Świętowałyśmy RAZEM

Mo­ja ma­ma mnie ko­cha­ła” – opo­wia­da Ju­da My­ers, po­czę­ta w wy­ni­ku gwał­tu. O uro­dzi­nach w Wa­len­tyn­ki i ko­bie­tach – bo­ha­ter­kach roz­ma­wia z Ewą Rej­man.

Pa­ni ma­ma zo­sta­ła zgwał­co­na, a Pa­ni sa­ma jest owo­cem te­go gwał­tu. Czy kie­dy­kol­wiek Pa­ni ma­mie su­ge­ro­wa­no abor­cję?

Tak, za­rów­no le­karz, do któ­re­go po­szła, jak i jej wła­sna ma­ma pro­po­no­wa­li ta­kie „roz­wią­za­nie”. Le­karz, kie­dy do­wie­dział się, w ja­ki spo­sób za­szła w cią­żę, po­wie­dział, że się TYM zaj­mie. Ale mo­ja ma­ma od­par­ła wte­dy: „Nie, nie po­zwo­lę za­jąć się TYM, bo TO jest mo­im dziec­kiem!”

foto_01-01_01-2015

Fan­ta­stycz­ne, god­ne po­dzi­wu po­dej­ście. Ale ja­kiś zwo­len­nik abor­cji mógł­by po­wie­dzieć: Ko­bie­ta po­win­na mieć pra­wo wy­bo­ru. Do­brze, że Ju­da ży­je, ale co mu­sia­ła czuć jej mat­ka, bę­dąc w cią­ży z dziec­kiem gwał­ci­cie­la?

– Nie­któ­rzy lu­dzie mó­wią po­dob­ne rze­czy, ale mo­ja ma­ma pew­nie ode­bra­ła­by to ja­ko ob­ra­zę. Ja nie je­stem dziec­kiem gwał­ci­cie­la, ja je­stem przede wszyst­kim JEJ dziec­kiem. „Da­wa­nie” dziec­ka gwał­ci­cie­lo­wi po­przez uży­wa­nie po­dob­nych słów jest po pro­stu idio­tycz­ne. Mo­ja ma­ma po­wie­dzia­ła, że ja je­stem je­dy­ną do­brą rze­czą, ja­ka wy­ni­kła z te­go ca­łe­go hor­ro­ru. Nie­daw­no usły­sza­łam od pew­nej ko­bie­ty, że to wła­śnie dziec­ko po­mo­gło jej przejść przez pro­ces uzdro­wie­nia.

Zo­sta­ła Pa­ni ad­op­to­wa­na krót­ko po uro­dze­niu. Jak ten fakt wpły­nął na Pa­ni ży­cie?

– Za­wsze wie­dzia­łam o tym, że je­stem ad­op­to­wa­na i ko­cham za­rów­no mo­ją bio­lo­gicz­ną ma­mę, jak i ro­dzi­ców ad­op­cyj­nych. Po­za tym – spójrz – każ­dy, kto przy­cho­dzi do Chry­stu­sa, jest jed­no­cze­śnie „ad­op­to­wa­ny” do Bo­żej ro­dzi­ny!

Czy kie­dy po­zna­ła Pa­ni praw­dę o oko­licz­no­ściach swo­je­go po­czę­cia, nie po­my­śla­ła Pa­ni „Wo­la­ła­bym się nie uro­dzić”?

– Tak… Przez chwi­lę tak by­ło. Jed­nak póź­niej zo­rien­to­wa­łam się, że ta­kie my­śle­nie jest kłam­stwem i po­cho­dzi od dia­bła, któ­ry chce mnie w ten spo­sób od­cią­gnąć od Bo­ga. W prze­zwy­cię­że­niu trud­no­ści bar­dzo po­mo­gła mi mi­łość, ja­ką by­łam ota­cza­na przez mo­je­go mę­ża, dzie­ci, ro­dzi­ców, przy­ja­ciół.

Przez chwi­lę my­śla­łam, że wo­la­ła­bym się nie uro­dzić. Ale ta­kie my­śle­nie jest kłam­stwem i po­cho­dzi od dia­bła.

Swo­ją bio­lo­gicz­ną ma­mę po­zna­ła Pa­ni, kie­dy mia­ła Pa­ni 48 lat. Ja­ka by­ła Wa­sza póź­niej­sza re­la­cja?

– Wspa­nia­ła. Mo­ja ma­ma bar­dzo się cie­szy­ła, że po­ja­wi­łam się w jej ży­ciu. Zmar­ła w 2012 r., mia­ły­śmy sie­dem lat na to, że­by się wza­jem­nie po­znać i na­cie­szyć so­bą. By­ła ze mną, kie­dy przy­cho­dzi­łam na ten świat, a ja by­łam z nią, kie­dy ona ten świat opusz­cza­ła. Mo­ja sio­stra zmar­ła dwa la­ta wcze­śniej, więc przy śmier­ci ma­ma mia­ła tyl­ko mnie. Przy skła­da­niu kon­do­len­cji pew­na ko­bie­ta po­de­szła do mnie i po­wie­dzia­ła: „Two­ja ma­ma za­wsze świę­to­wa­ła two­je uro­dzi­ny przy­pa­da­ją­ce do­kład­nie w Wa­len­tyn­ki. I za­wsze mó­wi­ła, że pew­ne­go dnia cię od­naj­dzie i bę­dzie­cie świę­to­wać ra­zem”. Rze­czy­wi­ście, spo­tka­ły­śmy się krót­ko przed 14 lu­te­go i od tam­tej po­ry za­wsze spę­dza­ły­śmy ten dzień ra­zem.

Czy kie­dy­kol­wiek ob­wi­nia­ła Pa­ni Bo­ga o tak trud­ny po­czą­tek ży­cia? Czy pa­trząc na in­nych lu­dzi za­da­wa­ła so­bie Pa­ni py­ta­nie – dla­cze­go ja? Dla­cze­go to ja mu­szę cier­pieć?

– Nie ob­wi­nia­łam Bo­ga, ale za­da­wa­łam Mu py­ta­nia. I w koń­cu usły­sza­łam od­po­wiedź. Umie­ścił mnie w sa­mym środ­ku zła, abym po­mi­mo te­go mo­gła wy­chwa­lać Je­go imię! Wiesz, by­łam tym przy­tło­czo­na. Wszy­scy ma­my w ży­ciu ja­kiś cel, a tym ce­lem po­win­no być po­zna­nie na­sze­go Stwór­cy i mi­łość do Nie­go. Na­sze ży­cia wy­peł­nia się wte­dy ra­do­ścią, któ­rej nie znisz­czą żad­ne oko­licz­no­ści ze­wnętrz­ne.

Na­gra­ła Pa­ni pły­tę ze swo­imi utwo­ra­mi. Jed­na z pio­se­nek mó­wi o lu­dziach, któ­rzy prze­ży­li trau­my. Śpie­wa Pa­ni: „Mo­gą uciec w otwar­te ra­mio­na Zba­wi­cie­la”. Dla­cze­go wy­bra­ła Pa­ni ta­ki spo­sób ewan­ge­li­za­cji?

– Uwiel­biam dzie­lić się z in­ny­mi otrzy­ma­ny­mi od Bo­ga ła­ska­mi. Nie mo­gę te­go da­ru za­trzy­mać dla sie­bie. Po­moc in­nym w do­strze­że­niu Pa­na jest mo­ją dro­gą oka­za­nia Mu wdzięcz­no­ści. Wstrzą­sa­ją mną sy­tu­acje, gdy wi­dzę, jak lu­dzie przez Chry­stu­sa od­naj­du­ją praw­dzi­wą wol­ność.

Za­ło­ży­ła Pa­ni or­ga­ni­za­cję „Cho­ices for Li­fe” („Wy­bo­ry dla ży­cia”). Czym się ona zaj­mu­je?

– Głów­nym po­wo­dem za­ło­że­nia przez mnie tej or­ga­ni­za­cji by­ła chęć zwró­ce­nia ho­no­ru i god­no­ści ko­bie­tom i dzie­ciom po­czę­tym w wy­ni­ku gwał­tu. Na ta­kich oso­bach cią­ży ogrom­ne pięt­no. Sły­sza­łam o ko­bie­tach bi­tych, znie­wa­ża­nych, wy­śmie­wa­nych z te­go po­wo­du, że nie go­dzi­ły się na abor­cję swo­je­go dziec­ka po­czę­te­go przez gwałt. Więc stwo­rzy­łam du­żą sieć, a na­le­żą do niej ofia­ry, któ­re prze­zwy­cię­ży­ły trau­mę. Te­raz po­ma­ga­ją in­nym znaj­du­ją­cym się w po­dob­nej sy­tu­acji. Na­sza or­ga­ni­za­cja wspie­ra ko­bie­ty emo­cjo­nal­nie, fi­zycz­nie, fi­nan­so­wo i du­cho­wo, sta­ra­my się im do­star­czyć wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­ją. Cza­sa­mi uła­twia­my prze­pro­wadz­ki do bez­piecz­nych miejsc, da­je­my im schro­nie­nie, je­dze­nie, ubra­nie, znaj­du­je­my im pra­cę, za­pew­nia­my po­moc praw­ną. Ale przede wszyst­kim po pro­stu je ko­cha­my i spra­wia­my, że wi­dzą, że są praw­dzi­wy­mi bo­ha­ter­ka­mi!

 

W kraju przeznaczenia

Gdy­by dzie­sięć lat te­mu ktoś mi po­wie­dział, że sie­dząc przed kom­pu­te­rem bę­dę pi­sać świa­dec­two o tym, jak jest na mi­sjach w Bo­li­vii, pew­nie bym się ro­ze­śmia­ła. Ale je­stem tu, już od ro­ku!

Mi­sje by­ły we mnie za­wsze. Pa­mię­tam mi­sjo­na­rzy, któ­rzy przy­jeż­dża­li i opo­wia­da­li o swo­jej pra­cy, o lu­dziach, in­nej kul­tu­rze. Już wte­dy czu­łam, że to mu­si byc coś wię­cej! Za­pra­gnę­łam wy­je­chać i jesz­cze, że­by przy­świe­ca­ła te­mu wiel­ka idea, wie­kie do­bro, mi­łość i sza­cu­nek do lu­dzi, wśród któ­rych bę­dę. Dzi­siaj wiem, że tym Do­brem jest sam Bóg.

Mo­im pierw­szym mi­syj­nym kra­jem był Ka­zach­stan. Osiem mie­się­cy upły­nę­ło bar­dzo szyb­ko. Uczy­łam dzie­ci angielskiego,wykonywałam drob­ne par­ce w pa­ra­fii, prze­wa­la­łam to­ny śnie­gu, du­żo się mo­dli­łam. Wró­ci­łam do do­mu, ale na­dal no­si­łam w so­bie to sa­mo pra­gnie­nie mi­sji. Mia­łam do­łą­czyć do zna­jo­mych w Pe­ru, w An­dach, ale Pan Bóg chciał ina­czej. Je­stem w Bo­li­wii i je­stem prze­szczę­śli­wa!

foto_01-02_01-2015

Mi­nął już rok, od­kąd je­stem na mi­sjach i pra­cu­je w San Ra­mon, ma­łym mia­stecz­ku we wschod­niej czę­ści kra­ju. Ota­cza nas nie­sa­mo­wi­cie pięk­na przy­ro­da, w któ­rej nie­ustan­nie wiel­bię Bo­ga. Tu­taj ży­je się bar­dzo spo­koj­nie i z dnia na dzień, ale ma to tak­że swo­je złe stro­ny. Wie­le za­sad, któ­re zna­my z co­dzien­ne­go ży­cia w Eu­ro­pie, tu­taj nie ist­nie­je np. lu­dzie się spóź­nia­ją, i to „gru­bo”, i wszyst­ko ro­bią bez po­śpie­chu. Nie ma też pre­sji, że­by skoń­czyć to, co się za­czę­ło. Trud­na jest nie­chęć lu­dzi do roz­wo­ju, ucze­nia się, wy­ma­ga­nia od sie­bie. Naj­bar­dziej bo­li, je­śli chce­my po­móc, a spo­ty­ka­my się z od­rzu­ce­niem. Trze­ba jed­nak pa­mię­tać, że na­le­ży się sza­cu­nek do wszyst­kie­go i wszyst­kich, któ­rych za­sta­nie­my na mi­sjach. Prze­cież ja je­stem tu­taj tyl­ko go­ściem i prze­chod­niem, to miesz­kań­cy wio­sek są u sie­bie.

Do­sta­ję wię­cej niż da­ję! Mo­ja pra­ca to tyl­ko kro­pel­ka w oce­anie Bo­że­go dzie­ła tu­taj, w Bo­li­wii.

Wszę­dzie sły­szę za­chwyt nad pra­cą mi­sjo­na­rzy. Fakt, moż­na ich po­dzi­wiać, gdyż czę­sto pra­cu­ją w trud­nych wa­run­kach (kli­mat, za­leż­no­ści po­li­tycz­ne, cho­ro­by itp.) My­ślę jed­nak, że to, co ro­bią mi­sjo­na­rze, to nic nad­zwy­czaj­ne­go! Mo­men­tem prze­ło­mo­wym jest de­cy­zja – zo­sta­wiam to, co mam i ja­dę. Gdy do­cie­ra­my do kra­ju prze­zna­cze­nia, przy­cho­dzi za­chwyt nad wszyst­kim, a póź­niej i nad tym, jak wspa­nia­le Bóg kie­ru­je na­szym ży­ciem. Je­śli jesz­cze po­ka­zu­je choć­by ma­leń­kie owo­ce na­szej pra­cy, czło­wiek jest praw­dzi­wie szczę­śli­wy! To bez­cen­ne do­świad­cze­nie!

Do mo­ich obo­wiąz­ków i ra­do­sci tu­taj, w Bo­li­wii, na­le­ży pro­wa­dze­nie za­jęć w cen­trum dla dzie­ci, week­en­do­we ka­te­che­zy na wio­skach, na któ­re do­jeż­dzam mo­to­rem, uczest­ni­cze­nie we Mszach św. i przy­go­to­wa­nie li­tur­gii, drob­ne pra­ce na pro­bo­stwie czy w kan­ce­la­rii, pi­sa­nie blo­ga, opie­ką nad ga­blot­ką ze zdję­cia­mi i wszyst­kie in­ne dro­bia­zgi. Naj­waż­niej­sze jed­nak to po pro­stu „być dla”. Być obec­nym. Dzie­ci bar­dzo po­trze­bu­ją wy­cho­waw­cze­go, ra­do­sne­go to­wa­rzy­stwa, ubo­dzy i cho­rzy tak­że. Wszyst­kie­mu te­mu przy­świe­ca je­den cel: Chry­stus. Naj­waż­niej­sze, by był obec­ny we wszyst­kim, co mó­wi­my i ro­bi­my. My to je­dy­nie na­rzę­dzia w Je­go rę­ku.

Św. Pa­weł na­pi­sal, że „da­jąc – otrzy­mu­je­my.”. Ja otrzy­ma­łam wie­le i mo­ja pra­ca, o któ­rej mam świa­do­mość, ze jest tyl­ko kro­pel­ką w oce­anie Bo­że­go dzie­ła tu­taj, nie rów­no­wa­ży da­rów, ja­kie co­dzien­nie do­sta­ję. Chwa­ła Pa­nu, na wie­ki!

 

Aga­ta „Ka­myk” Ka­miń­ska

www.sanramon.pl

Dogadać się z rodzicami

Ma­ma i ta­ta to dla więk­szo­ści z nas naj­waż­niej­sze oso­by w ży­ciu. Gdy re­la­cja z ni­mi jest moc­na i zdro­wa, uskrzy­dla. Ale cza­sem naj­zwy­czaj­niej w świe­cie – trud­no się do­ga­dać.

Ko­cha­my ro­dzi­ców, a oni ko­cha­ją nas. A jed­nak po­ja­wia­ją się mię­dzy na­mi pro­ble­my. Choć­by ro­dzi­ce by­li naj­wspa­nial­si, choć­by­śmy i my bar­dzo się sta­ra­li. Nie­któ­rych spięć moż­na unik­nąć, zmie­nia­jąc spo­sób ko­mu­ni­ka­cji. In­ne ma­ją po­waż­niej­sze przy­czy­ny i ich roz­wią­za­nie nie le­ży tyl­ko po na­szej stro­nie. Za­cznij­my od po­cząt­ku: co za­wdzię­cza­my ro­dzi­com?

Dom – na­sza ba­za

Po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i za­spo­ko­je­nie naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych po­trzeb, dzię­ki cze­mu mo­że­my my­śleć o roz­wo­ju, a nie tyl­ko o prze­trwa­niu – to da­ją nam ro­dzi­ce. Ob­ser­wu­jąc ma­mę i ta­tę, po­zna­je­my wzor­ce ko­bie­co­ści i mę­sko­ści. Dzię­ki nim bę­dzie­my twór­czo kształ­to­wać sa­mych sie­bie ja­ko ko­bie­ty i męż­czyzn. Bu­du­jąc więź z ro­dzi­ca­mi – uczy­my się, jak wcho­dzić w re­la­cje. Wła­śnie więź jest naj­cen­niej­szym pre­zen­tem, ja­ki nam da­ją.

foto_01-03_01-2015

Na czym po­le­ga? – Ko­cham cię nie za to, ja­ki je­steś i co ro­bisz, ale tak po pro­stu. Ko­cham, kie­dy jest do­bra oce­na i kie­dy jest źle, kie­dy się ra­zem śmie­je­my i kie­dy są do­ły – mó­wi pa­ni Mag­da­le­na Sa­bik, pe­da­gog spe­cjal­ny i in­struk­tor Szko­ły dla Ro­dzi­ców. Pa­ni Ewa Fus-Ku­bac­ka, na­uczy­ciel i so­cjo­te­ra­peut­ka, za­py­ta­ła uczniów 1. kla­sy gim­na­zjum, co dla nich ozna­cza sło­wo „więź”. Od­po­wie­dzie­li, że to coś trwa­łe­go, kon­takt, roz­mo­wa, od­da­nie, zjed­no­cze­nie, zgo­da, wspól­no­ta, mi­łość, za­ufa­nie, zro­zu­mie­nie. Brak wię­zi po­wo­du­je strach, obo­jęt­ność, ból, za­mknię­cie w so­bie, bez­rad­ność, brak sza­cun­ku i lek­ce­wa­że­nie. Zga­dza­cie się?

Sko­ro więź jest tak waż­na, a jej brak przy­no­si do­tkli­we skut­ki – jak ją two­rzyć? – Bu­du­ją ją ma­łe rze­czy. Ta­kie jak wspól­ny śmiech przy śnia­da­niu, czy­ta­nie tej sa­mej książ­ki, oglą­da­nie ra­zem fil­mu – mó­wi pa­ni Mag­da­le­na Sa­bik. Więź z ro­dzi­ca­mi to na­sza ba­za, dzię­ki któ­rej z od­wa­gą wcho­dzi­my w do­ro­słe ży­cie, po­zna­je­my świat, na­wią­zu­je­my re­la­cje, po­dej­mu­je­my pierw­sze sa­mo­dziel­ne de­cy­zje. Jed­nak na­wet gdy jest sil­na i zdro­wa, mo­gą przyjść pro­ble­my.

To idzie no­we

Gdy prze­sta­je­my być dzieć­mi, zmie­nia się na­sze po­dej­ście do ro­dzi­ców. Już ich nie ide­ali­zu­je­my, za­czy­na­my do­strze­gać ich wa­dy. Za­miast z ni­mi, chęt­niej spę­dza­my czas ze zna­jo­my­mi. Co­raz czę­ściej chce­my po­dej­mo­wać de­cy­zje sa­mi. Ro­dzi­ce czu­ją, że coś się zmie­nia, i nie jest to dla nich ła­twe. Pa­ni Ewa Fus-Ku­bac­ka mó­wi: – Ro­dzi­ce przy­cho­dzą do mnie, bo ma­ją kło­pot, że to dziec­ko, któ­re te­raz ma­ją przed so­bą, to nie to sa­mo dziec­ko, któ­re by­ło kie­dyś. Co jest dla nich naj­trud­niej­sze? – Brak kon­tak­tu fi­zycz­ne­go i emo­cjo­nal­ne­go, brak po­czu­cia, że są au­to­ry­te­tem, brak chę­ci spę­dza­nia wspól­ne­go cza­su – wy­mie­nia so­cjo­te­ra­peut­ka. Do­da­je też, że trud­na dla ro­dzi­ców jest kry­ty­ka ze stro­ny dziec­ka oraz to, że sa­mi kry­ty­ku­ją.

Zmia­ny nie idą tyl­ko w jed­ną stro­nę. Pa­ni Ewa pod­kre­śla, że ro­dzi­ce do­strze­ga­ją też plu­sy no­wej sy­tu­acji. Do­ce­nia­ją po­moc, któ­rą otrzy­mu­ją od dzie­ci, ich sa­mo­dziel­ność, dzię­ki któ­rej ma­ją wię­cej cza­su dla sie­bie. Po­ja­wia się u nich uczu­cie du­my, że dziec­ko zdo­by­wa no­we umie­jęt­no­ści: – Chło­pak na­pra­wia kran, dziew­czy­na ro­bi no­we da­nia. Ro­dzi­ce cie­szą się, że mo­gą wspól­nie z dzieć­mi uży­wać rze­czy, ciu­chów, ta­ta ra­zem z sy­nem mo­że na­pra­wiać ro­wer czy dzie­lić się nar­ta­mi – do­da­je. Ro­dzi­ce do­strze­ga­ją, że ich re­la­cja z dzieć­mi sta­je się bar­dziej doj­rza­ła, part­ner­ska.

Za­nim jed­nak to na­stą­pi, zmia­ny – i na plus, i na mi­nus – spo­wo­du­ją wie­le na­pięć.

Woj­na do­mo­wa

Wszyst­ko wska­zu­je na to, że nie da się jej unik­nąć. Moż­na co naj­wy­żej zła­go­dzić jej prze­bieg.

Pa­ni Ewa Fus-Ku­bac­ka uspo­ka­ja: Róż­ni­ca mię­dzy­po­ko­le­nio­wa wy­ni­ka z na­tu­ral­nej chę­ci ode­rwa­nia się od ro­dzi­ców i szu­ka­nia wła­snej toż­sa­mo­ści i au­to­no­mii. Każ­dy na­sto­la­tek w okre­sie doj­rze­wa­nia te­go szu­ka. To jed­ne z pod­sta­wo­wych ce­lów ży­cio­wych. Za­zna­cza jed­nak, że mo­że­my róż­nie prze­ży­wać ten etap. Je­śli ma­my więź z ro­dzi­ca­mi, jest więk­sza szan­sa, że prze­ży­je­my go do­brze i twór­czo. Mo­że­my kłó­cić się wte­dy o po­wierz­chow­ne spra­wy, ale w głę­bi ma­my za­ko­rze­nio­ne war­to­ści, któ­re prze­ka­za­li nam ro­dzi­ce – dzię­ki wię­zi.

Go­rzej, gdy za­miast wię­zi ma­my do czy­nie­nia z ro­dzi­ciel­ską wła­dzą. Wte­dy od­po­wie­dzią mo­że być bunt. Czym on jest? Pa­ni Ewa wy­ja­śnia: Bunt to nie­za­spo­ko­jo­na po­trze­ba wol­no­ści. A wol­ność to nie za­chcian­ka, tyl­ko bar­dzo waż­na ży­cio­wa po­trze­ba. Moż­na ją za­spo­ka­jać w róż­ny spo­sób, nie tyl­ko przez póź­ne wra­ca­nie do do­mu. Im mniej­sza więź, a więk­sza wła­dza, tym trud­niej przejść ten trud­ny dla obu stron etap. Co zro­bić, gdy ro­dzi­na za­miast się wspie­rać, zmie­nia się w po­li­gon?

Przy okrą­głym sto­le

Na do­mo­wej li­nii fron­tu nie ma wy­gra­nych, bo na­wet je­śli któ­raś ze stron od­nie­sie do­raź­ne zwy­cię­stwo, to je­go kosz­ty są za­zwy­czaj wy­so­kie. Dla­te­go war­to spró­bo­wać ina­czej. Przede wszyst­kim waż­na jest ko­mu­ni­ka­cja. – Każ­dy chło­pak i każ­da dziew­czy­na mo­że się na­uczyć wy­ra­żać emo­cje w spo­sób, któ­ry nie ra­ni – prze­ko­nu­je pa­ni Ewa Fus-Ku­bac­ka. Ten nie­ra­nią­cy spo­sób to ko­mu­ni­ka­ty „ja” oraz po­świę­ce­nie uwa­gi po­trze­bom. Je­śli czu­je­my emo­cje, np. smu­tek czy złość, spy­taj­my sie­bie, ja­ka po­trze­ba za ni­mi stoi? Roz­mo­wa o tym i go­to­wość, by wy­słu­chać po­trzeb ro­dzi­ców, jest jak za­pro­sze­nie do okrą­głe­go sto­łu. – Na­sto­la­tek mo­że na­ma­wiać ro­dzi­ców na de­ba­tę. Moż­na się na­ra­dzić, wy­brać kil­ka rze­czy do re­ali­za­cji i póź­niej zo­ba­czyć, co nam wy­szło. Bo o ile ma­łym dzie­ciom moż­na coś na­rzu­cić, z du­ży­mi się ne­go­cju­je – pod­su­mo­wu­je pa­ni Ewa.

By­wa­ją jed­nak sy­tu­acje, w któ­rych nie je­ste­śmy w sta­nie udźwi­gnąć cię­ża­ru od­po­wie­dzial­no­ści za re­la­cję z ro­dzi­ca­mi. Zwłasz­cza że w na­tu­ral­nym po­rząd­ku to na nich spo­czy­wa tro­ska o jej ja­kość. Pa­ni Ewa pod­kre­śla, że moż­na się uczyć, jak ra­dzić so­bie z bar­dzo trud­ny­mi emo­cja­mi – np. na warsz­ta­tach pro­wa­dzo­nych w wie­lu szko­łach. Pod­czas spo­tkań ucznio­wie na­wza­jem pod­po­wia­da­ją so­bie, jak od­re­ago­wać emo­cje. Ich po­my­sły to np. wyj­ście na bal­kon, bie­ga­nie, ro­wer, mu­zy­ka, ciem­ny po­kój.

Pa­ni Mag­da­le­na Sa­bik pod­kre­śla, że nie mo­że­my zo­stać sa­mi z pro­ble­ma­mi: – Aby prze­trwać, trze­ba móc ko­muś o tym po­wie­dzieć. Mu­si zna­leźć się ktoś, ko­mu moż­na za­ufać – mó­wi. W skraj­nych sy­tu­acjach (al­ko­hol, prze­moc psy­chicz­na czy fi­zycz­na, za­nie­dba­nie, nie­obec­ność fi­zycz­na czy emo­cjo­nal­na) nie bój­my się szu­kać po­mo­cy na ze­wnątrz.

A w co­dzien­nych utarcz­kach z ko­cha­ją­cy­mi nas ro­dzi­ca­mi, my, ko­cha­ją­cy na­sto­lat­ko­wie, spo­ty­kaj­my się jak naj­czę­ściej przy okrą­głym sto­le. Pa­mię­taj­my, że ten etap jest nie­zwy­kle waż­ny dla nas wszyst­kich. I dzię­kuj­my za ca­łe do­bro, któ­re prze­cież do­sta­je­my od na­szych „sta­rusz­ków”.

 

Mag­da­le­na Urlich