Kościół jest domem radości!

Dro­dzy Bra­cia i Sio­stry,

Dziś (…) w li­tur­gii roz­brzmie­wa wie­lo­krot­nie za­chę­ta, by się we­se­lić, za­chę­ta do ra­do­ści (…).

Ale ra­dość Ewan­ge­lii nie jest ra­do­ścią by­le ja­ką. Jej po­wo­dem jest świa­do­mość, że je­ste­śmy przy­ję­ci i umi­ło­wa­ni przez Bo­ga. Jak to nam dziś przy­po­mi­na pro­rok Iza­jasz (por. 35, 1–6a. 8a. 10 ), Bóg jest tym, któ­ry przy­cho­dzi, aby nas zba­wić i spie­szy z po­mo­cą zwłasz­cza tym, któ­rzy po­gu­bi­li się w swym ser­cu. Je­go przyj­ście mię­dzy nas do­da­je nam sił, czy­ni moc­ny­mi, da­je od­wa­gę, spra­wia, że pu­sty­nia i step ra­du­ją się i kwit­ną – to zna­czy na­sze ży­cie, gdy sta­je się ja­ło­we, bez wo­dy Sło­wa Bo­że­go i Je­go Du­cha mi­ło­ści. Nie­za­leż­nie od te­go, jak wiel­kie by­ły­by na­sze ogra­ni­cze­nia i za­gu­bie­nie, nie mo­że­my być sła­bi i nie­zde­cy­do­wa­ni w ob­li­czu trud­no­ści i na­szych sła­bo­ści. Wręcz prze­ciw­nie, je­ste­śmy za­chę­ce­ni, by po­krze­pić rę­ce osła­błe, wzmoc­nić ko­la­na omdla­łe, by­śmy mie­li od­wa­gę i nie lę­ka­li się, bo nasz Bóg za­wsze uka­zu­je wiel­kość Swe­go mi­ło­sier­dzia. On da­je nam si­ły, by­śmy mo­gli iść na­przód. On jest z na­mi, aby nam po­móc w po­dą­ża­niu na­przód. To Bóg, któ­ry bar­dzo nas ko­cha. I dla­te­go jest z na­mi, aby nam po­móc, aby nas po­krze­pić, by­śmy od­waż­nie po­dą­ża­li na­przód. Dzię­ki Je­go po­mo­cy za­wsze mo­że­my za­cząć od no­wa. (…)

Chrze­ści­jań­ska ra­dość, po­dob­nie jak i na­dzie­ja, ma swo­ją pod­sta­wę w wier­no­ści Bo­ga, w pew­no­ści, że On za­wsze do­trzy­mu­je swo­ich obiet­nic. Pro­rok Iza­jasz na­po­mi­na lu­dzi, któ­rzy zgu­bi­li dro­gę i któ­rym trud­no po­wie­rzyć się wier­no­ści Pa­na, bo Je­go zba­wie­nie się nie opóź­ni i wkro­czy w ich ży­cie. Ci, któ­rzy spo­tka­li Je­zu­sa na swej dro­dze, do­świad­cza­ją w swym ser­cu spo­ko­ju i ra­do­ści, któ­rych nic i nikt nie mo­że ich po­zba­wić. Na­szą ra­do­ścią jest Je­zus Chry­stus, Je­go mi­łość wier­na i nie­wy­czer­pal­na! Dla­te­go, kie­dy ja­kiś chrze­ści­ja­nin sta­je się smut­ny, ozna­cza to, że od­da­lił się od Je­zu­sa. Ale wte­dy nie moż­na zo­sta­wiać go sa­me­go! Po­win­ni­śmy za nie­go się mo­dlić, dać mu od­czuć ser­decz­ną mi­łość wspól­no­ty.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek, Wa­ty­kan, 15.12.2013 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Za­raz na po­cząt­ku za­py­tam, jak wy­obra­ża­cie so­bie szczę­ście, szczę­śli­we­go czło­wie­ka? Czy sie­dzi na wiel­kim tro­nie, wo­kół któ­re­go bie­ga­ją słu­żą­cy, go­to­wi speł­nić każ­de je­go ży­cze­nie? Czy ma do dys­po­zy­cji ar­mię, któ­rej się bo­ją wszyst­kie po­tę­gi świa­ta? Czy sie­dzi w ja­kimś taj­nym la­bo­ra­to­rium, w któ­rym pod­le­gli mu na­ukow­cy po­świę­ca­ją czas na od­kry­cie ta­jem­ni­cy ży­cia? A mo­że po pro­stu trzy­ma dłoń obok przy­ci­sku, któ­re­go na­ci­śnię­cie spo­wo­du­je wy­buch nisz­czą­cy wszyst­ko na Zie­mi? Wła­ści­wie hi­sto­ria świa­ta zna wszyst­kie te sce­na­riu­sze, spe­cja­li­ści mo­gli­by po­dać na­zwi­ska osób, któ­re tu­taj wy­mie­ni­łem. Czy ci lu­dzie by­li szczę­śli­wi? Czy wła­dza, bo­gac­two, sła­wa da­ją szczę­ście? Nie­któ­rym wy­da­je się, że tak. Ale tyl­ko do chwi­li, gdy uświa­do­mią so­bie, że za naj­więk­sze pie­nią­dze nie ku­pią ko­goś, ko­mu na­praw­dę na nich za­le­ży, że naj­więk­sza na­wet po­tę­ga nie prze­stra­szy wi­ru­sa, któ­ry za­ata­ko­wał ich cia­ło, że sła­wa nie po­zwo­li sku­tecz­nie uciec przed sa­mot­no­ścią.

Szczę­śli­wy to ten, kto wie, że jest ko­cha­ny, na­wet gdy wszyst­ko stra­ci. Szczę­śli­wy to ten, któ­ry umie za­pa­no­wać nad le­ni­stwem i emo­cja­mi, na­wet, gdy ża­den z lu­dzi się go nie boi. Szczę­śli­wy to ten, kto wie, że za­wsze mo­że roz­da­wać, bo je­go si­ła i bo­gac­two są „nie z te­go świa­ta” i ni­gdy mu ich nie za­brak­nie.

Ktoś by po­wie­dział, że szczę­śli­wy jest też czło­wiek, któ­ry od­krył swo­ją pa­sję, któ­ry wie, na czym mu za­le­ży i po­tra­fi do te­go dą­żyć, któ­ry nie prze­sta­je zmie­rzać do ce­lu mi­mo wie­lu po­ra­żek. To praw­da, ale… nie za­wsze. Coś, co an­ga­żu­je ca­łe­go czło­wie­ka, co po­zwa­la zwy­cię­żać swo­je sła­bo­ści, co jest źró­dłem wciąż od­na­wia­ją­cej się si­ły jest do­bre, pó­ki nie sta­nie się ce­lem sa­mym w so­bie, co nie prze­sło­ni pięk­na świa­ta i pięk­na czło­wie­ka stwo­rzo­ne­go przez Bo­ga.

Wła­śnie ta­kie po­sta­wy chce­my po­ka­zać w obec­nym nu­me­rze „Dro­giˮ: lu­dzi, któ­rzy uko­cha­li sport, ale rów­nież lu­dzi, któ­rzy wi­dzą bie­gną­cych obok. Lu­dzi, któ­rzy umie­ją zre­zy­gno­wać z pój­ścia na im­pre­zę, by mieć czas na do­koń­cze­nie wspól­ne­go pro­jek­tu. Lu­dzi, któ­rzy mi­mo nie­peł­no­spraw­no­ści umie­ją zna­leźć dzie­dzi­nę ży­cia, w któ­rej nikt im nie do­rów­na.

Lu­dzie, któ­rzy stra­ci­li chęć ży­cia, któ­rym nic się nie chce, są czę­sto kie­ro­wa­ni do po­rad­ni psy­cho­lo­gicz­nej, gdzie zwy­kle sta­wia­ne są im py­ta­nia ty­pu: „Co lu­bisz ro­bić w swo­im ży­ciu? Na czym ci za­le­ży? Ja­kie jest two­je hob­by?”.

W po­szu­ki­wa­niu wła­snej pa­sji nie za­po­mnij­my o tym, że za­wsze szczę­śli­wy bę­dzie czło­wiek, któ­ry ma obok ko­goś, ko­mu na nim za­le­ży, a ni­gdy nie stra­ci swe­go szczę­ścia ten, kto pa­mię­ta, że ta­ką Oso­bą jest Bóg.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski