Aborcja – ślepy zaułek historii

Przy­zwo­le­nie na abor­cję to zja­wi­sko, któ­re znik­nie. Tak jak zni­kło pa­no­szą­ce się wie­le lat w czę­ści spo­łe­czeństw sze­ro­kie przy­zwo­le­nie na od­bie­ra­nie praw czło­wie­ka (a wraz z ni­mi czę­sto i pra­wa do ży­cia) czar­no­skó­rym nie­wol­ni­kom czy nie-Aryj­czy­kom.

Że­by wy­ko­rzy­stać dru­gie­go czło­wie­ka do wła­snych ce­lów, czę­sto za­czy­na­no od od­bie­ra­nia mu sta­tu­su czło­wie­czeń­stwa. Ina­czej ci, co chcie­li to zro­bić, nie umie­li­by ani przed so­bą, ani przed in­ny­mi prze­for­so­wać po­my­słu, aby ko­goś ku­pić, sprze­dać, wy­ko­rzy­stać, coś mu ode­brać czy wręcz za­bić.

foto_01-02_08-2014

Abra­ham Lin­coln uwa­żał, że nie mo­gli­by­śmy prze­trwać ja­ko wol­ny kraj, gdy­by jed­ni lu­dzie mo­gli de­cy­do­wać, że in­ni nie do­ra­sta­ją do wol­no­ści i dla­te­go po­win­ni być nie­wol­ni­ka­mi. Po­dob­nie my nie mo­że­my prze­trwać ja­ko wol­ny na­ród, gdy jed­ni lu­dzie mo­gą de­cy­do­wać, iż in­ni nie do­ra­sta­ją do te­go, aby żyć i dla­te­go po­win­ni być za­bi­ci przed na­ro­dze­niem lub na­wet tuż po na­ro­dze­niu. Mo­ja ad­mi­ni­stra­cja od­da­na jest spra­wie za­cho­wa­nia Ame­ry­ki ja­ko wol­ne­go kra­ju, a nie ma kwe­stii waż­niej­szej w tym aspek­cie, niż po­twier­dze­nie trans­cen­dent­ne­go pra­wa do ży­cia wszyst­kich istot ludz­kich, pra­wa bez któ­re­go wszel­kie in­ne pra­wa nie ma­ją żad­ne­go zna­cze­nia”. Ro­nald Re­agan

Jak by­ło?

6 mar­ca 1857 r. Sąd Naj­wyż­szy Ame­ry­ki orzekł, że kon­sty­tu­cja ame­ry­kań­ska – w sen­sie ochro­ny pra­wa, god­no­ści – nie od­no­si się do Mu­rzy­nów. Zo­sta­li oni wy­łą­cze­ni z ochro­ny tych ofi­cjal­ną de­cy­zją naj­wyż­szej in­stan­cji są­dow­ni­czej. Sąd Naj­wyż­szy Trze­ciej Rze­szy w 1936 r. przy­jął orze­cze­nie: „Ży­dzi to wpraw­dzie od­ręb­na ra­sa, ale nie lu­dzie”. Ta ra­si­stow­ska de­cy­zja sę­dziów mia­ła tra­gicz­ne kon­se­kwen­cje. Bo je­że­li o okre­ślo­nej gru­pie po­wie­dzia­no, że to „nie lu­dzie”, to moż­na ich by­ło mor­do­wać.

foto_02-02_07-2014

To, co się sta­ło kie­dyś z nie­wol­nic­twem i ra­si­zmem, dzie­je się te­raz z abor­cją. Spra­wu­ją­cy wła­dzę mo­gą bro­nić prze­śla­do­wa­nych; mu­szą to ro­bić, po­nie­waż je­ste­śmy za sie­bie od­po­wie­dzial­ni (…). Dzie­ci po­czę­te są współ­cze­śnie po­strze­ga­ne po­dob­nie, jak daw­niej Mu­rzy­ni – naj­le­piej trzy­mać je po­za za­się­giem wzro­ku i umy­słu, przy­naj­mniej do mo­men­tu, gdy przy­po­mną o nie­spra­wie­dli­wo­ściach, któ­rych się do­pusz­cza­my. Zwo­len­ni­cy abor­cji i ci, któ­rzy ich wspie­ra­ją, ma­ją ten sam pro­blem, co zwo­len­ni­cy se­gre­ga­cji ra­so­wej: rze­czy­wi­stość”.

Co trzy dni gi­nie wię­cej Afro-Ame­ry­ka­nów w abor­cji, niż by­ło za­bi­tych przez Ku-Klux-Klan w prze­cią­gu ca­łej je­go hi­sto­rii”.

Alve­da King,
bra­ta­ni­ca słyn­ne­go bo­jow­ni­ka o pra­wa czar­no­skó­rych w USA
dr. Mar­ti­na Lu­the­ra Kin­ga

Jak jest?

I trze­cia de­cy­zja lu­do­bój­cza, któ­ra do tej po­ry obo­wią­zu­je: 22 stycz­nia 1973 r. Sąd Naj­wyż­szy Sta­nów Zjed­no­czo­nych wy­dał orze­cze­nie, że praw­na ochro­na ży­cia, któ­rą się cie­szy każ­dy Ame­ry­ka­nin, nie obej­mu­je ży­cia czło­wie­ka przed na­ro­dze­niem.

Sche­mat my­śle­nia i dzia­ła­nia jest ten sam za­rów­no w przy­pad­ku abor­cji, jak i w przy­pad­ku nie­wol­nic­twa czy III Rze­szy.

 

KU

 

 

Fakty i mity

Ka­to­lic­ka ety­ka sek­su­al­na jest wy­ma­ga­ją­ca. A kto ją od­rzu­ca, czę­sto szu­ka uspra­wie­dli­wie­nia.

Stąd bio­rą się mi­ty, ma­ją­ce po­ka­zać, że na­uka Ko­ścio­ła mi­ja się z ży­ciem. Ale czy rze­czy­wi­ście?

Mit 1: Mu­si­my się wy­pró­bo­wać!

To mit uspra­wie­dli­wia­ją­cy miesz­ka­nie przed ślu­bem, mi­tycz­ny z kil­ku po­wo­dów.

Po pierw­sze, więk­szość par de­kla­ru­je, że za­miesz­ka­ło ra­zem, aby by­ło ta­niej, wy­god­niej i przy­jem­niej. Tyl­ko nie­licz­ne ma­ją na uwa­dze przy­go­to­wa­nie się do ży­cia po ślu­bie. Jest to ty­po­wa wy­mów­ka dla osób po­stron­nych, któ­rym nie po­do­ba się ży­cie na „ko­cią ła­pę”.

foto_01-03_08-2014

 

Po dru­gie, ba­da­cze mó­wią o tzw. efek­cie ko­ha­bi­ta­cji (wspól­ne­go miesz­ka­nia). Oka­zu­je się, że wśród par miesz­ka­ją­cych ze so­bą przed ślu­bem jest wyż­szy od­se­tek roz­wo­dów niż wśród par, któ­re ra­zem za­miesz­ka­ły do­pie­ro po ślu­bie. Mo­że to mieć róż­no­ra­kie przy­czy­ny, np. zwią­zek trwa dłu­go, więc po za­war­ciu for­mal­ne­go mał­żeń­stwa pa­ra szyb­ciej mu­si sta­wić czo­ła kry­zy­so­wi. Po­wo­dem mo­że być brak przy­zwy­cza­je­nia do pra­cy nad so­bą i nad związ­kiem, do za­bie­ga­nia o wzglę­dy dru­giej oso­by. Pa­ry miesz­ka­ją­ce ra­zem wie­le in­we­stu­ją w zwią­zek, je­śli cho­dzi o czas, za­an­ga­żo­wa­nie, cza­sem też wspól­ne zo­bo­wią­za­nia fi­nan­so­we. Wszyst­ko to spra­wia, że trud­no ze­rwać ta­ki zwią­zek, na­wet je­śli nie jest on szczę­śli­wy. Po ślu­bie nie­roz­wią­za­ne kon­flik­ty przy­bie­ra­ją na si­le, zwłasz­cza je­śli zo­stał on za­war­ty z po­wo­du na­ci­sków oto­cze­nia lub jed­ne­go z part­ne­rów. By­wa i tak, że na ży­cie bez zo­bo­wią­zań de­cy­du­ją się oso­by, któ­rym trud­no pod­jąć od­po­wie­dzial­ność. W mał­żeń­stwie mo­gą mieć pro­blem z od­na­le­zie­niem się w no­wej ro­li.

Po trze­cie, zła wia­do­mość dla tych, któ­rzy li­czą, że dzię­ki miesz­ka­niu ra­zem świet­nie się po­zna­ją i po ślu­bie unik­ną roz­cza­ro­wa­nia. Otóż po­zna­wać się moż­na i trze­ba, rów­nież nie miesz­ka­jąc ze so­bą. A po ślu­bie i tak wyj­dą na jaw no­we fak­ty. I nie mam tu na my­śli cze­goś, co twój na­rze­czo­ny ce­lo­wo przed to­bą za­ta­ił. Po pro­stu czło­wiek jest tak wie­lo­wy­mia­ro­wym stwo­rze­niem, że ży­cia nie star­czy, by go po­znać. Nie­któ­re z no­wych od­kryć mo­gą być trud­ne, mo­że roz­cza­ro­wu­ją­ce. Po­dob­nie jak nie je­ste­śmy za­chwy­ce­ni wszyst­kim, cze­go się do­wia­du­je­my sa­mi o so­bie. Ale ta­kie jest ży­cie: ono pły­nie, wy się zmie­nia­cie, od­kry­wa­cie co­raz wię­cej praw­dy o so­bie. I nie da się unik­nąć trud­nych spraw, na­wet je­śli by się miesz­ka­ło ze so­bą przed ślu­bem przez 50 lat.

Wnio­sek z te­go pro­sty: je­śli my­śli­cie po­waż­nie o mał­żeń­stwie, miesz­ka­nie na pró­bę w ni­czym wam nie po­mo­że.

Mit 2: Mu­si­my spraw­dzić, czy je­ste­śmy do­pa­so­wa­ni!

To wy­mów­ka uspra­wie­dli­wia­ją­ca współ­ży­cie przed ślu­bem. Cza­sem wią­że się z au­ten­tycz­nym lę­kiem. Co wła­ści­wie zna­czy owo mi­tycz­ne do­pa­so­wa­nie? Trud­no po­wie­dzieć. Czy cho­dzi o ano­ma­lie w bu­do­wie fi­zjo­lo­gicz­nej? Pod tym wzglę­dem więk­szość lu­dzi jest do­pa­so­wa­na, więc chy­ba nie.

Nie­któ­rzy bo­ją się, że przy­szły mąż lub żo­na bę­dzie mieć zbyt du­że po­trze­by sek­su­al­ne lub zbyt ma­łe. I co wte­dy? Nie­szczę­ście? Chwil­ka, prze­cież nie je­ste­śmy kró­li­ka­mi. Mo­że­my roz­ma­wiać, mó­wić o swo­ich po­trze­bach i ocze­ki­wa­niach. Dla związ­ku o wie­le bar­dziej nie­bez­piecz­ne (niż rze­ko­me „nie­do­pa­so­wa­nie”) jest prze­ko­na­nie, że po­win­ni­śmy być ma­gicz­nie „do­pa­so­wa­ni”, czy­li nie mó­wić o tym, cze­go ocze­ku­je­my, tyl­ko li­czyć, że on/ona sam/sama na to wpad­nie.

Je­śli je­ste­ście dla sie­bie na­wza­jem atrak­cyj­ni (czy­li: jest che­mia), to ozna­cza, że je­ste­ście „do­pa­so­wa­ni”. A i tak po ślu­bie bę­dzie­cie mu­sie­li się sie­bie uczyć, po­zna­wać swo­je cia­ła i roz­ma­wiać o tym, co się mię­dzy wa­mi dzie­je. Tak two­rzy się głę­bo­ka, sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ca więź. Bez mi­tu o „do­pa­so­wa­niu”.

 

Mag­da­le­na Urlich

 

Cienie rzeczy przyszłych, czyli zachęta do świętowania

Je­śli chcesz wie­dzieć, po co ży­jesz, je­śli chcesz znać war­tość wspól­no­ty lu­dzi, je­śli chcesz za­uwa­żać pięk­no ota­cza­ją­ce­go cię świa­ta, to… ucz się świę­to­wać!

Świę­to­wa­nie u pierw­szych chrze­ści­jan

W Ko­ście­le pierw­szych wie­ków od sa­me­go po­cząt­ku chrze­ści­jań­stwa świę­to­wa­no przede wszyst­kim zmar­twych­wsta­nie Pa­na Je­zu­sa – Zba­wi­cie­la świa­ta, któ­ry w ten spo­sób od­no­wił stwo­rze­nie, dał po­czą­tek no­we­mu świa­tu, roz­lał na­dzie­ję w ser­cach lu­dzi. By­ły to za­tem dni, któ­re – jak mó­wi li­tur­gia – uobec­nia­ją Ta­jem­ni­cę Pas­chal­ną, ta­jem­ni­cę przej­ścia ze śmier­ci do ży­cia, ta­jem­ni­cę zwy­cię­stwa nad grze­chem, bó­lem, śmier­cią i cier­pie­niem.

Od sa­me­go po­cząt­ku ro­zu­mia­no, że zmar­twych­wsta­nie to po­czą­tek no­wej chry­stu­so­wej re­li­gii, to źró­dło mo­cy pły­ną­cej z sa­kra­men­tów świę­tych, to szan­sa na no­we ży­cie, to wresz­cie za­po­wiedź udzia­łu w chwa­le nie­ba. Rów­nież od sa­me­go po­cząt­ku chrze­ści­ja­nie ro­zu­mie­li, że choć co­rocz­ne uro­czy­ste ob­cho­dze­nie świąt pas­chal­nych jest isto­tą na­szej wia­ry, to jed­no­cze­śnie każ­da nie­dzie­la, hi­sto­rycz­nie pierw­szy dzień stwa­rza­nia świa­ta, jest nie­zwy­kle waż­na w prze­ży­wa­niu zwy­kłej co­dzien­no­ści.

Do tej mą­dro­ści na­wią­zał Jan Pa­weł II w Li­ście Apo­stol­skim Dies Do­mi­ni z 1998 ro­ku, pi­sząc: „Słusz­nie za­tem moż­na po­wie­dzieć za au­to­rem ho­mi­lii z IV stu­le­cia, Ze »dzień Pa­na« jest »pa­nem dni«. (2) Kto otrzy­mał ła­skę wia­ry w zmar­twych­wsta­łe­go Pa­na, z pew­no­ścią ro­zu­mie zna­cze­nie te­go dnia, ja­kie ma w ca­łym ty­go­dniu i prze­ży­wa go z głę­bo­kim wzru­sze­niem, któ­re św. Hie­ro­nim wy­ra­ził sło­wa­mi: »Nie­dzie­la to dzień zmar­twych­wsta­nia, to dzień chrze­ści­jan, to nasz dzień«. (3) Nie­dzie­la jest bo­wiem dla chrze­ści­jan »naj­star­szym i pierw­szym dniem świą­tecz­nym«, (4) usta­no­wio­nym nie tyl­ko po to, aby wy­zna­czał upływ cza­su, ale by ob­ja­wiał je­go głę­bo­ki sens”.

W wie­lu miej­scach za­sta­na­wia­no się nad świę­to­wa­niem świąt na­ka­za­nych przez prze­pi­sy ży­dow­skie, na­ka­za­nych przez ogło­szo­ne w Bi­blii pra­wo moj­że­szo­we, ale dość po­wszech­nie tam­te świę­ta ode­szły w za­po­mnie­nie, bo – jak uwa­ża­no – by­ły je­dy­nie za­po­wie­dzią te­go, co uczy­nił Je­zus Chry­stus.

Świę­to­wa­nie bu­du­je do­bro i nisz­czy zło

Za­uwa­ży­li­śmy za­pew­ne, że przy­go­to­wa­nie się do cza­su świą­tecz­ne­go po­ma­ga do­brze prze­żyć świę­ta i owoc­nie z nich sko­rzy­stać: do­bre prze­ży­cie Ad­wen­tu czy Wiel­kie­go Po­stu uła­twia za­uwa­że­nie isto­ty wia­ry, źró­dła na­dziei, któ­ra roz­ja­śnia na­sze ży­cie.

Świę­to­wa­nie po­ma­ga ode­rwać się od sza­ro­ści, bo jest za­trzy­ma­niem się w bie­gu na­rzu­ca­nym przez co­dzien­ność. W ta­kim cza­sie mo­że­my po­sta­wić py­ta­nia ja­ki jest cel i sens ży­cia, dzię­ki prze­ży­wa­niu świąt uczy­my się za­cho­wy­wać dy­stans wo­bec spraw pil­nych, by za­uwa­żyć te waż­ne. Dzię­ki „świą­tecz­ne­mu spoj­rze­niu” uczy­my się pa­trze­nia na pro­ble­my co­dzien­no­ści z od­po­wied­nim dy­stan­sem, a to po­trzeb­ne, by umieć te pro­ble­my roz­wią­zy­wać wła­śnie w świe­tle na­uki Pa­na Je­zu­sa, któ­ry zwy­cię­żył, by nam uka­zać kie­ru­nek pa­trze­nia.

Ko­rzy­ścią świę­to­wa­nia jest przy­po­mnie­nie so­bie, że świat jest pięk­ny, do­brym zwy­cza­jem jest świą­tecz­ny spa­cer, pod­czas któ­re­go wspól­nie z naj­bliż­szy­mi ma­my szan­sę głę­bo­ko na­brać po­wie­trza do płuc i spo­koj­nie przyj­rzeć się ży­ciu. Mo­że przy­po­mni­my so­bie, czym jest za­chwyt nad pięk­nem, któ­re czło­wiek wie­rzą­cy za­uwa­ży na­wet w desz­czo­wy dzień. Mo­że też war­to wciąż uczyć się do­strze­ga­nia pięk­na serc ludz­kich. Jest to oka­zja, by spoj­rzeć w oczy naj­bliż­szym (na co czę­sto nie ma­my cza­su w bie­gu dnia po­wsze­dnie­go). Moż­na pa­trzeć na tych, któ­rych się ko­cha.

foto_01-01_08-2014

Do­brze prze­ży­ty dzień świą­tecz­ny uczy – jak to ktoś po­wie­dział – „sta­wia­nia spa­cji” po każ­dym wy­po­wie­dzia­nym dniu. Tak jak tekst pi­sa­ny sta­je się mniej czy­tel­ny al­bo wręcz nie­zro­zu­mia­ły, gdy za­brak­nie w nim świa­tła, tak na­sze ży­cie wy­da­je się po­zba­wio­ne sen­su, gdy za­brak­nie „świą­tecz­nej per­spek­ty­wy”. Dzię­ki te­mu też za­uwa­ża­my, jak lu­dzie, któ­rzy nas ota­cza­ją, są waż­ni i po­trzeb­ni.

Gdy mi­ną dni świą­tecz­ne, wra­ca­my z pew­ną ulgą, a mo­że i z no­wym za­pa­łem do na­szej co­dzien­no­ści, któ­ra mo­że na­brać no­we­go uro­ku. Trud­no żyć bez świą­tecz­nej mo­bi­li­za­cji. Bez „Bo­żej prze­rwy”.

Gdy przyj­rzy­my się ro­dzi­nie czy gru­pie, któ­ra za­po­mnia­ła o świę­to­wa­niu, to za­uwa­ży­my, że tam na­ra­sta­ją kon­flik­ty, uak­tyw­nia­ją się na­pię­cia, z któ­ry­mi oso­by na­le­żą­ce do tej gru­py nie po­tra­fią so­bie po­ra­dzić.

Szu­ka­jąc spo­so­bów świę­to­wa­nia „po Bo­że­mu”, na pierw­szym miej­scu sta­wia­my udział w Eu­cha­ry­stii, nie­dłu­go po­tem jest od­święt­nie przy­go­to­wa­ny uro­czy­sty po­si­łek, a po­tem wspól­ne spę­dza­nie cza­su, opo­wia­da­nie o so­bie, o swo­jej co­dzien­no­ści, o swo­ich prze­ży­ciach.

Na pew­no trze­ba od cza­su do cza­su mó­wić o ra­do­ści spo­wo­do­wa­nej obec­no­ścią bli­skich, a przy oka­zji wciąż wra­cać do py­ta­nia, co trze­ba zro­bić, by od­na­wiać ra­dość z po­sia­da­nia ro­dzi­ny, na­le­że­nia do wspól­no­ty.

Nie mo­że­my jed­nak za­po­mi­nać, że świę­to­wa­nie trze­ba przy­go­to­wać, wcze­śniej o nim po­my­śleć, pod­jąć nie­je­den trud, któ­ry jed­nak przy­nie­sie nie­raz nie­ocze­ki­wa­ne owo­ce.

Co i jak świę­to­wać?

Świę­tu­je­my każ­de chrze­ści­jań­skie świę­ta, świę­tu­je­my imie­ni­ny (dzień pa­tro­na otrzy­ma­ne­go na chrzcie świę­tym), a tak­że rocz­ni­ce, ju­bi­le­usze, a na­wet suk­ces któ­re­goś z człon­ków ro­dzi­ny, jak choć­by zwy­cię­stwo w za­wo­dach czy zda­ny eg­za­min.

Jest to po­trzeb­ne, bo każ­de świę­to to ode­rwa­nie się od cza­su nie­świą­tecz­ne­go, czy­li od co­dzien­no­ści, prze­rwa w cza­sie po­wsze­dnim, tak sa­mo po­trzeb­na jak prze­rwa w szko­le.

Świę­to­wa­nie zwy­kle do­ma­ga się, by czy­nić to z bli­ski­mi. Przy­po­mnij­my so­bie, o ileż pięk­niej­sze są kra­jo­bra­zy, je­śli mo­że­my na nie pa­trzeć ra­zem z kimś, kto jest dla nas bli­ski, ko­go sza­nu­je­my.

War­to też wy­pra­co­wy­wać ro­dzin­ne zwy­cza­je, ale trze­ba za­wsze pa­mię­tać, że ry­tu­ał nie za­wie­ra­ją­cy au­ten­tycz­ne­go prze­ży­cia wca­le nie czy­ni świę­ta.

Zna­ki i głę­bia

Dla świę­to­wa­nia za­bój­cza jest po­wierz­chow­ność, za­trzy­ma­nie się nad ob­rzę­dem, na­wet per­fek­cyj­ne wy­ko­ny­wa­nie ry­tu­al­nych czyn­no­ści. Nie tyl­ko świę­to, ale na­wet lu­dzie mo­gą się de­gra­do­wać, gdy za­brak­nie we­wnętrz­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia. Z re­li­gij­ne­go punk­tu wi­dze­nia wy­da­je się, że le­piej, aby ta­kie­go świę­to­wa­nia nie by­ło w ogó­le. Je­den z mo­ich uczniów na­pi­sał nie­daw­no, że „świę­to­wa­nie to przede wszyst­kim spra­wa wła­ści­we­go prze­ży­wa­nia cza­su, zaś to, co ze­wnętrz­ne, mo­że je­dy­nie uzu­peł­niać praw­dzi­we świę­to­wa­nie, ale ni­gdy nie wy­ra­zi je­go isto­ty”.

Wy­da­je się, że to za­le­ży w więk­szym stop­niu od au­ten­tycz­no­ści prze­ży­wa­nia i rze­czy­wi­stej po­trze­by prze­ży­cia świę­ta (czy­li za­an­ga­żo­wa­nia) niż od te­go, co by­ło oka­zją do świę­to­wa­nia. W wie­lu wspól­no­tach każ­dy, kto na­le­ży do ro­dzi­ny mu­si się sta­rać, by ry­tu­ał nie stał się me­cha­nicz­ny, by wy­po­wia­da­ne sło­wa nie sta­ły się peł­ny­mi pom­py i na­dę­cia okle­pa­ny­mi fra­ze­sa­mi, w któ­rych już daw­no nikt się wi­dzi sen­su. Je­śli ge­sty sta­ną się pu­ste, to nio­są je­dy­nie ru­ty­nę i znu­dze­nie. „Ro­dzin­na uro­czy­stość – jak pi­sał ów uczeń – mo­że zmie­nić się w co­rocz­ne słu­cha­nie tych sa­mych opo­wie­ści i od­śpie­wa­nie tych sa­mych pio­se­nek czy pie­śni, bez szcze­rej po­trze­by, z sa­me­go tyl­ko na­wy­ku. Aż każ­dy z uczest­ni­ków z prze­ra­że­niem my­śli o ko­lej­nej ko­niecz­no­ści za­sia­da­nia za wspól­nym sto­łem. A przy tym, mi­mo że wszy­scy mę­czą się uda­wa­niem ra­do­ści ze wspól­ne­go bie­sia­do­wa­nia, nikt nie ma od­wa­gi przy­znać, że to tyl­ko po­czu­cie obo­wiąz­ku”.

Kto pa­mię­ta o Pa­nu Bo­gu, wie, dla­cze­go i jak ma świę­to­wać. Ale gdy za­gu­bi Bo­ga, po­prze­sta­nie na sa­mym tyl­ko ob­rzę­dzie, któ­ry jest bliż­szy ma­gii niż ży­cia.

Je­den z re­ko­lek­cjo­ni­stów kie­dyś po­wie­dział: „Dwie rze­czy bu­du­ją ro­dzi­nę i każ­dą, choć­by naj­mniej­szą wspól­no­tę Ko­ścio­ła: prze­ba­cze­nie i świę­to­wa­nie. Jed­no za­le­ży od dru­gie­go. Je­śli się ze so­bą kłó­ci­my, to nie bę­dzie­my po­tra­fi­li świę­to­wać. Świę­tu­ją lu­dzie szczę­śli­wi”.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Nie lękajcie się patrzeć w wieczność

Cha­ry­zma­ty Du­cha Świę­te­go po­ma­ga­ją wam spo­tkać Chry­stu­sa, po­głę­bić za­ży­łość z Nim, two­rzyć ko­mu­nię Ko­ścio­ła i cie­szyć się nią. Wa­ty­kan, 1997 r.

Choć dro­ga do świę­to­ści jest trud­na, wszyst­ko mo­że­my w Tym, któ­ry jest na­szym Od­ku­pi­cie­lem. Nie zwra­caj­cie się za­tem do ni­ko­go po­za Je­zu­sem. Nie szu­kaj­cie gdzie in­dziej te­go, co tyl­ko On mo­że wam dać. Z Chry­stu­sem świę­tość, cel ży­cia każ­de­go ochrzczo­ne­go, sta­je się osią­gal­na. Licz­cie na Nie­go: wierz­cie w nie­zwy­cię­żo­ną moc Ewan­ge­lii, i z wia­ry uczyń­cie fun­da­ment swo­jej na­dziei. Je­zus idzie z wa­mi, od­na­wia wa­sze ser­ca i po­mna­ża wa­sze si­ły mo­cą Du­cha Świę­te­go. Wa­ty­kan, 1997 r.

Dro­ga mło­dzie­ży, wy ma­cie być stró­ża­mi po­ran­ka zwia­stu­ją­cy­mi na­dej­ście słoń­ca, któ­rym jest Chry­stus zmar­twych­wsta­ły! Ca­stel Gan­dol­fo, 2001 r.

Chrze­ści­ja­nie wie­dzą, że nie jest moż­li­we od­rzu­ce­nie lub igno­ro­wa­nie Bo­ga bez po­ni­że­nia czło­wie­ka. Do­wn­sview, 2002 r.

Ja­ką mia­rą mie­rzyć czło­wie­ka? Czy mie­rzyć go mia­rą sił fi­zycz­nych, któ­ry­mi dys­po­nu­je? Czy mie­rzyć go mia­rą zmy­słów, któ­re umoż­li­wia­ją mu kon­takt z ze­wnętrz­nym świa­tem? Czy mie­rzyć go mia­rą in­te­li­gen­cji, któ­ra spraw­dza się po­przez wie­lo­ra­kie te­sty czy eg­za­mi­ny? Czło­wie­ka trze­ba mie­rzyć mia­rą „ser­ca”. War­sza­wa, 1979 r.

Pod­nie­ście gło­wy. Nie lę­kaj­cie się pa­trzeć w wiecz­ność. Tam cze­ka Oj­ciec, Bóg, któ­ry jest mi­ło­ścią. Dla tej mi­ło­ści war­to żyć. Miej­cie od­wa­gę żyć dla mi­ło­ści. Miej­cie od­wa­gę! Niech wszel­ki lęk znaj­dzie uko­je­nie u Te­go, do któ­re­go wo­ła­my „Ab­ba Oj­cze!”. Po­la led­nic­kie, 1999 r.

Moc­na wia­ra, z któ­rej ro­dzi się na­dzie­ja, cno­ta tak bar­dzo dziś po­trzeb­na, uwal­nia czło­wie­ka od lę­ku i da­je mu si­łę du­cho­wą do prze­trwa­nia wszyst­kich burz ży­cio­wych. Nie lę­kaj­cie się Chry­stu­sa! Za­ufaj­cie Mu do koń­ca! On je­dy­ny „ma sło­wa ży­cia wiecz­ne­go”. Chry­stus nie za­wo­dzi. Po­znań, 1997 r.

Mu­si­cie od sie­bie wy­ma­gać, na­wet gdy­by in­ni od was nie wy­ma­ga­li. Wbrew wszyst­kim mi­ra­żom uła­twio­ne­go ży­cia mu­si­cie od sie­bie wy­ma­gać. To zna­czy wła­śnie „wię­cej być”. Gdańsk, 1987 r.

 

Bł. Jan Pa­weł II

 

Miłosierdzie Boże nie ma granic

Dro­dzy bra­cia i sio­stry,

Ewan­ge­lia (…) opo­wia­da nam o wskrze­sze­niu Ła­za­rza. Jest to punkt kul­mi­na­cyj­ny cu­dow­nych „zna­ków” do­ko­na­nych przez Je­zu­sa: czyn zbyt wiel­ki, w spo­sób zbyt wi­docz­ny bo­ski, aby mógł być to­le­ro­wa­ny przez ar­cy­ka­pła­nów, któ­rzy gdy do­wie­dzie­li się o tym fak­cie, po­wzię­li de­cy­zję o za­bi­ciu Je­zu­sa (por. J 11, 53).

Ła­zarz był już od trzech dni mar­twy, kie­dy przy­szedł Je­zus i do sióstr Mar­ty i Ma­rii po­wie­dział sło­wa, któ­re wry­ły się na za­wsze w pa­mięć wspól­no­ty chrze­ści­jań­skiej. Je­zus po­wia­da: „Ja je­stem zmar­twych­wsta­niem i ży­ciem. Kto we Mnie wie­rzy, choć­by i umarł, żyć bę­dzie. Każ­dy, kto ży­je i wie­rzy we Mnie, nie umrze na wie­ki” (J 11, 25). Na sło­wo Pa­na wie­rzy­my, że ży­cie te­go, kto wie­rzy w Je­zu­sa i wy­peł­nia je­go przy­ka­za­nia, po śmier­ci zo­sta­nie prze­mie­nio­ne w no­we ży­cie, peł­ne i nie­śmier­tel­ne. Tak jak Je­zus zmar­twych­wstał wraz ze swym cia­łem, ale nie po­wró­cił do ży­cia ziem­skie­go, tak­że my zmar­twych­wsta­nie­my z na­szy­mi cia­ła­mi, któ­re zo­sta­ną prze­mie­nio­ne w cia­ła chwa­leb­ne. On cze­ka na nas u Oj­ca, a moc Du­cha Świę­te­go, któ­ra wskrze­si­ła Je­go, wskrze­si tak­że tych, któ­rzy są z Nim zjed­no­cze­ni.

Przed za­pie­czę­to­wa­nym gro­bem przy­ja­cie­la „za­wo­łał do­no­śnym gło­sem: Ła­za­rzu, wyjdź na ze­wnątrz! I wy­szedł zmar­ły, ma­jąc no­gi i rę­ce po­wią­za­ne opa­ska­mi, a twarz je­go by­ła za­wi­nię­ta chu­s­tą” (w. 43–44). To sta­now­cze wo­ła­nie skie­ro­wa­ne jest do każ­de­go czło­wie­ka, po­nie­waż wszy­scy je­ste­śmy na­zna­cze­ni śmier­cią. (…) Ty­le ra­zy na­szą ma­ską sta­je się grzech. Ma­ski mu­szą opaść, a my mu­si­my od­na­leźć od­wa­gę na­sze­go pier­wot­ne­go ob­li­cza, stwo­rzo­ne­go na ob­raz i po­do­bień­stwo Bo­ga.

(…) Do­brze za­pa­mię­taj­cie to zda­nie i mo­że­my je wy­po­wie­dzieć wszy­scy ra­zem: dla mi­ło­sier­dzia Bo­że­go ofe­ro­wa­ne­go wszyst­kim nie ma żad­nych ogra­ni­czeń! Pan jest za­wsze go­tów do pod­nie­sie­nia ka­mie­nia na­grob­ne­go na­szych grze­chów, któ­ry nas od­dzie­la od Nie­go, świa­tła ży­ją­cych.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 6.04.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

W cza­sie świą­tecz­nym chy­ba naj­waż­niej­sze są ży­cze­nia. Bo prze­cież ży­cze­niem Pa­na Bo­ga by­ło i jest, by każ­dy czło­wiek sko­rzy­stał z Od­ku­pie­nia. Po to Syn Bo­ży przy­jął ludz­kie cia­ło, aby otwo­rzyć przed na­mi bra­my nie­ba. Po­wta­rza­jąc Bo­że ma­rze­nia, ży­czy­my rze­czy­wi­ście te­go, co naj­lep­sze. A na mar­gi­ne­sie: sta­raj­my się za­wsze o tym pa­mię­tać przy wszyst­kich uro­czy­stych chwi­lach, w któ­rych uczest­ni­czy­my – każ­de świę­to, imie­ni­ny (dzień pa­tro­na, nie za­po­mi­naj­my o je­go świę­cie), uro­dzi­ny i ju­bi­le­usze to oka­zje, by przy­po­mi­nać o naj­więk­szym szczę­ściu, do ja­kie­go je­ste­śmy po­wo­ła­ni. Moż­na by na­wet po­wie­dzieć, że tyl­ko ta­kie ży­cze­nia ma­ją sens, w któ­rych jest (choć­by nie­znacz­na) wzmian­ka o zba­wie­niu.

Od wie­lu wie­ków, za­rów­no na płasz­czyź­nie teo­lo­gicz­nej, jak i wręcz roz­ryw­ko­wej (tek­sty ka­ba­re­to­we), pro­wa­dzo­na jest dys­ku­sja po­rów­nu­ją­ca uro­czy­stość Na­ro­dze­nia Pań­skie­go i uro­czy­stość Zmar­twych­wsta­nia: nie ma wąt­pli­wo­ści, że ta pierw­sza ma w so­bie wię­cej ła­dun­ku emo­cjo­nal­ne­go, a dru­ga na­le­ży do isto­ty na­szej wia­ry. Bo­że Na­ro­dze­nie le­piej „czu­je­my”, ale Wiel­ka­noc prze­wyż­sza wszel­kie in­ne świę­ta bo­gac­twem tre­ści i ła­dun­kiem mo­cy. Aby tę treść i tę moc za­uwa­żyć, trze­ba się nad ta­jem­ni­cą pas­chal­ną po­chy­lić, do cze­go dzi­siaj szcze­gól­nie za­chę­ca­my.

Niech jed­na na­sza za­chę­ta bę­dzie in­spi­ra­cją do dal­szych po­szu­ki­wań: otwórz­cie czy­ta­nia bi­blij­ne prze­zna­czo­ne na Tri­du­um Pas­chal­ne za­nim pój­dzie­cie na li­tur­gię. War­to za­po­znać się z jej prze­bie­giem i bo­ga­tą sym­bo­li­ką, mo­że na­wet za­pi­sać ja­kieś py­ta­nia, do któ­rych wró­ci­cie przy nada­rza­ją­cej się oka­zji.

Za­wsze też cze­ka­my na wia­do­mo­ści od Was: co wspa­nia­łe­go zo­ba­czy­li­ście, co Was za­fa­scy­no­wa­ło i czym chcie­li­by­ście się po­dzie­lić z in­ny­mi.

Niech moc No­cy Pas­chal­nej prze­nik­nie Wa­sze ży­cie, od Chry­stu­sa uczcie się zwy­cię­ża­nia, bo Wa­sze zwy­cię­stwa sta­ją się świa­dec­twem Je­go Zmar­twych­wsta­nia.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski