Wie­my też spo­ro o Je­zu­sie Chry­stu­sie, któ­ry był „gwiaz­dą” swo­ich cza­sów. By­ło co oglą­dać. Był świet­nym mów­cą, na­peł­niał sie­ci ry­ba­mi, no i za­mie­niał wo­dę w wi­no! Zmarł, ale zmar­twych­wstał. Ale Duch Świę­ty? Przed sa­kra­men­tem bierz­mo­wa­nia wie­dzia­łam o Nim ty­le, co nic.

Że „tchnie, kę­dy chce” i pa­rę in­nych… Dzię­ku­ję Ci, Bo­że, że ob­ja­wi­łeś mi Go w ta­ki spo­sób – ja­ko Du­cha Mi­ło­ści, któ­ry chce do mnie przyjść za dar­mo i zo­stać na za­wsze… Dla­cze­go pi­sze­my o Du­chu Świę­tym? Do­bie­ga­my do Pięć­dzie­siąt­ni­cy. To do­bry czas na na­sze ra­chun­ki su­mie­nia: Jak wy­ko­rzy­stu­ję da­ry Du­cha Świę­te­go? Czy nie mar­no­tra­wię ich każ­de­go dnia? Co jesz­cze mo­gę zro­bić, by le­piej prze­żyć bierz­mo­wa­nie, do któ­re­go się przy­go­to­wu­ję? Czy trak­tu­ję je na se­rio? Zo­sta­wiam Was – i sie­bie! – z ty­mi my­śla­mi. Duch Świę­ty zro­bi resz­tę. Je­śli po­zwo­li­my Mu dzia­łać!

 

Mag­da Gu­ziak-No­wak

re­dak­tor na­czel­ny