Zabłyśnij na katechezie

Dzi­siaj – w nu­me­rze po­świę­co­nym De­ka­lo­go­wi – dwa za­gad­nie­nia ści­śle zwią­za­ne z roz­wa­ża­niem Przy­ka­zań Bo­żych.

Praw­da wia­ry przed mo­ral­no­ścią

Wie­lo­krot­nie spraw­dza­no (naj­czę­ściej me­to­dą an­kie­to­wą), jak ro­zu­mie­my na­szą wia­rę. Na py­ta­nie, z czym ko­ja­rzy się chrze­ści­jań­ska re­li­gij­ność, więk­szość za­py­ta­nych od­po­wia­da: „Z przy­ka­za­nia­mi Bo­ży­mi”. A prze­cież naj­czę­ściej uczy­my się przy­ka­zań w wer­sji roz­po­czy­na­ją­cej się od zda­nia: „Jam jest Pan Bóg twój, któ­ry cię wy­wiódł z zie­mi egip­skiej, z do­mu nie­wo­liˮ. Wła­śnie to zda­nie uczy każ­de­go, że Bóg wy­pro­wa­dził czło­wie­ka z nie­wo­li, że Je­mu za­le­ży na na­szej wol­no­ści, czy­li na na­szym do­bru. Bóg Abra­ha­ma, Iza­aka i Ja­ku­ba „usły­szał jęk Swe­go lu­du” i przy­szedł mu z po­mo­cą, po­słał Moj­że­sza, któ­ry sta­nął na cze­le swo­je­go na­ro­du i po­pro­wa­dził po­przez roz­dzie­lo­ne wo­dy Mo­rza Czer­wo­ne­go. „Ta­ki Bóg”, czy­li Ten, któ­ry dał do­wód Swo­jej tro­ski, mó­wi, co jest do­bre, a co złe, On ma pra­wo być prze­wod­ni­kiem, bo do­wiódł Swo­jej Mi­ło­ści.

foto_01-01_04-2014

Ale „nasz Bóg” to nie tyl­ko wy­zwo­li­ciel z ziem­skiej nie­wo­li, któ­rą Egip­cja­nie uci­ska­li Izra­eli­tów. Bóg, któ­ry po­słał Swo­je­go Sy­na, Je­zu­sa Chry­stu­sa dla na­sze­go zba­wie­nia, to Ten, któ­ry wy­zwo­lił nas z nie­wo­li grze­chu! Wziął na sie­bie skut­ki grze­chu pier­wo­rod­ne­go i wszyst­kich grze­chów uczyn­ko­wych, za­niósł ten cię­żar na krzyż, a po­tem zmar­twych­wstał! Po­zo­sta­wił Swo­ją moc w sa­kra­men­tach świę­tych i pro­wa­dzi nas po­przez pu­łap­ki za­sta­wia­ne przez sza­ta­na (prze­ciw­ni­ka), któ­ry chce nas za­pro­wa­dzić w la­bi­rynt zła i po­zo­sta­wić tam w bez­rad­nej sa­mot­no­ści. Dzię­ki Pa­nu Bo­gu mo­że­my wy­cho­dzić zwy­cię­sko z każ­dej ży­cio­wej opre­sji, a to jest naj­lep­szy ar­gu­ment, że Je­mu war­to uwie­rzyć, Je­mu war­to po­wie­rzyć sie­bie.

Moż­na moc­no po­wie­dzieć, że nie wol­no czy­tać De­ka­lo­gu przed tą pod­sta­wo­wą praw­dą wia­ry, któ­ra mó­wi o Bo­żej Mi­ło­ści. Tyl­ko w świe­tle Bo­żej Mi­ło­ści każ­da Je­go ra­da, każ­dy za­kaz uka­zu­ją się ja­ko do­wo­dy Je­go za­tro­ska­nia o czło­wie­ka, któ­ry jest omyl­ny, któ­ry wie­lo­krot­nie dał się zwieść złe­mu du­cho­wi.

Praw­dy wia­ry, a zwłasz­cza praw­da o tym, że Bóg ko­cha czło­wie­ka, po­prze­dza­ją zda­nia De­ka­lo­gu.

Nu­me­ra­cja przy­ka­zań Bo­żych

My­ślę, że wie­lu spo­śród na­szych czy­tel­ni­ków sły­sza­ło za­rzut sta­wia­ny chrze­ści­ja­nom, że zmie­ni­li­śmy sta­ro­te­sta­men­to­wą nu­me­ra­cję Bo­żych przy­ka­zań. Wy­ja­śnia­jąc to za­gad­nie­nie, na­le­ży za­cząć od te­go, że po­dział Bi­blii na roz­dzia­ły zo­stał do­ko­na­ny w XII w., a wer­se­ty zo­sta­ły po­nu­me­ro­wa­ne w XVI w. Przed­tem ca­łe Pi­smo Świę­te by­ło po pro­stu cią­giem tek­sto­wym.

Współ­cze­śni bi­bli­ści do­da­ją, że roz­róż­nia się kil­ka po­dzia­łów: po­dział sto­so­wa­ny przez Ko­ściół pra­wo­sław­ny, an­gli­kań­ski, gre­ko­ka­to­lic­ki – we­dług te­go po­dzia­łu za dru­gie przy­ka­za­nie uwa­ża za­kaz spo­rzą­dza­nia ob­ra­zów bó­stwa, a w dzie­sią­tym łą­czy za­kaz po­żą­da­nia żo­ny i po­żą­da­nia do­mu swe­go bliź­nie­go; dru­gi po­dział za pierw­sze przy­ka­za­nie uwa­ża „Jam jest Jah­we, Bóg twój, któ­ry cię wy­wiódł z zie­mi egip­skiej z do­mu nie­wo­liˮ (Wj 20, 2), po­tem łą­czy za­kaz czci in­nych bo­gów i spo­rzą­dza­nia ich ob­ra­zów, a w dzie­sią­tym łą­czy oba za­ka­zy po­żą­da­nia; wresz­cie trze­ci po­dział po­cho­dzą­cy od św. Au­gu­sty­na (zm. 430) prze­ję­ty przez Ko­ściół rzym­sko­ka­to­lic­ki i lu­te­rań­ski, po­dział, w któ­rym za­kaz po­żą­da­nia żo­ny uj­mu­je ja­ko dzie­wią­te, osob­ne przy­ka­za­nie, na­to­miast za­ka­zu spo­rzą­dza­nia ob­ra­zów bó­stwa nie trak­tu­je ja­ko od­dziel­ne­go przy­ka­za­nia, lecz ja­ko roz­wi­nię­cie pierw­sze­go.

Za­in­te­re­so­wa­nych od­sy­łam do opra­co­wań o. Jac­ka Sa­li­ja i in­nych, do­stęp­nych w in­ter­ne­cie na stro­nach ka­to­lic­kich.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski

 

Miłość jako pragnienie

Ostat­nio pi­sa­łam o pierw­szym, bar­dzo istot­nym skład­ni­ku mi­ło­ści – o upodo­ba­niu. Te­raz zaj­mę się wy­ja­śnie­niem dru­gie­go skład­ni­ka mi­ło­ści mię­dzy męż­czy­zną i ko­bie­tą – o mi­ło­ści po­żą­da­nia. Okre­śli­łam, idąc za Ja­nem Paw­łem II, że mi­łość ozna­cza wza­jem­ny sto­su­nek dwoj­ga lu­dzi opar­ty na od­nie­sie­niu do do­bra. Ka­rol Woj­ty­ła tłu­ma­czy, że oso­ba ludz­ka jest sa­ma w so­bie ogra­ni­czo­na, sa­ma so­bie nie­wy­star­cza­ją­ca i dla­te­go po­trze­bu­je in­nych osób. Ta nie­wy­star­czal­ność jest też punk­tem wyj­ścia dla zro­zu­mie­nia sto­sun­ku oso­by ludz­kiej do Bo­ga – czło­wiek po­trze­bu­je Bo­ga, aby żyć! Męż­czy­zna i ko­bie­ta po­trze­bu­ją sie­bie dla uzu­peł­nie­nia swe­go by­tu. Ta obiek­tyw­na po­trze­ba da­je o so­bie znać za po­śred­nic­twem po­pę­du sek­su­al­ne­go, na któ­re­go pod­ło­żu wy­ra­sta mi­łość oso­by do oso­by. Mi­łość tę na­zy­wa­my mi­ło­ścią po­żą­da­nia, po­nie­waż wy­ni­ka z po­trze­by, a zmie­rza do zna­le­zie­nia do­bra, któ­re­go brak. Jest ogrom­na róż­ni­ca mię­dzy mi­ło­ścią po­żą­da­nia a sa­mym zmy­sło­wym po­żą­da­niem. Mi­łość po­żą­da­nia nie ry­su­je się ja­ko sa­mo po­żą­da­nie, ale tyl­ko ja­ko pra­gnie­nie do­bra dla sie­bie. Jest ona prze­ży­wa­na ja­ko pra­gnie­nie oso­by, a nie ja­ko sa­mo po­żą­da­nie. Po­żą­da­nie jest jak­by w cie­niu te­go pra­gnie­nia. Ow­szem, wy­stę­pu­je tu nie­bez­pie­czeń­stwo po­pad­nię­cia w po­sta­wę uty­li­ta­ry­stycz­ną (gdzie czło­wiek jest przed­mio­tem uży­cia). Po­żą­da­nie to zmy­sło­we od­czu­cie bra­ku, któ­ry moż­na usu­nąć (oso­ba mo­że być środ­kiem do je­go za­spo­ko­je­nia). Czym in­nym jest być uży­tecz­nym, po­ży­tecz­nym, a czym in­nym jest sta­no­wić przed­miot uży­cia.

foto_01-02_04-2014

Praw­dzi­wa mi­łość po­żą­da­nia nie prze­cho­dzi ni­gdy w po­sta­wę uży­cia. Za­wsze wy­ra­sta z po­sta­wy oso­bo­wej (per­so­na­li­stycz­nej). Rów­nież w mi­ło­ści Bo­ga, któ­re­go czło­wiek mo­że pra­gnąć i czę­sto pra­gnie ja­ko do­bra dla sie­bie, do­cho­dzi ona do gło­su. W dal­szym wy­wo­dzie Ka­rol Woj­ty­ła pod­kre­śla, że w sa­mych po­żą­da­niach zmy­sło­wych nie moż­na wi­dzieć te­go, co na­zy­wa „mi­ło­ścią po­żą­da­nia”. Na­zwa­ła­bym tę mi­łość po­żą­da­nia mi­ło­ścią pra­gnie­nia. I stąd zda­nie: „Pra­gnij, a nie po­żą­daj” ma głę­bo­ki sens i bar­dzo syn­te­tycz­nie od­róż­nia te dwie rze­czy­wi­sto­ści. Trze­ba też wy­raź­nie stwier­dzić, że w mi­ło­ści po­żą­da­nia (mi­ło­ści pra­gnie­nia) nie wy­czer­pu­je się cał­ko­wi­cie isto­ta tej mi­ło­ści, do ja­kiej czło­wiek zdol­ny jest wzglę­dem czło­wie­ka i wzglę­dem Bo­ga.

Omó­wi­li­śmy już dwa ele­men­ty mi­ło­ści peł­nej, praw­dzi­wej: mi­łość ja­ko upodo­ba­nie, mi­łość po­żą­da­nia (pra­gnie­nia).

W na­stęp­nym od­cin­ku omó­wię trze­ci ele­ment za­war­ty w praw­dzi­wej mi­ło­ści, a mia­no­wi­cie mi­łość ja­ko życz­li­wość, po­nie­waż jak mó­wił św. To­masz z Akwi­nu, nie wy­star­czy pra­gnąć oso­by ja­ko do­bra dla sie­bie, trze­ba za­ra­zem pra­gnąć jej do­bra. Tę mi­łość na­zwał amor be­ne­vo­len­tiae.

Koń­cząc trze­ba wy­raź­nie pod­kre­ślić, że mi­łość jest naj­peł­niej­szą re­ali­za­cją wszyst­kich moż­li­wo­ści, któ­re tkwią w czło­wie­ku. Jed­nak naj­le­piej roz­wi­ja ist­nie­nie oso­by mi­łość praw­dzi­wa. Ka­rol Woj­ty­ła de­fi­niu­je mi­łość praw­dzi­wą ja­ko ta­ką, któ­ra zwra­ca się do praw­dzi­we­go, a nie po­zor­ne­go do­bra (ilu­zji) i w spo­sób praw­dzi­wy – czy­li od­po­wia­da­ją­cy na­tu­rze – te­go, do ko­ga się zwra­ca.

Na­to­miast mi­łość fał­szy­wa to ta­ka, któ­ra zwra­ca się do po­zor­ne­go do­bra al­bo do praw­dzi­we­go do­bra w spo­sób nie od­po­wia­da­ją­cy je­go na­tu­rze.

 

Elż­bie­ta Ma­rek

 

Odważna komunikacja

Chy­ba każ­dy, kto prze­żył w związ­ku pierw­szą kłót­nię, wie, jak czę­sto sło­wa za­miast bu­do­wać po­ro­zu­mie­nie, za­ognia­ją kon­flikt.

Na­wet je­śli obie stro­ny na­praw­dę chcą się do­ga­dać, czę­sto im nie wy­cho­dzi. Wkra­cza­ją emo­cje, a wte­dy pa­da­ją sło­wa, w któ­rych oskar­ża­my i obar­cza­my dru­gą oso­bę od­po­wie­dzial­no­ścią za na­sze złe sa­mo­po­czu­cie. Al­bo wy­ra­ża­my nie­moż­li­we do re­ali­za­cji, nie­pre­cy­zyj­ne ży­cze­nia.

Je­śli wi­dzi­cie bez­owoc­ność ta­kich dys­ku­sji i ma­cie dość gie­rek w prze­rzu­ca­nie pi­łecz­ki („to two­ja wi­na”, „nie, bo to ty…”), po­słu­chaj­cie o ję­zy­ku ser­ca. Jest to ję­zyk oso­bi­sty, czy­li ta­ki, w któ­rym za­miast obar­cza­nia wi­ną któ­rej­kol­wiek ze stron, mó­wi się o wła­snych uczu­ciach i po­trze­bach. Je­go kon­cep­cję roz­wi­nął Mar­shall B. Ro­sen­berg.

foto_01-03_04-2014

O ję­zy­ku ser­ca

Pol­ska na­zwa tej me­to­dy to Po­ro­zu­mie­nie bez Prze­mo­cy. Kon­cen­tru­je­my się na 4 punk­tach: ob­ser­wa­cji; uczu­ciach, ja­kie bu­dzą się pod wpły­wem te­go, co spo­strze­ga­my; po­trze­bach, któ­re sto­ją za uczu­cia­mi; wy­ra­że­niu kon­kret­nej proś­by, któ­rej speł­nie­nie po­mo­gło­by za­spo­ko­ić na­sze po­trze­by.

Spró­buj­my za­sto­so­wać to w pro­stej sy­tu­acji. Sie­dzi­my w ka­wiar­ni, cze­ka­jąc na na­szą sym­pa­tię, któ­ra spóź­nia się pół go­dzi­ny. De­ner­wu­je­my się, bo mie­li­śmy dziś du­żo za­jęć i do­tar­cie na spo­tka­nie wy­ma­ga­ło spo­ro wy­sił­ku. Wresz­cie po­ja­wia się on/ona i z uśmie­chem rzu­ca: „Prze­pra­szam”. Mo­że­my od­po­wie­dzieć wy­rzu­tem: „No, na­resz­cie! Wiesz, ile mnie kosz­to­wa­ło, że­by być tu punk­tu­al­nie?”. Spró­buj­my wg PbP, np.: „Kie­dy spóź­niasz się 30 mi­nut na spo­tka­nie (ob­ser­wa­cja), bar­dzo się de­ner­wu­ję (uczu­cie), bo za­le­ży mi, że­by jak naj­efek­tyw­niej spę­dzić czas (po­trze­ba – nie­za­spo­ko­jo­na). Czy mógłbyś/mogłabyś na­stęp­nym ra­zem uprze­dzić mnie, że chcesz prze­su­nąć go­dzi­nę spo­tka­nia? (proś­ba)”. Wi­dać ja­sno, że źró­dłem zde­ner­wo­wa­nia jest nie­za­spo­ko­jo­na po­trze­ba.

Wy­da­je się wam, że to sztucz­ny ję­zyk? Na pew­no sfor­mu­ło­wa­nie ta­kiej wy­po­wie­dzi wy­ma­ga wię­cej cza­su i uwa­gi niż krót­kie: „Ni­gdy nie moż­na na cie­bie li­czyć”. Za to w sy­tu­acjach kon­flik­to­wych, gdy już sto­imy pod mu­rem, a za­le­ży nam na po­ro­zu­mie­niu, to ostat­nia de­ska ra­tun­ku. Wiem z au­top­sji.

Ser­ce ję­zy­ka ser­ca

Te 4 punk­ty wy­da­ją się ba­nal­ne, ale w prak­ty­ce ta­kie nie są. Co naj­czę­ściej jest pro­ble­mem? To, że za­miast spo­strze­żeń wy­po­wia­da­my oce­ny, a za­miast kon­kret­nych ob­ser­wa­cji – uogól­nie­nia („za­wsze”, „za czę­sto”, „ni­gdy”). Nie mó­wi­my, co czu­je­my, a opi­su­je­my na­sze my­śli, oce­ny lub in­ter­pre­ta­cje zda­rzeń. I to, co by­wa naj­trud­niej­sze: uzna­nie od­po­wie­dzial­no­ści za wła­sne uczu­cia. Jak w przy­kła­dzie wy­żej: to nie spóź­nie­nie spo­wo­do­wa­ło zde­ner­wo­wa­nie, ale nie­za­spo­ko­jo­na po­trze­ba efek­tyw­no­ści. W in­nej sy­tu­acji ktoś mógł­by się cie­szyć, że miał 30 mi­nut dla sie­bie.

Klu­czo­we jest sfor­mu­ło­wa­nie „czu­ję …, bo po­trze­bu­ję …”. Nie­raz bar­dzo trud­no nie tyl­ko przy­znać się do po­trzeb, ale na­wet dać so­bie pra­wo, by je mieć. Dla­te­go ten spo­sób ko­mu­ni­ka­cji wy­ma­ga od­wa­gi gło­śne­go na­zy­wa­nia swo­ich po­trzeb. Oczy­wi­ście z sza­cun­kiem dla dru­giej oso­by i świa­do­mo­ścią, że mo­że na­szej proś­bie po­wie­dzieć „nie”. Nie­kie­dy ła­twiej po­ka­zać swo­ją złość, niż od­kryć i wy­ra­zić, że kry­je się za nią bez­bron­ność, po­trze­ba ak­cep­ta­cji, lęk przed od­rzu­ce­niem.

Ży­czę Wam od­wa­gi w mó­wie­niu o uczu­ciach i po­trze­bach, a za­in­te­re­so­wa­nych od­sy­łam do książ­ki Mar­shal­la B. Ro­sen­ber­ga „Po­ro­zu­mie­nie bez prze­mo­cy. O ję­zy­ku ser­caˮ.

 

Mag­da­le­na Urlich

 

 

Człowiek nie może żyć bez miłości

Czło­wiek nie mo­że żyć bez mi­ło­ści. Czło­wiek po­zo­sta­je dla sie­bie isto­tą nie­zro­zu­mia­łą, je­go ży­cie po­zba­wio­ne jest sen­su, je­śli nie ob­ja­wi mu się Mi­łość, je­śli nie spo­tka się z Mi­ło­ścią. Wa­ty­kan 1999 r.

Kto po­tra­fi wła­ści­wie zro­zu­mieć pra­gnie­nia czło­wie­ka? Kto po­tra­fi je za­spo­ko­ić? Któż je­śli nie Ten, któ­ry ja­ko Stwór­ca ży­cia mo­że speł­nić ocze­ki­wa­nia, któ­ry­mi On sam na­peł­nił ser­ce czło­wie­ka? Orę­dzie z oka­zji VIII Świa­to­we­go Dnia Mło­dzie­ży, 1992 r.

Wie­rzyć, zna­czy wi­dzieć rze­czy, tak jak wi­dzi je Bóg, mieć udział w Bo­żej wi­zji świa­ta i czło­wie­ka. Wa­ty­kan, 1997 r.

Mło­dzi Przy­ja­cie­le, miej­cie świę­tą am­bi­cję być świę­ty­mi, tak jak Bóg jest świę­ty! Wa­ty­kan, 1999 r.

Nie lę­kaj­cie się być świę­ty­mi no­we­go ty­siąc­le­cia! Bądź­cie mi­ło­śni­ka­mi kon­tem­pla­cji i mo­dli­twy, po­stę­puj­cie zgod­nie z wy­zna­wa­ną wia­rą i służ­cie ofiar­nie bra­ciom jak ży­we człon­ki Ko­ścio­ła i bu­dow­ni­czo­wie po­ko­ju. Wa­ty­kan, 1999 r.

W głę­bi czło­wie­ka za­ko­rze­nio­na jest skłon­ność do my­śle­nia o so­bie, sta­wia­nia sie­bie w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia i do czy­nie­nia sa­me­go sie­bie mia­rą wszyst­kie­go. Kto jed­nak idzie za Je­zu­sem, od­rzu­ca tę po­sta­wę sku­pie­nia na so­bie i nie oce­nia wszyst­kie­go z punk­tu wi­dze­nia wła­snej ko­rzy­ści. Praw­dzi­we ży­cie wy­ra­ża się bo­wiem przez dar z sie­bie, owoc ła­ski Chry­stu­sa: jest ży­ciem wol­nym, w ko­mu­nii z Bo­giem i z brać­mi. Wa­ty­kan, 2001 r.

Od ca­łych wie­ków Bóg o nas my­ślał i ko­chał nas ja­ko isto­ty je­dy­ne i nie­po­wta­rzal­ne. Wzy­wa nas, a Je­go we­zwa­nie ukon­kret­nia się w Je­zu­sie Chry­stu­sie, któ­ry mó­wi do nas sło­wa, któ­re kie­ro­wał kie­dyś do apo­sto­łów: „Pójdź za Mną”. On jest dro­gą, któ­ra pro­wa­dzi nas do Oj­ca! San­tia­go de Com­po­ste­la, 1989 r.

Praw­da to Je­zus Chry­stus. Mi­łuj­cie praw­dę! Żyj­cie w praw­dzie! Nie­ście praw­dę świa­tu! Bądź­cie świad­ka­mi praw­dy! Je­zus jest praw­dą, któ­ra zba­wia; jest peł­nią praw­dy, do któ­rej do­pro­wa­dzi nas Duch Praw­dy. San­tia­go de Com­po­ste­la, 1989 r.

 

Eucharystia źródłem życia Kościoła

Dro­dzy Bra­cia i Sio­stry!

Eu­cha­ry­stia wraz z chrztem i bierz­mo­wa­niem znaj­du­je się w cen­trum „wta­jem­ni­cze­nia chrze­ści­jań­skie­go” (…). W cen­trum prze­strze­ni prze­zna­czo­nej na ce­le­bra­cję znaj­du­je się oł­tarz, któ­ry jest sto­łem na­kry­tym ob­ru­sem, a to nas skła­nia do my­śle­nia o uczcie. Na sto­le znaj­du­je się krzyż, by wska­zy­wać, że na tym oł­ta­rzu spra­wo­wa­na jest ofia­ra Chry­stu­sa: On jest po­kar­mem du­cho­wym, któ­ry tam się przyj­mu­je, pod po­sta­cią chle­ba i wi­na. Obok oł­ta­rza znaj­du­je się am­bo­na, to zna­czy miej­sce, z któ­re­go gło­si się Sło­wo Bo­że: wska­zu­je to, iż tu­taj gro­ma­dzi­my się, by słu­chać Pa­na, któ­ry prze­ma­wia przez Pi­smo Świę­te, a więc otrzy­my­wa­nym przez nas po­kar­mem jest tak­że Je­go Sło­wo.

Sło­wo i Chleb we Mszy św. sta­je się jed­no­ścią, tak jak pod­czas Ostat­niej Wie­cze­rzy, kie­dy wszyst­kie sło­wa Je­zu­sa, wszyst­kie zna­ki, ja­kie uczy­nił, kon­den­su­ją się w ak­cie ła­ma­nia chle­ba i ofia­ro­wa­nia kie­li­cha, za­po­wia­da­jąc ofia­rę krzy­ża w owych sło­wach: „Bierz­cie i jedz­cie, to jest Cia­ło mo­je... Bierz­cie i pij­cie, to jest Krew mo­ja”.

Gest Je­zu­sa do­ko­na­ny pod­czas Ostat­niej Wie­cze­rzy jest naj­wyż­szym dzięk­czy­nie­niem Oj­cu za Je­go mi­łość, za Je­go mi­ło­sier­dzie. (…) Ce­le­bra­cja eu­cha­ry­stycz­na jest czymś znacz­nie wię­cej niż tyl­ko ucztą: jest pa­miąt­ką Pas­chy Je­zu­sa, cen­tral­nej ta­jem­ni­cy zba­wie­nia. „Pa­miąt­ka” nie ozna­cza je­dy­nie ja­kie­goś wspo­mnie­nia, ale pra­gnie po­wie­dzieć, że za każ­dym ra­zem, kie­dy spra­wu­je­my ten sa­kra­ment, uczest­ni­czy­my w ta­jem­ni­cy mę­ki, śmier­ci i zmar­twych­wsta­nia Chry­stu­sa. (…)

Dro­dzy przy­ja­cie­le, ni­gdy nie bę­dzie­my w sta­nie do­sta­tecz­nie po­dzię­ko­wać Bo­gu za dar, ja­ki nam dał w Eu­cha­ry­stii! Jest to bar­dzo wiel­ki dar. Dla­te­go tak waż­ne jest uczest­ni­cze­nie w nie­dziel­nej Mszy św., nie tyl­ko po to, że­by się mo­dlić, ale tak­że aby otrzy­mać Ko­mu­nię, ten chleb, któ­ry jest Cia­łem Je­zu­sa Chry­stu­sa, któ­re nas zba­wia, prze­ba­cza, jed­no­czy z Oj­cem. (…)

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek

Wa­ty­kan, 5.02.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Pa­mię­tam kon­fe­ren­cję re­ko­lek­cyj­ną, któ­rą sły­sza­łem przed po­nad trzy­dzie­stu la­ty. Pro­wa­dzą­cy przy­po­mniał wy­da­rze­nie z cza­sów je­go na­uki w li­ceum: te­go dnia ro­dzi­ce mu­sie­li wyjść do pra­cy bar­dzo wcze­śnie, on na­to­miast miał je­chać na wy­ciecz­kę kla­so­wą. Obok przy­go­to­wa­nej wa­łów­ki le­ża­ła kart­ka na­pi­sa­na przez ma­mę: „Za­bierz swe­ter”. Wie­dział, co ma­ma po­wie­dzia­ła­by, gdy­by mo­gła wy­pra­wić go oso­bi­ście: „Je­śli to­bie się nie przy­da, to mo­że po­ży­czysz go ja­kiejś ko­le­żan­ce”. Ów re­ko­lek­cjo­ni­sta po­wie­dział, że wła­śnie wte­dy zro­zu­miał isto­tę Bo­żych przy­ka­zań; zro­zu­miał, że Pan Bóg za­tro­ska­ny o każ­de­go czło­wie­ka po­zo­sta­wił mu ta­kie „kar­tecz­ki”, a na nich ostrze­że­nia, któ­rych już sa­me­mu trze­ba pil­no­wać – aby nie wpaść w pu­łap­kę, aby nie zna­leźć się w sy­tu­acji za­gra­ża­ją­cej ży­ciu, aby prze­żyć.

Przy­ka­za­nia Bo­że – te­mat ak­tu­al­ne­go nu­me­ru „Dro­giˮ – zwa­ne w skró­cie De­ka­lo­giem (de­ka = dzie­sięć, lo­gos = sło­wo, czy­li dzie­sięć słów) to dość dłu­gi tekst, któ­ry znaj­du­je­my w dwóch miej­scach Bi­blii: w Księ­dze Wyj­ścia (20, 2–17) oraz w Księ­dze Po­wtó­rzo­ne­go Pra­wa (5, 6–21). Pa­mię­taj­my jed­nak, że do ksiąg Pi­sma Świę­te­go nu­me­ry roz­dzia­łów po raz pierw­szy wpro­wa­dzo­no w XIII wie­ku, a zna­ną dzi­siaj nu­me­ra­cję wer­se­tów No­we­go Te­sta­men­tu na wier­sze w 1550 r. wpro­wa­dził Ro­bert Es­tien­ne pod­czas po­dró­ży z Pa­ry­ża do Lyonu. Po­dzia­ły te za­sto­so­wa­no w wy­da­niach Bi­blii w ro­ku 1551 (No­wy Te­sta­ment) i 1555 (Sta­ry Te­sta­ment). Ten po­dział za­cho­wał się do dzi­siaj. No­wy Te­sta­ment wie­lo­krot­nie na­wią­zu­je do przy­ka­zań, np. w Ka­za­niu na Gó­rze (Mt 5, 21 i 5, 27), w opo­wia­da­niu o bo­ga­tym mło­dzień­cu (Mk 10, 19) i w Li­ście do Rzy­mian (13, 9). Jed­nak ni­gdzie nie przy­ta­cza ich w peł­nym brzmie­niu.

War­to pa­mię­tać, że ka­te­chi­zmo­wa for­mu­ła przy­ka­zań jest skró­tem peł­ne­go tek­stu z Bi­blii słu­żą­cym ła­twiej­sze­mu za­pa­mię­ta­niu.

A o co w nich cho­dzi? Jan Pa­weł II mó­wiąc do mło­dzie­ży we Lwo­wie (26.06.2001 r.), po­rów­nał X przy­ka­zań Bo­żych do kom­pa­su, któ­ry na burz­li­wym mo­rzu nie po­zwa­la za­gu­bić dro­gi do por­tu. Je­den z mo­ich uczniów kie­dyś w pra­cy do­mo­wej na­pi­sał: „Przy­ka­za­nia Bo­że bro­nią te­go, co do­bre, szla­chet­ne i pięk­ne (np.: praw­da, uczci­wość, sza­cu­nek dla ludz­kie­go ży­cia). Przy­ka­za­nia i na­ka­zy, któ­re z nich wy­ni­ka­ją, są po­dob­ne do zna­ku STOP, któ­ry chro­ni przed wy­pad­kiem, do czer­wo­ne­go świa­tła na skrzy­żo­wa­niu, któ­re wpro­wa­dza po­rzą­dek tam, gdzie mo­gło­by być bar­dzo nie­bez­piecz­nie. Zlek­ce­wa­że­nie ta­kie­go za­ka­zu gro­zi ka­ta­stro­fą”. Czę­sto za­chę­cam, by na wła­sny uży­tek „prze­ro­bić” De­ka­log na wska­zów­ki, w któ­rych for­mę za­ka­zu za­stę­pu­je­my za­chę­tą wy­po­wie­dzia­ną przez ko­goś, kto chce nas uchro­nić od zła. Was rów­nież.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski