Człowieka nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa

Czło­wie­ka (...) nie moż­na do koń­ca zro­zu­mieć bez Chry­stu­sa. A ra­czej: czło­wiek nie mo­że sie­bie sam do koń­ca zro­zu­mieć bez Chry­stu­sa. Nie mo­że zro­zu­mieć ani kim jest, ani ja­ka jest je­go wła­ści­wa god­ność, ani ja­kie jest je­go po­wo­ła­nie i osta­tecz­ne prze­zna­cze­nie. War­sza­wa, 1979 r.

Szu­kaj­cie tej praw­dy tam, gdzie ona rze­czy­wi­ście się znaj­du­je! Je­śli trze­ba, bądź­cie zde­cy­do­wa­ni iść pod prąd obie­go­wych po­glą­dów i roz­pro­pa­go­wa­nych ha­seł! Nie lę­kaj­cie się Mi­ło­ści, któ­ra sta­wia czło­wie­ko­wi wy­ma­ga­nia. List do mło­dych ca­łe­go świa­ta, 1985 r.

Bo­ża mi­łość nie na­kła­da na nas cię­ża­rów, któ­rych nie mo­gli­by­śmy unieść, ani nie sta­wia nam wy­ma­gań, któ­rym nie mo­gli­by­śmy spro­stać, je­śli wzy­wa, przy­cho­dzi z ko­niecz­ną po­mo­cą. Frag­ment książ­ki „Wstań­cie. Chodźmy!ˮ, 2004 r.

Praw­dzi­wa mi­łość nie jest mgli­stym uczu­ciem ani śle­pą na­mięt­no­ścią. Jest we­wnętrz­ną po­sta­wą, ogar­nia­ją­cą ca­łe je­ste­stwo czło­wie­ka. Jest pa­trze­niem na bliź­nie­go nie po to, by się nim po­słu­żyć, ale by mu słu­żyć. Wa­ty­kan, 1994 r.

Tyl­ko czy­ste ser­ce mo­że w peł­ni ko­chać Bo­ga! Tyl­ko czy­ste ser­ce mo­że w peł­ni do­ko­nać wiel­kie­go dzie­ła mi­ło­ści, ja­kim jest mał­żeń­stwo! Tyl­ko czy­ste ser­ce mo­że w peł­ni słu­żyć dru­gim! (...) Nie po­zwól­cie, aby nisz­czo­no wa­szą przy­szłość! Nie po­zwól­cie ode­brać so­bie bo­gac­twa mi­ło­ści! Chroń­cie wa­szą wier­ność; wier­ność wa­szych przy­szłych ro­dzin, któ­re za­ło­ży­cie w mi­ło­ści Chry­stu­sa. San­do­mierz, 1999 r.

Mło­dzie­ży, mo­ja za­tem od­po­wiedź jest ta­ka: ko­chaj­cie Chry­stu­sa, a wte­dy za­ak­cep­tu­je­cie wy­ma­ga­nia, któ­re Ko­ściół w Je­go imie­niu na was na­kła­da, po­nie­waż są to wy­ma­ga­nia po­cho­dzą­ce od Bo­ga-Stwór­cy i Od­ku­pi­cie­la czło­wie­ka; za­ak­cep­tuj­cie te wy­ma­ga­nia w wa­szym ży­ciu, a od­kry­je­cie ich war­tość. Amers­fo­ort, 1985 r.

Pra­ca nad so­bą, jest jak naj­bar­dziej oso­bi­stą współ­pra­cą z Je­zu­sem Chry­stu­sem, na po­do­bień­stwo tej, ja­ka do­ko­na­ła się w uczniach, wy­bra­nych przez Nie­go, gdy za­we­zwał ich do swo­jej bli­sko­ści. Mu­si­cie my­śleć o so­bie w ka­te­go­riach uczniów Chry­stu­sa. Kra­ków, 1987 r.

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Biblia – podręcznik miłości prawdziwej

Żad­na in­na książ­ka ani księ­ga nie mó­wi o mi­ło­ści wię­cej niż Pi­smo Świę­te. W Bi­blii sło­wo mi­łość jest wie­lo­krot­nie od­mie­nio­ne przez wszyst­kie przy­pad­ki. Sko­ro pa­da ono tak czę­sto, mu­si być nie­zwy­kle waż­ne w oczach Bo­ga. War­to przyj­rzeć się, do ja­kiej mi­ło­ści za­chę­ca nas na kar­tach Pi­sma Świę­te­go sam Je­zus.

Mi­łość Bo­ga i bliź­nie­go

Przy­ka­za­nie mi­ło­ści, jak stwier­dza sam Je­zus, jest pierw­szym spo­śród wszyst­kich. Ozna­cza to, że speł­nia­nie wszyst­kich przy­ka­zań Bo­żych, ko­ściel­nych i wszyst­kich za­sad do­ty­czą­cych po­win­no­ści chrze­ści­ja­ni­na nie ma­ją sen­su bez mi­ło­ści. Jak stwier­dza sam Je­zus, to wła­śnie mi­łość jest „do­sko­na­łym wy­peł­nie­niem pra­wa”. Je­że­li ko­cham dru­gie­go, to ni­gdy go nie okrad­nę, nie okła­mię, nie zdra­dzę, nie skrzyw­dzę. Je­śli praw­dzi­wie ko­cham Bo­ga, nikt nie bę­dzie mu­siał na­rzu­cać mi obo­wiąz­ku uczest­ni­cze­nia we Mszy Świę­tej, bo sa­ma mi­łość przy­na­gli mnie do te­go, aby z Nim prze­by­wać. Za­tem speł­nia­jąc przy­ka­za­nie mi­ło­ści, wy­peł­nia­my wszyst­kie przy­ka­za­nia i ca­łe pra­wo Bo­że.

foto_01-03_20-2014

To przy­ka­za­nie moż­na po­dzie­lić na dwie za­sad­ni­cze czę­ści: pierw­sza z nich do­ty­czy mi­ło­ści do Bo­ga, na­to­miast dru­ga mi­ło­ści do bliź­nie­go. Obie czę­ści są rów­nie waż­ne i jed­na nie mo­że funk­cjo­no­wać w peł­ni bez dru­giej. Praw­dzi­wa mi­łość Bo­ga idzie za­wsze w pa­rze z mi­ło­ścią dru­gie­go czło­wie­ka. Po­dob­nie nie moż­na praw­dzi­wie ko­chać bliź­nie­go, bez mi­ło­ści do Bo­ga.

Mi­ło­wa­nie Bo­ga, do ja­kie­go zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy przy­ka­za­niem, to umi­ło­wa­nie Go w każ­dy moż­li­wy spo­sób i w każ­dym zna­cze­niu: my­ślą, ser­cem i du­szą. Bliź­nie­go je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni ko­chać jak sa­me­go sie­bie – to po­waż­ne zo­bo­wią­za­nie, któ­re ma kon­kret­ne kon­se­kwen­cje dla na­sze­go dzia­ła­nia. Sko­ro ko­cham bliź­nie­go na rów­ni z so­bą, to ozna­cza, że mu­szę po­zbyć się wszel­kie­go ego­izmu. Po­trze­by dru­gie­go czło­wie­ka mu­szą być dla mnie na rów­ni z mo­imi wła­sny­mi. To nie­pro­ste za­da­nie, bo ja­ko lu­dzie ma­my skłon­ność do dba­nia o „wła­sne spra­wy”. Choć czę­sto ma­my dla swo­je­go za­cho­wa­nia uspra­wie­dli­wie­nie i za­miast „ego­izm” mó­wi­my „za­rad­ność”, mu­si­my mieć świa­do­mość, że nie do te­go za­chę­ca nas Je­zus. Mi­łość chrze­ści­jań­ska to do­strze­ga­nie dru­gie­go czło­wie­ka i tro­ska o je­go spra­wy na rów­ni z na­szy­mi wła­sny­mi.

Świat, w któ­rym obec­nie ży­je­my, prze­ko­nu­je, że opła­ca się być spryt­nym, że kosz­tem dru­gie­go czło­wie­ka moż­na się wzbo­ga­cić, że ist­nie­je tzw. „zdro­wy ego­izm”, że po­trze­by in­nych są waż­ne, ale tyl­ko do te­go mo­men­tu, kie­dy nie ko­li­du­ją z mo­imi po­trze­ba­mi.

Mi­łość „zna­kiem roz­po­znaw­czym” chrze­ści­ja­ni­na

Je­zus w bar­dzo wie­lu miej­scach pod­kre­śla zna­cze­nie mi­ło­ści Bo­ga i bliź­nie­go, ale war­to uświa­do­mić so­bie, że wła­śnie mi­łość ma być ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną chrze­ści­ja­ni­na. Nie wy­star­czy in­te­li­gen­cja, pra­co­wi­tość, oczy­ta­nie, a na­wet po­boż­ność – tak na­praw­dę li­czy się wła­śnie mi­łość. Nie ma chrze­ści­jań­stwa bez mi­ło­ści:

Po tym wszy­scy po­zna­ją, że­ście ucznia­mi mo­imi, je­śli bę­dzie­cie się wza­jem­nie mi­ło­wa­liˮ (J 13, 35).

Mi­łość bez­wa­run­ko­wa

Mi­łość, ja­ką pro­po­nu­je nam Je­zus, nie za­wsze jest pro­sta, wy­sta­wia nas na trud­ne pró­by. Chrze­ści­ja­nin nie jest zo­bo­wią­za­ny je­dy­nie do mi­ło­ści osób przez sie­bie wy­bra­nych, nie­licz­nych, bli­skich ani na­wet so­bie obo­jęt­nych. Bóg wy­ma­ga od nas umi­ło­wa­nia swo­ich nie­przy­ja­ciół, mi­ło­ści wy­ba­cza­ją­cej i bez­wa­run­ko­wej:

Lecz po­wia­dam wam, któ­rzy słu­cha­cie: Mi­łuj­cie wa­szych nie­przy­ja­ciół; do­brze czyń­cie tym, któ­rzy was nie­na­wi­dzą; bło­go­sław­cie tym, któ­rzy was prze­kli­na­ją i mó­dl­cie się za tych, któ­rzy was oczer­nia­ją. (..) Po­nie­waż On jest do­bry dla nie­wdzięcz­nych i złych. Bądź­cie mi­ło­sier­ni, jak Oj­ciec wasz jest mi­ło­sier­nyˮ (Łk 6, 27–36).

Wzo­rem mi­ło­ści nie­przy­ja­ciół jest dla nas sam Je­zus Chry­stus, któ­ry wsta­wia się do Oj­ca za wła­sny­mi opraw­ca­mi, za ty­mi, któ­rzy ska­za­li go na po­hań­bie­nie i śmierć, mó­wiąc: „Prze­bacz im, bo nie wie­dzą, co czy­nią”.

Jak moż­na ko­chać ko­goś, kto krzyw­dzi, kto nie ma li­to­ści, kto okrut­nie za­bi­ja? To nie mie­ści się w gło­wie, nie idzie w pa­rze z tym, cze­go uczy nas świat. Tu jest od­wrot­nie – swo­ich wro­gów na­le­ży zwal­czać, nisz­czyć, po­ko­ny­wać, udo­wad­niać swo­ją wyż­szość nad ni­mi. To ta­kie bar­dzo ludz­kie, chcia­ło­by się po­wie­dzieć – na­tu­ral­ne. Nie mu­szę ko­chać ko­goś, kto nie­na­wi­dzi mnie, a z mi­ło­ści do ko­goś, kto mnie skrzyw­dził, je­stem zwol­nio­ny.

Mi­łość nie­przy­ja­ciół to jed­na z tych cech, któ­re wy­róż­nia­ją chrze­ści­jań­stwo spo­śród in­nych naj­więk­szych re­li­gii świa­ta – czy­ni je wy­zna­niem trud­nym, wy­ma­ga­ją­cym, ale i je­dy­nym praw­dzi­wym. Nie moż­na bo­wiem od­bie­rać czło­wie­ko­wi god­no­ści, na­wet gdy je­go za­cho­wa­nie jest okrut­ne. W dal­szym cią­gu jest uko­cha­nym dziec­kiem Bo­ga, a sko­ro tak, to i my zo­bo­wią­za­ni je­ste­śmy mi­ło­wać go ja­ko swo­je­go bliź­nie­go.

Na wzór mi­ło­ści Bo­ga

To wła­śnie nasz osta­tecz­ny cel – choć wy­da­je się to bar­dzo trud­ne, a mo­że na­wet nie­wy­ko­nal­ne, po­win­ni­śmy dą­żyć do ta­kiej mi­ło­ści, ja­ką ob­da­rzył nas sam Bóg. On uko­chał nas mi­ło­ścią praw­dzi­wą, peł­ną i cał­ko­wi­cie bez­wa­run­ko­wą. Mi­mo te­go, że prze­ciw­sta­wia­jąc się Je­go wo­li, zgrze­szy­li­śmy, On po­słał swo­je­go uko­cha­ne­go Sy­na na pew­ną śmierć, aby­śmy mo­gli żyć wiecz­nie.

W tym ob­ja­wi­ła się mi­łość Bo­ga ku nam, że ze­słał Sy­na swe­go Jed­no­ro­dzo­ne­go na świat, aby­śmy ży­cie mie­li dzię­ki Nie­mu. W tym prze­ja­wia się mi­łość, że nie my umi­ło­wa­li­śmy Bo­ga, ale że On sam nas umi­ło­wał i po­słał Sy­na swo­je­go ja­ko ofia­rę prze­bła­gal­ną za na­sze grze­chy. Umi­ło­wa­ni, je­śli Bóg tak nas umi­ło­wał, to i my win­ni­śmy się wza­jem­nie mi­ło­wa­ćˮ (1 J 4, 9–11).

W Je­zu­sie Chry­stu­sie mi­łość Bo­ga ob­ja­wia się naj­peł­niej. On do­bro­wol­nie przy­jął na sie­bie nie­słusz­ną ka­rę i od­dał się w rę­ce opraw­ców dla na­sze­go zba­wie­nia. Ma­jąc świa­do­mość tak wiel­kiej mi­ło­ści Bo­ga – mi­łuj­my sie­bie wza­jem­nie.

Je­dy­nym źró­dłem praw­dzi­wej mi­ło­ści – zdol­nej do umi­ło­wa­nia bliź­nie­go, a na­wet swe­go nie­przy­ja­cie­la, zdol­nej wy­ba­czać i za­po­mi­nać – jest sam Bóg, o czym za­świad­cza nam Je­zus:

Jak Mnie umi­ło­wał Oj­ciec, tak i Ja was umi­ło­wa­łem. Wy­trwaj­cie w mi­ło­ści mojej!ˮ (J 15, 9).

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Najwspanialsze odkrycie

Każ­dy czło­wiek pra­gnie mi­ło­ści, chce ko­chać i być ko­cha­nym. Nie­kie­dy ro­dzi się lęk, że nie do­zna­my mi­ło­ści, że nie bę­dzie­my jej umie­li dać. Tym­cza­sem Bóg ma „w za­na­drzu” nie­po­wta­rzal­ną nie­spo­dzian­kę. On za­wsze ko­cha, na­wet, je­śli te­go jesz­cze nie wi­dzi­my.

Stwór­ca

Czy da się do­świad­czyć mi­ło­ści Bo­ga? Trze­ba pa­mię­tać, że szu­ka­nie Bo­ga nie jest na­szym wspa­nia­ło­myśl­nym po­my­słem, ale to On chce dać się po­znać czło­wie­ko­wi. Wo­ła pro­rok: „Szu­kaj­cie Pa­na, gdy się po­zwa­la znaleźć!ˮ (Iz 55, 6). Bóg po­ma­ga nam, chce, aby­śmy roz­po­zna­li cel. Bóg da­je swo­je sło­wo i wie­le zna­ków, któ­re je­ste­śmy w sta­nie roz­po­znać.

Spró­buj­my do­strzec, ja­ki­mi „na­rzę­dzia­mi” dys­po­nu­je­my.

Pierw­szym jest in­tu­icja, któ­rą ma każ­dy z nas. In­tu­icja jest za­war­ta w cie­ka­wo­ści po­znaw­czej, pro­wa­dzi czę­sto do wie­lu od­kryć i wy­na­laz­ków. Jed­nak w spra­wach du­cho­wych nie ma przy­pad­ków, wszyst­kie zna­ki, dzię­ki któ­rym mo­że­my roz­po­znać Bo­ga, są Je­go da­rem. Ta­ka in­tu­icja, to pierw­szy sy­gnał, któ­ry pro­wa­dzi da­lej.

Za­chę­ce­ni przez in­tu­icję mo­że­my za­uwa­żyć świat stwo­rzo­ny przez Bo­ga. Każ­dy mo­że dojść do praw­dy, że jest Ktoś, kto jest pierw­szą przy­czy­ną wszyst­kie­go. Moż­na do te­go dojść, dys­po­nu­jąc je­dy­nie na­tu­ral­ny­mi zdol­no­ścia­mi po­znaw­czy­mi, wspie­ra­ny­mi ro­zu­mem.

foto_01-02_20-2014

Wi­dząc i po­dzi­wia­jąc świat, mo­że­my po­sta­wić py­ta­nie: skąd w ta­kim ra­zie mo­że­my do­wie­dzieć się wię­cej o Bo­gu Stwór­cy?

Zwy­kła sta­ty­sty­ka pod­su­wa nam książ­kę, któ­ra bi­je wszyst­kie re­kor­dy ilo­ści wy­da­nych eg­zem­pla­rzy – jest to oczy­wi­ście Pi­smo Świę­te. Tam po­zna­je­my na­ród wy­bra­ny, a w je­go hi­sto­rii wi­dać od­dzia­ły­wa­nie Ko­goś więk­sze­go od czło­wie­ka. Na­tchnio­ny au­tor wska­zu­je na Pa­na Bo­ga ja­ko na pierw­szą przy­czy­nę wszyst­kie­go. To oczy­wi­ście spo­sób pa­trze­nia, ale dzię­ki nie­mu mo­że­my do­ko­ny­wać dal­szych od­kryć. Gdy po­pro­si­my Du­cha Świę­te­go o po­trzeb­ną ła­skę, mo­że­my dzię­ki wie­rze dojść do sed­na – do te­go, że przez tę for­mę li­te­rac­ką Pan Bóg po­wo­li się od­sła­nia. „Gdy na­de­szła peł­nia cza­sów” Bóg po­słał na ten świat swo­je­go Sy­na. Je­zus Chry­stus, praw­dzi­wy Bóg i praw­dzi­wy czło­wiek, przy­no­si peł­nię ob­ja­wie­nia o Bo­gu.

Two­ja mi­ło­śćˮ

(pio­sen­ka M. Szcze­śnia­ka)

Je­steś bli­sko mnie,

a tę­sk­nię za Du­chem Twym.

Ko­cham kro­ki Twe

i wiem jak pu­kasz do drzwi.

Przy­cho­dzisz jak cie­pły wiatr.

Otwie­ram się i czu­ję znów, że:

Ref. Two­ja mi­łość jak cie­pły deszcz.

Two­ja mi­łość jak mo­rze gwiazd za dnia.

Two­ja mi­łość spra­wia, że

nie­skoń­cze­nie do­bry Świę­ty Duch

ogar­nia mnie.

Ko­cha­ją­cy Bóg

Bóg nas stwo­rzył i tak bar­dzo nas ko­cha, że chce, by­śmy Go zna­li i spę­dzi­li z Nim ca­łą wiecz­ność. Je­zus po­wie­dział: „Tak bo­wiem Bóg umi­ło­wał świat, że Sy­na swe­go Jed­no­ro­dzo­ne­go dał, aby każ­dy, kto w Nie­go wie­rzy, nie zgi­nął, ale miał ży­cie wiecz­ne (J 3, 16).

Aby móc do­strzec Je­go peł­ne do­bro­ci i mi­ło­ści dzia­ła­nie w świe­cie i w so­bie sa­mym, trze­ba ze­rwać ze złem, ro­ze­rwać kaj­da­ny grze­chu i od­po­wie­dzieć na tę mi­łość.

Dro­gą do przy­ję­cia tej praw­dy jest dzięk­czy­nie­nie, być mo­że na po­cząt­ku świa­do­mie so­bie na­rzu­ca­ne. Czę­sto dzię­ku­jąc, po­wo­li prze­mie­nia­my zdol­no­ści po­znaw­cze, spo­strze­gaw­czość. Pod­da­nie się Je­zu­so­we­mu pra­wu mi­ło­ści wle­wa w ser­ce po­kój i we­wnętrz­ną ra­dość.

Je­zus przy­szedł na świat po to, by każ­dy czło­wiek mógł zro­zu­mieć Bo­ga i po­znać Go oso­bi­ście. Tyl­ko Je­zus mo­że nadać ży­ciu zna­cze­nie i cel.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Garść dobrych rad, jak pokochać siebie

Je­śli chcesz doj­rza­le i od­po­wie­dzial­nie ko­chać in­nych, mu­sisz naj­pierw na­uczyć się ak­cep­to­wać i ko­chać sa­me­go sie­bie. Jak to zro­bić?

Nie je­steś bu­blem

Na jed­nym z ka­zań usły­sza­łam kie­dyś zda­nie: „Pan Bóg nie stwo­rzył bu­bli”. War­to więc zo­ba­czyć w so­bie oso­bę nie­po­wta­rzal­ną i nie­prze­cięt­ną. Tym­cza­sem każ­dy z nas ma ten­den­cję do we­wnętrz­nej kry­ty­ki: „To mo­ja wi­na”, „Je­stem do ni­cze­go”, „Je­stem bez­na­dziej­ny”, „Nie za­słu­gu­ję na to”... Ta­ki sto­su­nek do sa­me­go sie­bie nie ma nic wspól­ne­go z mi­ło­ścią. Cią­głe sa­mo­oskar­ża­nie się, ob­wi­nia­nie i sa­mo­kry­ty­ka przy­no­szą ból i po­wo­du­ją ni­skie po­czu­cie war­to­ści. Za­uważ­my swo­je za­le­ty, za­chwyć­my się swo­ją psy­chicz­ną, fi­zycz­ną i du­cho­wą kon­dy­cją. Prze­cież na ca­łym świe­cie nie ma dru­giej ta­kiej oso­by. Każ­dy z nas jest wy­jąt­ko­wy!

Bez prze­sa­dy

Wszy­scy ma­my swo­je sła­bo­ści. Trze­ba jed­nak na­uczyć się ko­chać sa­me­go sie­bie po­mi­mo bra­ków i nie­do­cią­gnięć. Rób to, co umiesz naj­le­piej, w czym je­steś do­bry. Pew­nych rze­czy nie je­ste­śmy w sta­nie zmie­nić, na przy­kład in­te­li­gen­cji, zdol­no­ści, tem­pe­ra­men­tu. Nie po­pa­daj więc w ob­se­sję wal­ki z wro­dzo­ny­mi ogra­ni­cze­nia­mi i nie za­drę­czaj się z te­go po­wo­du. War­to na­to­miast sku­pić się na tym, co mo­że­my po­pra­wić. Je­śli się spóź­niasz, je­steś ba­ła­ga­nia­rą lub le­niem – po­sta­raj się nad tym pra­co­wać.

foto_01-01_20-2014

Nie miej ża­lu

Cią­głe po­czu­cie krzyw­dy, ża­lu i nie­chę­ci w sto­sun­ku do in­nych osób od­bi­ja się ne­ga­tyw­nie na nas sa­mych. Dla­te­go za­miast roz­pa­mię­ty­wać zda­rze­nia z prze­szło­ści: czy­jąś nie­spra­wie­dli­wą oce­nę, przy­kre sło­wo czy brak dzia­ła­nia – sta­raj się żyć tu i te­raz. Ta­kie ka­to­wa­nie się my­śla­mi do ni­cze­go do­bre­go nie pro­wa­dzi. Po­że­gnaj się więc z prze­szło­ścią i nie roz­dra­puj ran. Za­cznij żyć te­raź­niej­szo­ścią, a bę­dzie ci ła­twiej. Wy­ba­cze­nie nie jest pro­stą spra­wą. Ale na pew­no war­to.

Po­dej­muj de­cy­zje

W po­ema­cie pt. „De­si­de­ra­taˮ na­pi­sa­nym przez Ma­xa Ehr­man­na, za­wie­ra­ją­cym wska­zów­ki na te­mat do­bre­go ży­cia, czy­ta­my: „Po­rów­nu­jąc się z in­ny­mi, mo­żesz stać się próż­ny i zgorzk­nia­ły, za­wsze bo­wiem znaj­dziesz lep­szych i gor­szych od sie­bie”. Dla­te­go za­cznij de­cy­do­wać sam o so­bie i prze­stań ob­wi­niać in­nych za swo­je nie­po­wo­dze­nia. Każ­dy z nas ma bo­wiem do prze­ży­cia swo­je ży­cie. Ten, kto ko­cha sie­bie, bie­rze od­po­wie­dzial­ność za swo­je ży­cie, ma od­wa­gę kro­czyć wła­sną dro­gą. War­to po­słu­chać rad in­nych lu­dzi, ale de­cy­zje trze­ba po­dej­mo­wać sa­mo­dziel­nie.

Masz ta­lent

Ko­chasz sa­me­go sie­bie, je­że­li li­czysz na Pa­na Bo­ga i sa­kra­men­ty świę­te, dzię­ki któ­rym mo­żesz się oczy­ścić. Wte­dy czu­jesz, że Bóg jest mi­ło­sier­dziem i ni­gdy cię nie za­wie­dzie. Po­nie­waż w oczach Bo­ga je­steś je­dy­ny i nie­po­wta­rzal­ny, masz pra­wo sie­bie chwa­lić i być dum­ny ze swo­ich ta­len­tów i po­zy­tyw­nych cech. To nie py­cha, tyl­ko zdro­wa i nor­mal­na re­ak­cja czło­wie­ka, któ­ry da­rzy sie­bie sza­cun­kiem i zna swo­ją war­tość. Za­pi­suj swo­je osią­gnię­cia i na­gra­dzaj się za każ­dą rzecz, któ­rą uda ci się zre­ali­zo­wać. War­to w tym ce­lu za­ło­żyć dzien­nik lub pa­mięt­nik, w któ­rym mo­żesz no­to­wać swo­je do­ko­na­nia i osią­gnię­cia.

Sza­cu­nek – sło­wo klucz

Pa­mię­taj, że zdro­wa mi­łość do sa­me­go sie­bie ma być pierw­szym kro­kiem do praw­dzi­we­go i szcze­re­go ko­cha­nia in­nych lu­dzi. Sza­cu­nek wo­bec in­nych jest od­zwier­cie­dle­niem na­sze­go wnę­trza. Je­śli ko­cha­my sie­bie, to tę mi­łość ofia­ru­je­my też in­nym lu­dziom. Je­śli w na­szych umy­słach i ser­cach stwo­rzy­my spo­kój i mi­łość, to znaj­dzie­my je tak­że w na­szym ży­ciu. Pa­mię­taj­my, że to, co da­je­my so­bie, da­je­my też in­nym, a co to da­je­my in­nym, wra­ca do nas.

 

Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz

 

Rodzina musi karmić się słowem Bożym

Czy­ta­ne dzi­siaj sło­wo Bo­że przed­sta­wia ob­raz win­ni­cy ja­ko sym­bo­lu lu­du, któ­ry wy­brał so­bie Pan. Po­dob­nie jak win­ni­ca lud wy­ma­ga wie­le tro­ski, wy­ma­ga mi­ło­ści cier­pli­wej i wier­nej. Tak to Bóg czy­ni z na­mi i tak też ma­my czy­nić my, pa­ste­rze. Rów­nież za­trosz­cze­nie się o ro­dzi­nę jest spo­so­bem pra­cy w Win­ni­cy Pań­skiej, aby wy­da­ła owo­ce Kró­le­stwa Bo­że­go (zob. Mt 21, 33–43).Aby jed­nak ro­dzi­na mo­gła się do­brze roz­wi­jać, z uf­no­ścią i na­dzie­ją, mu­si kar­mić się sło­wem Bo­żym. Dla­te­go do­brze się zło­ży­ło, że wła­śnie dzi­siaj na­si bra­cia pau­li­ści ze­chcie­li roz­da­wać Bi­blię tu­taj, na pla­cu i w wie­lu in­nych miej­scach. Dzię­ku­je­my na­szym bra­ciom pau­li­stom! Czy­nią to z oka­zji set­nej rocz­ni­cy swe­go za­ło­że­nia przez bło­go­sła­wio­ne­go Ja­ku­ba Al­be­rio­ne – wiel­kie­go apo­sto­ła środ­ków prze­ka­zu. Tak więc dzi­siaj, gdy roz­po­czy­na się Sy­nod o ro­dzi­nie, przy po­mo­cy pau­li­stów mo­że­my po­wie­dzieć: Bi­blia w każ­dej ro­dzi­nie! „Ależ, Oj­cze, my już ma­my ich dwie, trzy...”. Ale gdzie je ukry­li­ście? Bi­blia jest nie po to, aby ją umie­ścić na pół­ce, ale że­by mieć ją obok, pod rę­ką, aby czy­tać ją czę­sto, co­dzien­nie, za­rów­no in­dy­wi­du­al­nie, jak i wspól­nie, mąż z żo­ną, ro­dzi­ce z dzieć­mi, mo­że wie­czo­rem, a zwłasz­cza w nie­dzie­lę. W ten spo­sób ro­dzi­na wzra­sta, piel­grzy­mu­je ze świa­tłem i mo­cą Sło­wa Bo­że­go!”.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 5.10.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Pew­nie za­sad­ne bę­dzie py­ta­nie, czy war­to wciąż od no­wa pi­sać o mi­ło­ści, sko­ro na jej te­mat po­wie­dzia­no już wszyst­ko (a przy­naj­mniej tak się wy­da­je). War­to, bo mi­łość za­wsze po­tra­fi za­sko­czyć, na­wet tych, któ­rzy są pew­ni, że o niej wie­le wie­dzą, a tym bar­dziej „po­cząt­ku­ją­cych”. Za­wsze, gdy mó­wię o mi­ło­ści, po­ja­wia­ją się za­dzi­wie­ni: jed­ni dzi­wią się, że mi­łość jest de­cy­zją, a nie uczu­ciem (choć za­wsze uczu­cia jej to­wa­rzy­szą, czę­sto ne­ga­tyw­ne), in­ni ma­ją mi­ny jak znak za­py­ta­nia, gdy sły­szą, że mi­łość jest da­rem i za­da­niem czło­wie­ka jest go roz­po­znać i przy­jąć, jesz­cze in­ni dzi­wią się, gdy sły­szą, że mi­łość jest nie­skoń­czo­na, że ni­gdy w ży­ciu ziem­skim nie osią­gnie­my szczy­tu, że za­wsze moż­na wzra­stać w mi­ło­ści.

Kto naj­wię­cej wie o mi­ło­ści? Ktoś, o kim na­pi­sa­no, że JEST MIŁOŚCIĄ – te sło­wa znaj­du­je­my w Pi­śmie Świę­tym – 1J 4, 8b. Mi­łość znaj­du­je­my po­mię­dzy da­ra­mi Du­cha Świę­te­go (Ga 5, 22), do niej wzy­wa Je­zus, gdy mó­wi o mi­ło­ści Bo­ga do czło­wie­ka i pro­si o na­śla­do­wa­nie tej po­sta­wy.

Pa­trząc na lu­dzi doj­rza­łych, wi­dzi­my, że szczę­śli­wi są tyl­ko ci, któ­rzy przy­ję­li mi­łość i wcie­li­li w swo­je ży­cie: mi­łość, dzię­ki któ­rej nie na­rze­ka­ją, są wdzięcz­ni Bo­gu i lu­dziom, dzie­lą się swym ser­cem i cza­sem, umie­ją wy­słu­chać, sta­ra­ją się każ­de­go zro­zu­mieć, a jed­no­cze­śnie są wy­ma­ga­ją­cy wo­bec sie­bie i in­nych, bo bez sta­wia­nia po­przecz­ki nie umie­my wzra­stać, czy­li być co­raz bli­żej Pa­na Bo­ga.

Umoc­nie­ni przy­kła­dem do­świad­czo­nych chce­my wzy­wać mło­dych, by uczy­li się mi­ło­ści. To pro­ces po­le­ga­ją­cy na wsłu­chi­wa­niu się w sło­wo Bo­że, na wpa­try­wa­niu się w ży­cie lu­dzi wspa­nia­łych, przede wszyst­kim świę­tych, któ­rych Ko­ściół sta­wia ja­ko wzór. Chce­my wo­łać sło­wa­mi św. Ja­na Paw­ła II: „Mu­si­cie od sie­bie wy­ma­gać, na­wet gdy­by in­ni od Was nie wy­ma­ga­li” (ho­mi­lia z Gdań­ska z 1987 ro­ku). Z wie­lu roz­mów, ja­kie prze­pro­wa­dzi­łem z mło­dy­mi, wiem, że trze­ba się na­uczyć cie­szyć każ­dym „uda­nym sko­kiem” po­nad po­sta­wio­ną so­bie po­przecz­ką, trze­ba mieć po­ko­rę, by cza­sem tę po­przecz­kę nie­co ob­ni­żyć, a nie­kie­dy – gdy ro­ze­zna­my ro­sną­ce moż­li­wo­ści i więk­szą ener­gię – mieć od­wa­gę, aby ją pod­nieść. To na­pi­sa­łem w imie­niu wszyst­kich, któ­rzy pra­gną Wa­sze­go szczę­ścia, bo – uwierz­cie – więk­szość chce, aby­ście umie­li ko­chać i mieć w ser­cach co­raz wię­cej po­ko­ju i ra­do­ści, któ­rej nie znisz­czy ża­den smu­tek.

Wzra­sta­jąc w mi­ło­ści, sta­je­cie się źró­dłem na­szej ra­do­ści.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Czło­wiek ży­je po to, aby ko­chać. Je­śli nie ko­cha – to nie ży­je. Aby mi­łość trwa­ła przez ca­łe ży­cie, trze­ba ją pie­lę­gno­wać sta­ran­nie jak ogród. Nie­doj­rza­ła mi­łość mó­wi: „Ko­cham cię, po­nie­waż cię po­trze­bu­jęˮ. Doj­rza­ła mi­łość mó­wi: „Po­trze­bu­ję cię, po­nie­waż cię ko­cha­mˮ. Praw­dzi­wa mi­łość czy­ni obie oso­by za­wsze lep­szy­mi. Czło­wiek prze­cięt­ny sta­je się wy­jąt­ko­wy, gdy po­ko­cha i sam bę­dzie ko­cha­ny.