Islam to NIE religia pokoju!

Z dr Mo­ni­ką Ga­brie­lą Bar­to­sze­wicz roz­ma­wia Ka­je­tan Raj­ski

Nie­kie­dy sły­szy się w me­diach, a na­wet po­śród „uświa­do­mio­nych” ka­to­li­ków gło­sy te­go ty­pu, że dżi­ha­dy­ści nie są praw­dzi­wy­mi mu­zuł­ma­na­mi, bo w rze­czy­wi­sto­ści is­lam jest rze­ko­mo re­li­gią po­ko­ju. Czy to praw­da?

Nie, nie jest to praw­dą. Wma­wia się nam, że ta­ki jest stan rze­czy. Sa­ma fra­za, że is­lam to re­li­gia po­ko­ju, zo­sta­ła nie­szczę­śli­wie uży­ta przez pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych George’a W. Bu­sha. Wy­ra­że­nie to za­czę­ło póź­niej żyć wła­snym ży­ciem. Je­śli spoj­rzy­my uważ­nie na Ko­ran oraz na sun­nę, czy­li tra­dy­cję mu­zuł­mań­ską, a tak­że na ha­di­sy – opo­wie­ści o ży­ciu „pro­ro­ka” Ma­ho­me­ta, to zo­ba­czy­my, że w is­la­mie prze­moc wo­bec nie­wier­nych jest rze­czą naj­zu­peł­niej nor­mal­ną. Jej ce­lem ma­ją się stać wszy­scy, któ­rzy nie uzna­ją „pro­ro­ka”.

foto_01-03_22-2014

Czym jest dżi­had?

Dżi­had jest mu­zuł­mań­ską „świę­tą woj­ną”, to­czo­ną w imię Al­la­ha. Jej ce­lem ma być na­sta­nie pa­no­wa­nia mu­zuł­mań­skie­go bo­ga. Po­cząt­ko­wo w po­ję­ciu tym znaj­do­wa­ły się wszyst­kie dzia­ła­nia za­czep­ne is­la­mi­stów skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko tym, któ­rzy nie uzna­wa­li ob­ja­wień Ma­ho­me­ta. Na­to­miast w XIX wie­ku wśród su­fi­tów po­ja­wi­ła się pró­ba re­in­ter­pre­ta­cji te­go po­ję­cia, su­ge­ru­ją­ca, iż dżi­had jest we­wnętrz­ną wal­ką każ­de­go czło­wie­ka, swo­istym zma­ga­niem du­cho­wym. Nie ma to jed­nak żad­ne­go uza­sad­nie­nia w Ko­ra­nie. Ory­gi­nal­ny dżi­had to za­wsze wal­ka zbroj­na, sta­no­wią­ca świę­ty obo­wią­zek każ­de­go mu­zuł­ma­ni­na.

Czy in­ter­pre­ta­cja dżi­ha­du ja­ko wal­ki we­wnętrz­nej przy­ję­ła się wśród mu­zuł­ma­nów?

Przede wszyst­kim przy­ję­ła się ona po­śród lu­dzi Za­cho­du. Oczy­wi­ście wszyst­kie or­ga­ni­za­cje mu­zuł­mań­skie, dzia­ła­ją­ce na rzecz is­la­mu w Eu­ro­pie, za­zwy­czaj od­wo­łu­ją się do te­go ty­pu in­ter­pre­ta­cji re­li­gij­nej. Dla przy­kła­du, jed­na z ame­ry­kań­skich in­sty­tu­cji is­lam­skich (CAIR) sfi­nan­so­wa­ła mię­dzy in­ny­mi kam­pa­nię re­kla­mo­wą, w ra­mach któ­rej na uli­cach miast po­ja­wi­ły się bil­l­bo­ar­dy ze zdję­ciem mło­dej mu­zuł­man­ki w na­kry­ciu gło­wy z pod­pi­sem: „Mój dżi­had to przy­jaź­nie­nie się z ty­mi, któ­rzy nie są mu­zuł­ma­na­mi”. Pod­su­mo­wu­jąc za­tem, fra­zę o po­ko­jo­wym dżi­ha­dzie pod­chwy­ci­li lu­dzie Za­cho­du, wma­wia­ją­cy so­bie, że w is­la­mie nie ma nic złe­go. Z ko­lei sa­mi mu­zuł­ma­nie nie­kie­dy uży­wa­ją te­go ty­pu re­to­ry­ki w ce­lach pro­pa­gan­do­wych.

Ja­ki jest sto­pień is­la­mi­za­cji współ­cze­snej Eu­ro­py?

Je­że­li po­pa­trzy­my na to, co się dzie­je w Eu­ro­pie, na pew­no ma­my po­wo­dy do nie­po­ko­ju. Z jed­nej stro­ny mo­że­my za­uwa­żyć ogrom­ne po­par­cie dla Pań­stwa Is­lam­skie­go. We Fran­cji ostat­ni son­daż wy­ka­zał, że oko­ło 25 proc. mło­dych lu­dzi w wie­ku 18–26 lat po­pie­ra ka­li­fat w Ira­ku. Z dru­giej stro­ny nie ma wy­stą­pień, de­mon­stra­cji, ape­li i de­kla­ra­cji tak zwa­nej umiar­ko­wa­nej więk­szo­ści wy­znaw­ców Ma­ho­me­ta. Al­bo ta­cy nie ist­nie­ją – co jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne – al­bo są cał­ko­wi­cie za­stra­sze­ni przez dżi­ha­dy­stów. Po­szcze­gól­ne jed­nost­ki pró­bu­ją­ce coś zor­ga­ni­zo­wać spo­ty­ka­ły się ze sprze­ci­wem i po­tę­pie­niem ze stro­ny swych re­li­gij­nych prze­ło­żo­nych, tak by­ło np. w Da­nii. Mu­si­my pa­mię­tać, że or­ga­ni­za­cje arab­skie mo­gą być sil­nie zin­fil­tro­wa­ne przez ter­ro­ry­stów, a znacz­na ich część – choć za­pew­ne nie wszy­scy – są „uśpio­ny­mi” ra­dy­ka­ła­mi. Mo­gą oni pla­no­wać nie­ko­niecz­nie wiel­kie i spek­ta­ku­lar­ne za­ma­chy ter­ro­ry­stycz­ne, ale bar­dziej licz­ne ata­ki o znacz­nie mniej­szym za­się­gu, jak np. nie­daw­no uda­rem­nio­ne w Lon­dy­nie pla­ny pu­blicz­ne­go ob­ci­na­nia głów. W kon­se­kwen­cji jed­nak bę­dą zdo­by­wać no­wych ter­ro­ry­stów i uczy­nią znacz­nie wię­cej szkód, niż nam się wszyst­kim wy­da­je.

Dr Mo­ni­ka Ga­brie­la Bar­to­sze­wicz ukoń­czy­ła In­ter­na­tio­nal Se­cu­ri­ty Stu­dies na Uni­ver­si­ty of St An­drews (Szko­cja), gdzie na­stęp­nie pod­ję­ła ba­da­nia dok­to­ranc­kie do­ty­czą­ce po­ten­cjal­ne­go za­gro­że­nia ter­ro­ry­stycz­ne­go stwa­rza­ne przez eu­ro­pej­skich kon­wer­ty­tów na is­lam. In­ter­dy­scy­pli­nar­ne ba­da­nia nad tym za­gad­nie­niem dr Bar­to­sze­wicz pro­wa­dzi­ła w Szko­cji, An­glii, Ho­lan­dii, Da­nii i Pol­sce. Po po­wro­cie do Pol­ski pra­cu­je w In­sty­tu­cie Ba­daw­czo-Na­uko­wym Cen­trum My­śli Ja­na Paw­ła II w War­sza­wie.

 

Czy męczennicy mogli być szczęśliwi?

Pod­nio­są na was rę­ce i bę­dą was prze­śla­do­wać. Wy­da­dzą was do sy­na­gog i do wię­zień oraz z po­wo­du mo­je­go imie­nia wlec was bę­dą do kró­lów i na­miest­ni­ków. Bę­dzie to dla was spo­sob­ność do skła­da­nia świa­dec­twa.(…) Ale włos z gło­wy wam nie zgi­nie. Przez swo­ją wy­trwa­łość oca­li­cie wa­sze ży­cieˮ (Łk 21, 12–13. 18–19).

Bóg jest Mi­ło­ścią

Isto­tę od­po­wie­dzi na za­da­ne w ty­tu­le py­ta­nie od­da­je pro­sta aneg­dot­ka:

Sze­ścio­let­ni chło­piec na proś­bę ro­dzi­ców wy­szedł z trzy­let­nią sio­strą na plac za­baw, gdzie mo­gli się ba­wić w pia­skow­ni­cy i na bez­piecz­nych huś­taw­kach. W pew­nej chwi­li dziew­czyn­ka krzyk­nę­ła z bó­lu, bo pod­ska­ku­jąc, krzy­wo po­sta­wi­ła no­gę. Star­szy brat, czu­jąc się od­po­wie­dzial­ny za sio­strę, nie­wie­le my­śląc, wziął ja na rę­ce i skie­ro­wał swo­je kro­ki w stro­nę do­mu. Nie by­ło da­le­ko, ale wy­raź­nie by­ło wi­dać, że idzie z wiel­kim wy­sił­kiem. Na wi­dok ro­dzeń­stwa są­siad­ka sie­dzą­ca na ław­ce przed do­mem za­wo­ła­ła do chłop­ca: „Ja­ki Ty je­steś męż­ny, dźwi­gasz dziel­nie ta­ki cię­żar!”. On od­po­wie­dział z wy­rzu­tem w gło­sie: „Pro­szę pa­ni, to nie cię­żar, to mo­ja sio­stra!”.

foto_01-01_22-2014

Każ­dy z nas do­brze wie, że kie­dy nam na kimś za­le­ży, to je­ste­śmy go­to­wi do wie­lu po­świę­ceń, a do te­go pew­nie by­śmy się ob­ru­szy­li, a mo­że na­wet czu­li ura­że­ni, gdy­by ktoś wy­ra­ził po­dziw dla na­sze­go od­da­nia, bo „prze­cież go (ją) ko­cha­my!”. Nikt się nie dzi­wi, gdy któ­reś z ro­dzi­ców czu­wa kil­ka no­cy z rzę­du przy łóż­ku cho­re­go dziec­ka, po­dob­nie nikt się nie dzi­wi, gdy pie­lę­gnu­je­my pra­dziad­ka czy star­szą są­siad­kę.

Gdy roz­po­zna­my mi­łość Bo­ga, to słu­że­nie Mu jest dla nas ra­do­ścią. Gdy pa­mię­ta­my, że Stwór­ca chce tyl­ko na­sze­go szczę­ścia, tym chęt­niej szu­ka­my Je­go Wo­li i tym gor­li­wiej ją speł­nia­my.

Ale czy każ­de­go, kto pró­bu­je bli­żej za­przy­jaź­nić się z Pa­nem Bo­giem, spo­tka mę­czeń­stwo? Czy „wzrost po­boż­no­ści” wią­że się nie­od­łącz­nie z więk­szy­mi cię­ża­ra­mi, ja­kie trze­ba nieść w ży­ciu?

Nie­ste­ty, wie­lu lu­dzi nie chce być bli­sko Pa­na Bo­ga tyl­ko dla­te­go, by nie do­stać trud­niej­sze­go ży­cia. Czy da się ko­mu­kol­wiek wy­tłu­ma­czyć, że ko­cha­jąc Bo­ga, wszyst­ko znie­sie­my, a przy tym wca­le nie umniej­szy się na­sza wol­ność i ra­dość? To zro­zu­mie­li „mę­czen­ni­cy każ­de­go ro­dza­ju”, czy­li nie tyl­ko ci, któ­rzy nie wy­par­li się wia­ry, ale rów­nież mę­czen­ni­cy wier­no­ści mał­żeń­skiej, mę­czen­ni­cy tro­ski o naj­bliż­szych, mę­czen­ni­cy kon­fe­sjo­na­łu itd.

Mi­łość źró­dłem ra­do­ści

Z mi­ło­ści mo­że ro­dzić się cier­pie­nie – gdy ktoś, na kim nam za­le­ża­ło, zszedł na złą dro­gę, gdy bli­ska nam oso­ba cięż­ko za­cho­ro­wa­ła al­bo ode­szła z te­go świa­ta, gdy ktoś dla nas waż­ny nas po­ni­żył. To czas, któ­ry wiel­cy lu­dzie trak­tu­ją ja­ko oczysz­cze­nie mi­ło­ści. Na oso­bie, któ­ra się za­gu­bi­ła, na­dal mi za­le­ży i je­stem dla niej „miej­scem”, do któ­re­go za­wsze moż­na wró­cić, jak na roz­sta­je dróg, na któ­rych jesz­cze wszyst­ko by­ło do­brze. Gdy ktoś jest już u Bo­ga, to mo­gę przez Ko­mu­nię Świę­tą co­dzien­nie się z nim jed­no­czyć, a gdy cier­pi, mo­gę być dla nie­go umoc­nie­niem i opar­ciem. Gdy je­stem po­ni­żo­ny, to mu­szę pod­jąć de­cy­zję, czy tej oso­bie na­dal chcę ufać, czy sta­ram się ją zro­zu­mieć, czy w tym nie trze­ba do­strzec do­bra dla mnie, ko­niecz­no­ści na­wró­ce­nia.

A je­śli je­stem kimś, do ko­go moż­na wró­cić, by za­czy­nać wszyst­ko od po­cząt­ku, je­śli ży­ję tym sa­mym ide­ałem, po­przez któ­ry mam łącz­ność z Bo­giem, je­śli szu­kam od­po­wie­dzi na naj­waż­niej­sze py­ta­nia, to na­dal jest we mnie ra­dość, mo­że trud­na, ale praw­dzi­wa.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Młodzi męczennicy

Świę­ci Mło­dzian­ko­wie

Nie moż­na chy­ba wy­obra­zić so­bie więk­sze­go okru­cień­stwa niż mor­der­stwo cał­ko­wi­cie nie­win­nych, ma­łych dzie­ci. 28 grud­nia w Ko­ście­le upa­mięt­nia­ne są ofia­ry Rze­zi Nie­wi­nią­tek. He­rod, ma­jąc na­dzie­ję na zgła­dze­nie w ten spo­sób Je­zu­sa, ka­zał wy­mor­do­wać w Be­tle­jem wszyst­kich chłop­ców do lat 2. Mi­mo te­go, że ce­lem opraw­ców nie by­li Mło­dzian­ko­wie, ale Je­zus, i że ja­ko tak ma­łe dzie­ci nie mie­li oni szan­sy opo­wie­dzieć się za wia­rą, Ko­ściół uzna­je ich za świę­tych mę­czen­ni­ków. Od­da­li ży­cie za Je­zu­sa. Są uzna­wa­ni pa­tro­na­mi chó­rów ko­ściel­nych.

foto_01-02_22-2014

Św. Agniesz­ka Rzy­mian­ka

Uro­dzi­ła się oko­ło 291 ro­ku w Rzy­mie, a mę­czeń­ską śmierć po­nio­sła w wie­ku oko­ło dwu­na­stu lat. Zgi­nę­ła, bro­niąc swo­je­go dzie­wic­twa. Przez swo­ich ro­dzi­ców zo­sta­ła wy­cho­wa­na na bar­dzo po­boż­ną i gor­li­wą chrze­ści­jan­kę i w dzie­sią­tym ro­ku swo­je­go ży­cia ślu­bo­wa­ła czy­stość przed Bo­giem. Agniesz­ka, ja­ko cór­ka do­bre­go ro­du rzym­skie­go i jed­no­cze­śnie dziew­czy­na o nie­prze­cięt­nej uro­dzie, cie­szy­ła się bar­dzo du­żym za­in­te­re­so­wa­niem wśród męż­czyzn. Syn rzym­skie­go sta­ro­sty za­pra­gnął po­ślu­bić Agniesz­kę, na co ona nie wy­ra­zi­ła zgo­dy mó­wiąc, że „jej ser­ce jest już za­ję­teˮ. W ten spo­sób przy­zna­ła się do by­cia chrze­ści­jan­ką. Roz­wście­czo­ny tym fak­tem sta­ro­sta rzym­ski na­ka­zał naj­pierw za­pro­wa­dzić Agniesz­kę do do­mu pu­blicz­ne­go i po­zba­wić ją dzie­wic­twa, a na­stęp­nie spa­lić na sto­sie. Chcie­li za­pro­wa­dzić Agniesz­kę na­gą przez ca­łe mia­sto, ale ona mo­dli­ła się do Bo­ga tak gor­li­wie, że ca­łe jej cia­ło na­gle okrył płaszcz dłu­gich do zie­mi wło­sów. Każ­dy męż­czy­zna, któ­ry pró­bo­wał zbli­żyć się do dziew­czy­ny, tra­cił wzrok, a drew­na, na któ­rych mia­ła być spa­lo­na, nie chcia­ły się pa­lić. Osta­tecz­nie ścię­to jej gło­wę 21 stycz­nia 304 ro­ku.

Bł. Ka­ro­li­na Kóz­ków­na

Ka­ro­li­na rów­nież od­da­ła ży­cie w obro­nie dzie­wic­twa w bar­dzo mło­dym wie­ku. Mia­ła za­le­d­wie 16 lat. Jej po­stać jest nam szcze­gól­nie bli­ska, z ra­cji te­go, że by­ła Po­lką. Uro­dzi­ła się i miesz­ka­ła we wsi Wał-Ru­da w po­bli­żu Ra­dło­wa. Tam też tra­gicz­nie zmar­ła, za­mor­do­wa­na przez ro­syj­skie­go żoł­nie­rza. By­ła jed­ną z jed­nym z je­de­na­stu dzie­ci pań­stwa Kóz­ków. Od dzie­ciń­stwa bar­dzo moc­no an­ga­żo­wa­ła się w ży­cie swo­jej wspól­no­ty pa­ra­fial­nej. Mi­mo te­go, że po­cho­dzi­ła z ubo­giej ro­dzi­ny, mia­ła w so­bie bar­dzo du­żo po­go­dy du­cha. Chęt­nie po­ma­ga­ła w obo­wiąz­kach do­mo­wych swo­im ro­dzi­com. Uczy­ła się pil­nie, ale naj­więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie wy­ka­zy­wa­ła praw­da­mi ka­te­chi­zmo­wy­mi, któ­re nie tyl­ko przy­swa­ja­ła so­bie, ale i gło­si­ła w swo­im oto­cze­niu. 18 li­sto­pa­da zo­sta­ła si­łą upro­wa­dzo­na i zgi­nę­ła mę­czeń­ską śmier­cią, za­mor­do­wa­na przez ro­syj­skie­go żoł­nie­rza, któ­ry usi­ło­wał ją zgwał­cić. 10 czerw­ca 1987 ro­ku zo­sta­ła be­aty­fi­ko­wa­na przez Ja­na Paw­ła II. Jest pa­tron­ką Ka­to­lic­kie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Mło­dzie­ży i Ru­chu Czy­stych Serc.

Bł. Jó­zef Sán­chez del Río

Był naj­młod­szym z uczest­ni­ków mek­sy­kań­skie­go po­wsta­nia Chri­ste­ros. Mi­mo swo­je­go mło­de­go wie­ku, w chwi­li mę­czeń­skiej śmier­ci miał za­le­d­wie 14 lat, oka­zał się bo­ha­ter­stwem, na ja­kie nie by­ło­by stać wie­lu do­ro­słych. Je­go opraw­cy na­ka­za­li mu wy­rzec się Je­zu­sa za ce­nę ży­cia. Umę­czo­no go w wy­jąt­ko­wo be­stial­ski spo­sób. Prze­cię­to mu skó­rę na sto­pach i prze­pro­wa­dzo­no przez ca­łe mia­sto. Nad fo­są zo­stał roz­strze­la­ny, umarł ze sła­wa­mi „Niech ży­je Chry­stus Kró­lˮ na ustach. O je­go lo­sach i o lo­sach in­nych po­wstań­ców moż­na do­wie­dzieć się wię­cej oglą­da­jąc film „Chri­stia­daˮ. War­to!

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Odkryjcie wasze chrześcijańskie korzenie

Wzy­wam was, by­ście roz­ma­wia­li ze swo­imi ro­dzi­ca­mi. Nie trwaj­cie w wy­nio­słym od­osob­nie­niu! Roz­mo­wa! Mi­łość! Wy­wie­raj­cie zdro­wy wpływ na spo­łe­czeń­stwo, po­ma­ga­jąc mu oba­lać ba­rie­ry, któ­re wy­ro­sły mię­dzy po­ko­le­nia­mi. Ma­ni­lia, 1995 r.

Ta moc, któ­ra pły­nie z Chry­stu­sa, któ­ra za­wie­ra się w Ewan­ge­lii, jest po­trzeb­na, aby od sie­bie wy­ma­gać, by po­stę­po­wa­niem wa­szym nie kie­ro­wa­ła chęć za­spo­ko­je­nia wła­snych pra­gnień za wszel­ką ce­nę, ale po­czu­cie po­win­no­ści: speł­niam to, co jest słusz­ne, co jest mo­im po­wo­ła­niem, co jest mo­im za­da­niem. Gdańsk, 1987 r.

Apo­stoł pi­sze, że wy, mło­dzi, je­ste­ście moc­ni Bo­żą na­uką: tą na­uką, któ­ra za­wie­ra się w Chry­stu­so­wej Ewan­ge­lii, a stresz­cza się w mo­dli­twie „Oj­cze na­szˮ. Tak! Je­ste­ście moc­ni tą Bo­żą na­uką. Je­ste­ście moc­ni – gdy ona za­szcze­pia w was mi­łość, życz­li­wość, po­sza­no­wa­nie dla czło­wie­ka, dla je­go ży­cia, god­no­ści, su­mie­nia, prze­ko­nań i praw. Sko­ro „zna­cie Oj­caˮ, je­ste­ście moc­ni mo­cą ludz­kie­go bra­ter­stwa. List do Mło­dych ca­łe­go świa­ta, Rzym, 1985 r.

Od­kryj­cie wa­sze chrze­ści­jań­skie ko­rze­nie, uczcie się hi­sto­rii Ko­ścio­ła, po­głę­biaj­cie zna­jo­mość du­cho­we­go dzie­dzic­twa, któ­re wam zo­sta­ło prze­ka­za­ne, na­śla­duj­cie świad­ków i mi­strzów, któ­rzy was po­prze­dzi­li! Je­dy­nie po­zo­sta­jąc wier­ny­mi Bo­żym przy­ka­za­niom, Przy­mie­rzu, któ­re Chry­stus przy­pie­czę­to­wał wła­sną krwią prze­la­ną na Krzy­żu, bę­dzie­cie mo­gli być apo­sto­ła­mi i świad­ka­mi no­we­go ty­siąc­le­cia. (...)

Dro­ga mło­dzie­ży! Wy ma­cie być stró­ża­mi po­ran­ka zwia­stu­ją­cy­mi na­dej­ście słoń­ca, któ­rym jest Chry­stus Zmar­twych­wsta­ły! Świa­tłem, o któ­rym nam mó­wi Je­zus w Ewan­ge­lii jest świa­tło wia­ry, dar­mo­wy dar Bo­ga, któ­re przy­cho­dzi, aby oświe­cić ser­ce i roz­ja­śnić umysł: „Bóg, ten któ­ry roz­ka­zał ciem­no­ściom, by za­ja­śnia­ły świa­tłem, za­bły­snął w na­szych ser­cach, by olśnić nas ja­sno­ścią po­zna­nia chwa­ły Bo­żej na ob­li­czu Chry­stu­saˮ (Kor 4, 6). Ca­stel Gan­dol­fo, 2001 r.

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Nadzieja zmartwychwstania

Wspo­mnie­nie zmar­łych, tro­ska o gro­by i mo­dli­twy w in­ten­cji zmar­łych są świa­dec­twem uf­nej na­dziei, za­ko­rze­nio­nej w prze­ko­na­niu, że śmierć nie jest ostat­nim sło­wem o ludz­kim lo­sie, po­nie­waż czło­wiek jest prze­zna­czo­ny do nie­skoń­czo­ne­go ży­cia, za­ko­rze­nio­ne­go i znaj­du­ją­ce­go swo­je wy­peł­nie­nie w Bo­gu.

Zwróć­my się do Bo­ga z ta­ką oto mo­dli­twą: „Bo­że nie­skoń­czo­ne­go mi­ło­sier­dzia, po­wie­rza­my Twej nie­zmier­nej do­bro­ci tych, któ­rzy po­zo­sta­wi­li ten świat dla wiecz­no­ści, gdzie ocze­ku­jesz na ca­łą ludz­kość, od­ku­pio­ną bez­cen­ną krwią Chry­stu­sa, Twe­go Sy­na, zmar­łe­go, aby od­ku­pić na­sze grze­chy. Nie patrz, Pa­nie, na tak wie­le ubó­stwa, nę­dzy i sła­bo­ści ludz­kich, gdy sta­nie­my przed Twym są­dem, aby zo­stać osą­dzo­ny­mi na szczę­ście lub na po­tę­pie­nie. Skie­ruj na nas swój mi­ło­sier­ny wzrok, po­cho­dzą­cy z ła­god­no­ści Twe­go ser­ca i po­móż nam wę­dro­wać dro­gą cał­ko­wi­te­go oczysz­cze­nia. Niech nikt z Two­ich dzie­ci nie zo­sta­nie wtrą­co­ny do wiecz­ne­go ognia pie­kiel­ne­go, gdzie nie mo­że już być skru­chy. Po­wie­rza­my Ci, Pa­nie, du­sze na­szych naj­bliż­szych, osób, któ­re zmar­ły bez po­cie­chy sa­kra­men­tal­nej lub któ­re nie mia­ły moż­li­wo­ści ża­ło­wa­nia za grze­chy na­wet pod ko­niec swe­go ży­cia. Niech nikt nie lę­ka się spo­tka­nia z To­bą po ziem­skiej piel­grzym­ce, w na­dziei by­cia przy­ję­tym w ra­mio­nach Twe­go nie­skoń­czo­ne­go mi­ło­sier­dzia. (…) Ame­nˮ (o. An­to­nio Run­gi, „Mo­dli­twa za zmar­ły­chˮ).

Z tą wia­rą w osta­tecz­ne prze­zna­cze­nie czło­wie­ka zwra­ca­my się te­raz ku Dzie­wi­cy Ma­ryi, któ­ra pod Krzy­żem prze­ży­wa­ła dra­mat śmier­ci Chry­stu­sa i bra­ła udział w ra­do­ści Je­go zmar­twych­wsta­nia. Niech Ona, Bra­ma Nie­bios, po­ma­ga nam co­raz le­piej ro­zu­mieć war­tość mo­dli­twy za zmar­łych. (…)

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 2.11.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Po­nie­waż nu­mer, któ­ry trzy­ma­cie w rę­kach, do­ty­czy mę­czeń­stwa, to po­sta­no­wi­łem prze­ko­nać się, z czym ko­ja­rzy się to sło­wo mo­im zna­jo­mym. Bar­dzo się zdzi­wi­łem, bo pierw­sza myśl pro­wa­dzi­ła do dwóch prze­ciw­staw­nych zna­czeń te­go sło­wa. Za­py­ta­ni za­uwa­ży­li, że po­pu­lar­ne wy­ra­że­nie „ro­bić z sie­bie mę­czen­ni­ka” ma nie­wie­le wspól­ne­go z isto­tą mę­czeń­stwa. Ro­bi z sie­bie mę­czen­ni­ka czło­wiek zgorzk­nia­ły, na­sta­wio­ny do ży­cia rosz­cze­nio­wo, wy­ma­ga cze­goś, cze­go nie otrzy­mu­je, chcąc jed­no­cze­śnie na­rzu­cić świa­tu swój sztucz­ny he­ro­izm. Mę­czen­nik zaś ko­ja­rzył się z kimś, kto jest bez­względ­nie wier­ny, ra­czej po­god­ny, choć sta­now­czy do bó­lu. Oso­bą, któ­ra przy­szła na myśl mo­im roz­mów­com, był św. Mak­sy­mi­lian Kol­be, któ­ry w hi­tle­row­skim obo­zie w Oświę­ci­miu zgło­sił się za wy­zna­czo­ne­go do bun­kra gło­do­we­go współ­więź­nia. Świad­ko­wie opi­sy­wa­li wie­le cu­dów zwią­za­nych z tym wy­da­rze­niem, przede wszyst­kim coś, co zwra­ca­ło uwa­gę za­rów­no es­es­ma­nów, jak i więź­niów obo­zu: bun­kier śmier­ci ko­ja­rzo­ny z naj­więk­szym cier­pie­niem stał się ka­pli­cą, w któ­rej śpie­wa­no psal­my i od­ma­wia­no ró­ża­niec. W po­ko­ju du­cha i po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, przed nad­cho­dzą­cym Je­zu­sem, któ­ry otwo­rzy ra­mio­na przed nad­cho­dzą­cy­mi z Oświę­ci­mia umę­czo­ny­mi ludź­mi. Świę­ty oj­ciec Kol­be prze­mie­nił ser­ca współ­więź­niów, był mę­czen­ni­kiem – świad­kiem wia­ry, a nie kimś, kto „ro­bi z sie­bie mę­czen­ni­ka”. Oj­ciec Kol­be – jak po­wie­dział świę­ty pa­pież Jan Pa­weł II – był oso­bą, któ­ra zwy­cię­ży­ła II woj­nę świa­to­wą.

Oto wła­śnie cho­dzi – mę­czen­ni­cy zwy­cię­ża­ją ten świat!

I to ci, któ­rzy mo­dli­li się, idąc w sta­ro­żyt­no­ści na are­nę peł­ną dzi­kich zwie­rząt, i ci, któ­rzy la­ta­mi słu­ży­li cho­rym w swo­ich do­mach, ho­spi­cjach czy szpi­ta­lach. Zwy­cię­ża świat mat­ka, któ­ra ci­cho od­da­je swo­je ży­cie dzie­ciom, któ­ra wy­cho­wa wspa­nia­łych oj­ców i ko­lej­ne świę­te mat­ki, ale nie ktoś, kto wy­po­mi­na swo­je od­da­nie i żą­da wdzięcz­no­ści.

Mę­czen­nik ma ja­sną twarz, bo ko­cha, jest po pro­stu świad­kiem Mi­ło­ści, Mi­ło­ści Bo­ga do czło­wie­ka. Mę­czen­nik jest oso­bą „przej­rzy­stą”, bo pa­trząc na nie­go, wi­dać Stwór­cę i Zba­wi­cie­la. Mę­czen­nik ko­cha ży­cie, ale chęt­nie słu­ży Bo­gu, od któ­re­go to ży­cie otrzy­mał, bo jest pe­wien ży­cia wiecz­ne­go, ja­kie otrzy­ma po ży­ciu peł­nym za­pa­łu.

Nie chciał­bym ni­ko­go za­chę­cać, by dą­ży­li do mę­czeń­stwa, za­chę­cam jed­nak do te­go, by uko­chać ży­cie i Daw­cę ży­cia, któ­ry naj­le­piej wie, jak wspa­nia­le je prze­żyć. Mo­że się oka­zać, że mę­czeń­stwo sa­mo na­dej­dzie, ale przy tej hie­rar­chii war­to­ści nie bę­dzie prze­ra­ża­ją­ce.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski