Czerwony jak cegła

Cią­gle się czer­wie­nię. Z by­le po­wo­du. Na ca­łej twa­rzy i szyi ro­bię się pur­pu­ro­wa jak bu­rak. Źle się z tym czu­ję, bo nie dość, że je­stem nie­śmia­ła, to gdy za­mie­niam się w te­go bu­ra­ka, wszy­scy zwra­ca­ją na mnie do­dat­ko­wą uwa­gę. Ech…”.

Skąd się to bie­rze?

Przy­czy­ny po­ja­wia­nia się na na­szej twa­rzy ru­mień­ca są róż­ne. Mo­że go spo­wo­do­wać ni­ska tem­pe­ra­tu­ra, wy­pi­cie al­ko­ho­lu, słoń­ce, pi­kant­ne przy­pra­wy, nad­mier­na su­chość lub wil­got­ność po­wie­trza, ko­sme­ty­ki, sau­na, wy­si­łek fi­zycz­ny, le­ki roz­sze­rza­ją­ce na­czy­nia al­bo ob­ni­ża­ją­ce po­ziom cho­le­ste­ro­lu. Skó­ra wte­dy pa­li, pie­cze, swę­dzi. Za­czer­wie­nie­nie mo­że się po­ja­wić tak­że pod wpły­wem stre­su – kie­dy ma­my spraw­dzian, wy­stą­pie­nie na fo­rum kla­sy al­bo spo­tka­nie z waż­ną, ce­nio­ną przez nas oso­bą. To do­bry przy­kład na po­ka­za­nie, że na­sze cia­ło i psy­chi­ka to jed­no – to, co dzie­je się w środ­ku, do­sko­na­le wi­dać na ze­wnątrz. Mo­że nie by­ło­by z tym żad­ne­go kło­po­tu, gdy­by nie to, że ru­mie­ni­my się za­zwy­czaj wte­dy, kie­dy te­go nie chce­my.

foto_01-03_17-2014

Po pro­stu doj­rze­wam

Skłon­ność do czer­wie­nie­nia się w sy­tu­acjach stre­so­wych po­ja­wia się zwy­kle w okre­sie doj­rze­wa­nia i zwy­kle mi­ja po je­go za­koń­cze­niu. Kie­dy tak się nie dzie­je, do­brze jest po­roz­ma­wiać o swym pro­ble­mie z psy­cho­lo­giem, gdyż trud­no roz­wią­zać go sa­me­mu. Czer­wie­nie się nas za­wsty­dza, więc się go oba­wia­my (to tzw. ery­tro­fo­bia). Gdy się go oba­wia­my i sta­le o tym my­śli­my, zwięk­sza­my praw­do­po­do­bień­stwo, że la­da mo­ment sta­nie­my się pą­so­wi jak ró­ża. To sa­mo­na­pę­dza­ją­ca się ma­chi­na.

Przy­czy­ny po­ja­wia­nia się ru­mień­ców na tle psy­chicz­nym są prze­róż­ne. Mo­gą być one ozna­ką bar­dzo du­żej nie­śmia­ło­ści czy ni­skiej sa­mo­oce­ny. Czer­wie­nie­nie się by­wa ob­ja­wem fo­bii spo­łecz­nej, czy­li lę­ku zwią­za­ne­go z tym, że czu­je­my się oce­nia­ni. Idzie w pa­rze z nad­mier­ną po­tli­wo­ścią, uczu­ciem dusz­no­ści, drże­niem rąk, ko­ła­ta­niem ser­ca.

Czy wiesz, że…

Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że czer­wie­nie się na twa­rzy to spa­dek po na­szych daw­nych przod­kach, któ­rzy mu­sie­li wal­czyć w pusz­czy z in­ny­mi ple­mio­na­mi i po­lo­wać na dzi­kie zwie­rzę­ta. Gdy w sy­tu­acji za­gro­że­nia ob­le­wa­li się ru­mień­cem, miał to być sy­gnał dla prze­ciw­ni­ka, ta­kie „czer­wo­ne świa­tło” – uwa­żaj, je­stem groź­ny, nie za­dzie­raj ze mną.

A mo­że po­czą­tek trą­dzi­ku?

By­wa i tak, że ru­mie­niec na twa­rzy utrzy­mu­je się przez dłuż­szy czas, zmie­nia się je­dy­nie je­go in­ten­syw­ność. To sy­gnał, któ­re­go nie po­win­ni­śmy ba­ga­te­li­zo­wać, gdyż te­go ty­pu „ozdo­by” mo­gą być „wstę­pem” do trą­dzi­ku ró­żo­wa­te­go. Co to ta­kie­go? To prze­wle­kła, za­pal­na cho­ro­ba skó­ry twa­rzy, któ­rej to­wa­rzy­szą po­sze­rzo­ne na­czy­nia krwio­no­śne. Nie­le­czo­ny trą­dzik przy­bie­ra po­stać bo­le­snych gru­dek i krost.

Pie­lę­gna­cja skó­ry z trą­dzi­kiem ró­żo­wa­tym nie jest ła­twa. Na­le­ży uni­kać pro­mie­ni sło­necz­nych, nie wspo­mi­na­jąc o so­la­rium. Trze­ba sta­ran­nie wy­bie­rać ko­sme­ty­ki – naj­le­piej na­tu­ral­ne, bez sub­stan­cji za­pa­cho­wych i barw­ni­ków. Do zmy­wa­nia twa­rzy do­bre są pły­ny mi­ce­lar­ne al­bo wo­da ter­mal­na. Jed­nak na­wet naj­lep­sza pie­lę­gna­cja nie zwal­nia z ko­niecz­no­ści wy­bra­nia się w tej sy­tu­acji do der­ma­to­lo­ga.

 

Mag­da­le­na Gu­ziak-No­wak

 

Pozytywna strona stresu

Stres jest po­dob­no nie­unik­nio­nym ele­men­tem ży­cia, na­tu­ral­ną re­ak­cją or­ga­ni­zmu. Sko­ro tak, to po co ist­nie­je?

Przy­spie­szo­ne bi­cia ser­ca, płyt­ki od­dech, po­ce­nie się... Po co nam re­ak­cja stre­so­wa np. utrud­nia­ją­ca od­po­wiedź pod­czas eg­za­mi­nu? A prze­dłu­ża­ją­cy się stres w pra­cy, nisz­czą­cy zdro­wie, spro­wa­dza­ją­cy ner­wi­cę? Wy­da­je się, że to zja­wi­sko jed­no­znacz­nie ne­ga­tyw­ne.

Tym­cza­sem stres to nie za­wsze do­dat­ko­wa kło­da pod no­gi. Ist­nie­ją tak­że je­go po­zy­tyw­ne skut­ki, po­ja­wia­ją­ce się w przy­pad­ku krót­ko­trwa­łe­go stre­su, któ­ry uwal­nia ad­re­na­li­nę. Tzw. „dresz­czyk emo­cji” po­wo­du­je mo­bi­li­za­cję or­ga­ni­zmu w chwi­li pró­by i po­ma­ga w osią­gnię­ciu ce­lu.

foto_01-02_17-2014

Stres opa­no­wa­ny i wy­ko­rzy­sta­ny

W du­żej mie­rze to spra­wa in­dy­wi­du­al­na: nie­któ­rzy pod na­pię­ciem nie po­tra­fią dzia­łać, a na­wet naj­mniej­szy stres ich pa­ra­li­żu­je. To za­le­ży od cha­rak­te­ru czło­wie­ka. Nie ozna­cza to jed­nak, że spra­wa mo­że być z gó­ry prze­gra­na. Uczy­my się przez ca­łe ży­cie, jak opa­no­wać ogar­nia­ją­cy nas stres, jak mu prze­ciw­dzia­łać. W koń­cu więk­szość ak­to­rów przy­zna­je się, że przed wy­stę­pem za­wsze od­czu­wa tre­mę – mi­mo to osią­ga­ją do­sko­na­łe wy­ni­ki.

W sy­tu­acji na­pię­cia war­to zwró­cić się w mo­dli­twie do Bo­ga. Rów­nież na­uka wska­zu­je na zba­wien­ny wpływ me­dy­ta­cji, po­strze­ga­jąc ją wpraw­dzie – błęd­nie – tyl­ko ja­ko tech­ni­kę re­lak­sa­cyj­ną. Dla oso­by wie­rzą­cej po­win­no być oczy­wi­ste, że wa­run­kiem rów­no­wa­gi w ży­ciu jest pod­trzy­my­wa­na re­la­cja z Bo­giem.

Co za du­żo, to nie­zdro­wo

Hans Se­lye, en­do­kry­no­log, któ­ry wpro­wa­dził po­ję­cie stre­su do bio­lo­gii, po wie­lu la­tach ba­dań od­róż­nił stres kon­struk­tyw­ny od de­struk­cyj­ne­go. Pierw­szy, okre­śla­ny mia­nem eu­stre­su, mo­że wzmac­niać funk­cje fi­zycz­ne i psy­chicz­ne. Dru­gi, zwa­ny dys­tre­sem, utrzy­mu­je się zbyt dłu­go, by moż­na by­ło so­bie z nim po­ra­dzić al­bo go za­adap­to­wać, dla­te­go po­wo­du­je ne­ga­tyw­ne kon­se­kwen­cje dla zdro­wia, w tym groź­ne cho­ro­by.

Oka­zu­je się więc, że to ra­czej od na­szej re­ak­cji na stres za­le­ży, czy od­czu­je­my je­go ne­ga­tyw­ne kon­se­kwen­cje. Moż­na go po­trak­to­wać ja­ko dzwo­nek alar­mo­wy, któ­ry wy­ma­ga od nas chwi­lo­wej mo­bi­li­za­cji, al­bo jak sy­re­ny ostrze­gaw­cze, któ­re do­ra­dza­ją ewa­ku­ację. Je­śli pro­wa­dzi­my szko­dli­wy tryb ży­cia, to mo­że być ostat­nia szan­sa, aby go zmie­nić jesz­cze bez kon­se­kwen­cji zdro­wot­nych.

Mo­ty­wa­cja do dzia­ła­nia

Kie­dy uzna­je­my, że nad źró­dłem na­pię­cia da się za­pa­no­wać, jest więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że rze­czy­wi­ście nad nim za­pa­nu­je­my. I nie jest to wca­le psy­cho­lo­gicz­ny beł­kot o „po­zy­tyw­nym my­śle­niu, któ­re wszyst­ko mo­że zmie­nić”. Mo­żesz za­wal­czyć o zdy­stan­so­wa­ne po­dej­ście. Wów­czas ujaw­nia­ją się po­zy­tyw­ne ce­chy stre­su, któ­ry sta­je się bodź­cem do dzia­ła­nia, mo­bi­li­zu­je or­ga­nizm do wy­sił­ku, a w na­stęp­stwie umoż­li­wia re­ali­za­cję am­bit­ne­go ce­lu i oso­bi­sty roz­wój.

Do­świad­cze­nie ży­cio­we uczy, że stres to­wa­rzy­szy wszyst­kim po­waż­nym zmia­nom w ży­ciu. Kie­dy do­świad­czy­my ja­kiejś po­raż­ki, wszyst­ko po­strze­ga­my w czar­nych bar­wach. Z pew­no­ścią nie za­szko­dzi spoj­rzeć z na­dzie­ją na każ­dą, na­wet naj­trud­niej­szą sy­tu­ację ży­cio­wą. Tym bar­dziej, że dla chrze­ści­ja­ni­na nie ma po­ło­że­nia bez wyj­ścia. Na do­da­tek, po­dą­ża­jąc za Chry­stu­sem, uczy­my się prze­ku­wać każ­de do­świad­cze­nie w ko­rzyść, bo rów­nież te naj­cięż­sze mo­że­my Mu prze­cież ofia­ro­wać.

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Sposób na stres

Stres to nie­unik­nio­ny ele­ment na­sze­go ży­cia. W sy­tu­acji za­gro­że­nia po­bu­dza cia­ło i zmy­sły, na­prę­ża mię­śnie i mo­bi­li­zu­je do wal­ki lub do uciecz­ki. Jed­nak w nad­mia­rze szko­dzi. Oto kil­ka sku­tecz­nych spo­so­bów na to, aby prze­jąć wła­dzę nad stre­sem, od­prę­żyć się, zre­lak­so­wać i na­brać sił.

Uśmiech jest do­bry na wszyst­ko

Śmiech to je­den naj­prost­szych i naj­bar­dziej sku­tecz­nych spo­so­bów na ra­dze­nie so­bie ze stre­sem. War­to więc jak naj­czę­ściej się śmiać, aby stać się bar­dziej od­por­nym na stres. Śmiech, na­wet sztucz­ny i wy­mu­szo­ny, wy­wo­łu­je w or­ga­ni­zmie czło­wie­ka re­ak­cje fi­zjo­lo­gicz­ne ogra­ni­cza­ją­ce ne­ga­tyw­ne skut­ki stre­su. Oglą­daj więc ko­me­die, ka­ba­re­ty i czy­taj dow­ci­py, przy­po­mi­naj so­bie za­baw­ne sy­tu­acje, któ­rych do­świad­czy­łeś lub by­łeś świad­kiem. Sam stres też moż­na ośmie­szać. Jed­nym ze spo­so­bów od­twa­rza­nie sy­tu­acji stre­so­wej jak fil­mu, któ­rym się ba­wisz: mo­żesz do­ry­so­wać twa­rzom za­baw­ne wą­sy, zmie­nić wy­gląd po­sta­ci, pod­ło­żyć głos z ulu­bio­nej kre­sków­ki. Wszyst­ko to spo­wo­du­je, że sy­tu­acja stre­so­wa wy­wo­ła u cie­bie uśmiech. Gdy na­stęp­nym ra­zem po­my­ślisz o tej sy­tu­acji, za­re­agu­jesz śmie­chem.

foto_01-01_17-2014

Od­dy­chaj spo­koj­nie

Re­laks to je­den z naj­po­pu­lar­niej­szych i naj­ła­twiej­szych spo­so­bów na roz­luź­nie­nie i wy­eli­mi­no­wa­nie stre­su. Pra­ca z od­de­chem po­zwa­la uspo­ko­ić na­sze emo­cje, jest ide­al­nym spo­so­bem ko­or­dy­na­cji ca­łe­go cia­ła. Wy­star­czy sku­pić się na swo­im od­de­chu i świa­do­mie pra­co­wać prze­po­ną. Moż­na też do­dat­ko­wo wy­obra­żać so­bie ja­kieś mi­łe, spo­koj­ne miej­sce: las o po­ran­ku wy­peł­nio­ny śpie­wem pta­ków, pla­żę o za­cho­dzie słoń­ca lub wi­dok ma­je­sta­tycz­nych gór z ośnie­żo­ny­mi szczy­ta­mi. Kie­dy kon­cen­tru­je­my ca­łą swo­ją uwa­gę na od­de­chu, au­to­ma­tycz­nie wcho­dzi­my w stan re­lak­su i od­prę­że­nia. Umysł stop­nio­wo wy­ci­sza się. Ta­ki spo­sób me­dy­ta­cji prak­ty­ko­wa­ny re­gu­lar­nie spo­wo­du­je wzrost ener­gii i sił wi­tal­nych.

Ru­szaj po re­laks

Ruch to naj­prost­szy spo­sób po­zby­cia się stre­su, w do­dat­ku bar­dzo po­trzeb­ny na­szym mię­śniom i umy­sło­wi. Jest do­bry w każ­dej po­sta­ci: jog­ging, gim­na­sty­ka, ta­niec, pły­wa­nie. Ruch po­nad­to po­ma­ga za­cho­wać zgrab­ną syl­wet­kę, mieć wię­cej ener­gii i wyż­szą od­por­ność na in­fek­cje. Ni­gdy nie jest za póź­no, by za­cząć ćwi­czyć. Trze­ba tyl­ko wy­brać dys­cy­pli­nę spor­tu i do­sto­so­wać ją do wła­snych moż­li­wo­ści i spraw­no­ści fi­zycz­nej. By­wa trud­no. Naj­trud­niej wy­trwać w pierw­szym okre­sie (2–3 ty­go­dnie), kie­dy cia­ło jesz­cze nie na­by­ło od­po­wied­niej spraw­no­ści. Po­tem pój­dzie z gór­ki. Naj­waż­niej­sze, by za­cząć i nie znie­chę­cić się. Ruch jest naj­wspa­nial­szym le­kar­stwem, zwłasz­cza wte­dy, gdy jest re­gu­lar­ny.

Wy­obraź so­bie, że...

Wi­zu­ali­za­cja to, mó­wiąc naj­pro­ściej, umie­jęt­ność two­rze­nia ob­ra­zów w gło­wie. Do­bra wi­zu­ali­za­cja po­tra­fi cał­ko­wi­cie zmie­nić nasz stan emo­cjo­nal­ny, bo ob­ra­zy ma­ją na nas bez­po­śred­ni wpływ. Tech­ni­ki wi­zu­ali­za­cyj­ne ma­ją na ce­lu przede wszyst­kim psy­chicz­ne od­cię­cie się od sy­tu­acji, któ­ra po­wo­du­je stres. Cho­dzi o to, aby w ta­kim nie­przy­jem­nym mo­men­cie wy­obra­zić so­bie, że ktoś np. otu­la cię mięk­kim, cie­płym ko­cem al­bo trzy­ma przed to­bą ogrom­ną, twar­dą tar­czę chro­nią­cą przed zły­mi wpły­wa­mi z ze­wnątrz lub za­my­ka cię w prze­zro­czy­stej bań­ce my­dla­nej, któ­ra sku­tecz­nie od­gra­dza cię od te­go, co stre­su­ją­ce. Moż­na rów­nież wy­obra­zić so­bie sie­bie w ja­kimś ulu­bio­nym, spo­koj­nym miej­scu. W wy­obraź­ni mo­żesz zo­ba­czyć, usły­szeć i po­czuć to, co cię ota­cza – dźwię­ki, za­pa­chy, wi­do­ki. Mo­żesz wra­cać do te­go miej­sca tak czę­sto, jak tyl­ko chcesz – im czę­ściej bę­dziesz wy­obra­żał so­bie swo­ją oa­zę, tym ła­twiej i głę­biej bę­dziesz się re­lak­so­wał, a dzię­ki te­mu w peł­ni od­po­czy­wał.

Mu­zy­ka tak­że le­czy

Re­lak­sa­cyj­na mu­zy­ka, np. fil­mo­wa lub kla­sycz­na po­zwa­la na wy­ci­sze­nie emo­cji i spoj­rze­nie na nie z dy­stan­sem, da­je uczu­cie ulgi i lek­ko­ści. Po­dob­nie dzia­ła tzw. aro­ma­te­ra­pia, czy­li re­lak­sa­cja za­pa­chem. Wy­so­ka sku­tecz­ność te­go ty­pu te­ra­pii zwią­za­na jest z fak­tem, iż zmysł po­wo­nie­nia ma ści­sły zwią­zek z tą czę­ścią na­sze­go mó­zgu, któ­ra od­po­wia­da za emo­cje. Przy­dat­ne są tu­taj za­pa­cho­we świe­ce, ka­dzi­deł­ka al­bo olej­ki ete­rycz­ne. Dzię­ki ta­kie­mu re­lak­so­wi mo­żesz prze­jąć kon­tro­lę nad stre­sem, sku­tecz­nie go zre­du­ko­wać, wy­ci­szyć nie­po­trzeb­ne oba­wy i lę­ki.

An­ty­stre­so­wo dzia­ła rów­nież kon­takt z na­tu­rą. Idź na spa­cer, po­od­dy­chaj świe­żym po­wie­trzem, wsłu­chaj się w gło­sy przy­ro­dy. W ten spo­sób po­pra­wisz so­bie na­strój, zre­du­ku­jesz złość i agre­sję. W chwi­lach stre­su zrób coś, co spra­wia ci przy­jem­ność: wyjdź z psem, po­słu­chaj ulu­bio­nej mu­zy­ki, prze­czy­taj cie­ka­wą książ­kę lub ar­ty­kuł, przy­go­tuj so­bie od­prę­ża­ją­cą ką­piel – moż­li­wo­ści jest wie­le. War­to rów­nież za­dbać o sen. To naj­więk­szy so­jusz­nik w wal­ce ze stre­sem – zwięk­sza pro­duk­tyw­ność, pod­wyż­sza kon­cen­tra­cję, po­pra­wia na­strój, a do­dat­ko­wo wzmac­nia sys­tem od­por­no­ścio­wy.

Nie daj się!

Zbyt wie­le rze­czy do zro­bie­nia, nad­miar obo­wiąz­ków i spraw do za­ła­twie­nia zwięk­sza po­ziom stre­su. Dla­te­go sta­wiaj so­bie re­ali­stycz­ne ce­le, ustal, co chciał­byś osią­gnąć i w ja­kim cza­sie, spo­rządź kon­kret­ny plan dzia­ła­nia, ale bądź przy tym wy­ro­zu­mia­ły dla sie­bie, znajdź czas za­rów­no na obo­wiąz­ki, jak i na roz­ryw­kę. Spisz rze­czy, któ­re mu­sisz za­ła­twić – za­sta­nów się, co trze­ba zro­bić w pierw­szej ko­lej­no­ści, a co mo­że jesz­cze za­cze­kać. I, co nie­mniej waż­ne, za­ak­cep­tuj fakt, że nie mo­żesz być we wszyst­kim naj­lep­szy. Bądź dla sie­bie wy­ro­zu­mia­ły i świę­tuj na­wet te naj­mniej­sze suk­ce­sy.

Nie od dziś wia­do­mo, że nad­miar stre­su jest szko­dli­wy, a je­go prze­dłu­żo­ne dzia­ła­nie mo­że mieć dla nas ne­ga­tyw­ne skut­ki. Dla­te­go weź spra­wy w swo­je rę­ce i nie po­zwól, aby stres zdo­mi­no­wał two­je ży­cie.

 

Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz

 

Wypłyń na głębię

Rze­czy­wi­ście szu­ka­cie Je­zu­sa, kie­dy ma­rzy­cie o szczę­ściu. To On na was cze­ka, gdy nic z te­go, co znaj­du­je­cie, nie za­do­wa­la was. To On jest pięk­nem, któ­re tak was po­cią­ga. To On wzbu­dza w was pra­gnie­nie ra­dy­kal­no­ści, któ­re nie po­zwa­la wam iść na kom­pro­mi­sy. To On po­bu­dza was do zrzu­ca­nia ma­sek, któ­re czy­nią ży­cie fał­szy­wym. To On czy­ta wam w ser­cach de­cy­zje naj­bar­dziej au­ten­tycz­ne, któ­re in­ne chcie­li­by przy­tłu­mić. To Je­zus wzbu­dza w was pra­gnie­nie, by­ście uczy­ni­li ze swo­je­go ży­cia coś wiel­kie­go. Bu­dzi w was wo­lę pój­ścia za ide­ałem. Skła­nia do te­go, by­ście nie da­li się po­chło­nąć prze­cięt­no­ści. Wzbu­dza od­wa­gę po­kor­ne­go i wy­trwa­łe­go za­an­ga­żo­wa­nia, by ulep­szać sa­mych sie­bie i spo­łe­czeń­stwo, czy­niąc je bar­dziej ludz­kim i bra­ter­skim”. Tor Ver­ga­ta, 2000 r.

Świat, któ­ry otrzy­mu­je­cie w dzie­dzic­twie, jest świa­tem, któ­ry roz­pacz­li­wie po­trze­bu­je no­we­go sen­su bra­ter­stwa oraz ludz­kiej so­li­dar­no­ści. Jest to świat, któ­ry po­trze­bu­je uzdro­wie­nia po­przez do­tyk pięk­nem i bo­gac­twem Bo­żej mi­ło­ści. Ten świat po­trze­bu­je świad­ków ta­kiej mi­ło­ści. Po­trze­bu­je Was – aby­ście by­li so­lą dla zie­mi i świa­tło­ścią dla świa­ta”. Do­wn­sview, 2002 r.

Wy­płyń na głę­bię! Za­wierz Chry­stu­so­wi, po­ko­naj sła­bość i znie­chę­ce­nie, i na no­wo wy­płyń na głę­bię! Od­kryj głę­bie wła­sne­go du­cha. Wni­kaj w głę­bie świa­ta. Przyj­mij sło­wo Chry­stu­sa, za­ufaj Mu i po­dej­mij swą ży­cio­wą mi­sję. Lu­dzie no­we­go wie­ku ocze­ku­ją two­je­go świa­dec­twa. Nie bój się! Wy­płyń na głę­bię! Jest przy to­bie Chry­stus”. Led­ni­ca, 2001 r.

Pierw­szym i za­sad­ni­czym za­da­niem kul­tu­ry jest wy­cho­wa­nie czło­wie­ka. A w wy­cho­wa­niu cho­dzi głów­nie o to, aże­by „czło­wiek sta­wał się co­raz bar­dziej czło­wie­kiem — o to, aże­by bar­dziej »był«, a nie tyl­ko wię­cej »miał« — aże­by po­przez wszyst­ko, co »ma«, co »po­sia­da«, umiał bar­dziej i peł­niej być czło­wie­kiem — to zna­czy, że­by rów­nież umiał bar­dziej »być« nie tyl­ko »z dru­gi­mi«, ale tak­że i »dla dru­gich«”. Po­znań, 1997 r.

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Każdy z nas wezwany jest do mocnej wiary w Chrystusa

Dro­dzy bra­cia i sio­stry,

W Ewan­ge­lii (Mt 16,13–20) znaj­du­je­my słyn­ny frag­ment, cen­tral­ny w opi­sie św. Ma­te­usza, w któ­rym Szy­mon, w imie­niu Dwu­na­stu, wy­znał swo­ją wia­rę w Je­zu­sa ja­ko „Chry­stu­sa, Sy­na Bo­ga ży­we­go”. A Je­zus na­zy­wa Szy­mo­na „bło­go­sła­wio­nym” ze wzglę­du na je­go wia­rę, uzna­jąc w niej szcze­gól­ny dar Oj­ca, i mó­wi mu: „Ty je­steś Piotr (czy­li Ska­ła), i na tej Ska­le zbu­du­ję Ko­ściół mój”. (...) W Bi­blii ter­min „ska­ła”, od­no­si się do Bo­ga. Je­zus przy­pi­su­je go Szy­mo­no­wi, nie ze wzglę­du na je­go ludz­kie ce­chy czy za­słu­gi, ale ze wzglę­du na je­go au­ten­tycz­ną i moc­ną wia­rę, któ­ra po­cho­dzi z wy­so­ka. Je­zus od­czu­wa w swo­im ser­cu wiel­ką ra­dość, po­nie­waż roz­po­zna­je w Szy­mo­nie rę­kę Oj­ca, dzia­ła­nie Du­cha Świę­te­go.

Uzna­je, że Bóg Oj­ciec dał Szy­mo­no­wi wia­rę „nie­za­wod­ną”, na któ­rej On, Je­zus, bę­dzie mógł zbu­do­wać swój Ko­ściół, to zna­czy swo­ją wspól­no­tę, to zna­czy nas wszyst­kich. Za­my­słem Je­zu­sa jest po­wo­ła­nie do ży­cia swe­go Ko­ścio­ła, lu­du bu­do­wa­ne­go już nie na pod­sta­wie po­cho­dze­nia, ale na wie­rze, a mia­no­wi­cie re­la­cji z Nim sa­mym, re­la­cji mi­ło­ści i za­ufa­nia. (...) Bra­cia i sio­stry, to co wy­da­rzy­ło się w spo­sób wy­jąt­ko­wy w św. Pio­trze, dzie­je się tak­że w każ­dym chrze­ści­ja­ni­nie, któ­ry roz­wi­ja szcze­rą wia­rę w Je­zu­sa Chry­stu­sa, Sy­na Bo­ga ży­we­go.

Ewan­ge­lia wzy­wa do od­po­wie­dzi rów­nież każ­de­go z nas. Ja­ka jest two­ja wia­ra? Niech każ­dy da od­po­wiedź w swym ser­cu. Ja­ka jest two­ja wia­ra? Ja­ki­mi Pan znaj­du­je na­sze ser­ca? Czy jest to ser­ce moc­ne jak ska­ła, czy też ser­ce na pia­sku, to zna­czy wąt­pią­ce, po­dejrz­li­we, nie­do­wie­rza­ją­ce? War­to, aby­śmy dziś o tym po­my­śle­li.

Je­że­li Pan znaj­dzie w na­szym ser­cu wia­rę, nie po­wiem do­sko­na­łą, ale szcze­rą, wte­dy wi­dzi On tak­że w nas ży­we ka­mie­nie, któ­ry­mi moż­na zbu­do­wać Je­go wspól­no­tę. Ka­mie­niem pod­sta­wo­wym tej wspól­no­ty jest Chry­stus, ka­mie­niem wę­giel­nym i wy­jąt­ko­wym.

(...) Mó­dl­my się do Bo­ga za wsta­wien­nic­twem Dzie­wi­cy Ma­ryi, mó­dl­my się do Nie­go, aby ob­da­ro­wał nas ła­ską od­po­wie­dze­nia szcze­rym ser­cem: „Ty je­steś Chry­stus, Syn Bo­ga ży­we­go”. (...)

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek,

Wa­ty­kan, 24.08.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Po wie­lu już la­tach ob­ser­wo­wa­nia te­go świa­ta mam co­raz więk­szą pew­ność, że po­ru­sza­nie nie­mal każ­de­go te­ma­tu po­win­no po­prze­dzać przy­po­mnie­nie jed­nej z naj­waż­niej­szych prawd wia­ry: Pan Bóg chce na­sze­go szczę­ścia i da­je wszyst­ko, co umoż­li­wia nam osią­gnię­cie te­go ce­lu. W świe­tle te­go zda­nia wszyst­ko wi­dzi­my pra­wi­dło­wo – i na lu­dzi uczy­my się pa­trzeć tak, jak wi­dzi ich Bóg, i w każ­dym wy­da­rze­niu po­tra­fi­my do­strzec ta­kie roz­wią­za­nia, któ­re pro­wa­dzą do do­bra. Ale mu­si­my rów­nież pa­mię­tać, że do­bro to nie to sa­mo co chwi­lo­wa przy­jem­ność. Ow­szem, speł­nie­nie do­bra, spo­tka­nie z do­brem jest przy­jem­ne, a na­wet ra­do­sne, ale – jak te­go za­pew­ne wie­lo­krot­nie do­świad­czy­li­ście – dro­ga do do­bra wy­ma­ga wy­rze­czeń, dys­cy­pli­ny, sa­mo­za­par­cia. Chy­ba naj­le­piej to zi­lu­stro­wał św. Pa­weł, pi­sząc: „Każ­dy, któ­ry sta­je do za­pa­sów, wszyst­kie­go so­bie od­ma­wia; oni, aby zdo­być prze­mi­ja­ją­cą na­gro­dę, my zaś nie­prze­mi­ja­ją­cą” (1 Kor 9, 25). Bar­dzo lu­bi­łem uczyć re­li­gii w kla­sach spor­to­wych – tam wszy­scy wie­dzie­li, że bez wy­sił­ku wy­ni­ku nie da się po­pra­wić, że bez pra­cy nie bę­dzie zwy­cię­stwa.

We­dług na­szej wia­ry naj­waż­niej­szą, moż­na by po­wie­dzieć zu­peł­nie wy­star­cza­ją­cą jest współ­pra­ca z ła­ską, któ­rą do­sta­je­my od Stwór­cy i Zba­wi­cie­la. Ła­skę otrzy­mu­je każ­dy: ochrzcze­ni – ła­skę wia­ry i moż­li­wość wzra­sta­nia w wie­rze, nie­ochrz­cze­ni – ła­skę cie­ka­wo­ści i po­szu­ki­wa­nia do­bra, pięk­na, sen­su ży­cia. I jesz­cze te ła­ski uczyn­ko­we: na­tchnie­nia, by za­uwa­żyć i pod­jąć do­bro, ła­skę wier­no­ści i cier­pli­wo­ści, by speł­nić obiet­ni­ce itd.

Tu do­cho­dzi­my do te­ma­tu, ja­ki dziś po­dej­mu­je­my w no­wym nu­me­rze „Dro­giˮ: jest w nas pew­na sprzecz­ność mię­dzy do­brym za­mia­rem a bra­kiem wy­trwa­ło­ści, któ­ry prze­szka­dza w osią­gnię­ciu wy­zna­czo­ne­go ce­lu. Ro­dzi się stres. Od­bie­ra­my go zwy­kle jak coś nie­przy­jem­ne­go, ale mą­drość Bo­ska i ludz­ka po­ma­ga w każ­dej nie­przy­jem­nej sy­tu­acji za­uwa­żać wyj­ście. W stro­nę do­bra.

Mó­wiąc o stre­sie, mo­że­my szu­kać je­go przy­czy­ny, cza­sem na­wet da się ją w pro­sty spo­sób usu­nąć. Za­wsze jed­nak mo­że­my zna­leźć coś do­bre­go, do cze­go mo­że nas do­pro­wa­dzić mą­dre i doj­rza­łe prze­ży­wa­nie stre­su. Zna­la­złem na­wet w hi­sto­rii pe­da­go­gi­ki ta­ką de­fi­ni­cję wy­cho­wa­nia (w tym sa­mo­wy­cho­wa­nia): „Czło­wiek wzra­sta, sta­je się co­raz doj­rzal­szy, gdy na­uczy się (gdy na­uczy­my go) mą­dre­go roz­wią­zy­wa­nia każ­de­go stre­su”.

Ży­czę te­go i Wam

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski