Od grzechu do pojednania

Sa­kra­ment po­ku­ty jest le­cze­niem ser­ca. Pro­ces ten trwa prak­tycz­nie przez ca­łe ży­cie, bo wciąż upa­da­my. Trze­ba po­sta­wić spra­wę ja­sno: cze­ka nas wal­ka, a jej staw­ką jest zba­wie­nie. Po­mo­cą w tej wal­ce jest pięć wa­run­ków do­brej spo­wie­dzi. Są one ko­niecz­ne, aby spo­wiedź by­ła waż­na i pro­wa­dzi­ła do po­now­ne­go zjed­no­cze­nia z Chry­stu­sem.

Każ­dy z nas sta­wia wa­run­ki do­ty­czą­ce róż­nych kwe­stii. Mi­ło­sier­ny Bóg w sa­kra­men­cie po­jed­na­nia prze­ba­cza na­sze grze­chy, lecz dzie­je się to tak­że pod pew­ny­mi wa­run­ka­mi usta­lo­ny­mi przez Ko­ściół.

Ra­chu­nek, któ­re­go nie trze­ba pła­cić

Nie lu­bi­my ra­chun­ków. Ko­mór­ka, in­ter­net, gaz czy prąd... Wy­star­czy rzut oka na po­zy­cję „do za­pła­ty” i od ra­zu tra­ci­my hu­mor. Z ra­chun­kiem su­mie­nia jest ina­czej. Przy­po­mi­na­my so­bie grze­chy, ich licz­bę i oko­licz­no­ści nie po to, by za nie za­pła­cić, lecz po to, by się prze­ko­nać, jak wiel­ką mi­łość ofia­ru­je nam Bóg, jak wie­le wy­ba­cza w każ­dym sa­kra­men­cie po­ku­ty.

foto_01-03_23-2014

Nie lu­bi­my ra­chun­ku su­mie­nia. Nie­zbyt mi­ło jest uświa­da­miać so­bie, ile zła, za­nie­dba­nia i za­prze­pasz­czo­nych szans ma się na kon­cie. Czę­sto od­pra­wia­my go by­le jak, nie ro­zu­mie­jąc je­go isto­ty i war­to­ści. Tym­cza­sem nie cho­dzi tyl­ko o przy­po­mnie­nie: co, gdzie i ile ra­zy. War­to po­my­śleć tak­że o tych wy­da­rze­niach i sy­tu­acjach, któ­re bar­dzo kon­kret­nie po­zwo­li­ły od­czuć Bo­żą mi­łość. Przed ra­chun­kiem su­mie­nia do­brze jest po­mo­dlić się do Du­cha Świę­te­go o ła­skę po­zna­nia grze­chów. Nie ule­gaj po­ku­sie „wy­bie­la­nia sie­bie”, bo ra­chu­nek su­mie­nia mu­si bo­leć. Prze­cież grzech ra­ni: Bo­ga, dru­gie­go czło­wie­ka i sa­me­go grzesz­ni­ka. Pod­czas ra­chun­ku su­mie­nia moż­na ko­rzy­stać z go­to­wych wzo­rów, ale one nie obej­mu­ją wszyst­kich za­gad­nień z two­je­go ży­cia. Za­zwy­czaj ra­chu­nek su­mie­nia opie­ra się na przy­ka­za­niach Bo­żych i ko­ściel­nych, jed­nak war­to po­pa­trzeć na swo­je ży­cie rów­nież w świe­tle przy­ka­za­nia mi­ło­ści, Ka­za­nia na Gó­rze czy Hym­nu o mi­ło­ści. Ra­chu­nek su­mie­nia jest nie­wąt­pli­wie ła­twiej­szy dla tych, któ­rzy prak­ty­ku­ją go co­dzien­nie. Wie­czo­rem przy­po­mnij so­bie, co wy­da­rzy­ło się w tym dniu, w czym wzra­stasz, a z czym masz jesz­cze pro­blem. Pa­mię­taj, Pan Bóg nie jest księ­go­wym i nie bę­dzie cię roz­li­czał skru­pu­lat­nie z każ­dej złej my­śli. Jest mi­ło­sier­nym Oj­cem, do któ­re­go wra­casz.

Ule­czyć ból du­szy

Cho­ciaż za­zwy­czaj bo­imy się bó­lu i wo­li­my go uni­kać, to jed­nak ma on swo­je do­bre stro­ny. Jest sy­gna­łem, że w or­ga­ni­zmie dzie­je się coś złe­go, że nie funk­cjo­nu­je on tak, jak trze­ba. Du­sza tak­że mo­że bo­leć. Ka­te­chizm mó­wi: żal za grze­chy jest „bó­lem du­szy”. Do­brze, gdy grzech nas bo­li. To znak, że po­trze­bu­je­my Le­ka­rza. Żal za grze­chy jest naj­waż­niej­szym wa­run­kiem spo­wie­dzi. Jest rów­nież de­cy­du­ją­cym mo­men­tem na­wró­ce­nia. Gdy żal wy­pły­wa z mi­ło­ści do Bo­ga mi­ło­wa­ne­go na­de wszyst­ko jest na­zy­wa­ny „ża­lem do­sko­na­łym” lub „ża­lem z mi­ło­ści”. Im ktoś jest bli­żej Bo­ga, tym bar­dziej grzech bę­dzie go bo­lał. To lo­gicz­ne. Prze­cież bar­dziej jest nam przy­kro, kie­dy ra­ni­my ko­goś, ko­go ko­cha­my, oso­bę bli­ską niż ko­goś ob­ce­go. Jed­nak isto­ta ża­lu za grze­chy nie le­ży w emo­cjach. Nie cho­dzi o to, że­by by­ło przy­kro, że­by po­la­ły się łzy. Żal za grze­chy ozna­cza prze­ko­na­nie, że to, co su­mie­nie wy­rzu­ca nam ja­ko grzech, jest złem. O ja­ko­ści ża­lu za grze­chy de­cy­du­ją po­wo­dy, z ja­kich się on zro­dził. Moż­na bo­wiem ża­ło­wać za grze­chy ze wsty­du czy ze stra­chu. Żal praw­dzi­wie za­słu­gu­ją­cy na od­pusz­cze­nie grze­chów to żal po­wo­do­wa­ny mi­ło­ścią do Bo­ga. Do­pie­ro po owo­cach wi­dać, czy żal był praw­dzi­wy. Żal za grze­chy po­wi­nien łą­czyć się z po­sta­no­wie­niem po­pra­wy.

Już nie bę­dę. Obie­cu­ję

Nie ufa­my tym, któ­rzy nie do­trzy­mu­ją obiet­nic. Nie lu­bi­my, gdy ktoś się spóź­nia, za­wa­la ter­mi­ny, nie wy­wią­zu­je się ze zo­bo­wią­zań. Ile spo­wie­dzi od­by­łeś już w swo­im ży­ciu? Pan Bóg wciąż da­je szan­sę, mi­mo że po raz ko­lej­ny obie­cu­jesz: „Już nie bę­dę”, a po spo­wie­dzi po­pa­dasz w te sa­me grze­chy.

Wa­run­kiem do­brej spo­wie­dzi jest każ­do­ra­zo­we po­sta­no­wie­nie po­pra­wy. Mi­mo że kurz osią­dzie po­now­nie – trze­ba od­ku­rzyć po­kój. Mi­mo że po ko­lej­nym po­sił­ku ta­le­rze bę­dą zno­wu brud­ne – trze­ba umyć na­czy­nia. Mi­mo że ty­le ra­zy za­wio­dłeś – trze­ba da­wać Bo­gu obiet­ni­cę po­pra­wy i za­cząć jesz­cze raz.

Jak ro­zu­mieć po­sta­no­wie­nie po­pra­wy? To owoc ża­lu za grze­chy. Je­śli wi­dzisz zło grze­chu, swo­je uwi­kła­nie, sła­bość – do­strze­gasz, że po­stę­pu­jąc w ten spo­sób, ra­nisz Bo­ga. Nie chcesz tak żyć, pra­gniesz więc zmia­ny. Nie war­to mar­no­wać cza­su na za­sta­na­wia­nie się, czy zmia­na się po­wie­dzie, czy nie. Przy­szłość na­le­ży do Bo­ga. War­to na­to­miast po­dej­mo­wać kon­kret­ne po­sta­no­wie­nia. Sfor­mu­ło­wa­nia „bę­dę lep­szy” al­bo „po­pra­wię się” mo­że i ład­nie brzmią, ale do ni­cze­go nie pro­wa­dzą. Le­piej zro­bić kon­kret­ne po­sta­no­wie­nie do­ty­czą­ce np. wal­ki z jed­ną wa­dą lub po­pra­wie­nia re­la­cji z jed­nym czło­wie­kiem. I mo­dlić się o wy­trwa­łość: „Pa­nie Bo­że, bar­dzo Cię po­trze­bu­ję do te­go, bym się po­pra­wił”. Pa­mię­taj, że po­sta­no­wie­nie po­pra­wy jest de­cy­zją. A Bóg da­je ci moż­li­wość wy­gra­nia z grze­chem.

Na­zwać rze­czy po imie­niu

My­śle­nie (pod­czas ra­chun­ku su­mie­nia) o swo­ich wi­nach nie jest mi­łe. Mó­wie­nie o tym – jesz­cze trud­niej­sze. Wy­zna­nie grze­chów nie jest po­trzeb­ne Pa­nu Bo­gu, prze­cież On wie wszyst­ko. Nie jest tak­że po­trzeb­ne księ­dzu (wiesz ilu spo­wie­dzi już wy­słu­chał?). Po­trzeb­ne jest to­bie – grzesz­ni­ko­wi. Św. Au­gu­styn pi­sze: „Po­cząt­kiem do­brych czy­nów jest wy­zna­nie czy­nów złych”. Dla­te­go na­zwij rze­czy po imie­niu i pro­sto, kon­kret­nie po­wiedz o tym, co złe­go zro­bi­łeś. Im pre­cy­zyj­niej na­zwiesz grzech, nie roz­grze­bu­jąc go, tym le­piej. Spo­wiedź to prze­cież sta­nię­cie twa­rzą w twarz i zmie­rze­nie się ze swo­ją sła­bo­ścią. Naj­waż­niej­sze jest, że mo­żesz wresz­cie usły­szeć sło­wa: „I ja od­pusz­czam two­je grze­chy...”. Je­steś wol­ny i mo­żesz za­czy­nać od no­wa.

Du­cho­wa re­kon­wa­le­scen­cja

Za­dość­uczy­nie­nie – to ta­kie sta­ro­świec­kie sło­wo. To ostat­ni wa­ru­nek do­brej spo­wie­dzi, naj­czę­ściej lek­ce­wa­żo­ny za­rów­no przez spo­wied­ni­ków, jak i pe­ni­ten­tów. Mo­że dla­te­go wra­ca­my do tych sa­mych grze­chów?

Pan Bóg prze­ba­cza nam grze­chy i jak mi­ło­sier­ny Le­karz uzdra­wia na­szą du­szę. Jed­nak do peł­ne­go po­wro­tu do zdro­wia ko­niecz­na jest jesz­cze re­kon­wa­le­scen­cja. To wła­śnie za­dość­uczy­nie­nie. Nie po­win­no ogra­ni­czać się tyl­ko do od­kle­pa­nia trzech „Zdro­wa­siek” za­da­nych przez księ­dza w sa­kra­men­cie po­ku­ty. To ra­czej pew­na su­ge­stia, któ­ra ma po­móc roz­po­cząć dro­gę po­ku­ty. Za­dość­uczy­nie­nie Pa­nu Bo­gu i bliź­nie­mu ozna­cza na­pra­wie­nie szko­dy wy­rzą­dzo­nej przez grzech. War­to więc pod­jąć ta­ki wy­si­łek, któ­ry bę­dzie ade­kwat­ny do po­peł­nio­nych grze­chów. Na­le­ży też uczy­nić wszyst­ko, aby na­pra­wić szko­dę wy­rzą­dzo­ną bliź­nie­mu, np. prze­pro­sić za po­wie­dzia­ne w zło­ści złe sło­wo, ofia­ro­wać pre­zent oso­bie, któ­rą znie­wa­ży­li­śmy, po­go­dzić się z bliź­nim, z któ­rym się po­kłó­ci­li­śmy, wstą­pić do ko­ścio­ła na mo­dli­twę, aby wy­na­gro­dzić Bo­gu jej brak. For­mą za­dość­uczy­nie­nia mo­że być rów­nież po­moc ko­muś w po­trze­bie lub da­tek na do­bry cel. Moż­na też ofia­ro­wać na Mszę Świę­tą w in­ten­cji skrzyw­dzo­ne­go czło­wie­ka.

 

Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz

 

Nawrócić się prawdziwie

Na­wró­ce­nie skła­da się co naj­mniej z dwóch eta­pów: trze­ba za­uwa­żyć, że idzie się złą dro­gą i pod­jąć de­cy­zję, a po­tem trud wej­ścia na dro­gę pro­wa­dzą­cą do ce­lu. I o tym ce­lu trze­ba pa­mię­tać – to prze­cież obie­ca­ne przez Pa­na Je­zu­sa zba­wie­nie.

Czy moż­na oszu­kać Pa­na Bo­ga? Na pew­no nie. Moż­na oszu­kać lu­dzi wo­kół, moż­na na­wet pró­bo­wać oszu­ki­wać sa­me­go sie­bie, ale prze­cież każ­dy po­trze­bu­je na­wró­ce­nia, a zwłasz­cza ci, któ­rzy naj­mniej do­strze­ga­ją ta­ką po­trze­bę.

Trze­ba nam o tym mó­wić, bo czło­wiek cią­gle gdzieś skrę­ca, gu­bi się, wcho­dzi w za­uł­ki, z któ­rych nie ma wyj­ścia. Oczy­wi­ście czę­sto mó­wi­my o ko­niecz­no­ści na­wró­ce­nia in­nych, ale już nie­zbyt czę­sto wi­dzi­my ko­niecz­ność na­wró­ce­nia sie­bie.

Nie chcę opi­sy­wać ży­cia tych, któ­rzy jesz­cze nie od­na­leź­li śla­dów Je­zu­sa w swo­im ży­ciu. Po­słu­cha­cie opo­wie­ści o tych, któ­rzy są szczę­śli­wi i ży­ją w po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, bo – co naj­mniej od pew­ne­go cza­su – idą bar­dzo bli­sko Zba­wi­cie­la, swo­je­go przy­ja­cie­la.

foto_01-02_23-2014

Ma­te­usz

W po­ło­wie pew­nej no­cy ci­cho ode­zwał się te­le­fon, sy­gna­li­zu­jąc ode­bra­nie SMS-a. Obu­dzi­łem się i prze­czy­ta­łem: „Niech się ksiądz za mnie mo­dli. Ma­te­usz”.

Zdzi­wi­łem się pod­pi­sem, prze­cież je­go nu­mer mia­łem za­pi­sa­ny od co naj­mniej pię­ciu lat, po­zna­li­śmy się na re­ko­lek­cjach dla mło­dzie­ży, był wte­dy rok przed za­koń­cze­niem gim­na­zjum. Ten pod­pis mu­siał coś zna­czyć, kon­tak­to­wa­li­śmy się dość czę­sto, nie­moż­li­we, aby przy­pusz­czał, że nie mam te­go kon­tak­tu. Wie­dzia­łem, że ostat­nio prze­ży­wał czas roz­te­rek, chciał so­bie przy­po­mnieć swo­ją toż­sa­mość, chciał pod­jąć ja­kąś de­cy­zję, któ­ra by­ła waż­na w je­go ży­ciu.

Ale po ko­lei. Jesz­cze przed trze­cią kla­są gim­na­zjum był jed­ną z bar­dziej zna­nych po­sta­ci w swo­im mia­stecz­ku, ura­to­wał z po­ża­ru ma­łe dziec­ko, któ­re ma­ma zo­sta­wi­ła na chwi­lę, wy­cho­dząc do skle­pu po ja­kiś dro­biazg. Nikt nie do­wie­dział się, jak wy­buchł ów po­żar, dość, że szyb­ko za­czął pło­nąć ca­ły dom, a ze środ­ka do­bie­gał ci­chy płacz dziec­ka. Pięt­na­sto­la­tek ko­rzy­sta­jąc ze swej wspi­nacz­ko­wej wpra­wy, wspiął się szyb­ko po ryn­nie i przez okno pierw­sze­go pię­tra, któ­re jesz­cze nie pło­nę­ło, szyb­ko wy­niósł pół­rocz­ną dziew­czyn­kę i od­dał w ra­mio­na prze­ra­żo­nej mat­ki. Po­zo­sta­ły mu tyl­ko nie­wiel­kie po­pa­rze­nia na przed­ra­mio­nach, któ­re po­wsta­ły od do­ty­ka­nia ryn­ny.

Po­tem do­stał ja­kąś sym­bo­licz­ną na­gro­dę od władz mia­sta, kła­nia­li mu się na­po­ty­ka­ni lu­dzie.

Uczył się do­brze, bez tru­du do­stał się do li­ceum, tam po­znał śro­do­wi­sko lu­dzi, któ­rzy za­im­po­no­wa­li mu… lek­ko­myśl­no­ścią. Czy uwio­dło go „roz­ryw­ko­we ży­cie”, czy za­po­mniał o ide­ałach, któ­re kie­ro­wa­ły nim jesz­cze w gim­na­zjum? Dość, że stał się zmar­twie­niem ro­dzi­ców i dziad­ków. Żył tak, jak­by nic nie chciał osią­gnąć, sie­dział no­ca­mi przed kom­pu­te­rem, sam się oszu­ku­jąc, że chce obej­rzeć jak naj­wię­cej fil­mów, bo pa­sjo­nu­je się sztu­ką ki­na. Wy­pi­jał li­try ka­wy i na­po­jów ener­ge­tycz­nych, źle się od­ży­wiał, mło­dy or­ga­nizm ja­koś so­bie da­wał z tym ra­dę, ale do cza­su…

Ale Pan Bóg na róż­ne spo­so­by upo­mi­na się o swo­je dzie­ci. Jesz­cze przed ma­tu­rą za­czę­ło szwan­ko­wać zdro­wie Ma­te­usza, nie mógł zda­wać eg­za­mi­nu doj­rza­ło­ści, bo w tym cza­sie był w szpi­ta­lu, le­ka­rze szu­ka­li po­wo­dów je­go kło­po­tów z ukła­dem tra­wien­nym.

Na­uczy­cie­le z ro­dzi­ca­mi pod­ję­li de­cy­zję, że Ma­te­usz po­zo­sta­nie w szko­le, by ko­rzy­stać z co­dzien­nej mo­bi­li­za­cji i do­brze zdać ma­tu­rę w na­stęp­nym ro­ku.

Wte­dy wła­śnie po­znał Ir­kę. By­ła nie­wy­so­ka, ale sły­nę­ła z ener­gii, któ­ra ją roz­pie­ra­ła. Od ra­zu zwró­ci­li na sie­bie uwa­gę, ale ona szyb­ko roz­po­zna­ła je­go wa­dy. By­ła za­in­te­re­so­wa­na pod­trzy­my­wa­niem zna­jo­mo­ści, ale – jak mó­wi­ła – chcia­ła mieć zdro­we­go chło­pa­ka, po­tem zdro­we­go mę­ża i zdro­we­go oj­ca swo­ich dzie­ci. Sta­wia­ła za­tem wa­run­ki. Szyb­ciej niż le­ka­rze zna­la­zła po­wód cho­rób Ma­te­usza (a mo­że on le­ka­rzom wszyst­kie­go nie po­wie­dział) i za­de­cy­do­wa­ła, że po­mo­że mu wró­cić do zdro­wia. Aku­rat jej ma­ma by­ła ab­sol­went­ką die­te­ty­ki i do­sko­na­le wie­dzia­ła, jak zre­ge­ne­ro­wać żo­łą­dek Ma­te­usza. To jed­nak nie wy­star­czy­ło, bo je­mu po pro­stu bra­ko­wa­ło sil­nej wo­li. Trze­ba by­ło wró­cić do mo­cy, ja­ką da­je przy­jaźń z Chry­stu­sem.

Wte­dy wła­śnie przy­szedł SMS, o któ­rym na­pi­sa­łem na po­cząt­ku – Ma­te­usz wal­czył, wal­czył też o nie­go sza­tan, pró­bo­wał po­ka­zać raz bez­sen­sow­ność, a raz bez­owoc­ność trzy­ma­nia się Chry­stu­sa. Nie spał no­ca­mi, bun­to­wał się prze­ciw uzdra­wia­ją­cej die­cie, od­ru­cho­wo szu­kał wy­mó­wek i wy­krę­tów.

Ale dziad­ko­wie się mo­dli­li, ro­dzi­ce pro­si­li je­go Anio­ła Stró­ża o nie­ustan­ną po­moc. I on ze­chciał. A gdy ze­chciał, to za­uwa­żył, jak wiel­ką mo­cą dys­po­nu­je, ja­kim szczę­ściem ob­da­rza Pan Bóg, gdy w Je­go Imię zwy­cię­ża­my.

Po dwóch ty­go­dniach po­wie­dział, że wte­dy wy­szedł ze znacz­nie gor­sze­go ognia niż tam­ten sprzed pię­ciu lat.

Klau­dia

Każ­dy, kto na nią spoj­rzał od­no­sił wra­że­nie, że ma do czy­nie­nia z oso­bą ci­chą, na­wet nie­śmia­łą, ale ta­ką, któ­ra pa­trzy na świat spo­koj­nie, ci­cho, życz­li­wie. Na­wet, gdy Klau­dia pa­trzy­ła w lu­stro, wy­da­wa­ło jej się, że wi­dzi do­bro.

To jed­nak nie by­ło tak, bo sta­ra­ła się uciec od praw­dy, sta­ra­ła się jej nie za­uwa­żać. Klau­dia by­ła oso­bą „na­dzia­ną agre­sją”, jak ma­wia­ła jej sio­stra bliź­niacz­ka.

Klau­dii nie po­do­ba­ło się ży­cie, nie po­do­ba­ła się so­bie sa­ma, nie po­do­bał jej się Pan Bóg, do któ­re­go czę­sto w głę­bi ser­ca wy­krzy­ki­wa­ła pre­ten­sje.

Trwa­ło­by to mo­że dłu­gie la­ta, gdy­by nie pe­wien spo­wied­nik. Klau­dia ni­gdy nie po­wie­dzia­ła, kim był ów ksiądz, ale któ­re­goś mie­sią­ca, gdy Klau­dia po­de­szła do kon­fe­sjo­na­łu, stał się cud. Ale przed tym cu­dem był płacz, a przed tym pła­czem jed­no py­ta­nie: „Czy je­steś szczę­śli­wa?”. Py­ta­nie to jak­by roz­dar­ło ser­ce Klau­dii. Gdy ksiądz w cza­sie spo­wie­dzi za­dał to py­ta­nie, to ona za­czę­ła wy­po­wia­dać sło­wa, któ­re ostry­mi kol­ca­mi ra­ni­ły jej du­szę: że ma sio­strę, któ­ra jest we wszyst­kim lep­sza, że in­ni bar­dziej lu­bią tę sio­strę, że Pan Bóg mu­si ją nie­na­wi­dzić, bo tak po­ską­pił jej da­rów.

Spo­wied­nik spo­koj­nie od­cze­kał atak Klau­dii, dał jej ode­tchnąć i za­czął mó­wić. Wła­ści­wie nie mó­wił nic no­we­go, po­wta­rzał zna­ne wszyst­kim praw­dy wia­ry: że Pan Bóg każ­de­go ko­cha, że Pan Bóg się nie my­li, że nie stwo­rzył nic nie­uda­ne­go i że ona też nie jest nie­uda­na. Po­tem do­ra­dził pro­stą te­ra­pię. Mó­wił: „Dzię­kuj, dzię­kuj, dzię­kuj. Dzię­kuj na si­łę, wbrew uczu­ciom, dzię­kuj we­dług te­go, co wiesz i w co wie­rzysz. Dzię­kuj za ży­cie, za wia­rę, za za­pro­sze­nie do zba­wie­nia, za każ­de roz­grze­sze­nie i każ­dą Ko­mu­nię Świę­tą. Dzię­kuj za ro­dzi­ców i za sio­strę, dzię­kuj za chwi­le i spo­tka­nia. Dzię­kuj cier­pli­wie i wy­trwa­le, a po pa­ru mie­sią­cach zo­ba­czysz re­zul­ta­tˮ.

Klau­dia po­słu­cha­ła. Po­tem jesz­cze po­je­cha­ła na re­ko­lek­cje i po dwóch la­tach au­to­te­ra­pii jest szczę­śli­wa, choć ma­ło kto wie, ja­ki cud się w niej do­ko­nał.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!

Z ks. Szy­mo­nem Stuł­kow­skim, se­kre­ta­rzem Ko­mi­sji Dusz­pa­ster­stwa Kon­fe­ren­cji Epi­sko­pa­tu Pol­ski roz­ma­wia Agniesz­ka Bia­lik

Na­wra­caj­cie się i wierz­cie w Ewan­ge­lięˮ – to no­we ha­sło ro­ku dusz­pa­ster­skie­go. Jak je ro­zu­mieć?

Ko­ściół ka­to­lic­ki w Pol­sce zde­cy­do­wał, że przez naj­bliż­sze la­ta kro­czyć bę­dzie dusz­pa­ster­ską dro­gą od­no­wy przy­mie­rza chrzciel­ne­go. Ta­ka de­cy­zja Kon­fe­ren­cji Epi­sko­pa­tu Pol­ski (KEP) zwią­za­na jest z przy­pa­da­ją­cą w 2016 ro­ku 1050. rocz­ni­cą chrztu Pol­ski. Ko­mi­sja Dusz­pa­ster­stwa KEP, we współ­pra­cy ze Sto­wa­rzy­sze­niem Pa­sto­ra­li­stów Pol­skich, wy­pra­co­wa­ła wi­zję czte­ro­let­nie­go pro­gra­mu pra­cy dusz­pa­ster­skiej, któ­ra stresz­cza się w ha­śle: „Przez Chry­stu­sa, z Chry­stu­sem, w Chry­stu­sie. Przez wia­rę i chrzest do świa­dec­twaˮ. Lo­gi­ka Pro­gra­mu dusz­pa­ster­skie­go na la­ta 2013–2017 pro­wa­dzi od wia­ry, przez na­wró­ce­nie i chrzest do mi­sji. W pierw­szym ro­ku (2013/2014) mie­li­śmy ha­sło: „Wie­rzę w Sy­na Bo­że­goˮ, na dru­gi (2014/2015) wy­bra­no: „Na­wra­caj­cie się i wierz­cie w Ewan­ge­lięˮ, na trze­ci (2015/2016): „No­we ży­cie w Chry­stu­sieˮ i na czwar­ty (2016/2017): „Idź­cie i gło­ścieˮ. Każ­dy rok pra­cy złą­czo­ny jest ze zna­kiem z li­tur­gii chrztu. Są ni­mi: świe­ca, krzyż, wo­da i bia­ła sza­ta oraz olej. Zna­ki te mo­gą po­móc ochrzczo­nym w od­no­wie­niu ła­ski te­go sa­kra­men­tu i w od­kry­wa­niu god­no­ści i mi­sji, ja­ką otrzy­ma­li. Ma­my za so­bą pierw­szy rok, po­świę­co­ny gło­sze­niu ke­ryg­ma­tu, by wzmoc­nić i od­no­wić wia­rę w Je­zu­sa Chry­stu­sa.

foto_01-01_23-2014

Ja­ki znak to­wa­rzy­szy te­mu ha­słu?

Zna­kiem z li­tur­gii chrztu jest w ro­ku na­wró­ce­nia krzyż. Ka­płan, któ­ry nas ochrzcił, uczy­nił na po­cząt­ku znak krzy­ża na na­szym czo­le. Po­wtó­rzy­li ten gest na­si ro­dzi­ce i chrzest­ni. Przez chrzest we­szli­śmy w owoc drze­wa krzy­ża, w od­ku­pie­nie, za­nu­rzy­li­śmy się w zbaw­czej śmier­ci Chry­stu­sa. Pro­gram pro­po­nu­je, by w pa­ra­fiach za­trosz­czyć się o krzy­że, zwłasz­cza w miej­scach pu­blicz­nych, by by­ły za­dba­ne i usza­no­wa­ne. Su­ge­ru­je­my lu­dziom mło­dym, przed zbli­ża­ją­cy­mi się Świa­to­wy­mi Dnia­mi Mło­dzie­ży w 2016 ro­ku w Kra­ko­wie, by za­in­te­re­so­wa­li się krzy­ża­mi w swo­jej oko­li­cy, by po­zna­li ich hi­sto­rię, udo­ku­men­to­wa­li je na fo­to­gra­fiach i po­zna­li ge­ne­zę ich po­wsta­nia. Ta­kie dzia­ła­nia na­wią­zu­ją do krzy­ża Świa­to­wych Dni Mło­dzie­ży, któ­ry na­wie­dza na­sze die­ce­zje. Za­chę­ca­my też ro­dzi­ców, by bło­go­sła­wi­li swo­je dzie­ci, by gest bło­go­sła­wień­stwa stał się czymś na­tu­ral­nym w do­mach lu­dzi wie­rzą­cych. Czło­wiek, któ­ry z wia­rą bło­go­sła­wi sta­je się na­rzę­dziem w rę­ku Bo­ga wy­pra­sza­ją­cym mi­łość Pa­na Bo­ga.

Co prze­cięt­ny ka­to­lik po­wi­nien zro­bić, by się na­wró­cić?

Na­wró­ce­nie jest owo­cem spo­tka­nia czło­wie­ka z ke­ryg­ma­tem, czy­li z ją­drem Ewan­ge­lii. Ke­ryg­ma­tem jest ży­wy Je­zus Chry­stus, któ­re­go ma­my prze­po­wia­dać, by Go po­ko­chać i na­śla­do­wać. Do­świad­cze­nie ży­we­go Je­zu­sa po­wo­du­je zmia­nę my­śle­nia czło­wie­ka o Bo­gu, o świe­cie, o so­bie i bliź­nich. Za­czy­na się wte­dy to, co psal­mi­sta opi­sał, mó­wiąc, że uczy­my się cho­dzić ścież­ka­mi Pa­na. Na­sze my­śli, pra­gnie­nia, pla­ny i de­cy­zje sta­ra­my się pod­po­rząd­ko­wać mą­dro­ści i wo­li Bo­żej. To na­wró­ce­nie do­ko­nu­je się in­dy­wi­du­al­nie i spo­łecz­nie, bo czło­wiek nie ży­je sam, ale w re­la­cjach z in­ny­mi ludź­mi. My­ślę, że war­to szu­kać w tym ro­ku miejsc i do­świad­czeń ży­we­go Bo­ga, jak­by z pierw­szej rę­ki. Po­trzeb­ne jest otwar­cie umy­słu i ser­ca na sło­wo Bo­że i moc sa­kra­men­tów, by Pan Bóg mógł w nas od­na­wiać swo­je po­do­bień­stwo. W te­go­rocz­nym pro­gra­mie sta­wia­my trzy prio­ry­te­ty: wia­ra, na­wró­ce­nie oraz ra­dość z na­dzie­ją. Cho­dzi o to, by pod­jąć dzia­ła­nia wzmac­nia­ją­ce wia­rę zwłasz­cza lu­dzi do­ro­słych, by przy­ję­cie Je­zu­sa pro­wa­dzi­ło do od­kry­cia Bo­żej mi­ło­ści, któ­ra jest sil­niej­sza niż grzech, któ­re­go do­świad­cza­my. Na­wró­ce­nie do­ko­nu­je się przez sa­kra­ment po­ku­ty i po­jed­na­nia, gdzie Bóg oczysz­cza nas z grze­chów i umac­nia w po­dej­mo­wa­nych wy­sił­kach prze­mia­ny na­sze­go ży­cia. Z ob­ja­wień Mat­ki Bo­żej w Fa­ti­mie chce­my uczyć się du­cha po­ku­ty i wy­na­gro­dze­nia za grze­chy. Pra­gnie­my tak­że od­kry­wać, że au­ten­tycz­na ra­dość i na­dzie­ja są owo­cem na­wró­ce­nia. Kto za­pła­cze nad swym grze­chem i przyj­mie dar prze­ba­cze­nia, ten do­świad­czy ra­do­ści i żyć bę­dzie w na­dziei wiecz­nej jed­no­ści z Bo­giem.

 

Szukajcie tej prawdy tam, gdzie ona rzeczywiście się znajduje!

Dziś czło­wiek tak czę­sto nie wie, co no­si w so­bie, w głę­bi swej du­szy, swe­go ser­ca. Jak czę­sto jest nie­pew­ny sen­su swe­go ży­cia na tej zie­mi. Ogar­nia go zwąt­pie­nie, któ­re prze­ra­dza się w roz­pacz. List do Mło­dych, 2011 r.

Czło­wie­ko­wi ko­niecz­nie po­trzeb­ne jest mi­łu­ją­ce spoj­rze­nie Chry­stu­sa. Mo­że naj­bar­dziej w chwi­li do­świad­cze­nia, upo­ko­rze­nia, prze­śla­do­wa­nia, klę­ski – wte­dy gdy na­sze czło­wie­czeń­stwo zo­sta­je jak­by prze­kre­ślo­ne w oczach ludz­kich, znie­wa­żo­ne i po­de­pta­ne – wte­dy świa­do­mość te­go, że (...) Chry­stus mi­łu­je każ­de­go i za­wsze, (...) po­zwa­la nam prze­trwać. List do Mło­dych ca­łe­go świa­ta, 1985 r.

Ni­gdy nie jest tak, że­by czło­wiek, czy­niąc do­brze dru­gie­mu, tyl­ko sam był do­bro­czyń­cą. Jest rów­no­cze­śnie ob­da­ro­wy­wa­ny, ob­da­ro­wa­ny tym, co ten dru­gi przyj­mu­je z mi­ło­ścią. Płock, 1991 r.

Czu­jesz się osa­mot­nio­ny. Po­sta­raj się od­wie­dzić ko­goś, kto jest jesz­cze bar­dziej sa­mot­ny. So­pot, 1999 r.

Sta­raj­my się tak po­stę­po­wać i tak żyć, by ni­ko­mu w na­szej Oj­czyź­nie nie bra­kło da­chu nad gło­wą i chle­ba na sto­le, by nikt nie czuł się sa­mot­ny, po­zo­sta­wio­ny bez opie­ki. Ełk, 1999 r.

Czło­wie­ka (...) nie moż­na do koń­ca zro­zu­mieć bez Chry­stu­sa. A ra­czej: czło­wiek nie mo­że sie­bie sam do koń­ca zro­zu­mieć bez Chry­stu­sa. Nie mo­że zro­zu­mieć ani kim jest, ani ja­ka jest je­go wła­ści­wa god­ność, ani ja­kie jest je­go po­wo­ła­nie i osta­tecz­ne prze­zna­cze­nie. War­sza­wa 1979 r.

Broń­my się przed po­zo­ra­mi mi­ło­ści, nie mi­łuj­my sło­wem i ję­zy­kiem, ale czy­nem i praw­dą. Rzym, 1979 r.

Szu­kaj­cie tej praw­dy tam, gdzie ona rze­czy­wi­ście się znaj­du­je! Je­śli trze­ba, bądź­cie zde­cy­do­wa­ni iść pod prąd obie­go­wych po­glą­dów i roz­pro­pa­go­wa­nych ha­seł! Nie lę­kaj­cie się Mi­ło­ści, któ­ra sta­wia czło­wie­ko­wi wy­ma­ga­nia. List do Mło­dych ca­łe­go świa­ta, 1985 r.

Mi­łość to za­da­nie, któ­re Bóg wciąż nam wy­zna­cza, mo­że po to, by za­grze­wać nas, aby­śmy sta­wia­li wy­zwa­nia lo­so­wi. Gdańsk, 1987 r.

Su­mie­nie jest dla każ­de­go czło­wie­ka spra­wą o za­sad­ni­czym zna­cze­niu. Jest ono je­go we­wnętrz­nym prze­wod­ni­kiem i jest tak­że sę­dzią je­go czy­nów. Sko­czów, 1995 r.

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Nie chowajmy Bożych darów

W Ewan­ge­lii dzi­siej­szej nie­dzie­li za­war­ta jest przy­po­wieść o ta­len­tach, za­czerp­nię­ta ze św. Ma­te­usza (25, 14–30). Opo­wia­da ona o czło­wie­ku, któ­ry przed wy­ru­sze­niem w po­dróż przy­wo­łał swo­je słu­gi i po­wie­rzył im swój ma­ją­tek w ta­len­tach, sta­ro­żyt­nych mo­ne­tach o nie­zwy­kle wiel­kiej war­to­ści. (…) Zna­cze­nie tej przy­po­wie­ści jest czy­tel­ne.

(…) Je­zus nie żą­da od nas, by­śmy za­cho­wa­li Je­go ła­skę w ka­sie pan­cer­nej, ale chce, aby­śmy uży­wa­li jej z po­żyt­kiem dla in­nych. Wszyst­kie do­bra, ja­kie otrzy­ma­li­śmy, są po to, aby je dać in­nym. W ten spo­sób się po­mna­ża­ją. To tak, jak­by nam po­wie­dział: „Oto mo­je mi­ło­sier­dzie, mo­ja czu­łość, mo­je prze­ba­cze­nie: weź je i ob­fi­cie z nich ko­rzy­staj”. A my, co z tym zro­bi­li­śmy? Ko­go „za­ra­zi­li­śmy” na­szą wia­rą? Ile osób pod­nie­śli­śmy na du­chu na­szą na­dzie­ją? Ile mi­ło­ści dzie­li­li­śmy z na­szym bliź­nim? War­to, aby­śmy po­sta­wi­li so­bie te py­ta­nia. Każ­de śro­do­wi­sko, na­wet naj­bar­dziej da­le­kie i nie­do­stęp­ne mo­że stać się miej­scem, w któ­rym ta­len­ty mo­gą owo­co­wać. Nie ma sy­tu­acji czy miejsc, w któ­rych nie­moż­li­wa by­ła­by obec­ność i świa­dec­two chrze­ści­jań­skie. Świa­dec­two, ja­kie­go żą­da od nas Je­zus, nie jest za­mknię­te, jest otwar­te, za­le­ży od nas.

(…) Są­dzę, że do­brze by­ło­by, aby każ­dy z was wziął w do­mu Ewan­ge­lię św. Ma­te­usza i prze­czy­tał roz­dział 25, wer­se­ty 14–30, za­sta­no­wił się chwi­lę. Co czy­nię, aby mo­je ta­len­ty, mo­je bo­gac­twa, to wszyst­ko, czym ob­da­rzył mnie Bóg – do­bra du­cho­we, do­broć, sło­wo Bo­że wzra­sta­ły w in­nych, czy też mo­że trzy­mam je w ka­sie pan­cer­nej? (…)

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 16.11.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Bar­dzo lu­bię ta­kie chwi­le, kie­dy ktoś mó­wi zda­nie tak mą­dre, że aż mnie „za­ty­ka”, oczy­wi­ście nie mó­wię o do­słow­nym bra­ku od­de­chu, ale o za­chwy­cie nad cel­nie i zwięź­le wy­po­wie­dzia­nym zda­niem. Czę­sto ta­ką praw­dę ma­my „gdzieś w środ­ku”, ale nie za bar­dzo umie­my ją sfor­mu­ło­wać al­bo tak traf­nie ująć.

Nie­wąt­pli­wie do ta­kich zdań na­le­ży krót­kie oświad­cze­nie, ja­kie zło­żył przed la­ty mój uczeń (był wte­dy w kla­sie siód­mej, wszyst­ko się dzia­ło przed utwo­rze­niem gim­na­zjów). Na któ­rejś lek­cji re­li­gii wy­ra­zi­łem po­dziw dla je­go sys­te­ma­tycz­no­ści i su­mien­no­ści. On na to od­po­wie­dział (cy­tu­ję do­słow­nie): „Nie wia­do­mo, ja­kie głu­po­ty w ży­ciu na­wy­wi­jam i skąd bę­dę mu­siał wra­cać, dla­te­go te­raz chcę się du­żo uczyć o Pa­nu Bo­gu i o Ko­ście­le, bym na za­wsze za­pa­mię­tał, gdzie na pew­no za­wsze moż­na wró­cić”. Praw­da, że za­ska­ku­ją­ce, zwa­żyw­szy, że wy­po­wie­dział to trzy­na­sto­la­tek? Zna­jo­mość z nim i z je­go ro­dzi­ną pod­trzy­mu­ję do dzi­siaj, wiem, że ów pan (ma te­raz po­nad czter­dzie­ści lat), żad­nych „głu­pot nie na­wy­wi­jał”, jest ko­cha­ją­cym mę­żem swej żo­ny i jed­no­cze­śnie mą­drym i we­so­łym oj­cem trój­ki dzie­ci. Ni­gdy nie za­py­ta­łem, czy cy­to­wa­ne zda­nie sam so­bie uło­żył, czy po­wta­rza­li mu to je­go ro­dzi­ce, ma­rzę na­to­miast, by je czę­ściej sły­szeć. Ma­rzę też, by ci, któ­rzy wra­ca­ją „ze swo­ich głu­pot”, by­li tak sa­mo pew­ni, że wra­ca­jąc, moż­na się rzu­cić w ko­cha­ją­ce ra­mio­na Oj­ca przed­sta­wio­ne­go w przy­po­wie­ści o sy­nu mar­no­traw­nym. Bo za­wsze moż­na wró­cić.

Czy rze­czy­wi­ście za­wsze i czy każ­dy mo­że się na­wró­cić? Mó­wić o na­wró­ce­niu moż­na je­dy­nie z czło­wie­kiem, któ­ry wie, co stra­cił i szu­ka spo­so­bów na na­wią­za­nie przy­jaź­ni z Je­zu­sem Chry­stu­sem.

Na­wró­ce­nie to:

  • od­wró­ce­nie (uwa­gi od te­go, co nie pro­wa­dzi do zba­wie­nia);
  • za­wró­ce­nie (ze złej dro­gi);
  • wy­wró­ce­nie (i wy­rzu­ce­nie te­go, co ob­cią­ża);
  • przy­wró­ce­nie (wła­ści­we­go po­rząd­ku).

Trze­ba od cza­su do cza­su sta­wiać so­bie py­ta­nia: „Czy je­stem szczę­śli­wy” i „Czy ci, z któ­ry­mi ży­ję cie­szą się, że je­stem z ni­mi”? Je­śli tak, to tyl­ko trze­ba pro­sić Pa­na Bo­ga, aby to nie by­ły złu­dze­nia, czy­li wra­że­nia, któ­re znik­ną wraz z upły­wa­ją­cym cza­sem. Je­śli zaś nie je­stem szczę­śli­wy i nie da­ję szczę­ścia, to mo­gę mieć pew­ność, że jesz­cze nie zna­la­złem mi­ło­ści Pa­na Bo­ga, a więc trze­ba jej szu­kać, i to tak dłu­go, aż po­szu­ki­wa­nia zo­sta­ną uwień­czo­ne suk­ce­sem, bo (war­to za­pa­mię­tać): lu­dzie dzie­lą się na szczę­śli­wych i tych, któ­rzy jesz­cze nie zna­leź­li Pa­na Bo­ga.

A „wia­ra w ewan­ge­lię”? To pew­ność, że Ewan­ge­lia (czy­li Do­bra No­wi­na) ogło­szo­na przez Je­zu­sa Chry­stu­sa jest li­stem na­pi­sa­nym przez Pa­na Bo­ga do mnie, li­stem, w któ­rym wła­sną rę­ką na­pi­sał, że tak bar­dzo Mu na mnie za­le­ży, że spe­cjal­nie do mnie po­słał swe­go Sy­na.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski