Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Bar­dzo lu­bię ta­kie chwi­le, kie­dy ktoś mó­wi zda­nie tak mą­dre, że aż mnie „za­ty­ka”, oczy­wi­ście nie mó­wię o do­słow­nym bra­ku od­de­chu, ale o za­chwy­cie nad cel­nie i zwięź­le wy­po­wie­dzia­nym zda­niem. Czę­sto ta­ką praw­dę ma­my „gdzieś w środ­ku”, ale nie za bar­dzo umie­my ją sfor­mu­ło­wać al­bo tak traf­nie ująć.

Nie­wąt­pli­wie do ta­kich zdań na­le­ży krót­kie oświad­cze­nie, ja­kie zło­żył przed la­ty mój uczeń (był wte­dy w kla­sie siód­mej, wszyst­ko się dzia­ło przed utwo­rze­niem gim­na­zjów). Na któ­rejś lek­cji re­li­gii wy­ra­zi­łem po­dziw dla je­go sys­te­ma­tycz­no­ści i su­mien­no­ści. On na to od­po­wie­dział (cy­tu­ję do­słow­nie): „Nie wia­do­mo, ja­kie głu­po­ty w ży­ciu na­wy­wi­jam i skąd bę­dę mu­siał wra­cać, dla­te­go te­raz chcę się du­żo uczyć o Pa­nu Bo­gu i o Ko­ście­le, bym na za­wsze za­pa­mię­tał, gdzie na pew­no za­wsze moż­na wró­cić”. Praw­da, że za­ska­ku­ją­ce, zwa­żyw­szy, że wy­po­wie­dział to trzy­na­sto­la­tek? Zna­jo­mość z nim i z je­go ro­dzi­ną pod­trzy­mu­ję do dzi­siaj, wiem, że ów pan (ma te­raz po­nad czter­dzie­ści lat), żad­nych „głu­pot nie na­wy­wi­jał”, jest ko­cha­ją­cym mę­żem swej żo­ny i jed­no­cze­śnie mą­drym i we­so­łym oj­cem trój­ki dzie­ci. Ni­gdy nie za­py­ta­łem, czy cy­to­wa­ne zda­nie sam so­bie uło­żył, czy po­wta­rza­li mu to je­go ro­dzi­ce, ma­rzę na­to­miast, by je czę­ściej sły­szeć. Ma­rzę też, by ci, któ­rzy wra­ca­ją „ze swo­ich głu­pot”, by­li tak sa­mo pew­ni, że wra­ca­jąc, moż­na się rzu­cić w ko­cha­ją­ce ra­mio­na Oj­ca przed­sta­wio­ne­go w przy­po­wie­ści o sy­nu mar­no­traw­nym. Bo za­wsze moż­na wró­cić.

Czy rze­czy­wi­ście za­wsze i czy każ­dy mo­że się na­wró­cić? Mó­wić o na­wró­ce­niu moż­na je­dy­nie z czło­wie­kiem, któ­ry wie, co stra­cił i szu­ka spo­so­bów na na­wią­za­nie przy­jaź­ni z Je­zu­sem Chry­stu­sem.

Na­wró­ce­nie to:

  • od­wró­ce­nie (uwa­gi od te­go, co nie pro­wa­dzi do zba­wie­nia);
  • za­wró­ce­nie (ze złej dro­gi);
  • wy­wró­ce­nie (i wy­rzu­ce­nie te­go, co ob­cią­ża);
  • przy­wró­ce­nie (wła­ści­we­go po­rząd­ku).

Trze­ba od cza­su do cza­su sta­wiać so­bie py­ta­nia: „Czy je­stem szczę­śli­wy” i „Czy ci, z któ­ry­mi ży­ję cie­szą się, że je­stem z ni­mi”? Je­śli tak, to tyl­ko trze­ba pro­sić Pa­na Bo­ga, aby to nie by­ły złu­dze­nia, czy­li wra­że­nia, któ­re znik­ną wraz z upły­wa­ją­cym cza­sem. Je­śli zaś nie je­stem szczę­śli­wy i nie da­ję szczę­ścia, to mo­gę mieć pew­ność, że jesz­cze nie zna­la­złem mi­ło­ści Pa­na Bo­ga, a więc trze­ba jej szu­kać, i to tak dłu­go, aż po­szu­ki­wa­nia zo­sta­ną uwień­czo­ne suk­ce­sem, bo (war­to za­pa­mię­tać): lu­dzie dzie­lą się na szczę­śli­wych i tych, któ­rzy jesz­cze nie zna­leź­li Pa­na Bo­ga.

A „wia­ra w ewan­ge­lię”? To pew­ność, że Ewan­ge­lia (czy­li Do­bra No­wi­na) ogło­szo­na przez Je­zu­sa Chry­stu­sa jest li­stem na­pi­sa­nym przez Pa­na Bo­ga do mnie, li­stem, w któ­rym wła­sną rę­ką na­pi­sał, że tak bar­dzo Mu na mnie za­le­ży, że spe­cjal­nie do mnie po­słał swe­go Sy­na.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Islam to NIE religia pokoju!

Z dr Mo­ni­ką Ga­brie­lą Bar­to­sze­wicz roz­ma­wia Ka­je­tan Raj­ski

Nie­kie­dy sły­szy się w me­diach, a na­wet po­śród „uświa­do­mio­nych” ka­to­li­ków gło­sy te­go ty­pu, że dżi­ha­dy­ści nie są praw­dzi­wy­mi mu­zuł­ma­na­mi, bo w rze­czy­wi­sto­ści is­lam jest rze­ko­mo re­li­gią po­ko­ju. Czy to praw­da?

Nie, nie jest to praw­dą. Wma­wia się nam, że ta­ki jest stan rze­czy. Sa­ma fra­za, że is­lam to re­li­gia po­ko­ju, zo­sta­ła nie­szczę­śli­wie uży­ta przez pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych George’a W. Bu­sha. Wy­ra­że­nie to za­czę­ło póź­niej żyć wła­snym ży­ciem. Je­śli spoj­rzy­my uważ­nie na Ko­ran oraz na sun­nę, czy­li tra­dy­cję mu­zuł­mań­ską, a tak­że na ha­di­sy – opo­wie­ści o ży­ciu „pro­ro­ka” Ma­ho­me­ta, to zo­ba­czy­my, że w is­la­mie prze­moc wo­bec nie­wier­nych jest rze­czą naj­zu­peł­niej nor­mal­ną. Jej ce­lem ma­ją się stać wszy­scy, któ­rzy nie uzna­ją „pro­ro­ka”.

foto_01-03_22-2014

Czym jest dżi­had?

Dżi­had jest mu­zuł­mań­ską „świę­tą woj­ną”, to­czo­ną w imię Al­la­ha. Jej ce­lem ma być na­sta­nie pa­no­wa­nia mu­zuł­mań­skie­go bo­ga. Po­cząt­ko­wo w po­ję­ciu tym znaj­do­wa­ły się wszyst­kie dzia­ła­nia za­czep­ne is­la­mi­stów skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko tym, któ­rzy nie uzna­wa­li ob­ja­wień Ma­ho­me­ta. Na­to­miast w XIX wie­ku wśród su­fi­tów po­ja­wi­ła się pró­ba re­in­ter­pre­ta­cji te­go po­ję­cia, su­ge­ru­ją­ca, iż dżi­had jest we­wnętrz­ną wal­ką każ­de­go czło­wie­ka, swo­istym zma­ga­niem du­cho­wym. Nie ma to jed­nak żad­ne­go uza­sad­nie­nia w Ko­ra­nie. Ory­gi­nal­ny dżi­had to za­wsze wal­ka zbroj­na, sta­no­wią­ca świę­ty obo­wią­zek każ­de­go mu­zuł­ma­ni­na.

Czy in­ter­pre­ta­cja dżi­ha­du ja­ko wal­ki we­wnętrz­nej przy­ję­ła się wśród mu­zuł­ma­nów?

Przede wszyst­kim przy­ję­ła się ona po­śród lu­dzi Za­cho­du. Oczy­wi­ście wszyst­kie or­ga­ni­za­cje mu­zuł­mań­skie, dzia­ła­ją­ce na rzecz is­la­mu w Eu­ro­pie, za­zwy­czaj od­wo­łu­ją się do te­go ty­pu in­ter­pre­ta­cji re­li­gij­nej. Dla przy­kła­du, jed­na z ame­ry­kań­skich in­sty­tu­cji is­lam­skich (CAIR) sfi­nan­so­wa­ła mię­dzy in­ny­mi kam­pa­nię re­kla­mo­wą, w ra­mach któ­rej na uli­cach miast po­ja­wi­ły się bil­l­bo­ar­dy ze zdję­ciem mło­dej mu­zuł­man­ki w na­kry­ciu gło­wy z pod­pi­sem: „Mój dżi­had to przy­jaź­nie­nie się z ty­mi, któ­rzy nie są mu­zuł­ma­na­mi”. Pod­su­mo­wu­jąc za­tem, fra­zę o po­ko­jo­wym dżi­ha­dzie pod­chwy­ci­li lu­dzie Za­cho­du, wma­wia­ją­cy so­bie, że w is­la­mie nie ma nic złe­go. Z ko­lei sa­mi mu­zuł­ma­nie nie­kie­dy uży­wa­ją te­go ty­pu re­to­ry­ki w ce­lach pro­pa­gan­do­wych.

Ja­ki jest sto­pień is­la­mi­za­cji współ­cze­snej Eu­ro­py?

Je­że­li po­pa­trzy­my na to, co się dzie­je w Eu­ro­pie, na pew­no ma­my po­wo­dy do nie­po­ko­ju. Z jed­nej stro­ny mo­że­my za­uwa­żyć ogrom­ne po­par­cie dla Pań­stwa Is­lam­skie­go. We Fran­cji ostat­ni son­daż wy­ka­zał, że oko­ło 25 proc. mło­dych lu­dzi w wie­ku 18–26 lat po­pie­ra ka­li­fat w Ira­ku. Z dru­giej stro­ny nie ma wy­stą­pień, de­mon­stra­cji, ape­li i de­kla­ra­cji tak zwa­nej umiar­ko­wa­nej więk­szo­ści wy­znaw­ców Ma­ho­me­ta. Al­bo ta­cy nie ist­nie­ją – co jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne – al­bo są cał­ko­wi­cie za­stra­sze­ni przez dżi­ha­dy­stów. Po­szcze­gól­ne jed­nost­ki pró­bu­ją­ce coś zor­ga­ni­zo­wać spo­ty­ka­ły się ze sprze­ci­wem i po­tę­pie­niem ze stro­ny swych re­li­gij­nych prze­ło­żo­nych, tak by­ło np. w Da­nii. Mu­si­my pa­mię­tać, że or­ga­ni­za­cje arab­skie mo­gą być sil­nie zin­fil­tro­wa­ne przez ter­ro­ry­stów, a znacz­na ich część – choć za­pew­ne nie wszy­scy – są „uśpio­ny­mi” ra­dy­ka­ła­mi. Mo­gą oni pla­no­wać nie­ko­niecz­nie wiel­kie i spek­ta­ku­lar­ne za­ma­chy ter­ro­ry­stycz­ne, ale bar­dziej licz­ne ata­ki o znacz­nie mniej­szym za­się­gu, jak np. nie­daw­no uda­rem­nio­ne w Lon­dy­nie pla­ny pu­blicz­ne­go ob­ci­na­nia głów. W kon­se­kwen­cji jed­nak bę­dą zdo­by­wać no­wych ter­ro­ry­stów i uczy­nią znacz­nie wię­cej szkód, niż nam się wszyst­kim wy­da­je.

Dr Mo­ni­ka Ga­brie­la Bar­to­sze­wicz ukoń­czy­ła In­ter­na­tio­nal Se­cu­ri­ty Stu­dies na Uni­ver­si­ty of St An­drews (Szko­cja), gdzie na­stęp­nie pod­ję­ła ba­da­nia dok­to­ranc­kie do­ty­czą­ce po­ten­cjal­ne­go za­gro­że­nia ter­ro­ry­stycz­ne­go stwa­rza­ne przez eu­ro­pej­skich kon­wer­ty­tów na is­lam. In­ter­dy­scy­pli­nar­ne ba­da­nia nad tym za­gad­nie­niem dr Bar­to­sze­wicz pro­wa­dzi­ła w Szko­cji, An­glii, Ho­lan­dii, Da­nii i Pol­sce. Po po­wro­cie do Pol­ski pra­cu­je w In­sty­tu­cie Ba­daw­czo-Na­uko­wym Cen­trum My­śli Ja­na Paw­ła II w War­sza­wie.

 

Czy męczennicy mogli być szczęśliwi?

Pod­nio­są na was rę­ce i bę­dą was prze­śla­do­wać. Wy­da­dzą was do sy­na­gog i do wię­zień oraz z po­wo­du mo­je­go imie­nia wlec was bę­dą do kró­lów i na­miest­ni­ków. Bę­dzie to dla was spo­sob­ność do skła­da­nia świa­dec­twa.(…) Ale włos z gło­wy wam nie zgi­nie. Przez swo­ją wy­trwa­łość oca­li­cie wa­sze ży­cieˮ (Łk 21, 12–13. 18–19).

Bóg jest Mi­ło­ścią

Isto­tę od­po­wie­dzi na za­da­ne w ty­tu­le py­ta­nie od­da­je pro­sta aneg­dot­ka:

Sze­ścio­let­ni chło­piec na proś­bę ro­dzi­ców wy­szedł z trzy­let­nią sio­strą na plac za­baw, gdzie mo­gli się ba­wić w pia­skow­ni­cy i na bez­piecz­nych huś­taw­kach. W pew­nej chwi­li dziew­czyn­ka krzyk­nę­ła z bó­lu, bo pod­ska­ku­jąc, krzy­wo po­sta­wi­ła no­gę. Star­szy brat, czu­jąc się od­po­wie­dzial­ny za sio­strę, nie­wie­le my­śląc, wziął ja na rę­ce i skie­ro­wał swo­je kro­ki w stro­nę do­mu. Nie by­ło da­le­ko, ale wy­raź­nie by­ło wi­dać, że idzie z wiel­kim wy­sił­kiem. Na wi­dok ro­dzeń­stwa są­siad­ka sie­dzą­ca na ław­ce przed do­mem za­wo­ła­ła do chłop­ca: „Ja­ki Ty je­steś męż­ny, dźwi­gasz dziel­nie ta­ki cię­żar!”. On od­po­wie­dział z wy­rzu­tem w gło­sie: „Pro­szę pa­ni, to nie cię­żar, to mo­ja sio­stra!”.

foto_01-01_22-2014

Każ­dy z nas do­brze wie, że kie­dy nam na kimś za­le­ży, to je­ste­śmy go­to­wi do wie­lu po­świę­ceń, a do te­go pew­nie by­śmy się ob­ru­szy­li, a mo­że na­wet czu­li ura­że­ni, gdy­by ktoś wy­ra­ził po­dziw dla na­sze­go od­da­nia, bo „prze­cież go (ją) ko­cha­my!”. Nikt się nie dzi­wi, gdy któ­reś z ro­dzi­ców czu­wa kil­ka no­cy z rzę­du przy łóż­ku cho­re­go dziec­ka, po­dob­nie nikt się nie dzi­wi, gdy pie­lę­gnu­je­my pra­dziad­ka czy star­szą są­siad­kę.

Gdy roz­po­zna­my mi­łość Bo­ga, to słu­że­nie Mu jest dla nas ra­do­ścią. Gdy pa­mię­ta­my, że Stwór­ca chce tyl­ko na­sze­go szczę­ścia, tym chęt­niej szu­ka­my Je­go Wo­li i tym gor­li­wiej ją speł­nia­my.

Ale czy każ­de­go, kto pró­bu­je bli­żej za­przy­jaź­nić się z Pa­nem Bo­giem, spo­tka mę­czeń­stwo? Czy „wzrost po­boż­no­ści” wią­że się nie­od­łącz­nie z więk­szy­mi cię­ża­ra­mi, ja­kie trze­ba nieść w ży­ciu?

Nie­ste­ty, wie­lu lu­dzi nie chce być bli­sko Pa­na Bo­ga tyl­ko dla­te­go, by nie do­stać trud­niej­sze­go ży­cia. Czy da się ko­mu­kol­wiek wy­tłu­ma­czyć, że ko­cha­jąc Bo­ga, wszyst­ko znie­sie­my, a przy tym wca­le nie umniej­szy się na­sza wol­ność i ra­dość? To zro­zu­mie­li „mę­czen­ni­cy każ­de­go ro­dza­ju”, czy­li nie tyl­ko ci, któ­rzy nie wy­par­li się wia­ry, ale rów­nież mę­czen­ni­cy wier­no­ści mał­żeń­skiej, mę­czen­ni­cy tro­ski o naj­bliż­szych, mę­czen­ni­cy kon­fe­sjo­na­łu itd.

Mi­łość źró­dłem ra­do­ści

Z mi­ło­ści mo­że ro­dzić się cier­pie­nie – gdy ktoś, na kim nam za­le­ża­ło, zszedł na złą dro­gę, gdy bli­ska nam oso­ba cięż­ko za­cho­ro­wa­ła al­bo ode­szła z te­go świa­ta, gdy ktoś dla nas waż­ny nas po­ni­żył. To czas, któ­ry wiel­cy lu­dzie trak­tu­ją ja­ko oczysz­cze­nie mi­ło­ści. Na oso­bie, któ­ra się za­gu­bi­ła, na­dal mi za­le­ży i je­stem dla niej „miej­scem”, do któ­re­go za­wsze moż­na wró­cić, jak na roz­sta­je dróg, na któ­rych jesz­cze wszyst­ko by­ło do­brze. Gdy ktoś jest już u Bo­ga, to mo­gę przez Ko­mu­nię Świę­tą co­dzien­nie się z nim jed­no­czyć, a gdy cier­pi, mo­gę być dla nie­go umoc­nie­niem i opar­ciem. Gdy je­stem po­ni­żo­ny, to mu­szę pod­jąć de­cy­zję, czy tej oso­bie na­dal chcę ufać, czy sta­ram się ją zro­zu­mieć, czy w tym nie trze­ba do­strzec do­bra dla mnie, ko­niecz­no­ści na­wró­ce­nia.

A je­śli je­stem kimś, do ko­go moż­na wró­cić, by za­czy­nać wszyst­ko od po­cząt­ku, je­śli ży­ję tym sa­mym ide­ałem, po­przez któ­ry mam łącz­ność z Bo­giem, je­śli szu­kam od­po­wie­dzi na naj­waż­niej­sze py­ta­nia, to na­dal jest we mnie ra­dość, mo­że trud­na, ale praw­dzi­wa.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Młodzi męczennicy

Świę­ci Mło­dzian­ko­wie

Nie moż­na chy­ba wy­obra­zić so­bie więk­sze­go okru­cień­stwa niż mor­der­stwo cał­ko­wi­cie nie­win­nych, ma­łych dzie­ci. 28 grud­nia w Ko­ście­le upa­mięt­nia­ne są ofia­ry Rze­zi Nie­wi­nią­tek. He­rod, ma­jąc na­dzie­ję na zgła­dze­nie w ten spo­sób Je­zu­sa, ka­zał wy­mor­do­wać w Be­tle­jem wszyst­kich chłop­ców do lat 2. Mi­mo te­go, że ce­lem opraw­ców nie by­li Mło­dzian­ko­wie, ale Je­zus, i że ja­ko tak ma­łe dzie­ci nie mie­li oni szan­sy opo­wie­dzieć się za wia­rą, Ko­ściół uzna­je ich za świę­tych mę­czen­ni­ków. Od­da­li ży­cie za Je­zu­sa. Są uzna­wa­ni pa­tro­na­mi chó­rów ko­ściel­nych.

foto_01-02_22-2014

Św. Agniesz­ka Rzy­mian­ka

Uro­dzi­ła się oko­ło 291 ro­ku w Rzy­mie, a mę­czeń­ską śmierć po­nio­sła w wie­ku oko­ło dwu­na­stu lat. Zgi­nę­ła, bro­niąc swo­je­go dzie­wic­twa. Przez swo­ich ro­dzi­ców zo­sta­ła wy­cho­wa­na na bar­dzo po­boż­ną i gor­li­wą chrze­ści­jan­kę i w dzie­sią­tym ro­ku swo­je­go ży­cia ślu­bo­wa­ła czy­stość przed Bo­giem. Agniesz­ka, ja­ko cór­ka do­bre­go ro­du rzym­skie­go i jed­no­cze­śnie dziew­czy­na o nie­prze­cięt­nej uro­dzie, cie­szy­ła się bar­dzo du­żym za­in­te­re­so­wa­niem wśród męż­czyzn. Syn rzym­skie­go sta­ro­sty za­pra­gnął po­ślu­bić Agniesz­kę, na co ona nie wy­ra­zi­ła zgo­dy mó­wiąc, że „jej ser­ce jest już za­ję­teˮ. W ten spo­sób przy­zna­ła się do by­cia chrze­ści­jan­ką. Roz­wście­czo­ny tym fak­tem sta­ro­sta rzym­ski na­ka­zał naj­pierw za­pro­wa­dzić Agniesz­kę do do­mu pu­blicz­ne­go i po­zba­wić ją dzie­wic­twa, a na­stęp­nie spa­lić na sto­sie. Chcie­li za­pro­wa­dzić Agniesz­kę na­gą przez ca­łe mia­sto, ale ona mo­dli­ła się do Bo­ga tak gor­li­wie, że ca­łe jej cia­ło na­gle okrył płaszcz dłu­gich do zie­mi wło­sów. Każ­dy męż­czy­zna, któ­ry pró­bo­wał zbli­żyć się do dziew­czy­ny, tra­cił wzrok, a drew­na, na któ­rych mia­ła być spa­lo­na, nie chcia­ły się pa­lić. Osta­tecz­nie ścię­to jej gło­wę 21 stycz­nia 304 ro­ku.

Bł. Ka­ro­li­na Kóz­ków­na

Ka­ro­li­na rów­nież od­da­ła ży­cie w obro­nie dzie­wic­twa w bar­dzo mło­dym wie­ku. Mia­ła za­le­d­wie 16 lat. Jej po­stać jest nam szcze­gól­nie bli­ska, z ra­cji te­go, że by­ła Po­lką. Uro­dzi­ła się i miesz­ka­ła we wsi Wał-Ru­da w po­bli­żu Ra­dło­wa. Tam też tra­gicz­nie zmar­ła, za­mor­do­wa­na przez ro­syj­skie­go żoł­nie­rza. By­ła jed­ną z jed­nym z je­de­na­stu dzie­ci pań­stwa Kóz­ków. Od dzie­ciń­stwa bar­dzo moc­no an­ga­żo­wa­ła się w ży­cie swo­jej wspól­no­ty pa­ra­fial­nej. Mi­mo te­go, że po­cho­dzi­ła z ubo­giej ro­dzi­ny, mia­ła w so­bie bar­dzo du­żo po­go­dy du­cha. Chęt­nie po­ma­ga­ła w obo­wiąz­kach do­mo­wych swo­im ro­dzi­com. Uczy­ła się pil­nie, ale naj­więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie wy­ka­zy­wa­ła praw­da­mi ka­te­chi­zmo­wy­mi, któ­re nie tyl­ko przy­swa­ja­ła so­bie, ale i gło­si­ła w swo­im oto­cze­niu. 18 li­sto­pa­da zo­sta­ła si­łą upro­wa­dzo­na i zgi­nę­ła mę­czeń­ską śmier­cią, za­mor­do­wa­na przez ro­syj­skie­go żoł­nie­rza, któ­ry usi­ło­wał ją zgwał­cić. 10 czerw­ca 1987 ro­ku zo­sta­ła be­aty­fi­ko­wa­na przez Ja­na Paw­ła II. Jest pa­tron­ką Ka­to­lic­kie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Mło­dzie­ży i Ru­chu Czy­stych Serc.

Bł. Jó­zef Sán­chez del Río

Był naj­młod­szym z uczest­ni­ków mek­sy­kań­skie­go po­wsta­nia Chri­ste­ros. Mi­mo swo­je­go mło­de­go wie­ku, w chwi­li mę­czeń­skiej śmier­ci miał za­le­d­wie 14 lat, oka­zał się bo­ha­ter­stwem, na ja­kie nie by­ło­by stać wie­lu do­ro­słych. Je­go opraw­cy na­ka­za­li mu wy­rzec się Je­zu­sa za ce­nę ży­cia. Umę­czo­no go w wy­jąt­ko­wo be­stial­ski spo­sób. Prze­cię­to mu skó­rę na sto­pach i prze­pro­wa­dzo­no przez ca­łe mia­sto. Nad fo­są zo­stał roz­strze­la­ny, umarł ze sła­wa­mi „Niech ży­je Chry­stus Kró­lˮ na ustach. O je­go lo­sach i o lo­sach in­nych po­wstań­ców moż­na do­wie­dzieć się wię­cej oglą­da­jąc film „Chri­stia­daˮ. War­to!

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Odkryjcie wasze chrześcijańskie korzenie

Wzy­wam was, by­ście roz­ma­wia­li ze swo­imi ro­dzi­ca­mi. Nie trwaj­cie w wy­nio­słym od­osob­nie­niu! Roz­mo­wa! Mi­łość! Wy­wie­raj­cie zdro­wy wpływ na spo­łe­czeń­stwo, po­ma­ga­jąc mu oba­lać ba­rie­ry, któ­re wy­ro­sły mię­dzy po­ko­le­nia­mi. Ma­ni­lia, 1995 r.

Ta moc, któ­ra pły­nie z Chry­stu­sa, któ­ra za­wie­ra się w Ewan­ge­lii, jest po­trzeb­na, aby od sie­bie wy­ma­gać, by po­stę­po­wa­niem wa­szym nie kie­ro­wa­ła chęć za­spo­ko­je­nia wła­snych pra­gnień za wszel­ką ce­nę, ale po­czu­cie po­win­no­ści: speł­niam to, co jest słusz­ne, co jest mo­im po­wo­ła­niem, co jest mo­im za­da­niem. Gdańsk, 1987 r.

Apo­stoł pi­sze, że wy, mło­dzi, je­ste­ście moc­ni Bo­żą na­uką: tą na­uką, któ­ra za­wie­ra się w Chry­stu­so­wej Ewan­ge­lii, a stresz­cza się w mo­dli­twie „Oj­cze na­szˮ. Tak! Je­ste­ście moc­ni tą Bo­żą na­uką. Je­ste­ście moc­ni – gdy ona za­szcze­pia w was mi­łość, życz­li­wość, po­sza­no­wa­nie dla czło­wie­ka, dla je­go ży­cia, god­no­ści, su­mie­nia, prze­ko­nań i praw. Sko­ro „zna­cie Oj­caˮ, je­ste­ście moc­ni mo­cą ludz­kie­go bra­ter­stwa. List do Mło­dych ca­łe­go świa­ta, Rzym, 1985 r.

Od­kryj­cie wa­sze chrze­ści­jań­skie ko­rze­nie, uczcie się hi­sto­rii Ko­ścio­ła, po­głę­biaj­cie zna­jo­mość du­cho­we­go dzie­dzic­twa, któ­re wam zo­sta­ło prze­ka­za­ne, na­śla­duj­cie świad­ków i mi­strzów, któ­rzy was po­prze­dzi­li! Je­dy­nie po­zo­sta­jąc wier­ny­mi Bo­żym przy­ka­za­niom, Przy­mie­rzu, któ­re Chry­stus przy­pie­czę­to­wał wła­sną krwią prze­la­ną na Krzy­żu, bę­dzie­cie mo­gli być apo­sto­ła­mi i świad­ka­mi no­we­go ty­siąc­le­cia. (...)

Dro­ga mło­dzie­ży! Wy ma­cie być stró­ża­mi po­ran­ka zwia­stu­ją­cy­mi na­dej­ście słoń­ca, któ­rym jest Chry­stus Zmar­twych­wsta­ły! Świa­tłem, o któ­rym nam mó­wi Je­zus w Ewan­ge­lii jest świa­tło wia­ry, dar­mo­wy dar Bo­ga, któ­re przy­cho­dzi, aby oświe­cić ser­ce i roz­ja­śnić umysł: „Bóg, ten któ­ry roz­ka­zał ciem­no­ściom, by za­ja­śnia­ły świa­tłem, za­bły­snął w na­szych ser­cach, by olśnić nas ja­sno­ścią po­zna­nia chwa­ły Bo­żej na ob­li­czu Chry­stu­saˮ (Kor 4, 6). Ca­stel Gan­dol­fo, 2001 r.

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Nadzieja zmartwychwstania

Wspo­mnie­nie zmar­łych, tro­ska o gro­by i mo­dli­twy w in­ten­cji zmar­łych są świa­dec­twem uf­nej na­dziei, za­ko­rze­nio­nej w prze­ko­na­niu, że śmierć nie jest ostat­nim sło­wem o ludz­kim lo­sie, po­nie­waż czło­wiek jest prze­zna­czo­ny do nie­skoń­czo­ne­go ży­cia, za­ko­rze­nio­ne­go i znaj­du­ją­ce­go swo­je wy­peł­nie­nie w Bo­gu.

Zwróć­my się do Bo­ga z ta­ką oto mo­dli­twą: „Bo­że nie­skoń­czo­ne­go mi­ło­sier­dzia, po­wie­rza­my Twej nie­zmier­nej do­bro­ci tych, któ­rzy po­zo­sta­wi­li ten świat dla wiecz­no­ści, gdzie ocze­ku­jesz na ca­łą ludz­kość, od­ku­pio­ną bez­cen­ną krwią Chry­stu­sa, Twe­go Sy­na, zmar­łe­go, aby od­ku­pić na­sze grze­chy. Nie patrz, Pa­nie, na tak wie­le ubó­stwa, nę­dzy i sła­bo­ści ludz­kich, gdy sta­nie­my przed Twym są­dem, aby zo­stać osą­dzo­ny­mi na szczę­ście lub na po­tę­pie­nie. Skie­ruj na nas swój mi­ło­sier­ny wzrok, po­cho­dzą­cy z ła­god­no­ści Twe­go ser­ca i po­móż nam wę­dro­wać dro­gą cał­ko­wi­te­go oczysz­cze­nia. Niech nikt z Two­ich dzie­ci nie zo­sta­nie wtrą­co­ny do wiecz­ne­go ognia pie­kiel­ne­go, gdzie nie mo­że już być skru­chy. Po­wie­rza­my Ci, Pa­nie, du­sze na­szych naj­bliż­szych, osób, któ­re zmar­ły bez po­cie­chy sa­kra­men­tal­nej lub któ­re nie mia­ły moż­li­wo­ści ża­ło­wa­nia za grze­chy na­wet pod ko­niec swe­go ży­cia. Niech nikt nie lę­ka się spo­tka­nia z To­bą po ziem­skiej piel­grzym­ce, w na­dziei by­cia przy­ję­tym w ra­mio­nach Twe­go nie­skoń­czo­ne­go mi­ło­sier­dzia. (…) Ame­nˮ (o. An­to­nio Run­gi, „Mo­dli­twa za zmar­ły­chˮ).

Z tą wia­rą w osta­tecz­ne prze­zna­cze­nie czło­wie­ka zwra­ca­my się te­raz ku Dzie­wi­cy Ma­ryi, któ­ra pod Krzy­żem prze­ży­wa­ła dra­mat śmier­ci Chry­stu­sa i bra­ła udział w ra­do­ści Je­go zmar­twych­wsta­nia. Niech Ona, Bra­ma Nie­bios, po­ma­ga nam co­raz le­piej ro­zu­mieć war­tość mo­dli­twy za zmar­łych. (…)

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 2.11.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Po­nie­waż nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, do­ty­czy mę­czeń­stwa, to po­sta­no­wi­łem prze­ko­nać się, z czym ko­ja­rzy się to sło­wo mo­im zna­jo­mym. Bar­dzo się zdzi­wi­łem, bo pierw­sza myśl pro­wa­dzi­ła do dwóch prze­ciw­staw­nych zna­czeń te­go sło­wa. Za­py­ta­ni za­uwa­ży­li, że po­pu­lar­ne wy­ra­że­nie „ro­bić z sie­bie mę­czen­ni­ka” ma nie­wie­le wspól­ne­go z isto­tą mę­czeń­stwa. Ro­bi z sie­bie mę­czen­ni­ka czło­wiek zgorzk­nia­ły, na­sta­wio­ny do ży­cia rosz­cze­nio­wo, wy­ma­ga cze­goś, cze­go nie otrzy­mu­je, chcąc jed­no­cze­śnie na­rzu­cić świa­tu swój sztucz­ny he­ro­izm. Mę­czen­nik zaś ko­ja­rzył się z kimś, kto jest bez­względ­nie wier­ny, ra­czej po­god­ny, choć sta­now­czy do bó­lu. Oso­bą, któ­ra przy­szła na myśl mo­im roz­mów­com, był św. Mak­sy­mi­lian Kol­be, któ­ry w hi­tle­row­skim obo­zie w Oświę­ci­miu zgło­sił się za wy­zna­czo­ne­go do bun­kra gło­do­we­go współ­więź­nia. Świad­ko­wie opi­sy­wa­li wie­le cu­dów zwią­za­nych z tym wy­da­rze­niem, przede wszyst­kim coś, co zwra­ca­ło uwa­gę za­rów­no es­es­ma­nów, jak i więź­niów obo­zu: bun­kier śmier­ci ko­ja­rzo­ny z naj­więk­szym cier­pie­niem stał się ka­pli­cą, w któ­rej śpie­wa­no psal­my i od­ma­wia­no ró­ża­niec. W po­ko­ju du­cha i po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, przed nad­cho­dzą­cym Je­zu­sem, któ­ry otwo­rzy ra­mio­na przed nad­cho­dzą­cy­mi z Oświę­ci­mia umę­czo­ny­mi ludź­mi. Świę­ty oj­ciec Kol­be prze­mie­nił ser­ca współ­więź­niów, był mę­czen­ni­kiem – świad­kiem wia­ry, a nie kimś, kto „ro­bi z sie­bie mę­czen­ni­ka”. Oj­ciec Kol­be – jak po­wie­dział świę­ty pa­pież Jan Pa­weł II – był oso­bą, któ­ra zwy­cię­ży­ła II woj­nę świa­to­wą.

Oto wła­śnie cho­dzi – mę­czen­ni­cy zwy­cię­ża­ją ten świat!

I to ci, któ­rzy mo­dli­li się, idąc w sta­ro­żyt­no­ści na are­nę peł­ną dzi­kich zwie­rząt, i ci, któ­rzy la­ta­mi słu­ży­li cho­rym w swo­ich do­mach, ho­spi­cjach czy szpi­ta­lach. Zwy­cię­ża świat mat­ka, któ­ra ci­cho od­da­je swo­je ży­cie dzie­ciom, któ­ra wy­cho­wa wspa­nia­łych oj­ców i ko­lej­ne świę­te mat­ki, ale nie ktoś, kto wy­po­mi­na swo­je od­da­nie i żą­da wdzięcz­no­ści.

Mę­czen­nik ma ja­sną twarz, bo ko­cha, jest po pro­stu świad­kiem Mi­ło­ści, Mi­ło­ści Bo­ga do czło­wie­ka. Mę­czen­nik jest oso­bą „przej­rzy­stą”, bo pa­trząc na nie­go, wi­dać Stwór­cę i Zba­wi­cie­la. Mę­czen­nik ko­cha ży­cie, ale chęt­nie słu­ży Bo­gu, od któ­re­go to ży­cie otrzy­mał, bo jest pe­wien ży­cia wiecz­ne­go, ja­kie otrzy­ma po ży­ciu peł­nym za­pa­łu.

Nie chciał­bym ni­ko­go za­chę­cać, by dą­ży­li do mę­czeń­stwa, za­chę­cam jed­nak do te­go, by uko­chać ży­cie i Daw­cę ży­cia, któ­ry naj­le­piej wie, jak wspa­nia­le je prze­żyć. Mo­że się oka­zać, że mę­czeń­stwo sa­mo na­dej­dzie, ale przy tej hie­rar­chii war­to­ści nie bę­dzie prze­ra­ża­ją­ce.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa

Czło­wie­ka (...) nie moż­na do koń­ca zro­zu­mieć bez Chry­stu­sa. A ra­czej: czło­wiek nie mo­że sie­bie sam do koń­ca zro­zu­mieć bez Chry­stu­sa. Nie mo­że zro­zu­mieć ani kim jest, ani ja­ka jest je­go wła­ści­wa god­ność, ani ja­kie jest je­go po­wo­ła­nie i osta­tecz­ne prze­zna­cze­nie. War­sza­wa, 1979 r.

Szu­kaj­cie tej praw­dy tam, gdzie ona rze­czy­wi­ście się znaj­du­je! Je­śli trze­ba, bądź­cie zde­cy­do­wa­ni iść pod prąd obie­go­wych po­glą­dów i roz­pro­pa­go­wa­nych ha­seł! Nie lę­kaj­cie się Mi­ło­ści, któ­ra sta­wia czło­wie­ko­wi wy­ma­ga­nia. List do mło­dych ca­łe­go świa­ta, 1985 r.

Bo­ża mi­łość nie na­kła­da na nas cię­ża­rów, któ­rych nie mo­gli­by­śmy unieść, ani nie sta­wia nam wy­ma­gań, któ­rym nie mo­gli­by­śmy spro­stać, je­śli wzy­wa, przy­cho­dzi z ko­niecz­ną po­mo­cą. Frag­ment książ­ki „Wstań­cie. Chodźmy!ˮ, 2004 r.

Praw­dzi­wa mi­łość nie jest mgli­stym uczu­ciem ani śle­pą na­mięt­no­ścią. Jest we­wnętrz­ną po­sta­wą, ogar­nia­ją­cą ca­łe je­ste­stwo czło­wie­ka. Jest pa­trze­niem na bliź­nie­go nie po to, by się nim po­słu­żyć, ale by mu słu­żyć. Wa­ty­kan, 1994 r.

Tyl­ko czy­ste ser­ce mo­że w peł­ni ko­chać Bo­ga! Tyl­ko czy­ste ser­ce mo­że w peł­ni do­ko­nać wiel­kie­go dzie­ła mi­ło­ści, ja­kim jest mał­żeń­stwo! Tyl­ko czy­ste ser­ce mo­że w peł­ni słu­żyć dru­gim! (...) Nie po­zwól­cie, aby nisz­czo­no wa­szą przy­szłość! Nie po­zwól­cie ode­brać so­bie bo­gac­twa mi­ło­ści! Chroń­cie wa­szą wier­ność; wier­ność wa­szych przy­szłych ro­dzin, któ­re za­ło­ży­cie w mi­ło­ści Chry­stu­sa. San­do­mierz, 1999 r.

Mło­dzie­ży, mo­ja za­tem od­po­wiedź jest ta­ka: ko­chaj­cie Chry­stu­sa, a wte­dy za­ak­cep­tu­je­cie wy­ma­ga­nia, któ­re Ko­ściół w Je­go imie­niu na was na­kła­da, po­nie­waż są to wy­ma­ga­nia po­cho­dzą­ce od Bo­ga-Stwór­cy i Od­ku­pi­cie­la czło­wie­ka; za­ak­cep­tuj­cie te wy­ma­ga­nia w wa­szym ży­ciu, a od­kry­je­cie ich war­tość. Amers­fo­ort, 1985 r.

Pra­ca nad so­bą, jest jak naj­bar­dziej oso­bi­stą współ­pra­cą z Je­zu­sem Chry­stu­sem, na po­do­bień­stwo tej, ja­ka do­ko­na­ła się w uczniach, wy­bra­nych przez Nie­go, gdy za­we­zwał ich do swo­jej bli­sko­ści. Mu­si­cie my­śleć o so­bie w ka­te­go­riach uczniów Chry­stu­sa. Kra­ków, 1987 r.

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Równouprawnienie – tak czy nie?

Rów­no­upraw­nie­nie – to już od dłuż­sze­go cza­su jed­no z naj­mod­niej­szych słów. Peł­no go w pra­sie, te­le­wi­zji i w in­ter­ne­cie. Czym tak na­praw­dę jest?

Rów­no­upraw­nie­nie czę­sto jest nam przed­sta­wia­ne w nie­praw­dzi­wym świe­tle, wła­ści­wie jest tak przed­sta­wia­ne pra­wie za­wsze. Z jed­nej stro­ny sły­szy­my cią­gle o bra­ku rów­no­upraw­nie­nia i dys­kry­mi­na­cji – nie­do­ce­nia­niu ko­biet lub męż­czyzn. Z dru­giej na­to­miast, że rów­no­upraw­nie­nie jest złe i je­go zwo­len­ni­cy chcą za­trzeć wszyst­kie na­tu­ral­ne róż­ni­ce mię­dzy płcia­mi.

Oba te po­glą­dy wy­da­ją się być skraj­ne. Rów­no­upraw­nie­nie – po­praw­nie i przede wszyst­kim roz­sąd­nie ro­zu­mia­ne – to osią­gnię­cie ta­kie­go sta­nu, aby płeć nie de­cy­do­wa­ła o pra­wach, ja­kie nam przy­słu­gu­ją. To zna­czy, że­by ko­bie­ty i męż­czyź­ni mo­gli np. wy­ko­ny­wać ta­ki za­wód, ja­ki chcą wy­ko­ny­wać, a nie ta­ki, ja­ki ko­ja­rzy się lub „od­po­wia­da” ich płci.

foto_01-02_21-2014

Jest w dal­szym cią­gu wie­le ta­kich za­wo­dów, któ­re ko­ja­rzą się z jed­ną płcią np. pie­lę­gniar­ka. Gro­no pie­lę­gnia­rzy jest jesz­cze na ty­le ma­łe, że my­śląc o tym za­wo­dzie, za­wsze ma­my na my­śli ko­bie­tę. Po­dob­nie jest np. z na­uczy­cie­la­mi w przed­szko­lach – męż­czy­zna na ta­kim sta­no­wi­sku to ogrom­na rzad­kość. Za to in­struk­to­ra­mi na­uki jaz­dy są w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści męż­czyź­ni. Po­dob­nie rzad­ko wi­du­je­my też ko­bie­ty pra­cu­ją­ce na bu­do­wie. Dla­cze­go tak jest?

Dzie­je się tak, po­nie­waż ko­bie­ty lub męż­czyź­ni ma­ją lep­sze pre­dys­po­zy­cje do wy­ko­ny­wa­nia pew­nych za­wo­dów – wy­ni­ka to z cech na­tu­ral­nych płci i ni­ko­go nie dzi­wi. Np. męż­czyź­ni le­piej niż ko­bie­ty ra­dzą so­bie z za­da­nia­mi wy­ma­ga­ją­cy­mi du­że­go wy­sił­ku fi­zycz­ne­go, dźwi­ga­nia cięż­kich przed­mio­tów itd. Ko­bie­ty zaś są lep­sze w wy­ko­ny­wa­niu czyn­no­ści wy­ma­ga­ją­cych pre­cy­zji i do­kład­no­ści – choć­by z te­go po­wo­du, że ma­ją drob­niej­sze dło­nie.

Na­le­ży jed­nak pa­mię­tać, że wśród mi­lio­nów ko­biet i męż­czyzn na Zie­mi zna­leźć moż­na wie­le wy­jąt­ków za­prze­cza­ją­cym tym czy in­nym re­gu­łom, zwią­za­nym z tym, ja­ki za­wód kto po­wi­nien wy­ko­ny­wać. Je­ste­śmy wszy­scy wy­jąt­ko­wi i je­dy­ni w swo­im ro­dza­ju, nie moż­na nas ska­ta­lo­go­wać i umie­ścić w jed­nym „wor­ku” ze wzglę­du na płeć. I tak np. mo­że się zna­leźć ko­bie­ta z ta­ką si­łą fi­zycz­ną, któ­ra po­zwo­li jej bu­do­wać do­my i męż­czy­zna z ta­ki­mi umie­jęt­no­ścia­mi, że­by wy­ko­ny­wać za­wód pie­lę­gnia­rza. Wo­bec ta­kich wy­jąt­ków po­win­ni­śmy po­zo­sta­wać otwar­ci i to­le­ran­cyj­ni – tym wła­śnie po­win­no być dla nas rów­no­upraw­nie­nie. Za­pro­wa­dza­nie pa­ry­te­tów i pró­by zrów­na­nia ko­biet z męż­czy­zna­mi i na od­wrót nie ma­ją z tym wie­le wspól­ne­go.

Pro­blem rów­no­upraw­nie­nia w Ko­ście­le to ko­lej­ny te­mat go­rą­co dys­ku­to­wa­ny w me­diach w ostat­nich la­tach. Głów­nie prze­ciw­ni­cy Ko­ścio­ła za­rzu­ca­ją mu dys­kry­mi­na­cję ko­biet. Twier­dzą tak ci, któ­rzy czę­sto nie zda­ją so­bie spra­wy z te­go, jak waż­na jest w współ­cze­snym Ko­ście­le ro­la za­rów­no ko­biet, jak i męż­czyzn. Ko­bie­ty na ta­kich sa­mych za­sa­dach jak męż­czyź­ni ma­ją pra­wo an­ga­żo­wać się w ży­cie swo­ich pa­ra­fii, uczest­ni­czyć w wie­lu ko­ściel­nych ini­cja­ty­wach, a na­wet włą­czać się czyn­nie w Li­tur­gię sło­wa pod­czas Eu­cha­ry­stii. Jesz­cze nie­daw­no nie do po­my­śle­nia by­ło, aby przy oł­ta­rzu słu­żyć mo­gły dziew­czyn­ki – obec­nie wi­dok mi­ni­stran­tek nie jest już dla czę­ści wie­rzą­cych ni­czym dziw­nym. Czy moż­na za­tem mó­wić o ja­kiej­kol­wiek dys­kry­mi­na­cji ko­biet w ży­ciu Ko­ścio­ła?

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Trzecia płeć: nowa utopia lewicy

Z ks. Mar­kiem Dzie­wiec­kim roz­ma­wia Ka­je­tan Raj­ski

Śro­do­wi­ska le­wi­co­we no­to­rycz­nie pro­mu­ją te­zę o ist­nie­niu tzw. „trze­ciej płci”. Co mo­że Ksiądz – ja­ko psy­cho­log – po­wie­dzieć o tej pro­pa­gan­dzie?

Te­go ty­pu in­do­kry­na­cja po­twier­dza fakt, że śro­do­wi­ska le­wi­co­we opie­ra­ją swo­je pro­gra­my na fik­cjach i ide­olo­giach, któ­re są ode­rwa­ne od rze­czy­wi­sto­ści. Le­wi­ca spe­cja­li­zu­je się w pro­pa­go­wa­niu kłamstw i dą­ży do za­krzy­cze­nia rze­czy­wi­sto­ści. Tak by­ło w przy­pad­ku le­wi­co­wej Re­wo­lu­cji Fran­cu­skiej i bol­sze­wic­kiej Re­wo­lu­cji Paź­dzier­ni­ko­wej. Za pięk­ny­mi ha­sła­mi o rów­no­ści, wol­no­ści i bra­ter­stwie kry­ło się lu­do­bój­stwo i okru­cień­stwo na nie­zna­ną do­tąd ska­lę. W każ­dej epo­ce le­wi­ca za­kła­da, że lu­dzie nie mo­gą być szczę­śli­wi ra­zem i dla­te­go mu­szą ze so­bą wal­czyć, na przy­kład pra­co­bior­ca z pra­co­daw­cą, ko­bie­ta z męż­czy­zną, ro­dzi­ce ze swo­imi nie­na­ro­dzo­ny­mi dzieć­mi.

foto_01-01_21-2014

Obec­nie le­wi­ca „uwłasz­czy­ła sięˮ kosz­tem spo­łe­czeń­stwa. Nie in­te­re­su­je się już lo­sem lu­dzi bied­nych, bez­ro­bot­nych, cho­rych, wy­klu­czo­nych spo­łecz­nie. W tej sy­tu­acji tak zwa­na „no­wa” le­wi­ca po­szu­ka­ła so­bie no­we­go „pro­le­ta­ria­tu”, Tym no­wym „pro­le­ta­ria­tem” sta­li się lu­dzie, któ­rzy ma­ją po­waż­ne pro­ble­my z wła­sną płcią i sek­su­al­no­ścią, na przy­kład ho­mo­sek­su­ali­ści, trans­we­sty­ci, fe­mi­nist­ki, ero­to­ma­ni czy ci, któ­rzy chwa­lą się swo­ją roz­wią­zło­ścią, po­gar­dą dla czy­sto­ści, wier­no­ści, mał­żeń­stwa, dzie­ci. Le­wi­ca uda­je, że bro­ni te­go ty­pu lu­dzi przed „prze­śla­do­wa­niem”. W rze­czy­wi­sto­ści po­więk­sza je­dy­nie ich ży­cio­we trud­no­ści, gdyż za­bu­rze­nia i wy­uz­da­nie uka­zu­je ja­ko „ide­ał”. W kon­se­kwen­cji śro­do­wi­ska le­wi­co­we pro­wa­dzą do sy­tu­acji, w któ­rej wie­lu lu­dzi łu­dzi się, że bę­dą szczę­śliw­si, gdy za­czną uda­wać, że są in­nej płci niż w rze­czy­wi­sto­ści.

Za­łóż­my, że w cią­gu naj­bliż­szych lat fik­cja o ist­nie­niu „trze­ciej płci” zo­sta­nie już w peł­ni usank­cjo­no­wa­na praw­nie. Jak Ksiądz przy­pusz­cza, ja­kie skut­ki spo­łecz­ne coś ta­kie­go bę­dzie ze so­bą nio­sło?

Je­śli do te­go doj­dzie, to bę­dzie­my ży­li w jesz­cze więk­szej fik­cji niż w cza­sie dyk­ta­tu­ry ko­mu­ni­stycz­nej. Ko­mu­ni­ści wpro­wa­dza­li fik­cyj­ny po­kój, fik­cyj­ną spra­wie­dli­wość spo­łecz­ną, fik­cyj­ną wol­ność, fik­cyj­ny do­bro­byt, fik­cyj­ny po­stęp, fik­cyj­ne szczę­ście. Ich współ­cze­śni na­stęp­cy usi­łu­ją wpro­wa­dzić fik­cyj­ną płeć, a w kon­se­kwen­cji do­pro­wa­dzić do po­ja­wie­nia się za­bu­rzo­nych re­la­cji mię­dzy­ludz­kich na wiel­ką ska­lę. To do­pro­wa­dzi do upad­ku ca­łych spo­łe­czeństw i do dra­ma­tycz­nych trud­no­ści w re­la­cji męż­czy­zna – ko­bie­ta. Ide­olo­gie le­wi­co­we za­wsze obie­cu­ją szczę­ście i za­wsze pro­wa­dzą do wiel­kie­go cier­pie­nia. Lu­dzie le­wi­cy to mi­strzo­wie ma­ni­pu­la­cji.

Jak ukształ­to­wa­ne pod wzglę­dem psy­chicz­nym i du­cho­wym bę­dą dzie­ci, któ­re wy­cho­wy­wa­ne zo­sta­ną przez trans­sek­su­ali­stów?

Nie mo­że być do­brym wy­cho­waw­cą ktoś, kto ma trud­no­ści z sa­mym so­bą, kto jest w kon­flik­cie z wła­snym cia­łem, z wła­sną toż­sa­mo­ścią, kto wie­rzy w to, że bę­dzie szczę­śliw­szy wte­dy, gdy uzna, że jest kimś in­nym, niż jest. Dzie­ci ro­dzą się ja­ko chłop­cy i dziew­czyn­ki. Po­trze­bu­ją wy­cho­waw­ców, któ­rzy cie­szą się swo­ją płcią i któ­rzy bu­du­ją trwa­łe, ra­do­sne wię­zi z oso­ba­mi dru­giej płci. Po­trze­bu­ją ro­dzi­ców i wy­cho­waw­ców, któ­rzy cie­szą się cia­łem i wro­dzo­ny­mi pre­dys­po­zy­cja­mi psy­cho­spo­łecz­ny­mi. Tyl­ko przy ta­kich wy­cho­waw­cach chłop­cy i dziew­czyn­ki mo­gą cie­szyć się wła­sną płcią i uczyć się mi­ło­ści do osób dru­giej płci.

 

Porozumienie pomimo różnic

Ba­da­nia do­wo­dzą, że po­ro­zu­mie­nie mię­dzy męż­czy­zną i ko­bie­tą utrud­nia­ją ge­ny, hor­mo­ny i... bu­do­wa mó­zgu. Pod­sta­wą trwa­łe­go związ­ku jest zro­zu­mie­nie i ak­cep­ta­cja tych róż­nic. Dro­ga do osią­gnię­cia ta­kiej har­mo­nii by­wa nie­kie­dy wy­bo­ista i peł­na ży­cio­wych po­ra­żek.

Gdy za­czy­na­my się po­zna­wać i bu­do­wać zwią­zek, róż­ni­ce cha­rak­te­rów, któ­re są mię­dzy na­mi fa­scy­nu­ją i za­chwy­ca­ją. Nie­ste­ty, w co­dzien­nym ży­ciu sta­ją się po­wo­dem wza­jem­nych roz­cza­ro­wań, kłót­ni, a cza­sem i roz­stań. Czy po­ro­zu­mie­nie po­mi­mo róż­nic jest moż­li­we?

foto_01-03_21-2014

Ja z Mar­sa, ty z We­nus

W cią­gu mi­lio­nów lat ewo­lu­cja ko­biet i męż­czyzn prze­bie­ga­ła zu­peł­nie ina­czej. Mia­ło to zwią­zek z peł­nio­ny­mi przez nich ro­la­mi. Męż­czy­zna po­lo­wał, zdo­by­wał po­ży­wie­nie, był wo­jow­ni­kiem, któ­ry po­trze­bo­wał wol­no­ści i swo­bo­dy. Do na­tu­ry męż­czy­zny na­le­ży więc np. po­dej­mo­wa­nie ry­zy­ka. Ko­bie­ta pil­no­wa­ła do­mo­we­go ogni­ska, sku­pia­ła się na tro­sce o dzie­ci i ich wy­cho­wa­nie. Świat mę­ski i ko­bie­cy róż­nią się od sie­bie. Kie­dy te róż­ni­ce za­czy­na­ją uwie­rać, trud­no je zro­zu­mieć i za­ak­cep­to­wać. Nie­jed­no­krot­nie są przy­czy­ną roz­cza­ro­wań, pre­ten­sji, ża­lu i bez­rad­no­ści. Ży­cie we dwo­je to nie tyl­ko ro­man­tycz­ny za­wrót gło­wy, rand­ki i czu­łe SMS-y. To co­dzien­ne dzie­le­nie obo­wiąz­ków, hu­mo­ry jej i je­go, złe na­wy­ki, kłót­nie, ci­che dni i to­tal­ne nie­zro­zu­mie­nie, któ­re od­da­la od sie­bie.

John Gray w swo­im hu­mo­ry­stycz­nym po­rad­ni­ku pt. „Męż­czyź­ni są z Mar­sa, ko­bie­ty z We­nus” pi­sze: „Two­rze­nie szczę­śli­we­go związ­ku jest cza­sa­mi bar­dzo trud­ne. Oczy­wi­ście, że po­ja­wia­ją się pro­ble­my. Tyl­ko że te pro­ble­my al­bo mo­gą się stać źró­dłem ura­zy i od­rzu­ce­nia part­ne­ra, al­bo po­słu­żyć do zbu­do­wa­nia głęb­sze­go wza­jem­ne­go zro­zu­mie­nia, bli­sko­ści, za­ufa­nia i mi­ło­ści”. Su­per. Tyl­ko jak to osią­gnąć?

Zde­rze­nie świa­tów

Za­sta­nów­my się, dla­cze­go tak trud­no nam się po­ro­zu­mieć. Zda­niem Joh­na Gray’a wy­ni­ka to z róż­nic w bu­do­wie mó­zgu i je­go funk­cjo­no­wa­niu. W tym pół­to­ra­ki­lo­gra­mo­wym na­rzą­dzie mie­ści się wszyst­ko, co czy­ni nas ludź­mi: na­sze pa­sje, prze­my­śle­nia, po­strze­ga­nie świa­ta – czy­li ca­łe ży­cie in­te­lek­tu­al­ne i emo­cjo­nal­ne. Gray ka­pi­tal­nie do­wo­dzi, że męż­czyź­ni ina­czej niż ko­bie­ty prze­twa­rza­ją każ­dą sy­tu­ację. Ina­czej sły­szą, ro­zu­mie­ją i for­mu­łu­ją wy­po­wie­dzi. W cy­to­wa­nej wy­żej książ­ce tak pi­sze: „Róż­ni­ce, któ­re nas dzie­lą, i roz­bież­ne opi­nie nie są dla nas tak bo­le­sne jak spo­so­by, w ja­kie je wy­ra­ża­my. Teo­re­tycz­nie kłót­nia wca­le nie mu­si ra­nić, mo­że być po pro­stu ży­wą roz­mo­wą, w któ­rej wy­ra­ża­my to, co nas róż­ni. (Bo prze­cież każ­dą pa­rę lu­dzi coś róż­ni). Jed­nak w prak­ty­ce pra­wie wszyst­kie pa­ry roz­po­czy­na­ją wy­mia­nę zdań na ja­kiś okre­ślo­ny te­mat, a po kil­ku mi­nu­tach kłót­nia do­ty­czy już sa­me­go jej prze­bie­gu”.

Fi­zjo­lo­gicz­ną prze­paść wy­ni­ka­ją­cą z od­mien­nej bu­do­wy mó­zgu moż­na jed­nak po­ko­nać. Ist­nie­je wie­le spo­so­bów, któ­re po­zwa­la­ją uni­kać naj­częst­szych spięć i kon­flik­tów. To, czy uda nam się wspól­nie zbu­do­wać sil­ną ży­cio­wą kon­struk­cję, czy tyl­ko chwiej­ny do­mek z kart, za­le­ży więc w du­żej mie­rze od nas sa­mych.

Re­cep­ta na po­ro­zu­mie­nie

Pro­blem umie­jęt­ne­go dia­lo­gu w związ­ku jest bar­dzo waż­ny. Nie­ste­ty, za­miast szu­kać moż­li­wo­ści po­ro­zu­mie­nia, wie­le par kon­cen­tru­je się na tym, co róż­ni i dzie­li oraz utwier­dza się w błęd­nym prze­ko­na­niu, że po­ro­zu­mie­nie mię­dzy ko­bie­tą a męż­czy­zną nie jest moż­li­we. Trze­ba wy­pra­co­wać swój spo­sób po­ko­ny­wa­nia ba­rier. Po­mo­że w tym hu­mor, dy­stans, cier­pli­wość i szcze­re chę­ci. Zna­ny afo­ryzm mó­wi: „Ser­cem męż­czy­zny są spra­wy świa­ta, świa­tem ko­bie­ty są spra­wy jej ser­ca”. War­to o tym pa­mię­tać.

 

Sa­bi­na Mio­doń­ska

 

Kościół w sposób szczególny widzi siebie samego w młodych

Ko­ściół wi­dzi mło­dych – wię­cej: Ko­ściół w spo­sób szcze­gól­ny wi­dzi sie­bie sa­me­go w mło­dych – w was wszyst­kich, a za­ra­zem w każ­dej i w każ­dym z was. Tak by­ło od po­cząt­ku, od cza­sów apo­stol­skich. Szcze­gól­nym świa­dec­twem mo­gą być sło­wa św. Ja­na z je­go 1 Li­stu: „Pi­szę do was, mło­dzi, że zwy­cię­ży­li­ście Złe­go. Na­pi­sa­łem do was, dzie­ci, że zna­cie Oj­ca... Na­pi­sa­łem do was, mło­dzi, że je­ste­ście moc­ni i że na­uka Bo­że trwa w wa­sˮ. Rzym 1985 r.

Nie lę­kaj­cie się wa­szej mło­do­ści i wa­szych głę­bo­kich pra­gnień szczę­ścia, praw­dy, pięk­na i trwa­łej mi­ło­ści! Mó­wi się cza­sem, że spo­łe­czeń­stwo boi się owych po­tęż­nych pra­gnień mło­dzie­ży, że się ich bo­icie tak­że i wy sa­mi. Nie lę­kaj­cie się! Wa­ty­kan, 1984 r.

Bądź­cie mi­ło­śni­ka­mi kon­tem­pla­cji i mo­dli­twy; po­stę­puj­cie zgod­nie z wy­zna­wa­ną wia­rą i służ­cie ofiar­nie bra­ciom ja­ko ży­we człon­ki Ko­ścio­ła i bu­dow­ni­czo­wie po­ko­ju. Aby zre­ali­zo­wać ten nie­ła­twy pro­gram ży­cio­wy, wsłu­chaj­cie się w sło­wo Bo­że i czerp­cie si­ły z sa­kra­men­tów, zwłasz­cza z Eu­cha­ry­stii i z sa­kra­men­tu po­ku­ty. Wa­ty­kan, 1999 r.

Wy, Mło­dzi, je­ste­ście pierw­szy­mi apo­sto­ła­mi i ewan­ge­li­za­to­ra­mi mło­dzie­ży. Nie wy­star­czy od­kryć Chry­stu­sa, trze­ba Go nieść in­nym! Chry­stus wam ufa i li­czy na wa­szą współ­pra­cę. Chry­stus was po­trze­bu­je. Od­po­wiedz­cie na Je­go we­zwa­nie z od­wa­gą i za­pa­łem wa­szej mło­do­ści. Wa­ty­kan, 1988 r.

Chry­stus py­ta każ­de­go i każ­dą z was: „Czy mi­łu­jesz?”. Chry­stus py­ta: „Czy mi­łu­jesz Mnie?”. Chry­stus py­ta: „Czy mi­łu­jesz Mnie bar­dziej?”. Wejdź w głę­bię swe­go mło­de­go ser­ca. Tam znaj­dziesz od­po­wiedź. Mi­łość jest w to­bie. To Bo­ży dar. A za­tem patrz w przy­szłość i nie bój się po­wie­dzieć Chry­stu­so­wi: tak. Choć to mi­łość wy­ma­ga­ją­ca, nie bój się ko­chać Chry­stu­sa. On pierw­szy nas umi­ło­wał – umi­ło­wał do koń­ca. Po­la Led­nic­kie, 2004r.

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Dziękujemy, nasz drogi i umiłowany papieżu Pawle VI!

W tym dniu be­aty­fi­ka­cji pa­pie­ża Paw­ła VI przy­cho­dzą mi na myśl je­go sło­wa, któ­ry­mi usta­na­wiał Sy­nod Bi­sku­pów: „Śle­dząc uważ­nie zna­ki cza­sów, sta­ra­my się do­sto­so­wać dro­gi i me­to­dy (…) do wzra­sta­ją­cych wy­ma­gań na­szych dni i zmie­nia­ją­cych się wa­run­ków spo­łecz­nych”.

W od­nie­sie­niu do te­go wiel­kie­go pa­pie­ża, od­waż­ne­go chrze­ści­ja­ni­na, nie­stru­dzo­ne­go apo­sto­ła, przed Bo­giem mo­że­my dziś tyl­ko wy­po­wie­dzieć sło­wo tak pro­ste, a jed­no­cze­śnie szcze­re i waż­ne: Dzię­ku­je­my nasz dro­gi i umi­ło­wa­ny pa­pie­żu Paw­le VI! Dzię­ku­je­my za two­je po­kor­ne i pro­ro­cze świa­dec­two mi­ło­ści do Chry­stu­sa i Je­go Ko­ścio­ła!

W swo­im oso­bi­stym dzien­ni­ku wiel­ki ster­nik So­bo­ru za­pi­sał: „Mo­że Pan mnie po­wo­łał i trzy­ma mnie na tej po­słu­dze, nie dla­te­go, abym miał ja­kieś w tej dzie­dzi­nie zdol­no­ści, czy też abym rzą­dził i oca­lił Ko­ściół od je­go obec­nych trud­no­ści, ale abym nie­co dla Ko­ścio­ła wy­cier­piał i aby by­ło ja­sne, że to On, a nie kto in­ny pro­wa­dzi go i oca­la”. W tej po­ko­rze ja­śnie­je wiel­kość bło­go­sła­wio­ne­go Paw­ła VI, któ­ry, kie­dy za­ry­so­wy­wa­ło się spo­łe­czeń­stwo zla­icy­zo­wa­ne i wro­gie, po­tra­fił kie­ro­wać z da­le­ko­wzrocz­ną mą­dro­ścią – a cza­sem w sa­mot­no­ści – ste­rem ło­dzi Pio­tro­wej, ni­gdy nie tra­cąc ra­do­ści i uf­no­ści w Pa­nu.

Pa­weł VI umiał rze­czy­wi­ście od­da­wać Bo­gu to, co na­le­ży do Bo­ga, po­świę­ca­jąc ca­łe swo­je ży­cie „za­da­niu świę­te­mu, uro­czy­ste­mu i nie­zwy­kle po­waż­ne­mu: te­mu, aby kon­ty­nu­ować w cza­sie i krze­wić na zie­mi mi­sję Chry­stu­sa”, mi­łu­jąc Ko­ściół i pro­wa­dząc go, aby był rów­no­cze­śnie „od­da­ną dla ca­łej spo­łecz­no­ści ludz­kiej mat­ką i roz­daw­cą zba­wie­nia”.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 19.10.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Pa­trząc na te­mat ak­tu­al­ne­go nu­me­ru „Dro­giˮ, nie tyl­ko przy­po­mi­nam so­bie Księ­gę Ro­dza­ju, skąd cy­tat ten zo­stał za­czerp­nię­ty (por Rdz 1, 27), przy­po­mi­nam so­bie rów­nież mnó­stwo prze­czy­ta­nych zdań, usły­sza­nych wy­po­wie­dzi.

Ale po ko­lei… W Bi­blii Ty­siąc­le­cia, naj­po­pu­lar­niej­szym współ­cze­snym tłu­ma­cze­niu Pi­sma Świę­te­go, w pierw­szym roz­dzia­le Księ­gi Ro­dza­ju czy­ta­my: „Stwo­rzył więc Bóg czło­wie­ka na swój ob­raz, na ob­raz Bo­ży go stwo­rzył: stwo­rzył męż­czy­znę i nie­wia­stę”. Wie­lu ko­men­ta­to­rów, w tym pol­ski pa­pież – św. Jan Pa­weł II, ro­zu­mie to sfor­mu­ło­wa­nie w sze­ro­kiej per­spek­ty­wie: twier­dzą, że peł­nia czło­wie­czeń­stwa jest w oboj­gu lu­dzi zjed­no­czo­nych w mi­ło­ści: do­pie­ro męż­czy­zna współ­dzia­ła­ją­cy z ko­bie­tą two­rzą „ca­łe­go czło­wie­ka”. Jan Pa­weł II w cy­klu ka­te­chez śro­do­wych (za­ty­tu­ło­wa­nych wła­śnie „Ko­bie­tą i męż­czy­zną stwo­rzył ich”) na­pi­sał tak: „Czło­wiek – Adam – za­padł w (…) sen, aby zbu­dzić się z nie­go »męż­czy­zną i nie­wia­stą«„. Kon­se­kwen­cją ta­kie­go ro­zu­mie­nia jest praw­da, że za­rów­no męż­czy­zna w ko­bie­cie utwo­rzo­nej z je­go bo­ku, jak i ko­bie­ta w męż­czyź­nie, z któ­re­go bo­ku zo­sta­ła wzię­ta, mo­gą roz­po­zna­wać sie­bie i od­kry­wać sie­bie.

Aby re­la­cje mię­dzy ludź­mi by­ły twór­cze, jed­nym z za­dań, ja­kie sto­ją przed każ­dym z nas, jest roz­wi­ja­nie swo­jej mę­sko­ści al­bo ko­bie­co­ści: naj­prak­tycz­niej­szym spo­so­bem jest spo­rzą­dze­nie li­sty cech, ja­kie ma do­bry mąż i oj­ciec oraz do­bra żo­na i mat­ka. Mąż jest opar­ciem i opie­ku­nem, oj­ciec jest wzor­cem i prze­wod­ni­kiem, żo­na i mat­ka two­rzy at­mos­fe­rę do­mu i w sen­sow­ny spo­sób ła­go­dzi su­ro­wość i ra­dy­ka­lizm mę­ża. Wiel­ką sa­tys­fak­cję da­je wzra­sta­nie w ce­chach, ja­kie pro­wa­dzą do ży­cia w szczę­śli­wej ro­dzi­nie. War­to też za­uwa­żyć, że oso­by du­chow­ne ko­rzy­sta­ją z tych sa­mych cech: ka­płan jest du­cho­wym oj­cem, za­kon­ni­ca re­ali­zu­je ma­cie­rzyń­stwo w re­la­cjach z oso­ba­mi, któ­rym słu­ży.

Na ko­niec przy­po­mnę pew­ne wy­da­rze­nie: w pew­nej szko­le prze­pro­wa­dzo­no ba­da­nie tem­pe­ra­men­tu. Gdy po­da­no wy­ni­ki, nie­któ­rzy chłop­cy by­li prze­ra­że­ni, że w ru­bry­ce „ko­bie­cość” mie­li 2–3 punk­ty (na 10), nie­któ­re dziew­czę­ta nie ro­zu­mia­ły, dla­cze­go tam, gdzie by­ła „mę­skość”, „zdo­by­ły” kil­ka punk­tów. Psy­cho­lo­dzy szyb­ko wy­ja­śnia­li: kil­ka punk­tów „ko­bie­co­ści” u męż­czyzn i „mę­sko­ści” u ko­biet to peł­na nor­ma, bez te­go zrów­no­wa­że­nia chłop­cy nie mie­li­by cie­nia czu­ło­ści, a dziew­czę­tom bra­ko­wa­ło­by kon­se­kwen­cji.

Je­ste­śmy stwo­rze­ni po to, by osią­gnąć szczę­ście, wie­le cech jest w za­ląż­ku, trze­ba je roz­wi­jać, by stać się doj­rza­łą oso­bą, cze­go oczy­wi­ście wszyst­kim ży­czę.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Biblia – podręcznik miłości prawdziwej

Żad­na in­na książ­ka ani księ­ga nie mó­wi o mi­ło­ści wię­cej niż Pi­smo Świę­te. W Bi­blii sło­wo mi­łość jest wie­lo­krot­nie od­mie­nio­ne przez wszyst­kie przy­pad­ki. Sko­ro pa­da ono tak czę­sto, mu­si być nie­zwy­kle waż­ne w oczach Bo­ga. War­to przyj­rzeć się, do ja­kiej mi­ło­ści za­chę­ca nas na kar­tach Pi­sma Świę­te­go sam Je­zus.

Mi­łość Bo­ga i bliź­nie­go

Przy­ka­za­nie mi­ło­ści, jak stwier­dza sam Je­zus, jest pierw­szym spo­śród wszyst­kich. Ozna­cza to, że speł­nia­nie wszyst­kich przy­ka­zań Bo­żych, ko­ściel­nych i wszyst­kich za­sad do­ty­czą­cych po­win­no­ści chrze­ści­ja­ni­na nie ma­ją sen­su bez mi­ło­ści. Jak stwier­dza sam Je­zus, to wła­śnie mi­łość jest „do­sko­na­łym wy­peł­nie­niem pra­wa”. Je­że­li ko­cham dru­gie­go, to ni­gdy go nie okrad­nę, nie okła­mię, nie zdra­dzę, nie skrzyw­dzę. Je­śli praw­dzi­wie ko­cham Bo­ga, nikt nie bę­dzie mu­siał na­rzu­cać mi obo­wiąz­ku uczest­ni­cze­nia we Mszy Świę­tej, bo sa­ma mi­łość przy­na­gli mnie do te­go, aby z Nim prze­by­wać. Za­tem speł­nia­jąc przy­ka­za­nie mi­ło­ści, wy­peł­nia­my wszyst­kie przy­ka­za­nia i ca­łe pra­wo Bo­że.

foto_01-03_20-2014

To przy­ka­za­nie moż­na po­dzie­lić na dwie za­sad­ni­cze czę­ści: pierw­sza z nich do­ty­czy mi­ło­ści do Bo­ga, na­to­miast dru­ga mi­ło­ści do bliź­nie­go. Obie czę­ści są rów­nie waż­ne i jed­na nie mo­że funk­cjo­no­wać w peł­ni bez dru­giej. Praw­dzi­wa mi­łość Bo­ga idzie za­wsze w pa­rze z mi­ło­ścią dru­gie­go czło­wie­ka. Po­dob­nie nie moż­na praw­dzi­wie ko­chać bliź­nie­go, bez mi­ło­ści do Bo­ga.

Mi­ło­wa­nie Bo­ga, do ja­kie­go zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy przy­ka­za­niem, to umi­ło­wa­nie Go w każ­dy moż­li­wy spo­sób i w każ­dym zna­cze­niu: my­ślą, ser­cem i du­szą. Bliź­nie­go je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni ko­chać jak sa­me­go sie­bie – to po­waż­ne zo­bo­wią­za­nie, któ­re ma kon­kret­ne kon­se­kwen­cje dla na­sze­go dzia­ła­nia. Sko­ro ko­cham bliź­nie­go na rów­ni z so­bą, to ozna­cza, że mu­szę po­zbyć się wszel­kie­go ego­izmu. Po­trze­by dru­gie­go czło­wie­ka mu­szą być dla mnie na rów­ni z mo­imi wła­sny­mi. To nie­pro­ste za­da­nie, bo ja­ko lu­dzie ma­my skłon­ność do dba­nia o „wła­sne spra­wy”. Choć czę­sto ma­my dla swo­je­go za­cho­wa­nia uspra­wie­dli­wie­nie i za­miast „ego­izm” mó­wi­my „za­rad­ność”, mu­si­my mieć świa­do­mość, że nie do te­go za­chę­ca nas Je­zus. Mi­łość chrze­ści­jań­ska to do­strze­ga­nie dru­gie­go czło­wie­ka i tro­ska o je­go spra­wy na rów­ni z na­szy­mi wła­sny­mi.

Świat, w któ­rym obec­nie ży­je­my, prze­ko­nu­je, że opła­ca się być spryt­nym, że kosz­tem dru­gie­go czło­wie­ka moż­na się wzbo­ga­cić, że ist­nie­je tzw. „zdro­wy ego­izm”, że po­trze­by in­nych są waż­ne, ale tyl­ko do te­go mo­men­tu, kie­dy nie ko­li­du­ją z mo­imi po­trze­ba­mi.

Mi­łość „zna­kiem roz­po­znaw­czym” chrze­ści­ja­ni­na

Je­zus w bar­dzo wie­lu miej­scach pod­kre­śla zna­cze­nie mi­ło­ści Bo­ga i bliź­nie­go, ale war­to uświa­do­mić so­bie, że wła­śnie mi­łość ma być ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną chrze­ści­ja­ni­na. Nie wy­star­czy in­te­li­gen­cja, pra­co­wi­tość, oczy­ta­nie, a na­wet po­boż­ność – tak na­praw­dę li­czy się wła­śnie mi­łość. Nie ma chrze­ści­jań­stwa bez mi­ło­ści:

Po tym wszy­scy po­zna­ją, że­ście ucznia­mi mo­imi, je­śli bę­dzie­cie się wza­jem­nie mi­ło­wa­liˮ (J 13, 35).

Mi­łość bez­wa­run­ko­wa

Mi­łość, ja­ką pro­po­nu­je nam Je­zus, nie za­wsze jest pro­sta, wy­sta­wia nas na trud­ne pró­by. Chrze­ści­ja­nin nie jest zo­bo­wią­za­ny je­dy­nie do mi­ło­ści osób przez sie­bie wy­bra­nych, nie­licz­nych, bli­skich ani na­wet so­bie obo­jęt­nych. Bóg wy­ma­ga od nas umi­ło­wa­nia swo­ich nie­przy­ja­ciół, mi­ło­ści wy­ba­cza­ją­cej i bez­wa­run­ko­wej:

Lecz po­wia­dam wam, któ­rzy słu­cha­cie: Mi­łuj­cie wa­szych nie­przy­ja­ciół; do­brze czyń­cie tym, któ­rzy was nie­na­wi­dzą; bło­go­sław­cie tym, któ­rzy was prze­kli­na­ją i mó­dl­cie się za tych, któ­rzy was oczer­nia­ją. (..) Po­nie­waż On jest do­bry dla nie­wdzięcz­nych i złych. Bądź­cie mi­ło­sier­ni, jak Oj­ciec wasz jest mi­ło­sier­nyˮ (Łk 6, 27–36).

Wzo­rem mi­ło­ści nie­przy­ja­ciół jest dla nas sam Je­zus Chry­stus, któ­ry wsta­wia się do Oj­ca za wła­sny­mi opraw­ca­mi, za ty­mi, któ­rzy ska­za­li go na po­hań­bie­nie i śmierć, mó­wiąc: „Prze­bacz im, bo nie wie­dzą, co czy­nią”.

Jak moż­na ko­chać ko­goś, kto krzyw­dzi, kto nie ma li­to­ści, kto okrut­nie za­bi­ja? To nie mie­ści się w gło­wie, nie idzie w pa­rze z tym, cze­go uczy nas świat. Tu jest od­wrot­nie – swo­ich wro­gów na­le­ży zwal­czać, nisz­czyć, po­ko­ny­wać, udo­wad­niać swo­ją wyż­szość nad ni­mi. To ta­kie bar­dzo ludz­kie, chcia­ło­by się po­wie­dzieć – na­tu­ral­ne. Nie mu­szę ko­chać ko­goś, kto nie­na­wi­dzi mnie, a z mi­ło­ści do ko­goś, kto mnie skrzyw­dził, je­stem zwol­nio­ny.

Mi­łość nie­przy­ja­ciół to jed­na z tych cech, któ­re wy­róż­nia­ją chrze­ści­jań­stwo spo­śród in­nych naj­więk­szych re­li­gii świa­ta – czy­ni je wy­zna­niem trud­nym, wy­ma­ga­ją­cym, ale i je­dy­nym praw­dzi­wym. Nie moż­na bo­wiem od­bie­rać czło­wie­ko­wi god­no­ści, na­wet gdy je­go za­cho­wa­nie jest okrut­ne. W dal­szym cią­gu jest uko­cha­nym dziec­kiem Bo­ga, a sko­ro tak, to i my zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy mi­ło­wać go ja­ko swo­je­go bliź­nie­go.

Na wzór mi­ło­ści Bo­ga

To wła­śnie nasz osta­tecz­ny cel – choć wy­da­je się to bar­dzo trud­ne, a mo­że na­wet nie­wy­ko­nal­ne, po­win­ni­śmy dą­żyć do ta­kiej mi­ło­ści, ja­ką ob­da­rzył nas sam Bóg. On uko­chał nas mi­ło­ścią praw­dzi­wą, peł­ną i cał­ko­wi­cie bez­wa­run­ko­wą. Mi­mo te­go, że prze­ciw­sta­wia­jąc się Je­go wo­li, zgrze­szy­li­śmy, On po­słał swo­je­go uko­cha­ne­go Sy­na na pew­ną śmierć, aby­śmy mo­gli żyć wiecz­nie.

W tym ob­ja­wi­ła się mi­łość Bo­ga ku nam, że ze­słał Sy­na swe­go Jed­no­ro­dzo­ne­go na świat, aby­śmy ży­cie mie­li dzię­ki Nie­mu. W tym prze­ja­wia się mi­łość, że nie my umi­ło­wa­li­śmy Bo­ga, ale że On sam nas umi­ło­wał i po­słał Sy­na swo­je­go ja­ko ofia­rę prze­bła­gal­ną za na­sze grze­chy. Umi­ło­wa­ni, je­śli Bóg tak nas umi­ło­wał, to i my win­ni­śmy się wza­jem­nie mi­ło­wa­ćˮ (1 J 4, 9–11).

W Je­zu­sie Chry­stu­sie mi­łość Bo­ga ob­ja­wia się naj­peł­niej. On do­bro­wol­nie przy­jął na sie­bie nie­słusz­ną ka­rę i od­dał się w rę­ce opraw­ców dla na­sze­go zba­wie­nia. Ma­jąc świa­do­mość tak wiel­kiej mi­ło­ści Bo­ga – mi­łuj­my sie­bie wza­jem­nie.

Je­dy­nym źró­dłem praw­dzi­wej mi­ło­ści – zdol­nej do umi­ło­wa­nia bliź­nie­go, a na­wet swe­go nie­przy­ja­cie­la, zdol­nej wy­ba­czać i za­po­mi­nać – jest sam Bóg, o czym za­świad­cza nam Je­zus:

Jak Mnie umi­ło­wał Oj­ciec, tak i Ja was umi­ło­wa­łem. Wy­trwaj­cie w mi­ło­ści mojej!ˮ (J 15, 9).

 

Ka­ro­li­na Po­lak