Rozpoznać misterium w „Pasji”

Rów­no dzie­sięć lat te­mu miał miej­sce spór, któ­ry nic stra­cił na ak­tu­al­no­ści. Do­ty­czył fil­mu.

Za­nim w Śro­dę Po­piel­co­wą 2004 r. od­by­ła się pre­mie­ra no­we­go fil­mu Me­la Gib­so­na, opi­nie od daw­na by­ły po­dzie­lo­ne. Już sam po­mysł pro­duk­cji hol­ly­wo­odz­kiej po­świę­co­nej wy­łącz­nie mę­ce Chry­stu­sa wzbu­dził nie­po­kój wie­lu śro­do­wisk. Ka­to­li­cy oba­wia­li się bluź­nier­stwa, Ży­dzi an­ty­se­mi­ty­zmu. Gib­son był wów­czas jed­nym z nie­licz­nych ka­to­li­ków w Hol­ly­wo­od, któ­rzy pu­blicz­nie wy­zna­wa­li swo­ją wia­rę i zgod­nie z nią ży­li. Zma­so­wa­na kry­ty­ka wy­prze­dzi­ła na­wet na­pi­sa­nie sce­na­riu­sza, co spo­wo­do­wa­ło pro­ble­my ze zna­le­zie­niem dys­try­bu­to­ra.

Po za­mknię­tym po­ka­zie dla pra­sy ga­ze­ta „New Yor­ker” oskar­ży­ła film Gib­so­na o to, że przy­po­mi­na pro­pa­gan­dę na­zi­stow­ską. Na ab­sur­dal­ność te­go ty­pu za­rzu­tów za­re­ago­wał wy­bit­ny ba­dacz kul­tu­ry i hi­sto­ryk Re­né Gi­rard, opi­su­jąc „Pa­sję” ja­ko wy­wa­żo­ną wi­zję, któ­rej ce­lem nie jest oskar­że­nie Ży­dów czy Rzy­mian, ale me­dy­ta­cja wi­dza nad wła­sną prze­wi­ną. Tak­że wśród or­to­dok­syj­nych Ży­dów zna­leź­li się obroń­cy fil­mu, np. ra­bin Da­niel La­pin czy re­cen­zent Mi­cha­el Me­dved.

foto_01-02_05-2014

Po za­mknię­tej pro­jek­cji dla urzęd­ni­ków Ku­rii Rzym­skiej jed­no­gło­śnie wy­ra­zi­li oni apro­ba­tę dla dzie­ła Gib­so­na. Po­ja­wi­ły się pierw­sze po­chwa­ły za teo­lo­gicz­ną głę­bię i re­li­gij­ną wraż­li­wość ob­ra­zu, ale tak­że je­go war­tość ar­ty­stycz­ną.

Kie­dy „Pa­sja” tra­fi­ła na ekra­ny kin, ilość sprzecz­nych opi­nii i gwał­tow­nych re­ak­cji wca­le nie zma­la­ła. Tym ra­zem kry­ty­ka po­ło­ży­ła na­cisk na za­rzut uka­zy­wa­nia nad­mier­nej prze­mo­cy. Na iro­nię za­kra­wa fakt, że wśród ty­lu krwa­wych fil­mów wła­śnie hi­sto­ria ukrzy­żo­wa­nia spo­tka­ła się z oskar­że­nia­mi o „bez­sen­sow­ną prze­moc” czy „prze­sad­ny sa­dyzm”.

Pro­duk­cja Gib­so­na zde­ma­sko­wa­ła igno­ran­cję du­żej czę­ści od­bior­ców w za­kre­sie hi­sto­rii po­wszech­nej i chrze­ści­jań­stwa. Film wpi­su­je się bo­wiem w ga­tu­nek pa­sji o wie­lo­wie­ko­wej tra­dy­cji, do któ­re­go na­le­ża­ły mi­ste­ria i dra­ma­ty pa­syj­ne śre­dnio­wie­cza oraz ba­ro­ku, a sta­no­wi od­po­wied­nik utwo­rów mu­zycz­nych Ba­cha czy Hän­dla, jak rów­nież ob­ra­zów Ca­ra­vag­gia czy Grüne­wal­da.

Pol­skie me­dia wtó­ro­wa­ły głów­nie za­gra­nicz­nym gło­som obu­rze­nia. „Pa­sję” skry­ty­ko­wa­li rów­nież: ks. Adam Bo­niec­ki, re­ży­ser Agniesz­ka Hol­land, a na­wet za­zwy­czaj roz­sąd­ny Sze­wach We­iss. Z gro­na „au­to­ry­te­tów III RP” wy­ła­mał się na­to­miast b. pre­mier Ta­de­usz Ma­zo­wiec­ki. Do re­li­gij­ne­go prze­ży­wa­nia fil­mu przy­zna­li się ta­cy ak­to­rzy, jak Je­rzy Ze­lnik i Ma­rek Kon­drat, ale bro­nił go tak­że ate­ista – słyn­ny kar­dio­log Zbi­gniew Re­li­ga.

Wiem też, że mo­ja ś.p. Pra­bab­cia, oglą­da­jąc w do­mu „Pa­sję”, mi­mo swo­ich 90 lat klę­ka­ła, jak pod­czas od­pra­wia­nia Dro­gi krzy­żo­wej w ko­ście­le. Sam wra­ca­łem z ki­na tak moc­no po­ru­szo­ny, że chy­ba moż­na to na­zwać jed­nym z tych na­wró­ceń, któ­re prze­ży­wa­my kil­ka­krot­nie w cią­gu ży­cia. Ude­rzy­ło mnie, że film opo­wia­da o mi­ło­ści. „W tym prze­ja­wia się mi­łość, że nie my umi­ło­wa­li­śmy Bo­ga, ale że On sam nas umi­ło­wał i po­słał Sy­na swo­je­go ja­ko ofia­rę prze­bła­gal­ną za na­sze grze­chy” (J 4, 10). My­ślę, że wie­lu wi­dzów uświa­do­mi­ło so­bie swo­je uczest­nic­two w grze­chach, za ja­kie cier­piał Chry­stus, i za­ra­zem udział w ła­sce od­ku­pie­nia przez tę mę­kę.

Pa­sja” po­ko­na­ła re­kor­dy oglą­dal­no­ści. W pol­skich ki­nach zo­ba­czy­ło ją 3 mi­lio­ny wi­dzów. Jed­nak na­praw­dę istot­ny jest fakt, że oso­by wie­rzą­ce wie­lo­krot­nie wra­ca­ją do fil­mu Gib­so­na. Co do­wo­dzi, że to war­to­ścio­wy, re­li­gij­ny ob­raz. I wciąż słu­ży głę­bo­kie­mu, re­flek­syj­ne­mu prze­ży­wa­niu Wiel­kie­go Ty­go­dnia – do­kład­nie tak, jak daw­ne mi­ste­ria pa­syj­ne.

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Trenowanie świętości

Wie­lu z nas asce­za ko­ja­rzy się ze śre­dnio­wie­czem, ro­zu­mia­nym ja­ko czas ciem­no­ty, wro­go­ści wo­bec cia­ła ludz­kie­go, od­rzu­ca­nia wszyst­kie­go, co przy­jem­ne na rzecz za­da­wa­nia so­bie do­dat­ko­wych cier­pień. Ma­ło kto na­to­miast ko­ja­rzy asce­zę ze... spor­tem. Tym­cza­sem to wła­śnie sta­ro­żyt­ni spor­tow­cy by­li pierw­szy­mi asce­ta­mi.

Asce­za ozna­cza od­ma­wia­nie so­bie drob­nych przy­jem­no­ści, do­bro­wol­ne wy­rze­cze­nie się pew­nych dóbr, war­to­ści i ak­tyw­no­ści ży­cio­wych w ce­lu osią­gnię­cia świę­to­ści, czy­sto­ści i do­sko­na­ło­ści. Wie­lu wią­że ją tyl­ko ze sfe­rą sek­su, in­ni utoż­sa­mia­ją je­dy­nie z po­stem.

Za­prze­cze­niem asce­zy jest kon­sump­cjo­nizm, uwa­ża­ny przez część eko­no­mi­stów za pod­sta­wo­wy mo­tor na­pę­dza­ją­cy go­spo­dar­kę świa­to­wą.

Czy w cza­sach wszech­obec­ne­go kon­sump­cjo­ni­zmu moż­na być asce­tą? Czy aby nim być, wy­star­czy od­mó­wić so­bie cu­kier­ków w Wiel­kim Po­ście, czy też trze­ba się bi­czo­wać?

foto_01-03_05-2014

Od­mó­wić so­bie wszyst­kie­go

Każ­dy, któ­ry sta­je do za­pa­sów, wszyst­kie­go so­bie od­ma­wia; oni, aby zdo­być prze­mi­ja­ją­cą na­gro­dę, my zaś nie­prze­mi­ja­ją­cą. Ja (...) po­skra­miam mo­je cia­ło i bio­rę je w nie­wo­lę, abym in­nym gło­sząc na­ukę, sam przy­pad­kiem nie zo­stał uzna­ny za nie­zdat­ne­go” (l Kor 9, 25–27). Tak przed wie­ka­mi Świę­ty Pa­weł Apo­stoł tłu­ma­czył Ko­ryn­tia­nom sens asce­zy. Do­sko­na­le wie­dział, ile wy­sił­ku mu­si wło­żyć za­wod­nik w przy­go­to­wa­nie się do wal­ki. Przed roz­po­czę­ciem zma­gań spor­to­wiec po­dej­mo­wał trud na­zy­wa­ny asce­zą (od gr. aske­sis – ćwi­czyć, tre­no­wać). Dla sta­ro­żyt­nych spor­tow­ców asce­za by­ła nie tyl­ko ćwi­cze­niem mię­śni, ale sty­lem ży­cia.

Dla każ­de­go coś... asce­tycz­ne­go

Asce­za to ży­cie na wzór Chry­stu­sa, czy­li na­śla­do­wa­nie Je­go czy­sto­ści, ubó­stwa i po­słu­szeń­stwa. To po­sta­wie­nie so­bie bar­dzo wy­so­kich wy­ma­gań, nie­ła­twych do zre­ali­zo­wa­nia, dla wie­lu nie­zro­zu­mia­łych, ale jed­nak moż­li­wych.

Świę­ty Alek­sy – ja­ko że­brak miesz­kał do śmier­ci pod scho­da­mi pa­ła­cu swe­go oj­ca;

Świę­ty An­to­ni Wiel­ki – miesz­kał w gro­bie, ja­dał raz dzien­nie, po za­cho­dzie słoń­ca;

Świę­ty Grze­gorz z Na­zjan­zu – sy­piał na go­łej zie­mi, ży­wił się stę­chłym chle­bem;

Świę­ty Szy­mon Słup­nik Star­szy – krę­po­wał cia­ło sznu­rem, gę­sto prze­ty­ka­nym cier­nia­mi, zbu­do­wał ka­mien­ny słup wy­so­ko­ści ok. 18 m, na któ­rym umie­ścił plat­for­mę. Prze­by­wał na niej bli­sko 40 lat;

Świę­ty Ger­man z Pa­ry­ża – ni­gdy nie okry­wał swe­go cia­ła, na­wet zi­mą, ży­wił się je­dy­nie chle­bem i wo­dą;

Świę­ty Jan od Krzy­ża – no­sił wło­sien­ni­cę tak ostrą, że gdy się po­ru­szał, je­go cia­ło bro­czy­ło krwią.

W cią­gu wie­ków po­wsta­ły róż­ne spo­so­by asce­zy, nie tyl­ko tak ra­dy­kal­ne, jak wy­mie­nio­ne wy­żej. Wie­lu prze­strze­ga się do dziś, zwłasz­cza w za­ko­nach. Za­kon be­ne­dyk­tyń­ski kul­ty­wu­je ubó­stwo. Tra­pi­ści ży­ją w peł­nej izo­la­cji od świa­ta, w mil­cze­niu od­da­jąc się mo­dli­twie, pra­cy fi­zycz­nej i po­stom. Ka­me­du­li są zo­bo­wią­za­ni do ży­cia pu­stel­ni­cze­go, ży­ją w dom­kach, za­cho­wu­jąc mil­cze­nie i zbie­ra­jąc się tyl­ko na mo­dli­twy.

Asce­za w epo­ce kon­sump­cjo­ni­zmu?

Kon­sump­cjo­nizm wy­mu­sza na­sze „mieć”. Prze­ko­nu­je, że po­trze­bu­je­my co­raz to no­wych ga­dże­tów, mod­nych do­dat­ków, nie­zbęd­nych pro­duk­tów. W sztucz­ny spo­sób pro­wo­ku­je na­szą za­chłan­ność. Dla­te­go war­to ćwi­czyć się w asce­zie, że­by za­do­wo­lić się rze­cza­mi nie­zbęd­ny­mi. Asce­za jest dzi­siaj bar­dzo po­trzeb­na. Im bar­dziej świat jest sko­mer­cja­li­zo­wa­ny, tym bar­dziej każ­da pró­ba asce­tycz­ne­go ży­cia jest war­to­ścio­wa. Bez asce­zy nie ma ła­du ani po­rząd­ku. Asce­za to wy­rzu­ce­nie nie­po­trzeb­nych zdań, przed­mio­tów, ob­ra­zów i bodź­ców, po to, aby móc skon­cen­tro­wać się na tym, co rze­czy­wi­ście istot­ne. Asce­za nie jest więc prze­zna­czo­na tyl­ko dla wy­bra­nych. Mo­że ją prak­ty­ko­wać każ­dy.

 

Jo­lan­ta Tę­cza-Ćwierz

 

Czy Jezus mógł się zbuntować?

Jak przy­jąć do wia­do­mo­ści, że Je­zus nie zbun­to­wał się wo­bec wy­da­ne­go na sie­bie wy­ro­ku? Czy w ogó­le miał ta­ką moż­li­wość? Dla­cze­go do­bro­wol­nie przy­jął na sie­bie nie­za­słu­żo­ną żad­ną wła­sną wi­ną śmierć?

Bunt to na­tu­ral­na re­ak­cja, któ­ra po­ja­wia się za­wsze wte­dy, gdy ktoś chce na­ru­szyć na­sze do­bro. Mło­dzi lu­dzie bun­tu­ją się wy­jąt­ko­wo czę­sto. Mło­dość to czas, w któ­rym je­ste­śmy bar­dziej niż zwy­kle wraż­li­wi i nie chce­my do­pu­ścić do te­go, aby kto­kol­wiek (łącz­nie z ro­dzi­ca­mi) na­ru­szał na­szą sa­mo­dziel­ność, wol­ność, swo­bo­dę – krót­ko mó­wiąc ja­kieś do­bro, któ­re nam się na­le­ży.

Te­raz wy­obraź­my so­bie, że ktoś w wy­jąt­ko­wo bru­tal­ny, be­stial­ski spo­sób chce ode­brać nam ży­cie. Kto w ta­kiej sy­tu­acji za­cho­wał­by mil­cze­nie? Kto zre­zy­gno­wał­by z wal­ki? Kto mi­mo świa­do­mo­ści by­cia nie­win­nym pod­dał­by się nie­za­słu­żo­nej ka­rze i po­zwo­lił­by na swo­je uni­ce­stwie­nie?

foto_01-01_05-2014

Od­po­wiedź brzmi: Je­zus!

Wie­lo­krot­nie słu­cha­jąc w ko­ście­le opi­su Mę­ki Pań­skiej, trud­no by­ło mi zro­zu­mieć po­sta­wę Je­zu­sa. Nie mo­głam po­jąć, dla­cze­go On mil­czy? Cza­sem na­ra­sta­ła we mnie swe­go ro­dza­ju złość i ob­my­śla­łam, co po­wi­nien po­wie­dzieć. Dla­cze­go po­zwa­la na to, aby oplu­wa­li Go i wy­zy­wa­li zbrod­nia­rze, któ­rzy za chwi­lę do­ko­na­ją strasz­li­wej eg­ze­ku­cji? Dla­cze­go po­zwa­la na zmie­sza­nie się z bło­tem, na ośmie­sza­nie, drwi­ny, ob­ra­że­nie wo­bec lu­dzi, uko­ro­no­wa­nie cie­nio­wą ko­ro­ną i po­gar­dę? Dla­cze­go nie za­wo­ła do Nie­ba i nie spu­ści na nich wszyst­kich gro­mów? Dla­cze­go nie za­cho­wu­je się „jak ba­ra­nek na rzeź pro­wa­dzo­ny”?

Od­po­wiedź na te wszyst­kie py­ta­nia jest za­ra­zem bar­dzo pro­sta i bar­dzo trud­na. Je­zus mi­mo po­twor­ne­go cier­pie­nia, mi­mo chwi­li sła­bo­ści wy­ra­ża­ją­cej się w sło­wach z ogro­du Oliw­ne­go: „Oj­cze, je­śli to moż­li­we, od­bierz ode mnie ten kie­lich” ma peł­ną świa­do­mość swo­jej mi­sji. On przy­szedł na świat wła­śnie po to, aby po­nieść śmierć, któ­rą od­ku­pi ludz­kość. Nie za­mie­rza sprze­ci­wiać się Bo­żej wo­li. Na­le­ży w tym miej­scu pa­mię­tać o tym, że On sam jest Bo­giem. Przy­szedł na świat, aby wy­peł­nić hi­sto­rię zba­wie­nia czło­wie­ka – prze­zwa­ną raj­skim nie­po­słu­szeń­stwem. Jest no­wym Ada­mem, któ­ry do­peł­nia zbaw­czej mi­sji.

W od­róż­nie­niu od na­sze­go pra­oj­ca Ada­ma nie bun­tu­je się wo­bec Bo­żej wo­li, ale cał­ko­wi­cie się jej pod­da­je.

Sło­wa wy­po­wie­dzia­ne w ogrój­cu nie są za­tem chę­cią re­zy­gna­cji z do­peł­nie­nia zbaw­cze­go po­słan­nic­twa, nie są od­wró­ce­niem się od Bo­że­go za­my­słu, ale je­dy­nie świa­dec­twem ludz­kiej na­tu­ry Je­zu­sa.

Je­zus nie bun­tu­je się, bo jest „spo­koj­ny” o to, że znaj­du­je się „w do­brych rę­kach” – w rę­kach Swe­go Oj­ca. Ma świa­do­mość te­go, jak skoń­czy się Je­go mę­ka. Wie, że zmar­twych­wsta­nie po trzech dniach od śmier­ci. Rę­ce je­go opraw­ców po­twor­nie go ska­tu­ją i spo­nie­wie­ra­ją, a w koń­cu ukrzy­żu­ją, ale ostat­ni ruch na­le­ży tu­taj do Bo­ga. On w koń­cu po­dźwi­gnie Go z gro­bu. Rę­ka Bo­ska zwy­cię­ży nad ludz­ką. Śmierć zo­sta­nie po­ko­na­na i za­ja­śnie­je zba­wie­nie.

Od Je­zu­sa każ­dy z nas mógł­by na­uczyć się wiel­kiej po­ko­ry i za­ufa­nia. Nikt in­nych nie stał­by z „za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi”, bę­dąc wy­da­wa­nym na nie­za­słu­żo­ną śmierć. Je­go mil­cze­nie w tych dniach jest szcze­gól­nie wy­mow­ne.

 

Ka­ro­li­na Po­lak

 

Ojciec miłuje was

Gdzie w świa­do­mo­ści oso­by ludz­kiej umie­ra Bóg, nie­uchron­nie na­stę­pu­je śmierć czło­wie­ka – ob­ra­zu Bo­ga. Wa­ty­kan, 1984 r.

Ży­cie jest ta­len­tem po­wie­rzo­nym nam, aby­śmy go prze­mie­nia­li i po­mna­ża­li, czy­niąc z nie­go dar dla in­nych. Do szczę­ścia i do świa­tło­ści nie moż­na dojść na skró­ty. Dro­ga, któ­rą wska­zu­je wam Je­zus, nie jest wy­god­na, przy­po­mi­na ra­czej ścież­kę, któ­ra z tru­dem pnie się pod gó­rę. Nie trać­cie otu­chy! Im bar­dziej stro­ma jest dro­ga, tym szyb­ciej otwie­ra przez na­mi co­raz szer­sze wid­no­krę­gi. Wa­ty­kan, 1995 r.

Za­ży­łość z Bo­giem, je­śli jest au­ten­tycz­na, ka­że my­śleć, wy­bie­rać i dzia­łać tak jak my­ślał, wy­bie­rał i dzia­łał sam Chry­stus oraz od­dać Mu się do dys­po­zy­cji, aby kon­ty­nu­ować Je­go zbaw­cze dzie­ło. Orę­dzie z oka­zji XIII Świa­to­we­go Dnia Mło­dzie­ży, 1997 r.

Oj­ciec mi­łu­je was”. To wspa­nia­łe orę­dzie zo­sta­je zło­żo­ne w ser­cu wie­rzą­ce­go, któ­ry ni­czym umi­ło­wa­ny uczeń Je­zu­sa opie­ra gło­wę na pier­si Mi­strza i słu­cha słów Je­go zwie­rze­nia: „Kto mi­łu­je Mnie, ten bę­dzie umi­ło­wa­ny przez Oj­ca me­go, a rów­nież Ja bę­dę go mi­ło­wał i ob­ja­wię mu sie­bie” (J 14, 21). Wa­ty­kan, 1999 r.

Po­cząt­kiem każ­de­go praw­dzi­we­go na­wró­ce­nia jest Bo­że spoj­rze­nie, któ­re spo­czy­wa na grzesz­ni­ku. To spoj­rze­nie wy­ra­ża się w peł­nym mi­ło­ści po­szu­ki­wa­niu, w mę­ce aż na krzyż, w wo­li prze­ba­cze­nia. Wa­ty­kan, 1999 r.

Dro­ga wia­ry prze­cho­dzi przez to wszyst­ko, co prze­ży­wa­my. Bóg dzia­ła w kon­kret­nych i oso­bi­stych wy­da­rze­niach ży­cio­wych każ­de­go z nas. Po­przez nie, nie­raz spo­so­ba­mi na­praw­dę ta­jem­ni­czy­mi, przed­sta­wia się nam Sło­wo, któ­re „sta­ło się cia­łem”, któ­re za­miesz­ka­ło wśród nas. Wa­ty­kan, 2000 r.

Ad­o­ra­cja praw­dzi­we­go Bo­ga za­kła­da au­ten­tycz­ny akt sprze­ci­wu wo­bec wszel­kiej for­my bał­wo­chwal­stwa. Ad­o­ruj­cie Chry­stu­sa: On jest Ska­łą, na któ­rej mo­że­cie zbu­do­wać wa­szą przy­szłość i świat bar­dziej spra­wie­dli­wy i so­li­dar­ny. Ca­stel Gan­dol­fo, 2004 r.

 

Bł. Jan Pa­weł II

 

Nie lękajcie się spowiedzi

Dro­dzy Bra­cia i Sio­stry,

Przez sa­kra­men­ty wta­jem­ni­cze­nia chrze­ści­jań­skie­go – chrzest, Eu­cha­ry­stię i bierz­mo­wa­nie – czło­wiek otrzy­mu­je no­we ży­cie w Chry­stu­sie. Ale (...) ży­cie to no­si­my „w na­czy­niach gli­nia­nych” (2 Kor 4, 7), na­dal pod­le­ga­my po­ku­sie, cier­pie­niu i śmier­ci i z po­wo­du grze­chu mo­że­my na­wet utra­cić no­we ży­cie. Dla­te­go Pan Je­zus chciał, aby Ko­ściół kon­ty­nu­ował swo­je zbaw­cze dzie­ło tak­że wo­bec swo­ich człon­ków, zwłasz­cza po­przez sa­kra­ment po­jed­na­nia oraz na­masz­cze­nia cho­rych, któ­re moż­na po­łą­czyć pod na­zwą „sa­kra­men­tów uzdro­wie­nia”. Sa­kra­ment po­jed­na­nia jest „sa­kra­men­tem uzdro­wie­nia”. (…)

Sa­kra­ment po­ku­ty i po­jed­na­nia, któ­ry na­zy­wa­my też spo­wie­dzią, wy­pły­wa bez­po­śred­nio z ta­jem­ni­cy pas­chal­nej. (…) O prze­ba­cze­nie pro­si­my dru­gą oso­bę, a w spo­wie­dzi pro­si­my Je­zu­sa o prze­ba­cze­nie. Prze­ba­cze­nie nie jest wy­ni­kiem na­szych wy­sił­ków, ale jest da­rem Du­cha Świę­te­go, któ­ry na­peł­nia nas mi­ło­sier­dziem i ła­ską, nie­ustan­nie wy­pły­wa­ją­cy­mi z prze­bi­te­go ser­ca Chry­stu­sa ukrzy­żo­wa­ne­go i zmar­twych­wsta­łe­go. (…)

Ktoś mo­że po­wie­dzieć: ja spo­wia­dam się je­dy­nie Bo­gu. Tak, to praw­da (...). Ale na­sze grze­chy wy­mie­rzo­ne są tak­że prze­ciw na­szym bra­ciom, prze­ciw Ko­ścio­ło­wi i dla­te­go trze­ba pro­sić o wy­ba­cze­nie grze­chów bra­ci i Ko­ściół w oso­bie ka­pła­na. Jed­nak ktoś po­wie: „Oj­cze, ja się wsty­dzęˮ. Tak­że wstyd jest do­bry. To zdro­wo mieć tro­chę wsty­du, bo wstyd jest tak­że zba­wien­ny. (…) Ktoś sto­jąc w ko­lej­ce do spo­wie­dzi, od­czu­wa wszyst­ko to, co mu cią­ży na ser­cu, a tak­że wstyd, że­by się wy­spo­wia­dać. Kie­dy skoń­czy się spo­wiedź, od­cho­dzi wol­ny, wspa­nia­ły, od­czu­wa­jąc prze­ba­cze­nie, nie­ska­la­ny, szczę­śli­wy. To wła­śnie jest pięk­no spo­wie­dzi! (…) Niech każ­dy za­py­ta sie­bie: kie­dy spo­wia­da­łem się po raz ostat­ni? Mi­nę­ło wie­le cza­su. Nie trać ani dnia. Śmia­ło idź się wy­spo­wia­dać! Ka­płan bę­dzie dla cie­bie do­bry. Jest tam też Pan Je­zus, któ­ry jest lep­szy niż księ­ża! Je­zus cie­bie przyj­mie z wiel­ką mi­ło­ścią! Bądź dziel­ny i idź (…).

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 19.02.2014 r.

 

 

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Chce­cie być szczę­śli­wi? To prze­żyj­cie do­brze Wiel­ki Post! Każ­dy Wiel­ki Post, a te­raz ten, któ­ry za­czął się w Ko­ście­le 5 mar­ca.

Wy­bra­łem z dzi­siej­sze­go nu­me­ru kil­ka zdań, któ­re – mam na­dzie­ję – na­peł­nią Was za­pa­łem w szu­ka­niu pięk­na, umo­ty­wu­ją do pod­ję­cia wy­sił­ków, by to pięk­no za­go­ści­ło w na­szym ży­ciu.

Ksiądz Piotr Wró­bel za­chę­ca do wło­że­nia wy­sił­ku w ucze­nie się „umia­ru w za­spo­ka­ja­niu po­trzeb ele­men­tar­nych i do wej­ścia na dro­gę pro­wa­dzą­cą w stro­nę po­trzeb wyż­szych – pra­cy dla Bo­ga, dla dru­gie­go czło­wie­ka, po­świę­ce­nia się”. Pod­kre­śla, że „wol­ność od sie­bie – to do­pie­ro jest wol­ność” (s. 2).

Wra­ca­jąc do na­ucza­nia wiel­kie­go pa­pie­ża Po­la­ka, bło­go­sła­wio­ne­go Ja­na Paw­ła II czy­ta­my: „Ży­cie jest ta­len­tem po­wie­rzo­nym nam, aby­śmy go prze­mie­nia­li i po­mna­ża­li, czy­niąc z nie­go dar dla in­nych. Do szczę­ścia i do świa­tło­ści nie moż­na dojść na skró­ty” (s. 5).

Nasz po­dwój­ny zło­ty me­da­li­sta z So­czi dzie­li się ze wszyst­ki­mi mą­dro­ścią, któ­rą zdo­był: „W trud­nych mo­men­tach wiem, że Bóg (…) po­ka­zu­je mi dro­gę. (…) Dzię­ku­ję Bo­gu za trud­ne chwi­le, dzię­ki któ­rym póź­niej mo­gę być lep­szym” (s. 6).

Ka­ro­li­na Po­lak przy­po­mi­na o mi­ło­ści Bo­ga do każ­de­go czło­wie­ka, o Je­zu­sie, któ­ry dla na­sze­go umoc­nie­nia przy­jął ludz­ką sła­bą na­tu­rę: „Je­zus był czło­wie­kiem ta­kim jak my we wszyst­kim prócz grze­chu. To wła­śnie w Wiel­kim Po­ście wi­dzi­my Je­zu­sa nie tyl­ko ja­ko cu­do­twór­cę wskrze­sza­ją­ce­go lu­dzi, uzdra­wia­ją­ce­go na­uczy­cie­la, do któ­re­go lgnę­ły tłu­my. W Wiel­kim Po­ście Je­zus od­sła­nia przed na­mi swo­ją ludz­ką, mo­men­ta­mi sła­bą i wąt­pią­cą na­tu­rę” (s. 8).

I wie­le wię­cej. A wszyst­ko po to, by wia­ra nie koń­czy­ła się na de­kla­ra­cji, by mi­łość Bo­ga nas prze­mie­nia­ła.

Mam jesz­cze jed­ną proś­bę: na­ucz­cie się cie­szyć ze zwy­cięstw. Z tych naj­drob­niej­szych, któ­re pod­trzy­mu­ją na du­chu, mo­ty­wu­ją do dal­sze­go dzia­ła­nia, z tych, któ­re po­ma­ga­ją za­pa­no­wać nad tym, co umniej­sza. Oczy­wi­ście nie cho­dzi tu o to, by wpa­dać w py­chę, nie cho­dzi o to, by uwie­rzyć we wła­sną wspa­nia­łość, któ­ra jest tyl­ko mi­tem. A py­chą jest też zbyt po­waż­ne trak­to­wa­nie sie­bie: Pan Bóg do­sko­na­le zna na­sze moż­li­wo­ści, wie (le­piej od nas), że wszyst­ko do­bre od Nie­go po­cho­dzi. A jed­no­cze­śnie we wszyst­kim, do cze­go nas wzy­wa, umac­nia na ty­le, na ile to ko­niecz­ne.

Za­uważ­my, że je­śli bę­dzie­my się szcze­rze sta­ra­li, to po nie­uda­nej chwi­li, na­wet po grze­chu moż­na spró­bo­wać od­szu­kać spoj­rze­nie Pa­na Bo­ga, któ­ry jak naj­lep­szy Oj­ciec po­wie: „Tak, wiem, że nie chcia­łeś... Wiem, że się sta­rasz!”.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski