Nie i już!

Dla­cze­go tak czę­sto ma­my pro­blem z po­wie­dze­niem „nie”? Dla­cze­go to krót­kie sło­wo wie­lo­krot­nie nie chce przejść przez gar­dło? Od­ma­wia­nie to praw­dzi­wa sztu­ka, któ­rej uczy­my się ca­łe ży­cie. Nie każ­dy po­sia­da tę cen­ną umie­jęt­ność, któ­ra w cza­sie let­nich wy­jaz­dów mo­że być na­ra­żo­na na po­waż­ną pró­bę.

Wa­ka­cje to czas po­zna­wa­nia no­wych miejsc i lu­dzi, do­świad­cza­nia nie­zna­nych do­tąd sy­tu­acji i zda­rzeń. Wa­ka­cje to czas wy­po­czyn­ku i praw­dzi­wa fa­bry­ka wspo­mnień. Za­dbaj­my jed­nak o to, aby te wspo­mnie­nia by­ły za­wsze jak naj­lep­sze. Aby tak by­ło, nie mo­że­my zo­sta­wić w do­mu zdro­we­go roz­sąd­ku i su­mie­nia. Aser­tyw­ność jest ich waż­nym i nie­zbęd­nym na­rzę­dziem. Po­sta­wa aser­tyw­na to znacz­nie wię­cej niż mó­wie­nie „nie” – za­kła­da ona po­sza­no­wa­nie dla wła­snej opi­nii i eg­ze­kwo­wa­nie jej sta­now­czo, nie na­ru­sza­jąc przy tym praw in­nej oso­by. Aser­tyw­ność to ży­cie w zgo­dzie z sa­mym so­bą i jed­no­cze­śnie za­cho­wa­nie do­brych re­la­cji z in­ny­mi – je­śli jest to moż­li­we. Jej prze­ci­wień­stwem są za­cho­wa­nia ule­głe i agre­syw­ne.

foto_01-03_13-14-2014

Ule­głość

Ule­głość to ce­cha oso­by nie­pew­nej swe­go, po­dat­nej na wpły­wy z ze­wnątrz, nie­zde­cy­do­wa­nej, wiecz­nie nie­pew­nej, lub z ja­kie­goś po­wo­du znaj­du­ją­cej się pod pre­sją. Ta­kie oso­by są bar­dzo ła­twym łu­pem i przez swo­ją bez­rad­ność mo­gą po­zwo­lić wy­rzą­dzić so­bie du­żą krzyw­dę.

Na im­pre­zie oso­ba ule­gła mo­że bez tru­du zgo­dzić się na za­pa­le­nie pa­pie­ro­sa, wy­pi­cie al­ko­ho­lu lub spró­bo­wa­nie ja­kiej­kol­wiek in­nej używ­ki, je­śli np. zo­sta­nie o to po­pro­szo­na w to­wa­rzy­stwie, w któ­rym ta­kie za­cho­wa­nie jest nor­mą. Nie chcąc się wy­ła­mać i być wy­klu­czo­ną, z oba­wy przed wy­śmia­niem i od­rzu­ce­niem ta­ka oso­ba zgo­dzi się na coś, co jest sprzecz­ne z jej prze­ko­na­nia­mi. Oso­by ule­głe są po­dat­ne nie tyl­ko na wpły­wy gru­py, ale tak­że osób, któ­re są dla nich waż­ne czy bli­skie. Ule­gła dziew­czy­na praw­do­po­dob­nie zgo­dzi się „udo­wod­nić mi­łość” chło­pa­ko­wi, dla któ­re­go za­pa­ła­ła uczu­ciem, mi­mo że bę­dzie to w sprzecz­no­ści z jej su­mie­niem.

Agre­sja

Jest prze­ci­wień­stwem ule­gło­ści, ale z aser­tyw­no­ścią nie ma nic wspól­ne­go. Oso­by ma­ją­ce skłon­ność do agre­sji nie po­tra­fią pa­no­wać nad swo­im za­cho­wa­niem, każ­dą pro­po­zy­cję trak­tu­ją jak atak i prze­cho­dzą do czyn­nej obro­ny, są nad­po­bu­dli­we i nie­uf­ne wo­bec in­nych. „Nie” pa­da z ich ust bar­dzo czę­sto, ale nie ma nic wspól­ne­go z aser­tyw­no­ścią. Tym, co od­róż­nia agre­sję od aser­tyw­no­ści, jest sto­su­nek do dru­gie­go czło­wie­ka. Ce­lem za­cho­wa­nia agre­syw­ne­go jest je­dy­nie oka­za­nie sprze­ci­wu, bez uwzględ­nie­nia po­trak­to­wa­nia dru­giej oso­by. Oso­ba aser­tyw­na za­dba rów­nież o to, aby dru­giej oso­by nie ura­zić.

Od­mo­wa aser­tyw­na

Jest za­wsze stwier­dze­niem czy­tel­nym, jed­no­znacz­nym, bez­po­śred­nim, sta­now­czym i uczci­wym. U pod­staw od­mo­wy aser­tyw­nej stoi za­ło­że­nie, że za­rów­no „ja” i „ty” – roz­mów­ca je­ste­śmy na tej sa­mej po­zy­cji, nikt nie jest lep­szy: ty masz pra­wo pro­sić, ja mam pra­wo od­mó­wić. W od­mo­wie aser­tyw­nej chce­my wy­ra­zić swo­ją wo­lę, dla­te­go za­miast mó­wić „nie mo­gę”, mó­wi­my „nie chcę” lub „wo­lę te­go nie ro­bić”. Ze swo­jej od­mo­wy nie tłu­ma­czy­my się, ani nie prze­pra­sza­my, bo ma­my pra­wo od­mó­wić – za­wsze. Aby re­la­cja z dru­gą oso­bą po­zo­sta­ła nie­na­ru­szo­na mo­że­my za­sto­so­wać zmięk­czacz – np. po­in­for­mo­wać, że nie jest ci ła­two, ale mi­mo wszyst­ko od­ma­wiasz lub – je­śli jest to moż­li­we – war­to za­pro­po­no­wać wyj­ście kom­pro­mi­so­we. W przy­pad­ku roz­mów­cy na­chal­ne­go moż­na za­sto­so­wać me­to­dę zdar­tej pły­ty – po­wta­rzaj „nie”, aż do osią­gnię­cia za­mie­rzo­ne­go ce­lu.

 

 Ka­ro­li­na Po­lak

 

Zdrowy rozsądek w podróży

Wie­le się sły­szy o za­gro­że­niach, ja­kie czy­ha­ją na mło­dych lu­dzi w cza­sie wa­ka­cji. Więk­szość wo­li o tym po pro­stu nie my­śleć. Czy da się jed­nak po­go­dzić luz z uni­ka­niem ry­zy­ka?

Wa­ka­cyj­ny wy­jazd ko­ja­rzy się z roz­ryw­ką, przy­go­dą, po­zna­wa­niem świa­ta. Po mie­sią­cach pra­cy w szko­le na­resz­cie moż­na się wy­sza­leć. W ple­ne­rze, w in­nym mie­ście, w gó­rach, nad mo­rzem – waż­ne, że gdzieś in­dziej!

Chce­my w peł­ni sko­rzy­stać z wy­jaz­du, w krót­kim cza­sie po­zna­jąc jak naj­wię­cej miejsc i atrak­cji. Ide­ałem jest bez­tro­ski, ale bez­piecz­ny wy­po­czy­nek.

foto_01-02_13-14-2014

Skraj­ne po­dej­ścia

Pew­nie każ­dy spo­tkał się z ta­kim za­cho­wa­niem, któ­re psu­je ca­łą za­ba­wę. To głos ko­goś, kto pro­te­stu­je: „Le­piej nie, to nie­bez­piecz­ne!”, kie­dy pro­po­nu­jesz... spa­cer po le­sie. Pew­nie zna­ny jest tak­że in­ny głos wśród krew­nych lub zna­jo­mych: „Wy­lu­zuj, co z cie­bie za sztyw­niak!”, kie­dy opro­te­sto­wa­łeś wspi­nacz­kę wy­so­ko­gór­ską bez za­bez­pie­czeń.

Lę­kli­wy tu­ry­sta nie zwie­dzi mia­sta po zmro­ku, oba­wia­jąc się, że każ­dy prze­cho­dzień jest ban­dy­tą, na­to­miast nie­roz­sąd­ny za­cznie za­cze­piać lu­dzi w naj­gor­szej spe­lu­nie w prze­ko­na­niu, że każ­dy z nich jest do­brym Sa­ma­ry­ta­ni­nem. To dwa skraj­ne po­dej­ścia, któ­re moż­na okre­ślić ja­ko „mnie się to nie zda­rzy” i „na pew­no bę­dę na­le­żeć do 0,01% przy­pad­ków”. Nie za­wsze moż­na tak ła­two, jak w tym wy­pad­ku, roz­róż­nić te dwie skraj­no­ści.

Fo­bie i re­al­ne za­gro­że­nia

Je­ste­śmy w du­żej mie­rze wy­cho­wa­ni przez me­dia, na­gła­śnia­ją­ce przede wszyst­kim tra­gicz­ne i prze­ra­ża­ją­ce przy­pad­ki. Tym ła­twiej po­pa­da­my w róż­ne fo­bie, oba­wia­jąc się po­ry­wa­czy, gang­ste­rów, no­wych epi­de­mii itd. Z dru­giej stro­ny wo­bec bar­dziej co­dzien­nych pro­ble­mów wy­ka­zu­je­my się bez­myśl­no­ścią, ska­cząc do wo­dy na głów­kę bez spraw­dze­nia głę­bi­ny lub wy­bie­ra­jąc się na gór­ski szlak póź­nym po­po­łu­dniem.

Roz­wa­ga plus od­wa­ga

Z po­mo­cą przy­cho­dzi tzw. zdro­wy roz­są­dek, wpa­ja­ny nam naj­czę­ściej przez ro­dzi­ców. Jak wia­do­mo, są oni za­nie­po­ko­je­ni – i słusz­nie – każ­dą skraj­no­ścią w ży­ciu swo­ich dzie­ci. Cza­sa­mi aż do prze­sa­dy zwal­cza­ją każ­dą... prze­sa­dę. W roz­wo­ju nie­zbęd­na jest też cie­ka­wość świa­ta, a co za tym idzie – od­wa­ga: że­by na­uczyć się cho­dzić, jeź­dzić na ro­we­rze i nar­tach.

Tak sa­mo jest w kon­tak­cie z ob­cy­mi ludź­mi. Za­ufa­nie do nich po­win­no być ogra­ni­czo­ne, ale nie ozna­cza to od ra­zu nie­uf­no­ści! Prze­cież za­cho­wu­je­my pew­ną ostroż­ność na­wet wte­dy, gdy ko­muś za­ufa­li­śmy. Tak wła­śnie na­ka­zu­je roz­są­dek.

Myśl, czło­wie­ku

Ży­cie wy­ma­ga od nas my­śle­nia: ana­li­zo­wa­nia oko­licz­no­ści, w ja­kich np. re­ali­zu­je­my wy­ciecz­kę, prze­wi­dy­wa­nia kon­se­kwen­cji na­szych dzia­łań i wy­cią­ga­nia wła­ści­wych wnio­sków na pod­sta­wie do­tych­cza­so­wych do­świad­czeń. Nie ma prze­cież uni­wer­sal­nej in­struk­cji, któ­ra za­pew­ni bez­piecz­ny prze­bieg po­dró­ży, tyl­ko do­brych lu­dzi na na­szej dro­dze i bez­błęd­ność na­szych de­cy­zji.

Być mo­że ktoś spę­dza­ją­cy wa­ka­cje nad je­zio­rem w ogó­le nie wej­dzie do wo­dy, po­wo­łu­jąc się na zdro­wy roz­są­dek. Ktoś in­ny wy­pły­nie łód­ką w cza­sie bu­rzy na śro­dek je­zio­ra, wo­ła­jąc do po­zo­sta­wio­nej na brze­gu ro­dzi­ny, że na tym po­le­ga od­wa­ga. Ale na to już chy­ba nie ma ra­dy...

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Camino w Polsce

Ca­mi­no de San­tia­go – Dro­ga św. Ja­ku­ba jest jed­nym z naj­waż­niej­szych, chrze­ści­jań­skich szla­ków piel­grzym­ko­wych i naj­dłuż­szym ozna­ko­wa­nym szla­kiem pąt­ni­czym na świe­cie. Obec­nie Szlak Ja­ku­bo­wy prze­bie­ga przez nie­mal ca­łą Eu­ro­pę, koń­cząc się w ka­te­drze w San­tia­go de Com­po­ste­la. W ostat­nich la­tach do Com­po­ste­li przy­by­wa pie­szo, na ro­we­rze lub kon­no po­nad 200 tys. osób.

foto_02-02_13-14-2014

Z róż­nych wzglę­dów – głów­nie cza­so­wych, fi­nan­so­wych i zdro­wot­nych – nie każ­de­mu jest da­ne od­być piel­grzym­kę do od­le­głej Hisz­pa­nii, aby po­mo­dlić się w kryp­cie kry­ją­cej szcząt­ki pierw­sze­go mę­czen­ni­ka wśród Apo­sto­łów. Do­sko­na­łym jed­nak wyj­ściem jest piel­grzy­mo­wa­nie pol­ski­mi od­cin­ka­mi Ca­mi­no de San­tia­go i łącz­ność du­cho­wa z ka­te­drą com­po­ste­lań­ską. War­to pod­kre­ślić, że Dro­ga św. Ja­ku­ba jest obec­nie naj­dłuż­szym, ozna­ko­wa­nym szla­kiem piel­grzym­ko­wym w Pol­sce. Od mo­men­tu wy­ty­cze­nia i ozna­ko­wa­nia pierw­sze­go od­cin­ka Dro­gi św. Ja­ku­ba w Pol­sce (Dol­no­ślą­ska Dro­ga św. Ja­ku­ba – otwar­ta w 2005 r.) do chwi­li obec­nej ozna­ko­wa­no już 22 od­cin­ków Szla­ku Ja­ku­bo­we­go – w su­mie 5 000 km! W wie­lu re­gio­nach Pol­ski or­ga­ni­zo­wa­ne jest tak­że tzw. nie­dziel­ne piel­grzy­mo­wa­nie Dro­gą św. Ja­ku­ba (wię­cej in­for­ma­cji na www.caminogalicja.pl).

Ul­tre­ia! Ul­tre­ia! – Na­przód, da­lej! – to pra­sta­re po­zdro­wie­nie piel­grzy­mów za­war­te w śre­dnio­wiecz­nej „Pie­śni piel­grzy­mów do Com­po­ste­li” niech bę­dzie za­chę­tą do wy­bra­nia się na naj­pięk­niej­szą dro­gą świa­ta – do San­tia­go de Com­po­ste­la, gdzie „na krań­cu kon­ty­nen­tu czci­god­ny Ja­kub na nas cze­ka, je­go uśmiech od wie­ków unie­ru­cha­mia słoń­ce, któ­re umie­ra na Fi­ni­ster­re”.

 

Fran­ci­szek Mróz

 

To trudności są drogą, nie odwrotnie

Z ks. Ra­do­sła­wem Wa­ren­dą SCJ, re­dak­to­rem na­czel­nym cza­so­pi­sma „Czas Ser­ca”, roz­ma­wia Ka­je­tan Raj­ski

Skąd po­ja­wił się u Księ­dza po­mysł, by wy­ru­szyć na Dro­gę św. Ja­ku­ba?

Po­mysł po­ja­wił się wraz z moż­li­wo­ścią. Skom­pli­ko­wa­ne? Już wy­ja­śniam. W tam­tym cza­sie stu­dio­wa­łem w Rzy­mie. Był to mój pierw­szy rok stu­diów na Gre­go­ria­nie. Ła­two wy­obra­zić so­bie trud­no­ści: no­wy ję­zyk, no­wa mię­dzy­na­ro­do­wa wspól­no­ta, plus oczy­wi­ście sa­me stu­dia. Per­spek­ty­wa wa­ka­cji za oce­anem na ko­lej­nym kur­sie ję­zy­ko­wym wca­le nie na­pa­wa­ła mnie en­tu­zja­zmem, a przy­naj­mniej nie tak, jak świa­do­mość trzy­mie­sięcz­nych wa­ka­cji od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Był czas. Zro­dził się i po­mysł, by ów czas po­da­ro­wać Bo­gu, so­bie i zna­jo­mym na­raz. O Ca­mi­no de San­tia­go usły­sza­łem pierw­szy raz od jed­ne­go z mo­ich współ­bra­ci, któ­ry kil­ka lat wcze­śniej wy­brał się z gru­pą mło­dych lu­dzi. Resz­tę ko­niecz­nej wie­dzy uzu­peł­nił in­ter­net, a kon­kret­nie stro­na www.caminodesantiago.pl. Prze­glą­da­jąc ich re­la­cje, nie­zli­czo­ne zdję­cia i ma­py zro­dzi­ła się z ma­rzeń de­cy­zja: idzie­my. Do piel­grzy­mo­wa­nia to czło­wiek „za­pa­la” czło­wie­ka.

foto_01-01_13-14-2014

Czy cho­dził już Ksiądz wcze­śniej na piel­grzym­ki?

Oczy­wi­ście. Naj­czę­ściej na te do Czę­sto­cho­wy z róż­nych miejsc. Od tras naj­krót­szych: piel­grzym­ka die­ce­zji so­sno­wiec­kiej – 2,5 dnia, po te zde­cy­do­wa­nie dłuż­sze: z Lu­bli­na – 12 dni. W piel­grzy­mo­wa­niu czło­wiek prze­sta­je grać, uda­wać, opa­da­ją ma­ski... Tu­taj je­steś tym, kim je­steś na­praw­dę. Mu­sisz zmie­rzyć się nie tyl­ko ze zmę­cze­niem, bó­lem bą­bli na sto­pach, ale z trzesz­czą­cym na­gło­śnie­niem i fał­szu­ją­cą piel­grzym­ko­wą sio­strą, któ­ra wie­rzy, że śpie­wać umie. Ca­mi­no jed­nak jest cał­kiem in­ne...

Ja­kie by­ły naj­więk­sze oba­wy w związ­ku z Ca­mi­no?

Pa­ra­dok­sal­nie obaw by­ło nie­pro­por­cjo­nal­nie mniej niż na­dziei i ra­do­ści. Pierw­szą na pew­no to, czy dam ra­dę. Po­tem czy da­dzą ra­dę współ­to­wa­rzy­sze. Wy­bra­li­śmy się w czte­ry oso­by: Ma­ciek – war­szaw­ski ksiądz, z któ­rym dzie­li­łem stu­denc­ką do­lę i nie­do­lę, Ri­ta – cier­pli­wa ko­rek­tor­ka na­sze­go ła­ma­ne­go ję­zy­ka wło­skie­go, też stu­dent­ka Gre­go­ria­ny, oraz Na­ta­lia – lu­bel­ska stu­dent­ka, obec­nie m.in. ko­or­dy­na­tor­ka Fun­da­cji Mam Ma­rze­nie.

Ży­cie po­ka­za­ło, że naj­więk­szą oba­wą dnia bę­dzie nie ty­le gdzie bę­dzie­my spa­li i co je­dli, ale gdzie od­pra­wi­my Mszę Świę­tą. O resz­tę trosz­czył się do­bry Bóg, już od pierw­sze­go dnia wę­drów­ki, gdy po­da­ro­wał nam bu­tel­kę bia­łe­go wi­na zdat­ne­go do te­go, by od­pra­wić Eu­cha­ry­stię. Resz­tę do­koń­czy­li­śmy w cza­sie obia­du.

W ja­ki spo­sób się Ksiądz przy­go­to­wy­wał? Ja­ki sprzęt czy po­trzeb­ne rze­czy za­bie­ra się ze so­bą?

Du­żo po­mo­gły mi in­for­ma­cje zna­le­zio­ne w in­ter­ne­cie. Do­ło­ży­łem nie­co wła­sne­go do­świad­cze­nia i mu­szę przy­znać, że z li­sty, któ­rą wte­dy uło­ży­łem na piel­grzym­kę dla czte­rech osób, sko­rzy­sta­ło już kil­ko­ro ko­lej­nych ca­mi­no­wi­czów. Na po­cząt­ku mu­sisz okre­ślić, z kim idziesz. Dla­cze­go to waż­ne? Bo nie ma sen­su no­sze­nia dwóch tu­bek pa­sty do zę­bów, czy – co cięż­sze – dwóch bu­te­lek szam­po­nu. Ten zaś wca­le nie jest je­dy­nie do wło­sów. Spo­koj­nie umy­jesz resz­tę i wy­pie­rzesz ubra­nia. Już za­czy­nasz dzie­lić się ży­ciem...

Za­sa­da jest pro­sta: je­den kom­plet ubrań masz na so­bie, dwa po­zo­sta­łe sie­dzą w ple­ca­ku lub su­szą się na nim. Nic po­nad to. Żad­nych ele­ganc­kich rze­czy, ze­ro pa­pie­ro­wych ksią­żek. Za­bie­rasz: skar­pet­ki (za­kła­dasz rów­nież do san­da­łów), bie­li­znę, dwie od­dy­cha­ją­ce i szyb­ko­sch­ną­ce ko­szul­ki na krót­ki rę­kaw, plus jed­ną z dłu­gim, po­lar. Ko­niecz­nie coś od desz­czu: je­śli twój ple­cak nie ma po­krow­ca prze­ciw­desz­czo­we­go, to pon­cho. Bu­ty trek­kin­go­we (bez go­re­te­xu), san­da­ły i klap­ki pod prysz­nic. Ka­pe­lusz jest zde­cy­do­wa­nie lep­szy, chro­ni też kark od słoń­ca. Krem z du­żym fil­trem rów­nież się spraw­dza. Przy­da się też chust­ka, któ­rą, gdy wia­ło, owi­ną­łem wo­kół gło­wy i uszy by­ły bez­piecz­ne. Pa­no­wie mu­szą pod­jąć de­cy­zję, czy na pew­no chcą się go­lić. Pa­nie, czy bę­dzie się dla ko­go ma­lo­wać. Wszyst­kim po­le­cam du­ży ręcz­nik z lek­kiej mi­kro­fi­bry i cien­ką alu­ma­tę.

foto_02-01_13-14-2014

Ma­ły ze­staw pla­strów nie za­szko­dzi, a na pro­fe­sjo­nal­ną po­moc Cruz Ro­ja za­wsze moż­na li­czyć. War­to mieć jed­nak kar­tę EKUZ w port­fe­lu (wo­recz­ku) za­raz obok do­wo­du oso­bi­ste­go.

Ra­no, gdy wy­klu­jesz się z wła­sne­go śpi­wo­ra i zło­żysz dmu­cha­ną po­dusz­kę, przy­da się la­tar­ka czo­łów­ka, ale bez za­pa­so­wych ba­te­rii. Te ku­pisz po dro­dze na pew­no. War­to mieć kil­ka wy­trzy­ma­łych wor­ków na śmie­ci, chu­s­tecz­ki hi­gie­nicz­ne, któ­re mo­gą peł­nić ro­lę pa­pie­ru to­a­le­to­we­go, pla­sti­ko­we kla­mer­ki do bie­li­zny i kil­ka me­trów cien­kiej że­glar­skiej lin­ki lub sznur­ka. Ta pierw­sza zde­cy­do­wa­nie lep­sza: nie plą­ta się i ła­two roz­wią­zać su­pły. Ni­gdy nie za­po­mnę spoj­rze­nia peł­ne­go po­dzi­wu nie­miec­kich piel­grzy­mów, gdy roz­cią­ga­li­śmy sznu­rek w pa­tio na­sze­go al­ber­go, by wy­su­szyć ubra­nia. A gdy nie wy­schną, przy­pniesz agraf­ka­mi ubra­nia do ple­ca­ka. Je­śli agraf­ki masz...

Me­ta­lo­wy ku­bek wraz z no­żem, łyż­ką i wi­del­cem nie bę­dzie zbęd­nym ba­la­stem. Spa­ghet­ti łyż­ką trud­no jeść.

Nie wspo­mi­nam o tym, co po­mo­że, by Ca­mi­no de San­tia­go nie sta­ło się je­dy­nie wę­drów­ką, ale piel­grzy­mo­wa­niem. Ko­niecz­nie Pi­smo Świę­te czy Li­tur­gię go­dzin, po­le­cam naj­lżej­sze wer­sje... na te­le­fon. Do nie­go wgrasz też spe­cjal­ne ma­py z róż­ni­cą wznie­sień oraz z in­for­ma­cja­mi o kon­kret­nych schro­ni­skach w mia­stecz­kach. Po­mo­że ci to za­pla­no­wać co­dzien­ną tra­sę.

Wszyst­ko pa­ku­je­my do nie­du­że­go wy­god­ne­go ple­ca­ka. 40–50 li­trów wy­star­czy spo­koj­nie i uchro­ni cię przed po­ku­są wzię­cia cze­goś wię­cej. Prze­cież jesz­cze mu­sisz zmie­ścić bu­tel­kę wo­dy.

Mój ple­cak po­mie­ścił jesz­cze al­bę, stu­łę i ze­staw li­tur­gicz­ny, by móc od­pra­wić Mszę. Z tym, oka­zu­je się, jest nie­ma­ły pro­blem.

Ja­kie są kosz­ta te­go ty­pu wy­pra­wy?

Wszyst­ko za­le­ży, czy go­tu­jesz sam, czy cho­dzisz do ba­ru, a tak­że dla ilu osób to ro­bisz. Pierw­sza opcja jest naj­cie­kaw­sza i bar­dziej eko­no­micz­na. Ro­bi­li­śmy to tak: spraw­dza­li­śmy, co w kuch­ni zo­sta­ło po wczo­raj­szych piel­grzy­mach (ma­ka­ron, ryż, cza­sem wa­rzy­wa), bra­ku­ją­ce skład­ni­ki ku­po­wa­li­śmy, a to, co po­zo­sta­ło, zo­sta­wia­li­śmy ju­trzej­szym piel­grzy­mom. W 2010 ro­ku spo­koj­nie wy­star­czy­ło 20–25 eu­ro na je­den dzień. Im bli­żej San­tia­go de Com­po­ste­la, tym dro­żej.

Jak prze­bie­ga­ła tra­sa Księ­dza dro­gi do San­tia­go? W ile dni ją po­ko­na­li­ście?

Wy­bra­li­śmy tra­sę fran­cu­ską, z któ­rej prze­szli­śmy je­dy­nie... 600 km, wy­ru­sza­jąc z Lo­gro­ño. Za­ję­ło nam to pra­wie mie­siąc. War­to jed­nak przy ta­kiej tra­sie za­pla­no­wać je­den, dwa dni od­po­czyn­ku w trak­cie. W mo­im przy­pad­ku nie oby­ło się ani bez te­go, ani bez le­kar­skiej wi­zy­ty.

Za­pra­szam na mój blog: www.radekscj.pl, tam znaj­du­je się rów­nież piel­grzym­ko­wy dzien­nik i jesz­cze wię­cej zdjęć, któ­re tu­taj się nie zmie­ści­ły.

Nie spo­sób nie za­py­tać o uczu­cia, ja­kie to­wa­rzy­szy­ły Księ­dzu, gdy Ksiądz do­tarł do San­tia­go.

Chcia­łem do­trzeć na pierw­szy pią­tek mie­sią­ca do San­tia­go. I je­dy­nie to z za­pla­no­wa­nych rze­czy się uda­ło. Ca­ła resz­ta by­ła in­na. Bo za­miast czte­rech osób, do­cie­ra­my w sió­dem­kę wraz z Mar­ti­nem – ma­na­ge­rem jed­ne­go ze szwaj­car­skich ban­ków, Kim – Ko­re­an­ką pra­cu­ją­cą w Nor­we­gii, no­ta­be­ne agno­stycz­ką, oraz z jesz­cze jed­ną Po­lką. Za­miast słoń­ca – pa­da. Dru­gi raz w cią­gu ostat­nie­go mie­sią­ca. Więc dzie­sią­ta z mi­nu­ta­mi do­cie­ra­my przed Ka­te­drę, wspól­ne zdję­cia. Ko­lej­ka po Com­po­ste­lę. Uro­czy­sta Eu­cha­ry­stia z bo­ta­fo­me­iro (wiel­ką ka­dziel­ni­cą) na dzięk­czy­nie­nie. Wspól­ny uro­czy­sty obiad z wy­śmie­ni­tym wi­nem. Pa­miąt­ki dla naj­bliż­szych. Przy­tu­le­nie się do Apo­sto­ła i mo­dli­twa przy je­go re­li­kwiach. Spo­wiedź. Szczę­ście i po­czu­cie speł­nie­nia. Cze­go wię­cej po­trze­ba piel­grzy­mo­wi? Tu­taj nic się nie koń­czy, tu­taj wszyst­ko za­czy­na się na no­wo.

Ja­kich rad udzie­lił­by Ksiądz oso­bom, któ­re po raz pierw­szy wy­bie­ra­ją się na Dro­gę św. Ja­ku­ba?

Mo­że jed­nej: dro­ga nie jest trud­na, to trud­no­ści są dro­gą.

 

Biada wam, jeśli nie zdołacie obronić życia

Bia­da wam, je­śli nie zdo­ła­cie obro­nić ży­cia. Ko­ściół po­trze­bu­je wa­szej ener­gii, wa­sze­go en­tu­zja­zmu, wa­szych mło­dzień­czych ide­ałów, aby prze­nik­nąć ca­łą tkan­kę spo­łecz­ną Ewan­ge­lią Ży­cia, któ­ra prze­kształ­ci ludz­kie ser­ca i struk­tu­ry spo­łecz­ne, tak aby po­wsta­ła cy­wi­li­za­cja praw­dzi­wej spra­wie­dli­wo­ści i mi­ło­ści. Dziś bar­dziej niż w prze­szło­ści, w świe­cie czę­sto po­zba­wio­nym świa­tła i wy­zu­tym z od­wa­gi, ja­ką da­ją szla­chet­ne ide­ały, lu­dzie po­trze­bu­ją no­wej, ożyw­czej du­cho­wo­ści Ewan­ge­lii. De­nver, 1993 r.

Nie bój­cie się iść na uli­ce i do miejsc, gdzie gro­ma­dzą się lu­dzie, aby jak apo­sto­ło­wie gło­sić Chry­stu­sa i Do­brą No­wi­nę zba­wie­nia na pla­cach miast, osie­dli i wsi. Nie czas te­raz wsty­dzić się Ewan­ge­lii, ale czas gło­sić ją na da­chach. Nie lę­kaj­cie się po­rzu­cić wy­god­ne­go, usta­lo­ne­go spo­so­bu ży­cia, aby pod­jąć wy­zwa­nie gło­sze­nia Chry­stu­sa we współ­cze­snej me­tro­po­lii. To wy mu­si­cie „wyjść na roz­staj­ne dro­gi” (por. Mt 22, 9) i za­pra­szać wszyst­kich na­po­tka­nych na ucztę, któ­rą Bóg przy­go­to­wał dla swe­go lu­du. Strach bądź obo­jęt­ność nie mo­gą nas po­wstrzy­my­wać od gło­sze­nia Ewan­ge­lii, bo nie ma ona być spra­wą oso­bi­stą, pry­wat­ną. De­nver, 1993 r.

Nie­raz je­ste­ście bar­dzo kry­tycz­ni wo­bec świa­ta do­ro­słych – ja sam by­łem ta­ki jak wy, a cza­sem oni są bar­dzo kry­tycz­ni wo­bec was – to też jest praw­dą. Nie ma w tym nic no­we­go i cza­sem ta kry­ty­ka ma re­al­ne pod­sta­wy. Pa­mię­taj­cie jed­nak za­wsze, że za­wdzię­cza­cie swo­im ro­dzi­com ży­cie i wy­cho­wa­nie. Ma­ni­la, 1995 r.

Dziś Chry­stus zwra­ca się z py­ta­niem do każ­de­go z was: „Czy ko­chasz Mnie?ˮ. Pro­si was, by­ście Go ko­cha­li! Wszyst­ko in­ne ma z te­go wy­ni­kać. De­cy­zja pój­ścia za Je­zu­sem nie ozna­cza, że na­tych­miast trze­ba coś ro­bić al­bo coś mó­wić, ale przede wszyst­kim ko­chać Go, być z Nim, przy­jąć Go bez za­strze­żeń we wła­snym ży­ciu. Ca­stel Gan­dol­fo, 2000 r.

 

Św. Jan Pa­weł II

 

Bądźmy autentycznymi świadkami Boga

Dro­dzy bra­cia i sio­stry,

Dziś chce­my za­sta­no­wić się nad ta­kim da­rem Du­cha Świę­te­go, któ­ry czę­sto jest źle ro­zu­mia­ny lub trak­to­wa­ny po­wierz­chow­nie, ale do­ty­ka isto­ty na­szej toż­sa­mo­ści i na­sze­go ży­cia chrze­ści­jań­skie­go: cho­dzi o dar po­boż­no­ści.

Trze­ba na­tych­miast wy­ja­śnić, że dar ten (…) wska­zu­je na na­szą przy­na­leż­ność do Bo­ga i na­szą głę­bo­ką więź z Nim, więź, któ­ra na­da­je sens ca­łe­mu na­sze­mu ży­ciu, za­cho­wu­je nas nie­złom­ny­mi, w jed­no­ści z Nim, na­wet w chwi­lach naj­bar­dziej trud­nych i nie­spo­koj­nych.

(…) Dar po­boż­no­ści bu­dzi w nas przede wszyst­kim wdzięcz­ność i uwiel­bie­nie. To wła­śnie jest naj­bar­dziej au­ten­tycz­nym mo­ty­wem i sen­sem na­szej czci i ad­o­ra­cji. Kie­dy Duch Świę­ty spra­wia, że do­strze­ga­my obec­ność Pa­na i ca­łą Je­go mi­łość wzglę­dem nas, to roz­pa­la na­sze ser­ce i po­bu­dza nas nie­mal na­tu­ral­nie do mo­dli­twy i ce­le­bro­wa­nia. (…) Ów dar po­boż­no­ści po­zwa­la nam nie tyl­ko wzra­stać w re­la­cji i ko­mu­nii z Bo­giem oraz pro­wa­dzi nas, by żyć ja­ko Je­go dzie­ci, ale tak­że po­ma­ga nam prze­le­wać tę mi­łość na in­nych i uznać ich za bra­ci. Tak więc wów­czas bę­dzie­my rze­czy­wi­ście po­ru­sze­ni uczu­cia­mi współ­czu­cia – ale nie bi­go­te­rii – wo­bec tych, któ­rzy są obok nas i któ­rych spo­ty­ka­my na co dzień. Dla­cze­go mó­wię o bi­go­te­rii? Bo nie­któ­rzy są­dzą, że li­tość ozna­cza za­my­ka­nie oczu, ro­bie­nie mi­ny jak na ob­raz­ku, uda­wa­nie świę­te­go – to nie jest dar po­boż­no­ści. Bę­dzie­my na­praw­dę zdol­ni, by ra­do­wać się z ty­mi, któ­rzy się we­se­lą i pła­kać z ty­mi, któ­rzy pła­czą, aby być bli­sko tych, któ­rzy są sa­mot­ni lub udrę­cze­ni, aby po­pra­wić tych, któ­rzy są w błę­dzie, aby po­cie­szyć tych, któ­rzy są uci­ska­ni, aby przy­jąć i po­móc po­trze­bu­ją­cym. Ist­nie­je bar­dzo ści­sła re­la­cja mię­dzy da­rem po­boż­no­ści a ła­god­no­ścią. Da­ny nam przez Du­cha Świę­te­go dar po­boż­no­ści czy­ni nas ła­god­ny­mi, spo­koj­ny­mi, cier­pli­wy­mi, w po­ko­ju z Bo­giem, słu­żą­cych ła­god­nie in­nym.

Dro­dzy przy­ja­cie­le, (…) Duch Świę­ty za­wsze ob­da­rza nas w ra­do­ści. Niech Duch Świę­ty ob­da­rza nas tym da­rem po­boż­no­ści.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 04.06.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że!

Wi­tam na po­cząt­ku Dni Wie­lu No­wych Szans – tak moż­na­by na­zwać wa­ka­cje, czas wol­ny od te­go, co mu­si­cie, a prze­zna­czo­ny na to, co wy­bie­rze­cie, choć na pew­no nie­któ­rzy z Was bę­dą po­ma­gać, opie­ko­wać się, wspie­rać…

Wie­le ra­zy pi­sa­li­śmy, że na­wet wte­dy, gdy nie mo­że­cie ni­gdzie wy­je­chać, gdy trze­ba się za­jąć młod­szym ro­dzeń­stwem lub za­trosz­czyć o ko­goś star­sze­go, też mo­że być wspa­nia­le, by­le tyl­ko nie żyć w po­czu­ciu przy­mu­su, przy­tło­cze­nia rze­czy­wi­sto­ścią. Ogrom­ną sztu­ką jest umie­jęt­ność za­mia­ny „mu­szę” na „chcę”, ina­czej mó­wiąc, jest to cu­dow­na prze­mia­na py­ta­nia: „Dla­cze­go mnie to spo­tka­ło?” w: „Jak w tych oko­licz­no­ściach mo­gę sko­rzy­stać? Jak stać się pięk­niej­szym czło­wie­kiem?”.

Dwa mie­sią­ce te­mu je­den z daw­nych uczniów (uczy­łem tę kla­sę w gim­na­zjum wie­dzy o ro­dzi­nie) przy­słał mi ma­ila na­stę­pu­ją­cej tre­ści: „Chciał­bym Księ­dzu bar­dzo po­dzię­ko­wać za wska­zów­ki sprzed po­nad dzie­się­ciu lat. Tym bar­dziej, że wte­dy ich nie ro­zu­mia­łem, a na­wet pod­śmie­wa­li­śmy się z ko­le­ga­mi, że Ksiądz nie za­uwa­żył, że ma­my 14 lat, a nie 19… Nie ro­zu­mia­łem, a jed­nak za­pa­mię­ta­łem i za­sto­so­wa­łem. Usły­sze­li­śmy na jed­nej z lek­cji, że już w wie­ku gim­na­zjal­nym mu­si­my wy­pra­co­wać w so­bie te ce­chy, któ­re chcie­li­by­śmy mieć ja­ko oso­by doj­rza­łe – żo­na­te czy za­męż­ne. Nikt nie da nam w pre­zen­cie wier­no­ści i sys­te­ma­tycz­no­ści, nikt za nas się nie na­uczy od­po­wie­dzial­no­ści i po­my­sło­wo­ści. Po­my­śla­łem so­bie wte­dy, że chciał­bym, aby mo­ja żo­na mia­ła we mnie opar­cie, a dzie­ci wzór. Za­czą­łem pra­co­wać nad swo­ją słow­no­ścią, punk­tu­al­no­ścią i tak da­lej. A dzi­siaj, po dwóch la­tach mał­żeń­stwa, żo­na mi po­dzię­ko­wa­ła za to, że ma we mnie opar­cie i do­da­ła, że ma­rzy o tym, aby na­sze dzie­ci wie­le się ode mnie na­uczy­ły. Za to wła­śnie chcę po­dzię­ko­wać – za ten po­mysł, któ­ry wy­da­wał się zbyt po­spiesz­ny i za po­ru­sze­nie am­bi­cji, któ­ra po­mo­gła mi zwy­cię­żać”.

Ośmie­lo­ny tym li­stem chciał­bym za­pro­sić każ­dą i każ­de­go z Was do te­go, aby ty­go­dnie, któ­re są przed Wa­mi, sta­ły się cza­sem zwy­cię­ża­nia. Zwy­cię­ża­nia naj­pięk­niej­sze­go, bo zwy­cię­ża­nia wła­snych sła­bo­ści i nie­po­rad­no­ści. Masz pra­wo spać dłu­żej, ale wy­znacz so­bie go­dzi­nę wsta­wa­nia i pil­nuj jej skru­pu­lat­nie. Mo­żesz cza­sem po­zwo­lić so­bie na po­sie­dze­nie nad książ­ką czy przy kom­pu­te­rze nie­co dłu­żej, ale nie rób te­go za czę­sto i bez nad­zo­ru, my­ślę tu o sa­mo­kon­tro­li. Po­sta­raj się, by ro­dzi­ce nie mu­sie­li po­wtó­rzyć żad­nej proś­by, a je­śli chcesz wspiąć się o sto­pień wy­żej, to spró­buj, by na­wet nie mu­sie­li tych próśb for­mu­ło­wać – prze­cież po­tra­fisz wy­pa­trzeć to, co mo­żesz zro­bić i ro­bić to do­sko­na­le.

Nie sta­wiaj so­bie zbyt trud­nych za­dań, ale te, któ­re już po­sta­wisz, wy­ko­naj per­fek­cyj­nie. Je­śli choć w czę­ści się uda, to pod ko­niec wa­ka­cji bę­dziesz pięk­niej­szy, god­ny po­dzi­wu, bliż­szy Pa­nu Bo­gu. Te­go wszyst­kim ży­czę.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski