Zafałszowany język

W ostat­nich la­tach do ję­zy­ka po­tocz­ne­go prze­szły po­ję­cia, któ­re za­ciem­nia­ją ob­raz rze­czy­wi­sto­ści. Dla­cze­go na­zy­wa­nie rze­czy po imie­niu jest tak waż­ne?

Wy­bra­ne w roz­mo­wie sło­wa mo­gą wpły­nąć na po­glą­dy od­bior­cy, je­go de­cy­zję i dzia­ła­nie. Nie­któ­rzy lin­gwi­ści twier­dzą, że ję­zyk, ja­kie­go uży­wa­my, wpły­wa na nasz wła­sny spo­sób my­śle­nia. Na pew­no ist­nie­je ja­kiś zwią­zek, sko­ro za­mie­sza­niu oby­cza­jo­we­mu i kul­tu­ro­we­mu to­wa­rzy­szy dziś zu­peł­ne po­mie­sza­nie po­jęć.

Na służ­bie ide­olo­gii

W PRL-u ję­zyk słu­żył ide­olo­gii. Wpro­wa­dza­no no­we, po­kracz­nie łą­czo­ne sło­wa – na­wet sa­mo to zja­wi­sko okre­śla się do dziś „no­wo­mo­wą”. Za na­zy­wa­nie rze­czy po imie­niu moż­na by­ło tra­fić do wię­zie­nia. W efek­cie zwy­kli lu­dzie czę­sto mó­wi­li coś in­ne­go, niż my­śle­li.

foto_01-01_03-2014

Kie­dy for­su­je się ja­kieś twier­dze­nia wbrew fak­tom, trze­ba na­giąć ję­zyk. Niech przy­kła­dem bę­dzie po­ję­cie to­le­ran­cji ro­zu­mia­nej przez część spo­łe­czeń­stwa ina­czej niż do­tych­czas. To­le­ran­cja to po­sta­wa, któ­ra po­zwa­la nam ścier­pieć obec­ność róż­nych nie­do­god­no­ści. Tym­cza­sem, wzy­wa­jąc dziś lu­dzi do by­cia to­le­ran­cyj­nym, ocze­ku­je się od nich peł­nej ak­cep­ta­cji ne­ga­tyw­nych zja­wisk i nie­praw­dzi­wych twier­dzeń. Część z tych po­glą­dów, nie­zgod­na z wie­dzą na­uko­wą, wy­ra­ża­na jest pseu­do­nau­ko­wym żar­go­nem. Ję­zyk ma za­kli­nać rze­czy­wi­stość tam, gdzie prze­czy ona ide­olo­gii.

My­lą­ce po­ję­cia

Naj­wię­cej za­ba­wy ję­zy­ko­wej to­czy się wo­kół grze­chu prze­ciw pią­te­mu przy­ka­za­niu. Mo­że ła­twiej jest przy­stać na za­bi­cie czło­wie­ka, je­śli na­zwie­my to „abor­cją” czy „eu­ta­na­zją”? Po­czę­te dziec­ko okre­śla się „pło­dem” lub na­wet „tkan­ką” (!), je­śli ma być ofia­rą za­bie­gu – choć wcze­śniak w je­go wie­ku był­by uzna­ny za nie­mow­lę wy­ma­ga­ją­ce opie­ki.

Sto­su­je się też czę­sto eu­fe­mizm „prze­rwa­nie cią­ży”, fał­szy­wie umiesz­czo­ny w ka­te­go­rii „za­bieg me­dycz­ny” (od kie­dy za­bi­ja­nie le­czy?). W związ­ku z tym zna­ny ate­ista Chri­sto­pher Hit­chens przy­po­mi­nał, że abor­cja wią­że się z za­trzy­ma­niem ak­cji ser­ca i pra­cy mó­zgu ma­łe­go czło­wie­ka, a tak­że po­ła­ma­niem je­go ko­ści i ro­ze­rwa­niem je­go or­ga­nów.

Ma­ni­pu­la­cja ję­zy­kiem

Wo­ju­ją­ce ide­olo­gie uzur­pu­ją so­bie pra­wo do na­gi­na­nia ję­zy­ka. Obec­nie w wie­lu kra­jach pró­bu­je się roz­sze­rzyć zna­cze­nie mał­żeń­stwa – po­ję­cia okre­śla­ją­ce­go pra­wo­moc­nie za­war­ty zwią­zek ko­bie­ty i męż­czy­zny. Ma obej­mo­wać związ­ki osób tej sa­mej płci, a na­wet związ­ki kil­ku osób. Nie wia­do­mo, co bę­dzie ozna­czać ju­tro.

Usil­nie lan­so­wa­ne „przed­szko­le rów­no­ścio­we” to w rze­czy­wi­sto­ści miej­sce eks­pe­ry­men­tów na po­czu­ciu toż­sa­mo­ści dzie­ci – w ra­mach je­go pro­gra­mu wma­wia się im, że płeć za­le­ży od ich wy­bo­ru. To­le­ran­cja, rów­ność i tym po­dob­ne po­ję­cia ma­ją uspra­wie­dli­wić nisz­cze­nie in­sty­tu­cji ro­dzi­ny, a jed­no­cze­śnie za­mknąć usta jej obroń­com.

Do co­dzien­ne­go użyt­ku we­szły też sło­wa, któ­re sa­me w so­bie nie ma­ją sen­su. Mi­mo to słu­żą ja­ko broń do pięt­no­wa­nia nie­po­kor­nych. Naj­częst­szym przy­pad­kiem jest dziś oskar­ża­nie o „ho­mo­fo­bię”, któ­re to sło­wo su­ge­ru­je cho­ro­bę ner­wi­co­wą, ob­ja­wia­ją­cą się pa­nicz­nym lę­kiem (gr. phó­bos) przed „ta­kim sa­mym” (gr. ho­mo­ios). Je­steś ho­mo­fo­bem, je­śli oba­wiasz się po­dob­nych do sie­bie lu­dzi.

Tak, tak; nie, nie

Nie­któ­re ma­ni­pu­la­cje ję­zy­ko­we są nie­ste­ty przej­mo­wa­ne przez obroń­ców ro­dzi­ny i zdro­we­go roz­sąd­ku. Tro­pią więc „mo­wę nie­na­wi­ści” u zwo­len­ni­ków po­stę­pu, dzie­lą lu­dzi we­dług „orien­ta­cji płcio­wej”, wpa­da­jąc w ide­olo­gicz­ną pu­łap­kę.

Chrze­ści­ja­nin mu­si na­zy­wać rze­czy po imie­niu! Do­bro do­brem, a zło złem. Nie mo­że sto­so­wać żad­nych wy­bie­gów ję­zy­ko­wych, sto­so­wać pół­praw­dy dla tzw. wyż­szych ce­lów. Pan Je­zus wska­zu­je nam: „Niech wa­sza mo­wa bę­dzie: tak, tak; nie, nie. A co nad­to jest, od Złe­go po­cho­dzi” (Mt 5, 37). Oj­cem kłam­stwa jest sam dia­beł.

 

Mi­chał Nie­niew­ski

 

Znajomość wirtualna = samotność realna

Roz­mo­wa za po­mo­cą kla­wia­tu­ry zwięk­sza po­czu­cie kon­tro­li i bez­pie­czeń­stwa. Od­kąd po­przez in­ter­net ma­my wie­le moż­li­wo­ści ko­mu­ni­ko­wa­nia się: Ga­du-Ga­du, Na­sza Kla­sa, Fa­ce­bo­ok, czy SMS, za­nie­dbu­je­my re­la­cje rze­czy­wi­ste: oso­bi­ste i bez­po­śred­nie kon­tak­ty oraz fi­zycz­ną bli­skość z ty­mi, któ­rych ko­cha­my i któ­rzy nas ko­cha­ją.

Imi­ta­cja kon­tak­tu

Przed kom­pu­te­rem spę­dza­my co­raz wię­cej cza­su, czę­sto wma­wia­jąc so­bie, że wy­star­cza­ją nam kon­tak­ty wir­tu­al­ne. To jest ro­bie­nie do­brej mi­ny do złej gry. Zna­ny psy­cho­log, ksiądz Ma­rek Dzie­wiec­ki pi­sze, że „co­raz wię­cej dzie­ci, mło­dzie­ży i do­ro­słych w na­szych cza­sach to anal­fa­be­ci w dzie­dzi­nie bu­do­wa­nia wię­zi, bli­sko­ści, za­ufa­nia, przy­jaź­ni. Wła­śnie dla­te­go co­raz wię­cej lu­dzi skar­ży się obec­nie na osa­mot­nie­nie al­bo po­pa­da w uza­leż­nie­nia od al­ko­ho­lu, nar­ko­ty­ków czy do­pa­la­czy, czy­li od ta­kich sub­stan­cji, któ­re imi­tu­ją kon­takt z oso­ba­mi, gdyż mo­dy­fi­ku­ją na­sze prze­ży­cia”.

foto_01-02_03-2014

Na cza­cie

Szyb­ko na­uczy­li­śmy się wy­ko­rzy­sty­wać in­ter­net do roz­ryw­ki i po­ro­zu­mie­wa­nia się. In­ter­ne­to­we po­ga­węd­ki (cza­to­wa­nie) są o wie­le ła­twiej­sze niż te pro­wa­dzo­ne ży­wo. Na cza­cie każ­dy jest ano­ni­mo­wy, ujaw­nia tyl­ko swój nick. Ni­gdy nie mo­że­my być pew­ni, że czło­wiek, z któ­rym roz­ma­wia­my, po dru­giej stro­nie łą­cza jest tym, za ko­go się po­da­je. Nie wie­my, jak roz­mów­ca re­agu­je na na­sze sło­wa i czy wszyst­ko, co mó­wi, jest praw­dą. Two­rze­nie spo­łecz­no­ści w in­ter­ne­cie przy­cho­dzi nie­zwy­kle ła­two. Wię­zy od­czu­wa­ne przez jej człon­ków są nie­kie­dy znacz­nie sil­niej­sze niż w rze­czy­wi­sto­ści. Jed­nak je­dy­ną rze­czą, ja­ką do­strze­ga­my w na­szych wir­tu­al­nych spo­tka­niach, jest to, że na­le­ży­my do tej sa­mej gru­py dys­ku­syj­nej lub pi­sze­my na tym sa­mym fo­rum. Nic nie wie­my o rze­czy­wi­stych in­ten­cjach na­sze­go roz­mów­cy.

W sie­ci nie ma pro­ble­mu

W pro­ce­sie po­ro­zu­mie­wa­nia się naj­wię­cej zna­czą: ton gło­su oraz mo­wa cia­ła. W kon­tak­cie wir­tu­al­nym te­go nie ma. Są tyl­ko wy­świe­tla­ne na mo­ni­to­rze sło­wa, za któ­ry­mi mo­że się ukryć każ­dy. W sie­ci każ­dy wy­da­je nam się po­dob­ny do nas, przez co da­rzy­my go więk­szym uzna­niem. Dla­te­go czę­sto ujaw­nia­my przez in­ter­net du­żo wię­cej in­for­ma­cji o so­bie, co rów­nież po­wo­du­je, że zna­jo­mo­ści ta­kie są oce­nia­ne ja­ko bar­dzo bli­skie. Bu­du­je­my w swo­jej wy­obraź­ni po­stać ko­goś, ko­mu moż­na bez­gra­nicz­nie za­ufać, kto sta­je się wy­rocz­nią, z któ­re­go zda­niem li­czy­my się bar­dziej niż z po­glą­da­mi i opi­nia­mi in­nych (zwłasz­cza ro­dzi­ców czy na­uczy­cie­li). W in­ter­ne­cie ma­my moż­li­wość uczest­ni­cze­nia w kon­tak­tach oraz za­ba­wach, któ­re nie mo­gły­by się od­być w rze­czy­wi­sto­ści. Zda­rza się, że gra­ni­ca po­mię­dzy re­al­nym ży­ciem a fik­cją sta­je się nie­ostra. Po­zor­nie zy­sku­je­my przy­ja­ciół, ko­goś, z kim mo­że­my roz­ma­wiać, a prak­tycz­nie uza­leż­nia­my się od te­go ro­dza­ju wir­tu­al­nych kon­tak­tów, re­zy­gnu­je­my z po­dej­mo­wa­nia ja­kich­kol­wiek prób bu­do­wa­nia re­al­nych związ­ków w ży­ciu rze­czy­wi­stym.

Przez szy­bę

In­ter­net ma co­raz więk­szy wpływ na na­sze ży­cie. Jed­nak kon­tak­ty za po­śred­nic­twem me­diów elek­tro­nicz­nych to tak, jak spo­ży­wa­nie smacz­nych po­traw przez szy­bę. Od sa­me­go pa­trze­nia na je­dze­nie jesz­cze nikt nie za­spo­ko­ił gło­du. In­ter­net oraz in­ne me­dia elek­tro­nicz­ne mo­gą peł­nić po­zy­tyw­ną ro­lę je­dy­nie w pod­trzy­my­wa­niu wię­zi i tyl­ko wte­dy, gdy w da­nym mo­men­cie fi­zycz­ne by­cie ra­zem z ja­kie­goś po­wo­du nie jest moż­li­we. Jed­nak ni­gdy kon­takt wir­tu­al­ny nie mo­że za­stą­pić kon­tak­tu re­al­ne­go. In­ter­net two­rzy wol­ność wir­tu­al­ną – ta­ka wol­ność na ekra­nie kom­pu­te­ra nie­uchron­nie pro­wa­dzi do ogra­ni­cze­nia i za­wę­że­nia wol­no­ści rze­czy­wi­stej.

 

Sa­bi­na Mio­doń­ska

 

Być kobietą, być mężczyzną

Chy­ba nie ma prze­sa­dy w stwier­dze­niu, że ostat­nie ty­go­dnie upły­wa­ją w na­szym kra­ju pod zna­kiem gen­der. Pró­by wdro­że­nia kon­tro­wer­syj­nej rów­no­ścio­wej usta­wy spo­wo­do­wa­ły, że wszyst­kie me­dia za­ję­ły się tym te­ma­tem i – w za­leż­no­ści od pro­fi­lu świa­to­po­glą­do­we­go – wy­su­wa­ją ar­gu­men­ty za i prze­ciw. Na te­mat sa­me­go gen­der wiem nie­wie­le, ale my­ślę, że nie trze­ba być spe­cja­li­stą, aby pod­dać pod re­flek­sję (nie pod po­le­mi­kę) klu­czo­wą dla spra­wy kwe­stię: je­ste­śmy ko­bie­ta­mi, je­ste­śmy męż­czy­zna­mi.

Kie­dy przez mo­je rę­ce prze­cho­dzą ko­lej­ne „gen­de­ro­weˮ ar­ty­ku­ły, za­czy­nam za­sta­na­wiać się, ile jest praw­dy w twier­dze­niu, że je­śli dziew­czyn­ki bę­dą ba­wić się lal­ka­mi i no­sić ró­żo­we ubra­nia, wy­ro­sną na bez­wol­ne isto­ty po­zba­wio­ne aspi­ra­cji za­wo­do­wych (dla­te­go, że sa­ma by­łam dziew­czyn­ką), a ten, kto sprze­ci­wia się gen­der, na pew­no sprzy­ja utwier­dza­niu krzyw­dzą­cych ste­reo­ty­pów. Nie wcho­dząc zbyt głę­bo­ko w kwe­stie lek­kie­go po­mie­sza­nia po­jęć (gen­der ja­ko ide­olo­gia róż­ni się od „praw­dzi­we­goˮ gen­der – dys­cy­pli­ny aka­de­mic­kiej), za­sta­na­wiam się i my­ślę o wie­lu nie­zwy­kłych ko­bie­tach i męż­czy­znach, któ­rych po­dzi­wiam. Do­ra­sta­li oni, z ra­cji wie­ku, w cza­sach, kie­dy te­mat gen­der w Pol­sce nie ist­niał, w przed­szko­lach za to ist­nia­ły wy­dzie­lo­ne ką­ci­ki la­lek i ką­ci­ki sa­mo­cho­do­we, nikt też spe­cjal­nie nie bun­to­wał się, gdy pa­da­ło sfor­mu­ło­wa­nie „mę­ski za­wó­dˮ lub „bab­skie spra­wyˮ.

foto_01-03_03-2014

My­ślę o mo­jej bab­ci, któ­ra – wy­cho­wa­na w tra­dy­cyj­nym, gó­ral­skim do­mu – by­ła naj­lep­szą na­uczy­ciel­ką cię­tej ri­po­sty i wy­ra­ża­nia sprze­ci­wu. Kto ją te­go na­uczył? Rów­no­ścio­we przed­szko­le? Chy­ba w ogó­le nie cho­dzi­ła do przed­szko­la. Nie prze­bie­ra­ła się w mło­do­ści za po­sta­cie z mę­skie­go świa­ta, wręcz prze­ciw­nie, tre­no­wa­ła gim­na­sty­kę ar­ty­stycz­ną i du­żo cza­su spę­dza­ła przed lu­strem. Za to si­ła jej cha­rak­te­ru by­ła tak wiel­ka, że cięż­ko by­ło się jej sprze­ci­wić. I nie by­ła to ty­ra­nia, tyl­ko wiel­ka cha­ry­zma pod­szy­ta mi­ło­ścią.

Al­bo ta­ki Ja­nusz Kor­czak. Po­dob­no utar­ło się, że na­uczy­ciel­stwo to sfe­mi­ni­zo­wa­ny za­wód. Jed­nak kto w cza­sach gu­wer­nan­tek i bon two­rzył wiel­kie i prze­ni­kli­we teo­rie wy­cho­wa­nia? Męż­czyź­ni. Kto po­wie­dział słyn­ne, peł­ne czu­ło­ści – „nie ma dzie­ci, są lu­dzieˮ? I w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku po­szedł z ty­mi dzieć­mi na śmierć, choć sam ni­gdy nie uro­dził dziec­ka, więc nie po­wo­do­wał nim „in­stynk­tˮ? Męż­czy­zna. Był rok 1942.

Mo­ja dru­ga bab­cia w cza­sie woj­ny pra­co­wa­ła ja­ko sa­ni­ta­riusz­ka, choć wie­le z jej ko­le­ża­nek wy­bra­ło in­ną dro­gę. By­ły łącz­nicz­ka­mi, żoł­nier­ka­mi. Gdy czy­tam wy­wia­dy z dziel­ny­mi, wal­czą­cy­mi ko­bie­ta­mi, zdu­mie­wa mnie, że po­mi­mo ty­lu cięż­kich prób i cięż­kich ka­ra­bi­nów, nie stra­ci­ły ani tro­chę na swo­jej ko­bie­co­ści. A prze­cież przed woj­ną nie ist­nia­ło gen­de­ro­we wy­cho­wa­nie.

I jesz­cze wiel­kie kró­lo­we, na przy­kład na­sza Ja­dwi­ga, któ­ra ja­ko na­sto­lat­ka per­trak­to­wa­ła z ar­mią krzy­żac­ką. I wszyst­kie mo­je ko­le­żan­ki, któ­re nie zno­szą spód­nic i ró­żu, bo wo­lą blu­zy z kap­tu­rem, ale wy­star­czy ich je­den uścisk al­bo je­den uśmiech, by za­świe­ci­ło słoń­ce. Plus, oczy­wi­ście, bra­cia, sy­no­wie, mę­żo­wie i oj­co­wie, któ­rych mam przy­jem­ność znać. Ża­den z nich nie pra­cu­je w ko­pal­ni ani nie jest pił­ka­rzem. Le­ka­rze, kul­tu­ro­znaw­cy, le­śni­cy – ma­ją róż­ne pro­fe­sje i kto by się w ogó­le za­sta­na­wiał, czy są one mę­skie, czy nie, je­śli ich żo­ny, cór­ki, sio­stry, mo­gą czuć się przy nich bez­piecz­nie?

Pan Bóg ma do­bre po­my­sły. Po­mysł nu­mer 1: są ko­bie­ty i są męż­czyź­ni. Po­mysł nu­mer 2: każ­dy z nas jest nie­po­wta­rzal­ny, ma in­ny cha­rak­ter, in­ne pa­sje i ta­len­ty. Na­praw­dę nie po to, aby­śmy mie­li stać się ar­mią klo­nów w ró­żu i klo­nów w mo­ro. Ale też nie po to, że­by­śmy po­pra­wia­li je­go dzie­ła i uczy­li te­go na­sze dzie­ci.

 

Mag­da­le­na Ku­bac­ka

 

Z hojnością właściwą młodości i bez zastrzeżeń oddajcie w służbie Kościołowi wasze młode talenty

Z hoj­no­ścią wła­ści­wą mło­do­ści i bez za­strze­żeń od­daj­cie w służ­bie Ko­ścio­ło­wi wa­sze mło­de ta­len­ty. Ko­ściół na­le­ży do was, wię­cej – wy je­ste­ście Ko­ścio­łem!” Wa­ty­kan, 1989 r.

Czę­sto sto­icie na skrzy­żo­wa­niu dróg i nie wie­cie, któ­rą z nich wy­brać, gdzie iść. Ist­nie­je wie­le błęd­nych dróg, wie­le ła­twych roz­wią­zań, a tak­że wie­le nie­ja­sno­ści. W ta­kich chwi­lach nie za­po­mi­naj­cie, że tyl­ko Chry­stus, tyl­ko Je­go Ewan­ge­lia, Je­go przy­kład, Je­go przy­ka­za­nia są dro­gą pew­ną, wio­dą­cą do trwa­łe­go i peł­ne­go szczę­ścia.” Wa­ty­kan, 1988 r.

Mło­dzi lu­dzie, bądź­cie ży­wy­mi la­to­ro­śla­mi w Ko­ście­le, la­to­ro­śla­mi, któ­re przy­no­szą ob­fi­ty owoc!” Wa­ty­kan, 1989 r.

Dzi­siaj to wła­śnie was Chry­stus wy­raź­nie pro­si, by­ście „wzię­li Ma­ry­ję do sie­bie”, przy­ję­li Ją „do wa­szych dóbr”, aby od Niej, któ­ra „za­cho­wy­wa­ła wszyst­kie te spra­wy i roz­wa­ża­ła je w swo­im ser­cu” (Łk 2, 19), uczyć się we­wnętrz­nej dys­po­zy­cji słu­cha­nia oraz po­sta­wy po­ko­ry i hoj­no­ści, któ­re wy­róż­nia­ły Ją ja­ko pierw­szą współ­pra­cow­ni­cę Bo­ga w dzie­le zba­wie­nia. To Ona, peł­niąc swą mat­czy­ną po­słu­gę, uczy was i for­mu­je, aż Chry­stus ukształ­tu­je się w was w ca­łej peł­ni.” Wa­ty­kan, 2003 r.

Za­chę­cam was, by­ście otwo­rzy­li Ewan­ge­lię i od­kry­li, że Je­zus Chry­stus chce być wa­szym przy­ja­cie­lem. Chce wam to­wa­rzy­szyć na każ­dym eta­pie wa­sze­go ży­cia. Chce być dro­gą, wa­szą ścież­ką po­śród lę­ków, wąt­pli­wo­ści, na­dziei i ma­rzeń o szczę­ściu.” X Świa­to­wy Dzień Mło­dzie­ży w Ma­ni­li, 1995 r.

Dro­ga Mło­dzie­ży! Mó­wiąc „ta­kˮ Chry­stu­so­wi, mó­wi­cie „ta­kˮ wszyst­kim swo­im naj­szla­chet­niej­szym ide­ałom. Mo­dlę się, aby On kró­lo­wał w wa­szych ser­cach oraz w ludz­ko­ści no­we­go wie­ku i ty­siąc­le­cia. Nie lę­kaj­cie się Je­mu za­wie­rzyć. On was po­pro­wa­dzi, da wam si­łę, by­ście szli za Nim każ­de­go dnia i w każ­dej sy­tu­acji.” Rzym, Uni­wer­sy­tet Tor Ver­ga­ta, 2000 r.

 

Bł. Jan Pa­weł II

 

Pracujmy w „Galileach” naszych czasów

Dro­dzy Bra­cia i Sio­stry,

Ewan­ge­lia (…) mó­wi o po­cząt­ku ży­cia pu­blicz­ne­go Je­zu­sa w mia­stecz­kach i wio­skach Ga­li­lei. Je­go mi­sja nie za­czy­na się od Je­ro­zo­li­my, to zna­czy z cen­trum re­li­gij­ne­go, spo­łecz­ne­go i po­li­tycz­ne­go, ale z ob­sza­ru pe­ry­fe­ryj­ne­go, po­gar­dza­ne­go przez Ży­dów ści­ślej prze­strze­ga­ją­cych za­sad re­li­gij­nych ze wzglę­du na obec­ność w tym re­gio­nie róż­nych grup lud­no­ści. Dla­te­go pro­rok Iza­jasz okre­śla go ja­ko „Ga­li­leę po­ga­nˮ (Iz 8, 23). Jest to zie­mia gra­nicz­na, ob­szar tran­zy­to­wy, gdzie spo­tka­li się lu­dzie róż­nych ras, kul­tur i re­li­gii. Ga­li­lea sta­ła się w ten spo­sób miej­scem sym­bo­licz­nym dla otwar­cia Ewan­ge­lii na wszyst­kie na­ro­dy. Z te­go punk­tu wi­dze­nia Ga­li­lea przy­po­mi­na dzi­siej­szy świat: współ­ist­nie­nie róż­nych kul­tur, ko­niecz­ność kon­fron­ta­cji i spo­tka­nia. Tak­że i my je­ste­śmy co­dzien­nie za­nu­rze­ni w „Ga­li­lei po­ga­nˮ, a te­go ro­dza­ju w tym kon­tek­ście mo­że­my się prze­stra­szyć i ulec po­ku­sie bu­do­wa­nia ogro­dzeń, by być bez­piecz­niej­szy­mi, le­piej chro­nio­ny­mi. Ale Je­zus uczy nas, że Do­bra No­wi­na nie jest ogra­ni­czo­na do jed­nej czę­ści ro­dza­ju ludz­kie­go, na­le­ży ją prze­ka­zy­wać wszyst­kim. (…)

Wy­ru­sza­jąc z Ga­li­lei, Je­zus uczy nas, że nikt nie jest wy­klu­czo­ny ze zba­wie­nia Bo­ga, a wręcz że Bóg wo­li roz­po­cząć od pe­ry­fe­rii, od ostat­nich, aby do­trzeć do wszyst­kich. (…) Je­zus roz­po­czy­na swo­ją mi­sję nie tyl­ko z miej­sca po­za cen­trum, ale tak­że od lu­dzi, któ­rych moż­na by na­zwać „ni­skiej po­zy­cjiˮ. By wy­brać swo­ich pierw­szych uczniów (…) kie­ro­wał się do lu­dzi skrom­nych i pro­stych (…).

Dro­dzy przy­ja­cie­le, Pan po­wo­łu­je tak­że dzi­siaj! Prze­cho­dzi dro­ga­mi na­sze­go ży­cia co­dzien­ne­go. Wzy­wa nas, by­śmy szli z Nim, z Nim pra­co­wa­li dla Kró­le­stwa Bo­że­go, w „Ga­li­le­achˮ na­szych cza­sów. Po­zwól­my, aby do­tar­ło do nas Je­go spoj­rze­nie, Je­go głos i idź­my za Nim, „aby ra­dość Ewan­ge­lii do­tar­ła aż po krań­ce zie­mi, i żad­ne pe­ry­fe­rie nie zo­sta­ły po­zba­wio­ne jej świa­tła”.

 

Oj­ciec Świę­ty Fran­ci­szek,

Wa­ty­kan 26.01.2014 r.

 

Wstępniak

Szczęść Bo­że,

Nie­daw­no na jed­nej z lek­cji oglą­da­li­śmy z ucznia­mi frag­men­ty fil­mu „Bóg cu­dów”. Na­ukow­cy wy­stę­pu­ją­cy w tym fil­mie przy­po­mnie­li, że śnieg to wspa­nia­łe krysz­ta­ły o nie­po­wta­rzal­nych kształ­tach. Do­wie­dzie­li­śmy się przy oka­zji, że śnieg wy­twa­rza­ny przez czło­wie­ka ma zu­peł­nie in­ną struk­tu­rę.

Wła­ści­wie nie trze­ba by­ło pod­su­wać żad­nych wnio­sków. Wszy­scy obec­ni tyl­ko upew­ni­li się, że har­mo­nia i pięk­no ści­śle zwią­za­ne są z tym, co po­cho­dzi od Pa­na Bo­ga.

Na­stęp­ne lek­cje przy­nio­sły ko­lej­ne cie­ka­wost­ki.

Na stro­nie in­ter­ne­to­wej (www.eprudnik.pl/woda-nosnikiem-pamieci-odkrycie-masaru-emoto) zna­leź­li­śmy świa­dec­two na­uko­we­go od­kry­cia, za­ty­tu­ło­wa­ne „Wo­da no­śni­kiem pa­mię­ci” (opu­bli­ko­wa­ne przez Alod69 28 czerw­ca 2013). Od­kry­cia te­go do­ko­nał ja­poń­ski na­uko­wiec Ma­sa­ru Emo­to. W paź­dzier­ni­ku 1992 ro­ku otrzy­mał ty­tuł i li­cen­cję dok­to­ra me­dy­cy­ny al­ter­na­tyw­nej w Open In­ter­na­tio­nal Uni­ver­si­ty. Pro­wa­dzi obec­nie ba­da­nia wo­dy znaj­du­ją­cej się w ludz­kim cie­le, wo­dy w śro­do­wi­sku czło­wie­ka.

Przed kil­ku la­ty w wy­ni­ku swo­ich eks­pe­ry­men­tów od­krył, że wo­da re­agu­je na na­sze my­śli i sło­wa oraz że po­tra­fi je od­zwier­cie­dlić. Prób­ki wo­dy pod­da­ne wcze­śniej po­zy­tyw­nym sło­wom czy my­ślom kry­sta­li­zu­ją zde­cy­do­wa­nie ina­czej (wy­ka­zu­ją nie­zwy­kłe pięk­no form) od tych, któ­re pod­da­ne zo­sta­ły my­śle­niu ne­ga­tyw­ne­mu (te są po pro­stu brzyd­kie). Wię­cej na te­mat te­go od­kry­cia moż­na do­wie­dzieć się z książ­ki „Wo­da – ob­raz ener­gii ży­cia”.

A po­tem ktoś in­ny przy­niósł pen­dri­ve­ʼa z na­gra­niem ze stro­nywww.eprudnik.pl/znak-krzyza-zabija-zarazki-i-zmienia-wlasciwosci-wody. Do­wie­dzie­li­śmy się, że ro­syj­scy na­ukow­cy udo­wod­ni­li do­świad­czal­nie, że znak krzy­ża za­bi­ja za­raz­ki i zmie­nia wła­ści­wo­ści optycz­ne wo­dy.

An­ge­li­na Ma­la­kho­vskaya spę­dzi­ła dzie­sięć lat nad ba­da­niem bło­go­sła­wieństw ko­ściel­nych. Prze­pro­wa­dzi­ła se­rię eks­pe­ry­men­tów, któ­re wie­lo­krot­nie spraw­dza­ła przed opu­bli­ko­wa­niem.

Po­twier­dzi­li­śmy, że sta­ry zwy­czaj czy­nie­nia zna­ku krzy­ża nad je­dze­niem i pi­ciem przed po­sił­kiem ma głę­bo­ki mi­stycz­ny sens – po­wie­dzia­ła Ma­la­kho­vskaya. – Ma to prak­tycz­ne za­sto­so­wa­nie. Krzyż oczysz­cza żyw­ność. To wiel­ki cud, że to mo­że dziać się każ­de­go dnia”.

Oka­za­ło się, że „je­śli czy­tasz mo­dli­twę Oj­cze nasz i bło­go­sła­wisz wo­dę kru­cy­fik­sem, ilość szko­dli­wych drob­no­ustro­jów zmniej­sza się 7, 10, 100, a na­wet 1000 ra­zy!”.

Czy nie war­to wciąż szu­kać Wo­li Bo­żej i Bo­żej „in­struk­cji ob­słu­gi świa­ta”? Bo nie­raz wiel­ką krzyw­dę ro­bi so­bie czło­wiek, gdy wpa­da na wła­sne „wspa­nia­łe” po­my­sły…

Dzi­siej­szy nu­mer to kon­kret­ne ostrze­że­nie.

 

Ks. Zbi­gniew Ka­płań­ski